Czarny ptak, Przypadek kapitana Granta, Dziwny połów, Okręt umarłych, „Estrella del Mar”, Noc na kotwicy , Diabelskie morze - i inne opowiadania

Kategoria: proza Opublikowano: czwartek, 06, listopad 2014 Drukuj E-mail


Bogusław Janiczak


CZARNY PTAK

Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy chieff pokładowy przytargał na statek kamienie nagrobne. Tak przynajmniej utrzymywali marynarze. To było w czasie załadunku kamieni w jednym z norweskich portów. Statek stał przy niewielkiej kei załadunkowej, obok małej fabryczki. Walały się tu marmurowe płyty nagrobne z napisami. Te płyty szlifowano w fabryce, ścierano nazwiska, cięto i przetwarzano na inne produkty. Chieff pokładowy przytargał na statek takie właśnie, przetworzone już, płyty nagrobne z czarnego marmuru. Mówił że w domu na coś się przydadzą. Od razu wzbudził tym nieufność załogi. Zawsze to płyta nagrobna i nieważne czy nazwisko nieboszczyka jest usunięte czy nie. Marynarze to naród przesądny. Takim też był Florian Kopeć - marynarz, który z niejednego pieca chleb jadł i niejedno w życiu widział.

- Zobaczycie, on ściągnie jakiegoś pecha na statek.

Zabobonny Formela słysząc to, żegnał się i spluwał ukradkiem - tfu, na psa urok. Ale chieff Kornaś nie przejmował się tym. Przytargał jeszcze ogromny, czarny fotel, wycyganiony od dokerów za dwie flaszki.

- Fajny, z podnóżkiem - mówił.

- Czarny. To niedobrze. Diabeł na nim siedział - mruczał Kopeć.

Statek wyszedł z portu. Pogoda była niezbyt pomyślna. Wiatr zachodni, sześć w skali Beauforta. Kiedy statek opuszczał fiordy, nagle - ni stąd ni zowąd - nad pokładem pojawił się wielki, czarny ptak. Okrążył kilka razy statek, zakrakał, usiadł na klapie ładowni. Zaczął spacerować, lekko kulejąc na prawą nogę. Ujrzał go przesądny Formela.

- Kuleje, cholera. Będziemy mieli kulawe szczęście.

- Nie kracz, chociaż ty - mruknął Kopeć.

- To nie jest dobry znak. Kamienie nagrobne, czarny fotel, teraz czarne ptaszysko. Niech to weźmie jasna cholera!

- Zamknij dziób, gawronie. O, patrz, poleciał twój czarny ptak.

Rzeczywiście, ptaszysko wzbiło się w powietrze, okrążyło dwa razy statek, na koniec zakrakało długo i żałośnie, by zniknąć gdzieś za rufą.

Nocą przyszedł silny sztorm, od południowego zachodu. Statek wolno szedł naprzód, kiwał się na boki, wznosił na fale i opadał. Na nocnej wachcie Kopeć był na mostku razem z Kornasiem. Nie bardzo chciało im się gadać. Monotonna wachta mocno się dłużyła. Nad ranem Kornaś  coś nadmienił, że pewnie pogoda się poprawi w ciągu dnia. Jednak nie poprawiła się. Wręcz przeciwnie, wiatr jakby wzrósł jeszcze. Fala wyraźnie się zwiększyła. Szybkość statku zmalała. Niebo zaciągnęło się ciężkimi, ciemnymi chmurami. Od czasu do czasu przechodziły bardzo silne szkwały z deszczem.

- Przy tej szybkości i pogodzie, dopiero za tydzień będziemy w Europie. Ten sztorm nas przytrzyma - mówił kapitan do Formeli.

- To wszystko przez nagrobki i przez tego ptaka - mruczał zabobonny Formela.

- Nie przesadzaj.

- No, ja tam swoje wiem. Sztorm już jest.

- Nic dziwnego, przecież jesień.

- Dopiero początek września.

- Tutaj jesień zawsze wcześniej przychodzi.

Drugiego dnia wiatr trochę zelżał. Koło południa zjawił się na mostku mechanik i powiedział:

- Musimy stanąć. Mam awarię w maszynie.

- Co się stało?

- Pękł przewód paliwowy. I tam jeszcze takie inne sprawy - machnął ręką.

- Jak długo?

- Ze dwie, trzy godziny.

- Byle nie dłużej. Wiatr trochę siadł, ale widzisz, że fala wysoka. Zresztą wieczorem znowu przyjdzie sztorm.

- Masz prognozę?

- Tak. Pospiesz się!

Naprawa zajęła trzy godziny. Kiedy statek ruszył w dalszą drogę, wiatr się wzmagał. Znowu nadciągał sztorm.

- No, jeden pech za nami - mruknął Formela.

- Co, będą jeszcze jakieś?

- A czy ja wiem? Pewnie będą.

- No, chociaż ty nie kracz.

 

To zdarzyło się nazajutrz. Przed południem wiatr zelżał. Fala zaczęła opadać. Statek wyraźnie nabierał szybkości. Ale w pewnym momencie silnik począł słabnąć, obroty wyraźnie spadły. Statek zatrzymał się. Po chwili na mostek wpadł mechanik.

- Słuchaj, mamy coś na śrubie. Sieć albo linę, tego nie wiem.

- Jesteś pewien? – zapytał kapitan.

- Jestem.

- Niech to diabli. Nie da rady nic zrobić?

- Jak? Mocno trzyma. Nie zastartuję silnika, bo pogorszymy sprawę.

- Pewnie, tak nie można. Cholera, co zrobimy?

- Sami tego nie zdejmiemy. Potrzebny nurek.

- Przynajmniej pogoda się poprawia. Rzucamy kotwicę i dzwonimy do armatora.

Okazało się, że śrubę omotała stara cuma, najprawdopodobniej zgubiona lub wyrzucona z jakiegoś statku. Zgodnie z informacjami od armatora nurek miał być wcześnie rano. Wieczorem pogoda znacznie się poprawiła. Spoza ciemnych chmur prześwitywały promienie zachodzącego słońca. Noc minęła spokojnie. Rankiem przypłynął nurek na holowniku. Usuwanie liny ze śruby zajęło ponad godzinę. Po zakończeniu całej operacji, holownik odpłynął do portu.

- Kotwica do góry - polecił kapitan.

Po wybraniu kotwicy statek powoli ruszył naprzód, stopniowo nabierając prędkości.

- No, mam nadzieję, że już spokojnie dopłyniemy do portu, odpukać - powiedział kapitan.

- Niech pan patrzy na pokład! - zawołał Formela.

- Co takiego?

- A tam, na klapie ładowni. Czarny ptak. Ten sam, kuleje na prawą nogę.

- Diabli nadali. Zgonić go, hej, Kopeć! - zawołał kapitan z mostku. - Pogońcie tego przybłędę!

Ale nie było to takie proste. Ptaszysko uciekało po klapie ładowni, kulejąc. Wcale nie chciało się wzbić w powietrze. Przez kilka minut marynarze próbowali je przepłoszyć, lecz bez rezultatu. W końcu dali spokój. Ptak siadł na dziobie statku. Siedział tam nieruchomo, jak obserwator.

- Cholera, co za diabelski ptak! - złościł się kapitan.

- On tu nam jeszcze diabła jakiegoś wywinie... - mruczał zabobonny Formela.

- Nie kracz. Wystarczy tego, co było.

Wieczorem ptaszysko znikło. Po dwóch dniach statek był już w porcie. Rano, po manewrach, kapitan polecił przygotować ładownie do otwarcia. Zanim jednak rozpoczęto wyładunek, na mostek przyszedł chieff pokładowy Kornaś.

- Nieszczęście, kapitanie.

- Co znowu?

- Wracam z ładowni. Mamy zamoczony ładunek.

- Jasna cholera... Mocno?

- Będzie tego z piętnaście ton. Może więcej. Woda jest w ładowni.

- Ale skąd? Przeciek?

- Tak wygląda. Z prawej burty. Musi być jakaś dziura albo pęknięcie.

- Teraz dopiero się zacznie! Raporty, pisanie, wyjaśnienia. Żeby to szlag trafił!

- A nie mówiłem? To te cholerne nagrobki. I ten czarny diabeł. O, patrzcie na pokład, tam siedzi! – zawołał Formela.

Spojrzeli we wskazanym kierunku. Po klapie ładowni, kulejąc, chodził czarny ptak i krakał, jakby się z nich śmiał. W końcu wzbił się w powietrze i odleciał.

 

portal LM, listopad 2014

 

 

 

PRZYPADEK KAPITANA GRANTA

Parowiec „Swallow” wyszedł z portu St. Johns na Nowej Fundlandii. Płynął z zachodnim wiatrem do Dundee w Szkocji. Pomimo zimowej pory pogoda była dobra. Co prawda dni krótkie, szare, natomiast noce długie i ciemne. Północny Atlantyk nie jest łaskawy zimową porą ale jak dotychczas kapitan Grant nie mógł narzekać na pogodę. Miał nadzieję, że za jakieś trzy tygodnie uda mu się dotrzeć do Wysp Brytyjskich. Dni mijały monotonnie wypełnione zwykłymi obowiązkami na statku. Którejś nocy kapitan nie mógł zasnąć. Morze szumiało, słychać było narastający wiatr. Statek płynął z falą. Noc była ciemna, niebo zachmurzone. Czasem księżyc prześwitywał spoza ciężkich chmur.

Grant nie spał pomimo późnej pory. Wiercił się na swojej twardej, drewnianej koi  Kiedy w końcu zasnął nad ranem przyśniło mu się coś dziwnego. Stał na mostku kapitańskim, dookoła ciemna noc i wzburzone morze. Tylko on na tym mostku i stary sternik Tom McCoy, którym pływał od wielu lat. Grant stał przy oknie, patrzył przez lornetkę w ciemność nocy. Sternik milczał, kręcił kołem starając się utrzymać statek na kursie i coś tam mruczał pod nosem od czasu do czasu. Na lewym skrzydle mostka otworzyły się drzwi ze skrzydła i ktoś wszedł do wewnątrz w długim, żeglarskim płaszczu i w kapturze na głowie. Z żeglarskiego płaszcza skapywały na podłogę krople wody, tworząc małą kałużę na podłodze. Grant pomyślał, że to pierwszy oficer Biggs przyszedł na mostek po zakończeniu obchodu statku. Zapytał go nawet półgłosem:

- Co tam nowego, Biggs? Wszystko w porządku?

Ale człowiek w żeglarskim płaszczu nie odezwał się tylko podszedł do stołu nawigacyjnego i pochylił się nad mapą. Potem się wyprostował.

- Tutaj, kapitanie Grant, tutaj! - pokazał palcem jakiś punkt na mapie i zaznaczył to miejsce ołówkiem. Stał dalej wyprostowany czekając na reakcję kapitana.

- O co chodzi, Biggs? Co się stało? Odpowiadaj! - Grant podszedł bliżej i wtedy zobaczył, że to wcale nie był pierwszy oficer Biggs tylko jakiś nieznajomy którego widzi pierwszy raz w życiu. Grant zaniemówił na chwilę ze zdziwienia, ale zaraz się opanował i zapytał:

- Kim pan jest? Co pan robi na moim statku? Pasażer na gapę? Proszę odpowiedzieć!

- Tutaj kapitanie Grant, tutaj niech pan spojrzy na mapę. Statek „York”, musi pan zmienić kurs o dwadzieścia stopni w lewo, to jakieś sto mil przed pańskim statkiem. Ci ludzie potrzebują pomocy, niech pan się pospieszy. Nie ma innego statku w pobliżu, proszę im pomóc!

- Kim pan jest? - pytał zdziwiony Grant.

- Nazywam się John Bradburry.

- Ale co pan tu robi? Skąd pan się tutaj wziął? Sternik, hej, McCoy, chodź no tu. Powiedz mi kto to jest i jak on się tutaj znalazł - zawołał Grant do marynarza stojącego przy sterze.

- Kto? Co? O co chodzi? Tu nikogo nie ma, panie kapitanie - zawołał głuchawy McCoy.

- Jak to? A ten? Przecież wszedł tutaj przed chwilą. O, proszę, tutaj na podłodze jeszcze są krople wody co mu spłynęły z płaszcza. Wszedł z lewego skrzydła,, stoi tu- kapitan pokazał ręką ale nieznajomego już nie było. Zniknął tak nagle jak się pojawił. Grant tylko przez moment widział jego twarz, bladą i zmęczoną z krótką brodą i z blizną na lewym policzku. Poznałby go jednak wszędzie, był o tym przekonany. Był pewien że nigdy przedtem go nie spotkał. To dziwne zdarzenie wyprowadziło go z równowagi.

- Cóż to, McCoy? Naprawdę nie widziałeś tego człowieka który tu był przed chwilą?

- Nie widziałem nikogo, panie kapitanie. Pilnuję kursu jak pan kazał, sir!

- Dziwne, bardzo dziwne.

Wtedy się obudził. Przez chwilę leżał w koi zastanawiając się, czy rzeczywiście to wszystko mu się przyśniło czy też przeżył to w rzeczywistości. W końcu doszedł do wniosku, że to tylko jakiś dziwny sen. Spojrzał przez bulaj. Było jeszcze ciemno, ale niebo zaczynało już szarzeć. Gdzieś tam na wschodzie wstawał dzień.

- I dobrze, że to tylko sen - pomyślał. Mimo wszystko czuł jednak jakiś dziwny niepokój. Starał się nie myśleć o tym co mu się w nocy przyśniło dlatego też ubrał się pospiesznie i poszedł na mostek. Przy sterze stał już inny sternik, rudy Sean Flannagan. Kapitan Grant ze zdziwieniem stwierdził, że Flannagan steruje innym kursem niż powinien.

- Dlaczego zmieniłeś kurs o dwadzieścia stopni w lewo? - zapytał.

- Jak to? Pan kapitan kazał w nocy zmienić kurs? O dwadzieścia stopni w lewo. Tak mi przekazał McCoy! Mówił, że pan był w nocy na mostku i kazał zmienić kurs!

- Ja? Ja kazałem zmienić kurs? - zdziwił się Grant.

- Tak, panie kapitanie, tak było - poparł go niemniej zdziwiony pierwszy oficer Biggs.

- Tak mi przekazał drugi oficer, zmiana kursu o dwadzieścia stopni w lewo - dodał.

- Ile mil przepłynęliśmy tym kursem? - zapytał Grant.

- Jakieś trzydzieści - trzydzieści pięć mil, panie kapitanie - odpowiedział Biggs.

- Dobrze, tak trzymać!

- Tak trzymać panie kapitanie - odpowiedzieli mu sternik i pierwszy oficer.

Kapitan Grant nic z tego nie rozumiał. Czy to ma coś wspólnego z jego snem i z tym nieznajomym który pojawił się na mostku? A jeżeli to nie był sen? Jak ten dziwny człowiek się nazywał? John Bradburry. Mówił coś o ludziach którzy potrzebują pomocy. Statek „York” w odległości około stu mil od jego statku. Pochylił się nad mapą. Kurs statku wykreślony był do punktu zaznaczonego na mapie jako York.

- Właśnie, panie kapitanie chciałem pana zapytać jeśli można. Co oznacza to słowo York? Domyślam się, że to pan wykreślił kurs do tego punktu - zapytał go Biggs.

Kapitan Grant przez chwilę się zastanawiał zanim mu odpowiedział.

- „York”, hmm, :York” to statek który być może potrzebuje pomocy.

- Ale skąd pan o tym wie, sir?

- Cóż, panie Biggs, jakby to panu powiedzieć. To jest coś, czego nie potrafię zrozumieć ale niech pan posłucha - Grant opowiedział Biggsowi swój dziwny sen. Biggs słuchał go w milczeniu tylko czasem kiwał głową ze zrozumieniem. Kiedy Grant skończył swoją opowieść Biggs spojrzał na niego poważnym wzrokiem i powiedział:

- Panie kapitanie wydaje mi się, że to nie jest zwykły sen. Może tam rzeczywiście jest ten statek? Ten cały „York”? I jego załoga potrzebuje pomocy? Niewiele czasu stracimy jeżeli pójdziemy tym kursem, jakim teraz płyniemy. Warto sprawdzić, panie kapitanie.

- A jeżeli tam nic nie ma? Jeżeli to rzeczywiście tylko sen? Stracimy czas.

- A jeżeli tam coś jest i to nie jest tylko zwykły sen?

- No dobrze, Biggs. Kiedy tam dopłyniemy?

- Płyniemy cały czas z zachodnim wiatrem. Co prawda wiatr rośnie ale mam nadzieję, że sztormu nie będzie. Przynajmniej na razie. Nie wiemy czy ten statek płynie, czy dryfuje.

- Nie wiemy nic, Biggs. Nie wiemy czy tam w ogóle jest jakiś statek.

- Tak, panie kapitanie. Ale ja myślę, że jednak coś tam jest. W nocy albo nad ranem powinniśmy tam dopłynąć. Będziemy cały czas obserwować morze przed nami. Jeżeli on tam jest, to na pewno go zobaczymy. Znajdziemy go, panie kapitanie.

- Dobrze, Biggs. Trzymaj ten kurs, gdyby coś się działo to daj znać!

- Tak, panie kapitanie. Na pewno dam panu znać o wszystkim.

- Gdyby pogoda się zmieniała na gorsze, to też mi daj znać.

- Oczywiście, sir!

Morze było w miarę spokojne. Statek płynął z zachodnim wiatrem. Niebo przez cały czas zaciągnięte ciemnymi chmurami. Przed dziobem pusta przestrzeń oceanu. Nie było widać innych statków na tych bezkresnych wodach atlantyckich. Zmrok zapadł wcześnie. „Swallow” płynął naprzód. Marynarz na oku uparcie wypatrywał innych statków, jednak niczego nie zauważył do tej pory. Noc minęła spokojnie. Nad ranem marynarz wachtowy zameldował Biggsowi, że daleko przed dziobem coś zauważył.

- Panie Biggs, chyba widzę jakąś łunę przed nami. Będzie jakieś dziesięć stopni z prawej!

- Tak? Jesteś pewien tego, Harper?

- Jest łuna, słaba ale jest! Coś tam się świeci albo pali, nie wiem panie Biggs!

- Pokaż gdzie to widzisz!

Biggs przez chwilę patrzył przez lornetkę. Potem powiedział do Harpera:

- No, Harper! Tam się rzeczywiście coś pali! Nie wiem, czy to statek się pali czy może ktoś zapalił na pokładzie beczkę ze smołą. Płyniemy tam! Być może ktoś tam potrzebuje pomocy. Obudź kapitana, tylko szybko! Ruszaj się, Harper!

- Tak jest, panie Biggs! Już pędzę do kapitana!

Kiedy kapitan Grant przyszedł na mostek, Biggs poinformował go o wszystkim co się wydarzyło. Grant słuchał go uważnie, zapalając swoją fajkę.

- To może być ten „York”, co Biggs? Pozycja się zgadza?

- Tak, panie kapitanie. Zgadza się, cały czas płyniemy w tamtym kierunku!

- Dobrze. Przekonamy się, czy to był tylko sen.

- Myślę, że to jest ten „York”, panie kapitanie!

- Obyś się nie mylił, Biggs!

Ale Biggs się nie mylił. „Swallow” cały czas zbliżał się do tajemniczej łuny, coraz bardziej wyraźnej i widocznej. Kiedy się rozwidniło zobaczyli przed dziobem statek parowy dryfujący na wodzie. Już z daleka było widać, że coś tam musiało się wydarzyć. Z kominów nie unosił się dym tylko spod pokładu. Statek był dziwnie przechylony na prawą burtę. „Swallow” zbliżył się na jakieś dwa-trzy kable. Na dziobie obcego statku widać było białymi literami wymalowaną nazwę „York”.

- Panie kapitanie, to jest „York”- zawołał marynarz na oku.

- Jesteś tego pewien?

- Tak panie kapitanie, jestem pewien. To jest ten statek!

- Biggs, wysłać szalupę, ten „York” chyba ma pożar i oprócz tego dziurę w burcie, pewnie długo tak się nie utrzyma. Szalupa na wodę, natychmiast! Jeżeli przyjdzie silniejszy wiatr, to ten statek zatonie. Trzeba pomóc tym ludziom. Dawaj szalupę na wodę!

Po chwili szalupa oderwała się od burty i popłynęła w kierunku statku „York”. Kapitan Grant czekał na mostku paląc fajkę i popijając grog z małej szklaneczki. Biggs przez lornetkę obserwował co się dzieje na pokładzie parowca. Widać było marynarzy którzy starali się opanować sytuację na swoim statku. Biggs cały czas meldował kapitanowi.

- Szalupa podeszła do burty, panie kapitanie!

- Tak, rozumiem Biggs!

- Ludzie schodzą do szalupy, widać dym spod pokładu, mają pożar na statku!

- Nie wiem, to chyba beczka ze smołą na pokładzie bo nic innego nie widać!

- Czyli oni wzywali pomocy, Biggs!

- Tak, panie kapitanie, na pewno. O, już szalupa płynie z rozbitkami!

Po chwili szalupa podeszła do burty „Swallowa”. Kiedy pierwsza partia załogi z „Yorka” znalazła się na pokładzie drugi oficer  Willy Grey popłynął po następną grupę. Udało się przewieźć wszystkich marynarzy na pokład „Swallowa”. Okazało się, że na statku „York” nastąpił jakiś wybuch w maszynie z niewiadomego powodu. Zginęło dwóch ludzi. Wybuch spowodował pożar a także bosman stwierdził, że siła tego wybuchu wyrwała dziurę w burcie. Na szczęście dziura była ponad linią wodną. Przy większej fali jednak woda zaczęła się przedostawać do środka. Dziurę marynarze załatali prowizorycznie i w miarę szybko ale na dłuższą metę nie dawało to żadnej gwarancji. Na dodatek pożar z maszyny chociaż niby opanowany, jednak przedostał się do ładowni. Statek przewoził zboże. Ładunek zaczął się tlić od wewnątrz. Pompy nie działały, silnik statku był niezdatny do użytku. Statek był skazany na zagładę. Było dla wszystkich rzeczą zrozumiałą, że dłuższe pozostawanie na tym statku to pewna śmierć dla całej załogi. Kapitan Grant w milczeniu wysłuchał opowieści pierwszego oficera ze statku „York”, Thomasa Andrewsa. Kiwał głową pykając swoją fajkę.

- A co z waszym kapitanem? - zapytał.

- Jest cały i zdrowy chociaż mocno to przeżył. Ale kapitan Bradburry to twardy człowiek!

- Jak? Jak się nazywa? Bradburry?

- Tak, John Bradburry. Zna go pan, kapitanie?

- Taki z brodą, blizna na lewym policzku? - pytał dalej Grant.

- Tak, właśnie tak. Zna go pan?

- Nie, nigdy go nie widziałem, nigdy go nie spotkałem. Chociaż nie byłbym tego taki pewien!

Ale wtedy podpłynęła do burty szalupa z ostatnią grupą rozbitków ze statku „York”. Jako ostatni wszedł na pokład kapitan Bradburry. Blady, z brodą, blizna na lewym policzku. Kapitan Grant patrzył na niego nie mogąc wymówić słowa ze zdumienia. To był ten sam człowiek którego zobaczył w swoim śnie. Bradburry podszedł do niego i wyciągnął rękę na przywitanie. Grant poczuł mocny uścisk jego dłoni.

- Dziękuję za pomoc, kapitanie Grant!

- Witam na pokładzie, kapitanie Bradburry!

Patrzyli na siebie bez słowa. Tymczasem za rufą „Swallowa” widać było coraz bardziej przechylający się na burtę statek „York”. Spod pokładu wydobywały się gęste smugi ciemnego dymu. Na pokładzie widać już było czerwone języki ognia.


portal LM, grudzień 2014




DZIWNY POŁÓW

Rybacki statek „Ciudad del Sol” poławiał na łowiskach południowo-zachodniego Atlantyku. Najpierw w pobliżu Wysp Falklandzkich łowił błękitka i morunę, potem przeszedł bliżej Antarktydy. Początkowo po zmianie łowisk zatrzymał się na jakiś czas w pobliżu Nowej Południowej Georgii. Kapitan Juan Diego de Aldaqueda miał nadzieję, że w niedługim czasie uda mu się zapełnić statkowe ładownie i wtedy pożegluje do portu Ushuaia w Argentynie. Aldaqueda chciał w tym porcie wyładować statek i wrócić na łowisko.

Na łowiskach Georgii nie było zbyt wydajnych połowów. Statek łowił tam przez kilka dni i kapitan Aldaqueda zastanawiał się czy nie podejść w pobliże Antarktydy. Na razie postanowił jeszcze kilka dni poczekać licząc na to, że wyniki się poprawią. Statek „Ciudad del Sol” był dużym, rybackim trawlerem. Miał kadłub pomalowany na biało. Z daleka był widoczny na morzu.

 

Jego załoga to międzynarodowa mieszanina. Kilku Hiszpanów, kilku Rosjan i Ukraińców, czarnoskórzy mieszkańcy Wysp Zielonego Przylądka i Filipińczycy. Ale wszyscy pracowali  a dopóki była ryba to nikt nie miał czasu na inne sprawy. Po kilku dniach mało wydajnych połowów kapitan Aldaqueda zdecydował się popłynąć bliżej Antarktydy. Było tam kilka rosyjskich trawlerów a z doświadczenia wiedział, że tam gdzie są Rosjanie tam musi być ryba. Dlatego kiedy zmienił łowisko zawołał na mostek bosmana Wasilija i powiedział do niego:

- Zapytaj swoich jakie tutaj są wyniki, jeżeli ci powiedzą.

- O.K. master zaraz wywołam kogoś z naszych.

Bosman wywołał najbliższy statek i przez chwilę z nim rozmawiał. Potem powiedział:

- Master połowy nie są najlepsze ale oni za kilka dni spodziewają się poprawy. Jeżeli mówią prawdę oczywiście. Chociaż nie sądzę żeby kłamali. Jeden statek to nie jest konkurencja.

- Dobrze bosman, zobaczymy. Macie wszystko gotowe?

- My zawsze gotowi, master.

- To idź na pokład, wydajemy.

- O.K. wydajemy.

Pierwsze połowy nie były rewelacyjne ale zawsze trafiało się po kilka ton ryby w zaciągu. Po kilku dniach wyniki rzeczywiście się poprawiły tak jak przewidywali Rosjanie. Dlatego też kapitan Aldaqueda postanowił tutaj dokończyć ładunek i potem popłynąć do Argentyny. Tam chciał rozładować statek i wrócić na łowisko. Dni mijały monotonnie, pogody jak do tej pory były dobre dlatego też Aldaqueda chciał jak najszybciej załadować statek. Któregoś dnia po wieczornym zaciągu bosman zawołał kapitana na pokład:

- Co jest bosman? Co się stało? Porwaliście sieć?

- Nie, nie porwaliśmy. Ale jest coś w worku, nie wiem co to jest. Niech pan zobaczy.

- Już idę, jeszcze nie wysypujcie ryby.

- Tak,  czekamy panie kapitanie!

Kiedy kapitan przyszedł na pokład bosman pokazał mu, że wyciągnęli w sieci jakiś dziwny przedmiot. Kształtem przypominało to wrzeciono o długości około dwóch metrów. Bosman obawiał się, że ten przedmiot przy wysypywaniu ryb może uszkodzić sieć bo się zaplątał w oczkach worka. Powierzchnię miał chropowatą a poza tym bosman obawiał się czy to czasem nie jest jakiś przerdzewiały pocisk wojskowy. Kapitan obejrzał dokładnie ten dziwny przedmiot  i zdecydował żeby go ostrożnie wypuścić z sieci razem z rybą. Nie sądził żeby to był jakiś pocisk ale nakazał zachowanie ostrożności.

- Nigdy czegoś takiego nie widziałem. A poza tym to nie jest takie ciężkie jak pocisk. Może to jakiś kawał rury, nie wiem bosmanie. Ale nie sądzę, żeby to był pocisk.

- Ja też nigdy nie widziałem czegoś takiego. Ciekawe jaki to metal panie kapitanie.

- Zobaczymy bosmanie. Próbujcie wyrzucić to z worka tylko ostrożnie.

Bosman zaczął dyrygować marynarzami, mówił im jak należy zabrać się do tego. Najpierw podnieśli cały worek do góry na bomie i zaczęli ostrożnie wysypywać rybę. Potem kiedy tajemniczy przedmiot zaczął się wysuwać z wnętrza worka opuścili powoli bom. Przedmiot gładko wyjechał z worka na pokład. Wtedy wszyscy zaczęli go oglądać z zaciekawieniem. Przypominał wrzeciono i widać było, że jest sporządzony z metalu. Boki miał lekko spłaszczone. Bosman próbował go podnieść. Okazało się, że jest dosyć lekki.

-  Co z tym zrobimy panie kapitanie?- zapytał bosman.

- Do morza. Spróbujcie go wypchnąć po slipie a jak się nie uda to wyrzucić przez burtę.

- Spróbujemy go wyrzucić przez burtę bo jeszcze może nam uszkodzić śrubę. Może we czterech sobie poradzimy. Chodźcie tu, pomóżcie! - zawołał bosman do rybaków.

Podeszli z ociąganiem ale we czterech udało się go podnieść. Kiedy taszczyli ten dziwny przedmiot  przez pokład, któryś z rybaków potknął się i przewrócił. Wtedy tajemniczy przedmiot wysunął im się z rąk i upadł z hukiem na pokład. Wszyscy się przerazili bo byli przekonani, że to dziwne wrzeciono to  jednak jest wojskowy pocisk i zaraz wybuchnie. Ale nic takiego się nie stało. Tylko w momencie uderzenia o pokład dziwny przedmiot się otworzył. Okazało się, że ten przedmiot był w rzeczywistości pojemnikiem składającym się z dwóch równych części. Teraz wierzchnia część która była wiekiem  pojemnika odskoczyła do góry i ukazało się wnętrze. To co zobaczyli przeraziło wszystkich. W pojemniku znajdowały się ludzkie zwłoki. Wszyscy patrzyli przerażeni.

- To trumna master. Tam jest nieboszczyk w  środku - zawołał przerażony bosman.

- Widzę. Daj latarkę bosman, zobaczymy tego nieboszczyka - powiedział kapitan.

Po chwili nie zwracając uwagi na przerażonych rybaków pochylił się nad zwłokami oświetlając je latarką. Patrzył i był bardziej zdziwiony niż przerażony.

- Zobacz bosman, ten trup zupełnie wygląda jak mumia. Też jest cały w bandażach.

- Nie chcę go oglądać master. Trup na statku to niedobry znak- powiedział bosman.

- Nie bój się bosman. Umarły krzywdy nikomu nie zrobi. Najdziwniejsze jest to, że ten nieboszczyk jest całkiem dobrze zachowany. Spójrz na jego twarz. On jest całkiem podobny do mumii egipskich. Widziałem kiedyś takie w muzeum w Kairze. Ale skąd mumia egipska tutaj, w tych wodach? Niemożliwe żeby ktoś tę trumnę tutaj zgubił. Dziwne.

- A może ktoś wyrzucił tego nieboszczyka za burtę razem z tą cholerną trumną? – bosman był wyraźnie poruszony tym co zobaczył, podobnie jak zabobonni marynarze.

- Nie wydaje mi się bosman. A jeżeli tam coś było więcej w tych wodach? Zobacz z czego jest zrobiona ta trumna. To nie jest zwykły metal. Na pewno nie żelazo, bo jest zbyt lekka. Może to jest miedź albo mosiądz? Co myślisz bosman? - zapytał Aldaqueda.

- Nie wiem. Dla mnie to nie wygląda ani na miedź ani na mosiądz. Nie mam pojęcia z czego jest zrobiona ta cholerna trumna. Ale jest pytanie- co dalej? Wyrzucamy ją?

- Nie, myślę że zostawimy tę trumnę. Może przekażemy do jakiegoś instytutu naukowego? Widać, że ta trumna leżała w wodzie długo, ale jak długo? I poza tym ten dziwny nieboszczyk. Przecież on ma ze dwa metry wzrostu. Twarz taka jak starożytnych Egipcjan ale oni nie nosili zarostu. Ten ma brodę i wąsy. I ma długie włosy. Skóra nie jest oliwkowa jak u rasy egipskiej ale biała jak na przykład u Skandynawów. Dziwne, co? Co myślisz o tym?

- Skąd pan to wie, panie kapitanie? -  zapytał bosman Wasilij.

- Kiedyś studiowałem archeologię zanim poszedłem na morze. Wieloma sprawami interesuję się do dzisiaj i możesz mi wierzyć bosman, że trochę mam o tym pojęcie.

Na pokład przyszedł także pierwszy oficer Ramon de la Cruz z którym kapitan przez dłuższą chwilę rozmawiał po hiszpańsku. Widocznie objaśniał mu wszystko. Potem zwrócił się do bosmana i do rybaków zebranych na pokładzie:

- Zabezpieczyć tę trumnę tutaj, na pokładzie. Zamknąć ją w skrzyni, żeby w czasie sztormu jej nie wymyła fala za burtę. Skrzynię zabezpieczyć na sztormowo. Dopilnować tego!

- O.K. master. Dopilnujemy wszystkiego - powiedział bosman bez entuzjazmu.

Rybacy stali w milczeniu i kiwali głowami. Oni wiedzieli jedno- nieboszczyk na statku to zły znak. Ale zrobili to co kazał kapitan. Zanim trumnę umieszczono w skrzyni, Aldaqueda  jeszcze dokładnie ją obfotografował  z każdej strony a następnie zrobił kilka zdjęć nieboszczykowi. Dopiero potem rybacy zabezpieczyli ją na pokładzie. Dwa dni później niespodziewanie przyszedł sztorm. Nic nie zapowiadało zmiany pogody. Od rana świeciło słońce, ciśnienie było wysokie, morze spokojne. Wiatr wiał z kierunku południowego umiarkowany i właściwie jednostajny. Ale jakoś tak po południu niebo nagle zaciągnęło się ciemnymi chmurami, które nie wiadomo skąd pojawiły się nad łowiskiem. Przyszedł gwałtowny szkwał, morze się zakotłowało. Przyszła też gwałtowna śnieżyca razem z wiatrem. Aldaqueda widząc załamanie pogody polecił rybakom wybieranie sieci. Szło to opornie bo fala momentalnie się zwiększyła co było  dosyć  dziwne bo  zdarzyło się to w bardzo krótkim czasie. Praktycznie coś takiego było niemożliwe, ale jednak było. Wybierali już w prawdziwym sztormie. Aldaqueda przyszedł wtedy na mostek do pierwszego oficera który miał wachtę.

- Co to się wyrabia, master. W ciągu paru minut zmieniła się pogoda.

- No tak, to jest Antarktyda. Tutaj różne rzeczy się zdarzają. Trzeba to przeżyć!

- Ale taka zmiana pogody w takim krótkim czasie? – zdziwił się de la Cruz.

- Nieraz tutaj tak bywa. Tylko ostrożnie wybierajcie sieć - powiedział Aldaqueda.

Ze względu na sztormową pogodę statek musiał przerwać połowy. Aldaqueda nie chciał ryzykować. Wolał przeczekać sztorm i potem spokojnie zająć się rybołówstwem. Poza tym nie wiadomo czy sztorm nie rozpędzi rybnych ławic. Rosyjskie trawlery na łowisku również przerwały połowy. Statek „Ciudad del Sol” sztormował idąc ze zmniejszoną prędkością na falę i na wiatr. Rybacy mieli święto – w czasie sztormu nie ma pracy na pokładzie. Co rusz na pokład rufowy wchodziła fala zalewając wszystko aż pod sam mostek. Nikt przy takiej pogodzie nie wyjdzie na pokład bo fala może zmyć każdego w jednej chwili.

Zapadła ciemna noc, niebo było przykryte chmurami. Słychać było tylko szum sztormowego wiatru. Kapitan Aldaqueda przyszedł na mostek. Wachtę miał drugi oficer Borys Jakowlew i marynarz Luis Pereira. Statek wolno płynął zmagając się z wysoką falą. W pewnym momencie chmury przerzedziły się i wyjrzał blady księżyc. Zrobiło się trochę jaśniej.

- Panie kapitanie niech pan zobaczy, ktoś chodzi po pokładzie - zawołał marynarz.

- Co? Po pokładzie? Co za dureń może tam teraz łazić. Przecież zabroniłem!

- Ale tam ktoś jest, naprawdę - wołał podniecony marynarz.

Kapitan spojrzał na pokład i zamarł z przerażenia. Nie mógł uwierzyć oczom. To co zobaczył było nie do uwierzenia. Wszyscy trzej patrzyli na to bez słowa.

- To ten trup chodzi po pokładzie - wykrztusił przerażony marynarz.

- Pierwszy raz widzę coś takiego - powiedział cicho Aldaqueda.

- Panie kapitanie, co to znaczy? Co to jest? Ten trup chodzi po pokładzie - powiedział Borys.

- Jutro jak się uspokoi to zaraz wyrzucić tę cholerną trumnę do morza. Przecież to jest zupełnie niemożliwe. Nie widziałem nigdy czegoś takiego. Trumna była w skrzyni!

- Panie kapitanie to zły znak. Musimy to wyrzucić - powiedział Borys Jakowlew.

- Wiem o tym i na pewno ją wyrzucimy - powiedział Aldaqueda

- A jeżeli on przyjdzie na mostek? Co zrobimy? - zawołał przerażony Pereira.

- Nie bój się, nie przyjdzie. Na pewno nie przyjdzie.

Potem znowu chmury zakryły niebo i zrobiło się ciemno. Nad ranem sztorm osłabł. Kapitan kazał wyrzucić trumnę. Kiedy ją wyjmowali ze skrzyni okazało się, że zarówno skrzynia jak i trumna były nienaruszone. Wrzecionowata trumna plusnęła za burtę. Nikt nie powiedział  ani słowa, wszyscy byli pod wrażeniem nocnego zdarzenia. Potem kapitan Aldaqueda sprawdził swój aparat fotograficzny. Okazało się, że wszystkie zdjęcia trumny i tajemniczego zmarłego były prześwietlone. Ale kapitan Aldaqueda wolał się nie zastanawiać nad tym, dlaczego tak się stało. Czasami lepiej nie znać odpowiedzi na niektóre pytania.


portal LM, styczeń 2015




OKRĘT UMARŁYCH

Morze było szare i pomarszczone niczym twarz chorego marynarza, który zapadł na jakąś diabelską chorobę z dala od brzegów zamieszkanych przez cywilizowanych ludzi. Niebo pełne niskich, ciężkich chmur i brudnych jak portowe bary nad ranem. Od czasu do czasu z przelotnej chmury padał deszcz, przesłaniając widnokrąg. Pomimo ponurego dnia, morze było dosyć spokoje. Po deszczach przyszły zupełnie ciemne chmury, morze poszarzało jeszcze bardziej. Gwałtownie narastająca ulewa przesłoniła horyzont, który teraz prawie się stopił w jedno z ołowianym niebem. Trwało to kilka godzin.

Potem nadciągnął silny wiatr i przegonił deszczowe chmury. Morze szybko zaczęło się burzyć, pojawiły się białe grzywacze. Najpierw tylko gdzieniegdzie, ale później widać  je było już z każdej strony. Statek ciężko pracował na rosnącej fali, jego szybkość wyraźnie zmalała.

 

- Ale pogoda, jak sto diabłów - zaklął brodaty sternik Fleggan.

- Co ty mówisz Fleggan? – zapytał go kapitan Cunningham pykając swoją krótką fajeczkę.

- Mówię, że jest bardzo brzydka pogoda, panie kapitanie - odpowiedział mu Fleggan.

- Pilnuj lepiej kursu, bo zboczyłeś już pół rumba. Brzydka pogoda dopiero się zacznie, wszystko przed nami. Barometr spada, idzie sztorm. Do wszystkich diabłów!

- Ay, ay, sir – odpowiedział mu Fleggan.

Wtedy przyszedł na mostek bosman Wilson i zameldował:

- Panie kapitanie, wszystko sprawdzone, zamocowane, zabezpieczone przed sztormem. Obszedłem cały statek. Ładownie też obejrzałem.

- Dobrze Wilson, dziękuję. Ale co jakiś czas trzeba doglądać. Licho nie śpi. Wachtowi muszą sprawdzać wszystko przynajmniej raz na wachtę. Zawsze coś może się obluzować, w sztormie różne rzeczy się dzieją - kapitan Cunningham wypuścił kłęby tytoniowego dymu i pochylił się nad mapą. Coś tam sprawdzał, obliczał, mierzył, cyrklem odległości, mruczał cicho pod nosem i przeklinał.

Tymczasem pogoda wyraźnie się pogorszyła. Wiatr wiał prosto w dziób małego parowca „Saint Michael” zmagającego się z coraz większą falą. Statek był w drodze z Bristolu do St. Johns w Nowej Funlandii. Minęła już polowa października, a północny Atlantyk nigdy nie bywa łaskawy dla żeglarzy o tej porze roku. Jednak kapitan Cunningham liczył, że uda mu się dotrzeć do portu zanim nadciągną te prawdziwe jesienne sztormy. Ponad połowę drogi miał już za sobą. Był starym, doświadczonym marynarzem i wiedział czego może się spodziewać o tej porze roku w rejonach Atlantyku. Do tej pory jakoś mu się udawało, miał po prostu szczęście. Statek po wyjściu z Bristolu wziął kurs na północ, przez Morze Irlandzkie. Potem minął wyspy szkockie i od samotnej skały Rockall skierował się na zachód. Miał wystarczający zapas węgla, żeby dotrzeć do Nowej Funlandii. Kiedy mijali Rockall, dzień był dżdżysty i ponury. Młody marynarz Randy Fox na widok skały zapytał bosmana Wilsona:

- Co to za skała która przypomina siedzącego diabła?

Bosman spojrzał na niego ponuro, splunął i powiedział ochrypłym głosem:

- Lepiej żebyś nie wiedział. Zajmij się tym co trzeba,  a nie tym co nie dla ciebie!

Randy wzruszył ramionami.

- Nie wiedziałem bosman, że jesteś taki strachliwy i boisz się jakiejś skały. Spytałem tylko, a ty zaraz robisz wielki problem z czegoś, czym nie powinieneś się przejmować. Że powiedziałem, że ta skała przypomina siedzącego diabła? To coś strasznego?

- Nie wywołuj diabła z piekieł, Randy. Bo może cię spotkać coś złego.

Początkowo żegluga przebiegała spokojnie. Statek wiózł w ładowniach sukno angielskie w belach. Co jakiś czas bosman Wilson wraz z marynarzami zaglądał do ładowni, żeby sprawdzić czy coś  się nie przemieściło z ładunku. Pogoda do tej pory w miarę dopisywała. Dni były już coraz krótsze, zmrok wcześniej zapadał, zwłaszcza w dni deszczowe i ponure. W tym dniu zaraz po południu przyszedł pierwszy jesienny sztorm. Wiatr przygonił nowe stada ciężkich chmur deszczowych. Niebo zupełnie pociemniało, fale gwałtownie zaczęły rosnąć. Statek z trudem pracował na falach, wznosząc się na ich grzbiety i opadając w dół. Szedł wolno, ale jednak szedł cały czas naprzód, a kapitan Cunningham miał nadzieję, że za dwa, trzy dni pogoda powinna się chociaż trochę poprawić. Tymczasem zapadł zmierzch a krótko potem przyszła ciemna, atlantycka noc. Niebo było cały czas przykryte deszczowymi chmurami. Statek płynął w całkowitych ciemnościach, nic nie było widać. Na dodatek znowu zaczął padać deszcz. Tylko sternik się zmagał z falą i wiatrem żeby utrzymać statek na kursie. Marynarz wachtowy wytężał wzrok na oku z obawą, czy na kursie nie pokaże się jakiś obcy okręt ale noc była wręcz smolista. A dodatkowo jeszcze deszcz ograniczał widzialność.

- Nic nie widać panie kapitanie - meldował co jakiś czas Cunninghamowi.

Tylko sternik Fleggan stał niestrudzenie na swoim posterunku, obserwując tarczę kompasu i wychylenie steru. Utrzymać statek na kursie nie było łatwym zadaniem. Duże, ciężkie koło sterowe obracało się wolno i nieraz trzeba było się dobrze nim nakręcić w prawo lub w lewo z całych sił, żeby utrzymać statek na kursie. Ale Fleggan był doświadczonym sternikiem jeszcze ze statków żaglowych, na których pływał wiele lat.

Dookoła był tylko wzburzony Atlantyk, sztormowy wiatr, ciemna noc i zachmurzone niebo. Na mostku tkwili kapitan Cunningham ze sternikiem Flegganem i marynarzem na oku, Tomem Bradleyem. Minęła już północ kiedy na mostek przyszedł bosman Wilson. Twarz miał ponurą jak gradowa chmura. Od razu było widać, że przynosi złe wieści.

- Co się stało, Wilson? - zapytał Cunningham.

- Panie kapitanie, mamy problem. Marynarz Randy Fox został w ładowni przygnieciony belą ładunku. Sprawdzaliśmy czy wszystko jest w porządku i nagle usłyszałem jego krzyk. Wtedy zobaczyłem, że przygniotła go bela sukna. Wyciągnęliśmy go. Leży teraz w koi. Chyba nie jest z nim dobrze. Nie wiem, czy z tego wyjdzie.

- A co z ładunkiem? Tylko ta jedna bela się przesunęła?

- Tak, wszystko jest zamocowane, nie wiem jak się obluzowała. Tylko ta jedna, jedyna. Ale co będzie z Randym, panie kapitanie?

- A co ma być? Poleży do rana w koi, a jutro do pracy. To jest statek, nie szpital, Wilson!

- Tak, rozumiem panie kapitanie.

Żaden z marynarzy na mostku się nie odezwał. Fleggan pilnował kursu a Bradley uporczywie wpatrywał się w nocne ciemności jakby rzeczywiście tam coś widział. Po wyjściu Wilsona na mostku słychać było jedynie szum wiatru na zewnątrz. Gdzieś około godziny drugiej w nocy pogoda nagle się zmieniła. Zrobiło się nienaturalnie cicho. Wiatr jakby się uspokoił, chociaż morze było nadal wzburzone. Spoza ciemnych chmur wyszedł księżyc i słabym blaskiem rozproszył nieco nocne ciemności.

- Panie kapitanie, księżyc wyszedł - zameldował Bradley na oku.

- Tak, widzę, widzę. Może trochę się poprawi ta pogoda, barometr stanął w miejscu - powiedział Cunningham zapalając fajkę z ciemnego drewna.

I wtedy zobaczyli ten żaglowiec. Wynurzył się nagle z ciemności nocy po prawej burcie. Płynął z wiatrem pod pełnymi żaglami przeciwnym kursem. Widać było, że przejdzie bardzo blisko parowca, co przy takiej pogodzie mogło być niebezpieczne. Księżyc oświetlał jego burty i żagle. To był stary żaglowiec. Jego żagle na rejach były postrzępione, burty odarte z farby. Na pewno miał za sobą ciężkie dni na morzu. Białe żagle i białe burty w blasku księżyca świeciły upiornym blaskiem. Płynął całkiem blisko, przypominając zjawę ze złego snu. Cunninghamowi wydawało się, że ten statek biegnie po falach. Przyjrzał mu się przez lornetkę. Pokład był pusty, za kołem sterowym też nikogo nie zobaczył. Jego zdziwienia rosło.

- Co u diabła, co jest? Nie widzę sternika, nikogo na pokładzie - powiedział.

- Panie kapitanie, takich statków żadne stocznie już nie budują od co najmniej dwustu lat - odparł Fleggan.

- Widzę, nigdy jeszcze nie spotkałem z takiego. I jeszcze przy takiej pogodzie płynie pod pełnymi żaglami. Niepojęte... niepojęte... - mruczał pod nosem Cunningham.

- Tak, panie kapitanie - potwierdził Fleggan.

- A gdzie sternik?

- Tam ktoś jest, na pokładzie! Widzę przez lornetkę. Macha ręką! - zawołał Bradley.

- Gdzie, gdzie? Nic nie widzę. A, rzeczywiście, jest... - przyznał Cunningham i zamilkł. Ujrzał przez lornetkę człowieka na pokładzie. Jego twarz wydała mu się znajoma. Żaglowiec mijał się w tym momencie z parowcem prawą burtą, niemal ocierając się o statek Cunninghama. Kapitan chciał wydać Flegganowi polecenie zmiany kurs bardziej w lewo, lecz zaraz doszedł do wniosku, że jednak oba statki miną się bezpiecznie. Z zamyślenia wyrwał go przerażony głos marynarza Bradleya, cały czas obserwującego tajemniczą jednostkę:

- Panie kapitanie, tam na pokładzie jest Randy Fox! To on do nas machał. To na pewno on! Co się stało? Co się dzieje!?

Cunningham również rozpoznał Foxa. Patrzył przez lornetkę na jego ziemistą twarz, teraz lepiej widoczną w świetle księżyca. Fox przyglądał mu się uporczywie. Cunningham poczuł ciarki na plecach.

- Panie kapitanie, to okręt umarłych. Umarłych! Przypłynął zabrać Randy’ego. Słyszałem o tym przeklętym statku! - zawołał Fleggan do Cunninghama.

Żaglowiec w tym czasie już znalazł się za rufą parowca i po chwili znikł w ciemnościach nocy. Wielka chmura zakryła księżyc i krótko potem nadciągnął gwałtowny szkwał. Znów wszystko ogarnęła smolista ciemność. Słychać było tylko złowrogie wycie wiatru. Wtedy na mostek przyszedł bosman Wilson.

- Panie kapitanie, zła wiadomość. Marynarz Randy Fox…

- Wiem, Wilson, wiem wszystko. Niczego już nie musisz mówić - odpowiedział kapitan Cunningham.

Patrzył w ciemność nocy i słuchał wycia sztormowego wiatru. Przypomniało mu się jego dzieciństwo które spędził na targanych wiatrem brzegach Kornwalii. Tam starzy marynarze opowiadali dziwne rzeczy o tajemniczym okręcie umarłych, który pojawia się przeważnie w  sztormowe noce, żeby zabrać tych, na których już przyszedł czas…


portal LM, luty 2015




„ESTRELLA DEL MAR”

Siedzieli w zadymionej sali portowego baru. Na poplamionym obrusie stały butelki i szklanki. Zażywny barman stojący za kontuarem wycierał kufle i kieliszki. Od czasu do czasu spoglądał w ich stronę. Rytmiczna muzyka z radia dominowała nad gwarem rozmów.

- Patrzcie, tutaj chyba sami marynarze siedzą - powiedział Mały i pociągnął łyk wina ze swojej szklanki.

- A co myślałeś? Przecież to portowy bar, kto tu ma siedzieć?

- No, jacyś ludzie, dziewczyny.

- Ludzie? Prawda, przecież ci, co pływają, to nie są ludzie. To tylko marynarze. A dziewczyny? Zobacz tam, pod oknem. Siedzą z Chińczykami.

- Przy tamtym stoliku też.

- Nie o takich myślałem.

- No, chłopie. Tutaj chciałeś mieć inne? W „Biednym Marynarzu”?

- W czym?

- No, ten bar się tak nazywa „El Pobre Marino”. To znaczy - biedny marynarz.

- Nie wiedziałem. Nie znam dobrze hiszpańskiego.

- To się ucz, Gruby, ucz. Marynarz powinien znać języki.

- Wszędzie się dogadam. Po angielsku.

- Chyba na migi. Ostatnio tak się nagadałeś, aż cię ręce bolały.

- Nie bądź taki mądry.

- Czemu się czepiasz Grubego? - odezwał się Bokser - dałbyś mu spokój. Zresztą niedługo musimy wracać na statek.

- Wcale mi się nie chce- powiedział Mały.

Kiedy wyszli z baru, Gruby spojrzał na zegarek.

- O, to już po jedenastej. Ale późno. No, chłopaki teraz prosto na statek.

Szli ulicami pustymi już o tej porze. Na niebie świecił księżyc. Małemu nie spieszyło się.

Co chwilę przystawał przed wystawami sklepów. Gruby szedł szybko, nie oglądając się za siebie. Tuż za nim Bokser. Mały zagapił się przez chwilę na jasno oświetlony napis „Bar Pod Złotą Koroną”. Od wewnątrz dochodził gwar, głośne śmiechy, rytm muzyki. Przez szyby w oknach widać było tańczące pary.

- Można wejść na chwilę - pomyślał i rozejrzał się za swoimi kolegami. Ale nie dostrzegł ich. Gdzie oni się podziali? Kusił go gwar dochodzący z baru, ale sam nie chciał wchodzić. Ruszył w ślad za swoimi dwoma towarzyszami. Skręcił w boczną uliczkę w której jak mu się zdawało, zniknęli tamci dwaj. Ale nie dostrzegł ich. Ależ ten Gruby się spieszy - pomyślał.

Wiedział, że był już niedaleko portu. W końcu zobaczył bramę. Pomachał strażnikowi i nie zatrzymywany przez nikogo, wszedł na teren portu. Od wody ciągnął chłodny wiatr, niósł e sobą zapach soli. Na nabrzeżach paliły się nieliczne latarnie. Mijał ciemne sylwetki dźwigów, magazyny. Był w tej części portu, gdzie stały stare, pordzewiałe kadłuby statków przeznaczonych na złom. W ciszy słychać było tylko plusk wody. Na nabrzeżu leżały sterty żelastwa, pordzewiałe łańcuchy kotwiczne, belki, połamane deski i stosy różnego rodzaju rupieci. Gdybym dostał od kogoś w łeb, to nawet bym nie wiedział od kogo- pomyślał. Nagle przy nabrzeżu zobaczył nieduży statek. Na nadbudówce paliło się światło. Oświetlało część pokładu i trap. Zobaczył dość wyraźnie nazwę wypisaną dużymi literami „Estrella del Mar”

Gwiazda morza. Przy trapie widać było ciemny zarys sylwetki. Pewnie wachtowy, może będzie wiedział jak trafić do kei dwadzieścia cztery - pomyślał. Pamiętał, że przy tej kei stał jego statek. Kiedy ostrożnie wchodził na trap, od wody napłynęła mgła.

- Halo, jest tam kto?

Postać nie poruszyła się. Wszedł na pokład.

- Halo, amigo. Gdzie jest keja dwadzieścia cztery?

- Szukasz kogoś? - usłyszał głos za sobą.

Odwrócił się. Za nim stał marynarz w długim, ciemnym płaszczu. Na głowie miał czapkę z daszkiem rzucającą cień na twarz. Widział tylko jego oczy.

- Tak, szukam kei numer  dwadzieścia cztery. Tam stoi mój statek nazywa się „Nordwind”.

- Chodź, zapytamy kapitana.

Poszedł za nim słabo oświetlonym korytarzem. Weszli do mesy. Przy stole siedziało dwóch marynarzy. Kapitan zamyślony i poważny siedział w fotelu. Nikt nie zwrócił na nich uwagi. Ten który go przyprowadził nachylił się nad kapitanem i coś mu cicho powiedział.

- Siadaj - zwrócił się do Małego.

- Nie chcę przeszkadzać. Ja już sobie pójdę. Tylko ta keja…

- Siadaj, jesteś naszym gościem- położył mu rękę na ramieniu. Mały usiadł.

- Napij się - posłusznie przyjął szklankę.

- Pij! Do dna!

Wypił aż się zakrztusił.

- Jesteś gościem na statku „Estrella del Mar”. Gościem kapitana Martineza. Ci dwaj to Juan Prado i Jose de Vegas. Ja jestem Ramon Perez.

- To cała załoga?

- Nie, czekamy na piątego. Na Diego Rodrigueza. On się zawsze spóźnia. Jak tylko przyjdzie, zaraz rzucamy cumy.

Kapitan milczał wpatrzony w bulaj. Marynarze siedzący przy stole również milczeli. Mały czuł się obco i jakoś dziwnie na tym statku. W mesie pomimo że paliły się światła, panował półmrok. Czuł ciągnący skądś chłód i wilgoć.

- Wypij jeszcze.

- Nie, już nie, będę musiał iść- jednak posłusznie wypił.

Trunek był mocny, szybko zaszumiało mu w głowie. Zapomniał już po co tutaj przyszedł. Kiedy Perez go wyprowadził na pokład, plątały mu się nogi.

- Pójdziesz cały czas prosto, potem zobaczysz magazyn z czerwonym dachem i skręcisz w lewo.

Kiedy schodził z trapu, nagle poślizgnął się i upadł. Uderzył głową o nabrzeże.

- Hej, przyjacielu, co ci się stało?

Ktoś pochylał się nad nim. Z trudem otworzył oczy.

- Co się stało? - zapytał.

- No właśnie, co się stało? Znalazłem ciebie tutaj. Ktoś cię napadł, czy co?

Pochylał się nad nim jakiś człowiek. Pomógł mu wstać. Mały rozejrzał się. Był na kei przy jakimś starym, odrapanym wraku. Nie mógł sobie uświadomić, skąd się tutaj wziął. Nagle zobaczył na dziobie statku napis „Estrella del Mar”.

- Byłem na tym statku i chyba spadłem z trapu.

- Na tym wraku? Tu nie ma żadnego trapu. Jak tam mogłeś wejść?

- Zaprosili mnie marynarze. Trochę za dużo wypiłem.

Nieznajomy spojrzał na niego jak na ducha.

- Zaprosili ciebie? Na ten wrak? Kto?

- No, załoga, Ramon Perez. Był też kapitan i inni. Czekali na kogoś, na Diego czy jakoś tak. Mieli zaraz wychodzić w morze.

Nieznajomy patrzył na niego z przestrachem.

- Człowieku, co ty opowiadasz. Jaki Ramon Perez. On zaginął dziewięć lat temu, na morzu. Ten statek to wrak, od lat tutaj stoi.

- Ale załoga? Widziałem…

- Jaka załoga? Zresztą, chcesz znać prawdę? Kiedyś pływałem na tym statku. Dawno temu. To był dobry statek i dobra załoga. Znałem ich wszystkich. Ale kiedyś spóźniłem się na wyjście.

Nie zdążyłem. Statek wyszedł beze mnie. A po dwóch tygodniach ktoś zauważył „Estrellę” w morzu. Statek dryfował. Nie było żadnych sygnałów ze statku. Na pokładzie nie znaleziono nikogo. Cała załoga zniknęła. Ramon Perez był moim przyjacielem. Nikt nigdy o nich nie słyszał.

- Jak to?

- Tak. To była głośna sprawa. Nikt nie wie co się stało z kapitanem i załogą.

- Ale przecież byli tu dzisiaj. Widziałem ich.

- Nie mów tego głośno. Nikt ci nie uwierzy. To statek przeklęty. Od lat nikt na nim nie był. Zobacz jak on wygląda. To wrak. Możesz mi wierzyć, albo nie ale to co ci powiedziałem to prawda, albo ja nie nazywam się Diego Rodriguez.

Mały patrzył na statek. Stary, odrapany wrak. W brzasku budzącego się dnia wyglądał jak żałosna sterta złomu. Widać że od dawna nikt na nim nie pływał.

- Chodź pomogę ci znaleźć twój statek - powiedział Diego.

- Nie potrzeba, sam trafię.

- Jak chcesz.

Mały ruszył chwiejnym krokiem przed siebie. Za nim został stary, odrapany wrak „Estrella del Mar”.

 

portal LM, marzec 2015




NOC NA KOTWICY

Była pełnia księżyca. Statek „Snowbird” schronił się za małą wyspą Toernoy. Jej dość wysokie, skaliste brzegi dawały jakąś osłonę od wiatru. Kapitan Wienner zdecydował się rzucić kotwicę przy wyspie Toernoy ze względu na silny, atlantycki sztorm. „Snowbird” był w drodze z norweskiego portu Tromsoe do Aviles w północnej Hiszpanii. To miała być ostatnia podróż statku. W hiszpańskim porcie miał być sprzedany innemu armatorowi. Ale to już kapitana Wiennera nie obchodziło. W Aviles on i załoga mieli opuścić pokład i wracać do domu. Ich zadaniem było doprowadzić bezpiecznie statek do portu. W Tromsoe zdjęto ostatni ładunek.

Stamtąd frachtowiec wyruszył pod balastem do Aviles. Styczeń na Morzu Norweskim i Północnym nigdy nie bywa łaskawy. Tym bardziej, że prognozy na najbliższe dni przewidywały silne wiatry sztormowe. Po wyjściu z portu udało się przebyć tylko dobowy odcinek podróży. Zanim nastał wieczór kapitan Wienner polecił rzucić kotwicę przy skalistych brzegach wysepki Toernoy.

 

- Długo postoimy, master? - zapytał Igor Woronin, pierwszy oficer.

- Zobaczymy co będzie rano. Znasz prognozę pogody na najbliższe dni, prawda?

- Znam, oczywiście. Trochę się obawiam o kotwicę, master.

- O kotwicę? Dlaczego? - zdziwił się Wienner.

- Bo tutaj wszędzie skały i skały. Brak odpowiednich kotwicowisk w Norwegii.

- Tak, ale tutaj mamy kawałek piaszczystego dna. Myślę, że nas nie będzie znosić. Przecież mamy ponad sto metrów łańcucha kotwicznego w wodzie. Powinno być dobrze.

- Tak, master. Myślę, że jakoś wytrzymamy - zgodził się Igor.

- Nie ma co się martwić na zapas. Musimy bezpiecznie doprowadzić statek do portu - powiedział Wienner i po chwili dodał -  gdyby coś się działo to cię zawołam na mostek. Jeżeli wszystko będzie normalnie to cię obudzę na wachtę przed północą.

- O.K. master. W takim razie idę odpoczywać- powiedział Igor i zszedł z mostku.

Kapitan Wienner sprawdził pozycję statku. Kotwica trzymała mocno, za skałami było w miarę cicho i spokojnie. Nie powinno być żadnych niespodzianek. Ale wiedział z doświadczenia, że mimo wszystko czasem dzieją się różne, nieprzewidziane rzeczy. Wienner zostawił na mostku marynarza wachtowego i wyszedł. Chciał jeszcze uporządkować stare dokumenty których sporo się uzbierało. W biurze statkowym były dwie szafy pełne różnego rodzaju papierzysk. Stare dzienniki pokładowe, dokumenty ładunkowe, sprawozdania z podróży morskich, zestawienia miesięczne i czort wie co jeszcze. Chciał z tym wszystkim zrobić jakiś porządek chociaż po prawdzie sam się zastanawiał czy to warto. Statek wkrótce zostanie sprzedany, przyjedzie nowa załoga i na pewno wszystkie stare papiery pójdą do śmietnika. Komu to potrzebne? Jemu na pewno nie. Ale mimo wszystko przeglądał stare papiery, niektóre trochę czytał, inne odkładał na bok. Czas mijał szybko. Kiedy zorientował się, że już jest niedaleko do północy, poszedł na mostek żeby sprawdzić czy marynarz wachtowy czuwa. Filipińczyk Bernardo Ruiz był dobrym marynarzem i oczywiście czuwał.

Razem z nim był na mostku drugi Filipińczyk Luis Mejia.

- Wszystko o.k. Bernardo? - zapytał Wienner.

- No, master. No o.k. - odpowiedział Bernardo.

- Dlaczego? Kotwica przecież trzyma, pozycja bez zmian. O co chodzi?

- Bo kiedy przechodzą śnieżne szkwały to nic nie widać, master!

- To przecież normalne, Bernardo. O co więc chodzi?

- Tak master, normalne, ale…urwał marynarz.

- No co? Co jest? - zapytał Wienner.

- Master, będzie pan się śmiał, ale na dziobie coś chodzi - odezwał się Luis.

- Na dziobie? Co tam chodzi? Może ktoś tam jest?

- Może ktoś ? Nie wiem, master. Ale widać, że coś się rusza. O, master, śnieżyca, niech pan zobaczy, tam, na dziobie, z prawej burty, idzie na lewą, jakby sprawdzał, czy kotwica trzyma, patrzy przez burtę, o, wychyla się, master, niech pan patrzy! – zawołał Luis.

- Co wy? Może to ktoś z marynarzy? – zapytał Wiener.

- Nie, master, nie. Wszyscy śpią. Sprawdzałem - powiedział Bernardo.

- Obaj chodziliśmy na dziób, jak była śnieżyca – dodał Luis.

- No i co? – zapytał sceptycznie Wienner.

- Nikogo nie widzieliśmy. Ale ślady były na śniegu, na pokładzie- rzekł Bernardo.

- Co wy, durnia ze mnie robicie? – zdenerwował się Wienner.

- Nie, master. Nie robimy z pana durnia. Ale kilka lat temu na tym statku zginął marynarz, na dziobie, Joe Moreno, w nocy - powiedział poważnie Bernardo.

- No to co z tego? A zresztą, skąd o tym wiesz Bernardo?

- Wiem, bo tutaj byli wtedy nasi. On zginął na dziobie, przy silnym szkwale. To było w nocy, zimą. Nasi potem zeszli z tego statku, wszyscy. Dokładnie nie wiem, jak to się stało.

- Nie opowiadaj głupstw, Bernardo. To są jakieś bzdury, bajki, nie wierz w żadne duchy.

- Nie, master, to nie bzdury. – Bernardo był bardzo przejęty.

-To prawda, master. To na pewno duch, to Joe Moreno, to on - poparł go Luis.

- A ty skąd wiesz? Taki pewny jesteś? – zapytał Wienner.

- Bo kapitan Korvend  mówił o tym – powiedział Luis.

- A on skąd wiedział? – Wienner patrzył z niedowierzaniem.

- Od poprzedniego kapitana. Jak ten Joe zginął, to potem się pokazywał, na dziobie. Inni marynarze też go tutaj widzieli.

- Nie wierzę. To są bzdury – uśmiechnął się kapitan.

- Nie, master, to nie są bzdury. Coś złego może się zdarzyć. Nieszczęście. To się może zdarzyć. Jakieś nieszczęście może nas spotkać- powiedział Luis.

- Nie kracz, Luis, nie wierz w bajki – powiedział Wienner.

W międzyczasie przyszedł na mostek Igor Woronin. Kapitan Wienner uciął dyskusję na temat historii Joe Moreno. Zwrócił się do Igora ze słowami.

- Kotwica trzyma dobrze, tutaj jest miejsce osłonięte, dno piaszczyste. Myślę, że w dzień pogoda się poprawi na tyle, że będziemy mogli ruszyć dalej. Gdyby coś się działo, to mnie obudź. Wszystko jasne?

- Yes, master - odpowiedział Igor.

Kapitan wrócił do swojej kabiny. Jeszcze chwilę przeglądał stare papierzyska, gdy nagle zauważył wśród dokumentów jakiś mocno zniszczony brulion, z poobrywanymi okładkami. Zajrzał do niego. Były to jakieś zapiski jednego z jego poprzedników na tym statku. Sądząc po datach, notatki prowadzone były prawie dziesięć lat temu. Zapiski w języku angielskim. Wienner przeglądał je z zainteresowaniem. Jakieś rozliczenia miesięczne, planowanie prac pokładowych, remonty, zmiany załogi. W pewnym momencie natknął się na nazwisko Joe Moreno. Zaczął czytać. Notatka był krótka i lakoniczna. Jego poprzednik nie pisał pamiętnika raczej notował to, co wydawało mu się istotne. Pod datą 18 stycznia 1990 roku napisano – „Dzisiaj wieczorem przy sztormowej pogodzie wiatr NW 9 B stan morza 6 wypadł za burtę marynarz Joe Moreno narodowości filipińskiej. Statek stał na kotwicy w pobliżu wyspy Toernoy, na pozycji – odległość 0.4 Mm od cypla w namiarze 265, po stronie wschodniej wyspy. Bezpośrednich świadków zdarzenia nie było”.

- Przecież to na tym samym  kotwicowisku co my stoimy – pomyślał zdziwiony Wienner. Czytał dalej. – „ Statek kotwiczył w miejscu osłoniętym od wiatru. Marynarz Joe Moreno poszedł na dziób sprawdzić,  czy łańcuch kotwiczny pracuje prawidłowo. W czasie silnego szkwału śnieżnego wypadł za burtę, w niewyjaśnionych okolicznościach. Powiadomiono służby brzegowe i podjęto akcję poszukiwawczą. Bez rezultatu”. – Na tym kończyła się notatka na temat wypadku marynarza Joe Moreno. Dalej następowały jakieś rozliczenia finansowe, zakupy prowiantu i tym podobne sprawy. Kapitan Wienner zamyślił się po przeczytaniu notatki. Dziwna sprawa. Zbieg okoliczności? Po tylu latach od tamtego zdarzenia statek kotwiczy w tym samym miejscu, w którym zginął kiedyś marynarz. Nawet pora roku jest ta sama. Nie wierzył w żadne życie pozagrobowe ani w podobne historie. Był realistą. A jednak to co przeczytał, nie dawało mu spokoju. Zimowa noc, śnieżne szkwały, zimno ,sztormowy wiatr. Znał te pogody i zimową żeglugę u wybrzeży Norwegii. Pływał tu od lat. Słyszał o różnych wydarzeniach na statkach, ale z czymś takim zetknął się po raz pierwszy. Nie wierzył  w opowieści Bernarda, o postaci pokazującej się na dziobie statku, o śladach na zaśnieżonym pokładzie. To była dla niego bzdura. Poszedł jeszcze raz na mostek. Akurat przyszedł potężny, śnieżny szkwał. Chwilami nic nie było widać. Statek jednak stał pewnie, kotwica trzymała prawidłowo. Czasem tylko odczuwało się szarpnięcia łańcucha kotwicznego, zwłaszcza przy silnych podmuchach wiatru. Momentami wichura słabła i wtedy widać było, co się dzieje na zewnątrz. Igor stał przy oknie i przez lornetkę obserwował dziób statku. Był sam na mostku.

- Co tam widzisz, Igor? – zapytał Wienner wchodząc na mostek.

- Master. Tam ktoś chodzi na dziobie. Nie wiem, ale to dziwne. Przecież wszyscy śpią.

- Chodzi ktoś? Na dziobie? Ty mówisz to poważnie? Daj lornetkę. A Bernardo gdzie?

- Bernardo i Luis też to widzieli. Sprawdzili cały statek- wszyscy śpią. Byli na dziobie- nic tam nie znaleźli, kotwica trzyma dobrze, wszystko jest w porządku. Ale tam na dziobie wyraźnie kogoś widać, niech pan spojrzy, master - podał mu lornetkę.

Kapitan Wienner wziął z rąk Igora lornetkę. Patrzył przez chwilę i o mało nie krzyknął ze zdziwienia. Poprzez gęsto padający śnieg widać było jakąś ciemną, niepozorną postać na dziobie która wychylała się za burtę.

- I co, master? – zapytał Igor.

- Dziwne. Idź no tam, Igor, zobacz co to jest, do wszystkich diabłów!

Igor niechętnie poszedł. Wienner obserwował przez lornetkę, jak Igor idzie przez jasno oświetlony pokład na dziób statku. W pewnym momencie stracił go z oczu, gdy wraz z podmuchem silnego wiatru przyszła śnieżyca. Ale po chwili szkwał przeszedł i zobaczył Igora na dziobie. Obok Igora stał jeszcze ktoś. Wiennerowi wydawało się, że rozmawiają. Po chwili Igor odwrócił się, przeszedł z lewej burty na prawą, wychylił za burtę, popatrzył na łańcuch kotwiczny. Ten drugi również przeszedł z burty na burtę, wychylił się, patrzył tam gdzie Igor. Sprawiali wrażenie, jakby działali razem. Po chwili Igor wrócił na mostek. Był sam. Popatrzył na Wiennera i powiedział:

- Wszystko w porządku, master. Kotwica trzyma.

- A z kim tam rozmawiałeś? Widziałem was dwóch?

- Ja? Master, tam nie było nikogo. Byłem sam. O co chodzi?

Wienner nie odpowiedział. Spojrzał przez lornetkę za okno. Na dziobie statku, wśród padającego śniegu zobaczył ciemną, niewyraźną postać.

 

portal LM, kwiecień 2015





DIABELSKIE MORZE

Pogoda od kilku dni była dobra. Dni ciepłe, słoneczne. Morze spokojne. Szkuner „Orion” płynął pod żaglami z wiatrem. Kapitan spodziewał się, że za kilka dni statek dopłynie do Jamajki. Wydawało się, że podróż minie spokojnie. Tego dnia wszystko było tak jak poprzednio. Ciepło, słonecznie, na niebie żadnej chmurki. Żadnych statków na horyzoncie. Gdzieś około południa pogoda zaczęła się zmieniać. Morze pociemniało, nad horyzontem pokazały się ciemne chmury. Wszystko to stało się zupełnie niespodziewanie, w ciągu kilku minut. Pojawiły się białe grzywy fal. W jednej chwili zrobiło się zupełnie ciemno, zerwał się wiatr i zaczął padać gwałtowny, silny deszcz. Nic nie było widać. Morze i niebo zlały się w jedną wielką, ciemną chmurę. Strugi deszczu tłukły w drewniany pokład. Od czasu do czasu błyskawice rozjaśniały ciemności. Po błyskawicach następowały głuche odgłosy grzmotów. Burza na morzu, niespodziewana i gwałtowna.

- Coś dziwnego dzieje się z kompasem - zawołał niespokojnie sternik.

- Co takiego? - kapitan, brodaty James O’Malley spojrzał na niego.

- Kompas wariuje, nie wiem jaki jest kurs!

- A jaki kurs trzymałeś?

- West-north-west - a teraz jest south, nie south, south east. Panie kapitanie ten kompas kręci się wkoło cały czas.

- Co się dzieje, u diabła?

- Nie wiem, master, nie wiem, ale to jest coś dziwnego, coś złego się dzieje. To chyba ta przeklęta burza.

- Burza już się skończyła - powiedział O’Malley.

Burza rzeczywiście już się skończyła. Grzmoty ucichły, błyskawice zniknęły, deszcz przestawał padać. Wiatr się uspokoił, tylko nadal było zupełnie ciemno. I zapadła dziwna, niespokojna cisza. Nadeszła mgła. Nagle gdzieś z prawej burty usłyszeli głos syreny okrętowej. Kapitan spojrzał zdziwiony na sternika.

- Statek? Tutaj? Przecież nic nie było widać, żadnego statku nie było jeszcze parę chwil temu – zawołał O’Malley – odpowiedz na sygnał bosman, szybko, pospiesz się, niech to diabli.

- Master, co mam robić?

- Prawo na burtę i skrócić żagle, szybko!

- Ster nie działa, ster nie działa.

- Jak to, do diabła, nie działa, co jest do stu tysięcy piorunów i jednej dziwki, szybko, prawo na burtę!

- Ster nie działa, kompas zwariował, nic nie działa - wołał sternik.

- Deszcz przestał padać- powiedział pierwszy oficer William Harvey, który towarzyszył kapitanowi O’Malleyowi.

- No to co? Co mnie obchodzi deszcz? Co? Przecież przestał padać już przed chwilą, o co chodzi, Harvey? - zapytał kapitan.

- Nie ma wiatru, nie ma deszczu, nie ma burzy, ale jest ciemno i mgła, chociaż dopiero południe - powiedział Harvey starając się opanować drżenie głosu.

- Mgła to normalna rzecz, Harvey.

- Ale nie ciemności w południe.

- To diabelska sprawa - powiedział któryś z marynarzy.

- Milczeć! - zawołał kapitan.

- Statek stanął, kapitanie - zawołał bosman.

- Co takiego?

- Statek stanął!

Kapitan spojrzał na maszty. W ciemnościach zobaczył białe płachty żagli smętnie zwisające w dół. Nie było żadnego wiatru. I tylko ta dziwna cisza dookoła.

- Coś dziwnego się dzieje, master. Ta burza, statek, którego nie widać. Tędy przecież nie przechodzą szlaki parowców. A przecież wyraźnie było słychać syrenę okrętową. Teraz nic nie słychać. To jakaś diabelska sprawa, na pewno!

Było cicho i ciemno. Burza odeszła, ale nadal ciemno było jak w bezksiężycową noc.

I na dodatek ta przeklęta mgła która nadchodziła tumanami, a potem gdzieś się rozwiewała.

- To Diabelskie Morze, kapitanie - zawołał któryś z majtków - słyszałem o tym kiedyś.

-Co jest, do wszystkich diabłów - zdenerwował się O’Malley.

Wtedy usłyszeli szum maszyny parowej, zupełnie wyraźnie, gdzieś z prawej burty. Szum narastał, stawał się coraz bardziej wyraźny i głośniejszy.

- Uderzy nas, staranuje! - krzyczał przerażony sternik.

- Dawajcie róg mgłowy, szybko!

Na pokładzie „Oriona” zapanowała panika. Wszyscy biegali, krzyczeli, wpadali na siebie w ciemnościach. Kapitan nie mógł opanować sytuacji. Cały czas było słychać szum maszyny parowej i ryk okrętowej syreny. Hałas powoli narastał, potężniał, zbliżał się, stawał się nie do zniesienia Kapitan miotał się i krzyczał, wydawał polecenia, ale w ogólnej panice nikt go nie słuchał, nikt nie zwracał na niego uwagi. Marynarze biegali, krzyczeli, wpadali na siebie, próbowali opuścić szalupę, potrącali się wzajemnie. O’Malley szarpał marynarzy, wołał, krzyczał, przeklinał, groził, aż w pewnym momencie poczuł potężne uderzenie w głowę i stracił świadomość. Kiedy odzyskał przytomność, zobaczył nad sobą niebo. Początkowo nie dochodziło do niego nic, nie zdawał sobie sprawy z tego co się dzieje dookoła.

Otworzył oczy, usłyszał głos nad sobą. Wtedy zobaczył, że pochyla się nad nim sternik  John Spark. Patrzył na niego bez słowa. O’Malley poruszył się niespokojnie.

- Co się dzieje, John? - zapytał cicho.

- Nic, master już nic.

- Gdzie ja jestem?

- W szalupie, tak jak i my, to znaczy ja i pan Harvey, kapitanie.

- Jak to? A mój „Orion”, a załoga?

- Nie ma nikogo, sir, nikogo. Tylko nas trzech zostało z całej załogi.

- Nic z tego nie rozumiem.

- My też nie, panie kapitanie - odezwał się milczący dotąd Harvey.

- Ja nic nie wiem, pamiętam tylko, że uderzyłem się o coś w głowę, potem  straciłem przytomność - powiedział cicho O’Malley.

- Ja też. Ocknąłem się w szalupie, jak sternik. Nie wiem, co się stało – przyznał zdezorientowany Harvey.

- Przecież słychać było statek! Czy nas staranował?

- Pojęcia nie mam. Dookoła nic nie widać, żadnego statku, nawet smugi dymu.

- A „Orion”? Przecież był drewniany, jeżeli ten statek nas uderzył, to powinny pływać jakieś kawałki drewna, cokolwiek! - zawołał O’Malley.

- Nie ma... Nie wiem, czy ten statek nas uderzył, wiem tylko, że nie ma już „Oriona”, nie ma załogi, niczego nie ma!

- Która godzina? - zapytał O’Malley.

- Jeżeli mój zegarek dobrze chodzi, to jest dziesięć po dwunastej w południe, panie kapitanie - powiedział Harvey.

- Co? A u mnie? Zaraz, zaraz, mam zegarek. Tak, u mnie jest tak samo. Pamiętam kiedy burza się zaczęła, było dokładnie za piętnaście dwunasta - powiedział O’Malley.

- Tak było - potwierdził sternik.

- Czyli to wszystko wydarzyło się ledwie w dwadzieścia pięć minut, sir - powiedział Harvey, patrząc kapitanowi w oczy.

- W tak krótkim czasie znikł „Orion” i wszyscy marynarze - przyznał O’Malley.

- Zostaliśmy tylko my trzej, panie kapitanie - powiedział sternik.

- Tylko trzej. Było nas dwudziestu. Gdzie jest reszta? - zapytał kapitan chociaż wiedział, że nikt mu nie odpowie.

- To Diabelskie Morze - stwierdził cicho Harvey.

- Co z nami będzie, kapitanie? - sternik spojrzał na O’Malleya.

Kapitan O’Malley z trudem się podniósł. Dookoła widnokręgu nie było widać nic, żadnego statku, żadnej smugi dymu, żadnego żagla. Niebo było bezchmurne, słońce świeciło wysoko, morze spokojne. W pobliżu również nie widać było niczego, co mogłoby sugerować rozbicie „Oriona”. Żadnego kawałka deski czy belki, nic.

- Nie mam pojęcia. Trudno w to wszystko uwierzyć - ciężko westchnął kapitan O’Malley.

Patrzyli na siebie w ciszy. Żaden nie chciał powiedzieć głośno tego o czym myśli.


portal LM, maj 2015



WRAK

Ten wrak przyholowano któregoś dnia do portu. Postawiono go w najdalszym krańcu w pobliżu starych, rozwalających się magazynów. Nie bardzo wiedziano co z nim zrobić. Armator nie kwapił się do podjęcia decyzji. Tymczasem wrak miał pozostać w miejscu w którym go postawiono. Stary, zardzewiały kadłub z farbą odchodzącą  w wielu miejscach. Na przedniej ścianie nadbudówki widać było ciemne smugi sadzy i wypaloną farbę. Pozostałość po pożarze. Na podłodze walały się kawałki żelastwa i stare, zaoliwione szmaty, połamane deski. Załoga dawno zeszła z tego statku. Na dziobie i rufie widać było na wpół zatarte litery, układające się w nazwę „Silverwind”. Kiedyś musiał to być ładny i szybki statek. Teraz był już tylko wrakiem i nikt nie wiedział czy jeszcze kiedykolwiek wypłynie z portu. Armator rozważał możliwość remontu. Kadłub i maszyna nie były jeszcze w złym stanie. Jednostka miała już jednak swoje lata, poza tym brakowało wielu rzeczy, zarówno w siłowni jak i na pokładzie.

Tymczasem na statku trzymano wachtę. Początkowo armator zostawił na burcie trzech ludzi, z czasem jednak ograniczył wachtę do jednego człowieka. Od pewnego czasu statku pilnował stary Johann. Raz na kilka dni zaglądał do niego agent portowy. Ale po miesiącu Johann się rozchorował i zażądał zmiennika. Nawet nie chciał, żeby go agent zawiózł do lekarza.  Odmawiając późniejszego pełnienia służby.  Agent nie krył zdziwienia.
- Czemu Johann? Spokojnie tu, wszystko masz.
- Nie zostanę tu ani godziny dłużej.
- Jak chcesz. Coś wymyślimy.
Wieczorem agent zabrał Johanna. Na jego miejsce przyjechał Artur Ring. Johann przekazał mu wszystko, powiedział co i jak, ale nawet nie chciał zmiennika oprowadzić po statku.
- Zobaczysz wszystko sam. Ja już nie mam czasu.
Ring został sam. Pierwsza noc minęła spokojnie. Drugiego dnia od rana zaczął myszkować po statku. Zajrzał na mostek, obszedł całą nadbudówkę, obejrzał wypalone kabiny. Sam mieszkał w jednej z nielicznych ocalałych. Potem sprawdził pokład, zajrzał do maszyny, do magazynków. Wszędzie bałagan -   jakby ktoś czegoś szukał. W farbiarni rozbite puszki z farbą, stare szmaty, kawałki lin. Zrobił porządek w  magazynach, poukładał wszystko. Zajęło mu to kilka godzin. Kiedy wyszedł na pokład, zaczynało się ściemniać. Postał chwilę, popatrzył, zapalił papierosa. Poszedł do kabiny. Wieczór spędził na oglądaniu telewizji. Rano znowu obszedł cały statek. Ze zdumieniem zauważył, że w magazynach jest taki sam bałagan jak wczoraj. To wszystko co z takim trudem poukładał, było znowu porozrzucane.
- Ktoś tu łaził? - pomyślał. -  Ale kto? Niemożliwe żebym nie usłyszał i nie zobaczył kogoś wchodzącego.
Poukładał wszystko raz jeszcze. I na drugi dzień znowu to samo. Tym razem postanowił przypilnować nieproszonego gościa. Czuwał w kabinie do późnej nocy. Na pokładzie paliły się lampy, jednak nie oświetlały wszystkich zakamarków. Postanowił zajrzeć do magazynu. Wziął latarkę, krótki, żelazny łom i wyszedł na pokład.
Nagle wydało mu się, że na dziobowym pokładzie widzi jakiś cień, jakby ktoś się poruszał. Zauważył też, że drzwi do magazynu dziobowego są otwarte.
- Mam cię, bratku! - pomyślał. Ring był wielki i silny, nie bał się intruza. Poszedł do magazynu. Drzwi były otwarte. Spróbował zapalić światło, ale włącznik nie zadziałał. Ostrożnie posuwał się, oświetlając sobie drogę latarką. W prawej ręce ściskał łom.
- Hej, ty, wyłaź! - zawołał.
W świetle latarki zobaczył postać. Ten ktoś stał tyłem, nie ruszał się. Ubrany na ciemno, czapka na głowie.
- Hej, ty, co tu robisz!? – zawołał.
Wtedy nieznajomy zaczął powoli się odwracać. Kiedy się odwrócił, nagle zapaliło się światło w magazynie. I Ring zobaczył, że stojący przed nim człowiek nie ma twarzy.  Ubranie i czapka  jakby wisiały w powietrzu. Ring krzyknął ze strachu i wtedy światło zgasło. Zgasła też jego latarka. Łom wypadł mu z rąk. Ogarnęła go ciemność. 
Kiedy się ocknął, był już dzień. Leżał w swojej kabinie. Sam nie wiedział jak się tu znalazł. Ale postanowił, że za żadne skarby nie zostanie na tym wraku. Nie wiedział jaką ponurą tajemnicę on kryje i nie chciał wiedzieć. Zrozumiał też dlaczego stary Johann nie chciał tu zostać. Musiał widzieć to samo. Czy tylko to? Był tutaj dłużej.
Zadzwonił do agenta i powiedział mu, że nie zostanie tu ani godziny dłużej. Agent wysłuchał go w milczeniu. Potem przyjechał. Nawet nie starał się go przekonywać żeby został dłużej. Powiedział tylko:
- Johann opowiedział mi wszystko.
- Wierzysz mi? Ja widziałem to samo.
- Sam nie wiem. Johann gadał różne rzeczy. Zresztą on widział nie tylko to – agent z rezygnacją machnął ręką.
- Co się działo na tym statku? – spytał Ring.
- Sam nie wiem. Dziwna sprawa. To dosyć duża łajba, pięć tysięcy ton. Czternaście osób załogi. A znaleziono ją w dryfieJaniczak, bez załogi, gdzieś pod Afryką. I ten pożar. Szalupy i tratwy zostały na statku.
- To znaczy?
- To znaczy… no, właśnie.
- Więc dryfował bez załogi? Czemu nic wcześniej nie mówiłeś?
- Po co? Co by to zmieniło? Tak naprawdę to nikt nic nie wie, co tu się stało. I chyba już nigdy nikt się nie dowie. Załoga przepadła. Chociaż podobno...  znaleziono trzy ciała. Zupełnie zwęglone. A gdzie reszta? Błagam tylko, jeżeli chcesz jechać dziś do domu - nic nie mów zmiennikowi. Przywiozę go wieczorem. 
- Mówisz serio?
- Tak.
Wieczorem Ring przekazał swoje obowiązki zmiennikowi. Nie oprowadził  go po pokładzie. A gdy zszedł z trapu, nawet nie spojrzał za siebie. Poczuł ulgę dopiero wtedy, kiedy zamówiona taksówka wyjechała z portu.                          


portal LM, maj 2015





KLABAUTERMANN

Statek „Santa Ana” płynął pod pełnymi żaglami z portugalskiego portu Aveiro do Indii Zachodnich. Od tygodnia była dobra pogoda. Przedtem dokuczliwe sztormy i szkwały nękały zarówno statek jak i załogę. Statek był już stary, ciężki i płynął z małą szybkością. Kapitan Alvarez rzadko pokazywał się na pokładzie. Przeważnie przebywał w swojej kajucie, pozostawiając wszystko na głowie szturmana Alamedy. Załoga była typową zbieraniną z różnych portów i rozmaitej narodowości. Oprócz Portugalczyków dwaj Szkoci, jeden Holender i Szwed. Do tego trzech Hiszpanów i kilku kolorowych o różnych odcieniach skóry, zarówno czarnych, jak i oliwkowych.

W dzień marynarze zajmowali się pracami przy żaglach, przeglądali i naprawiali takielunek, mocno nadwyrężony ostatnimi sztormami. Nastroje wśród załogi były różne. Alameda miewał sporo kłopotów z narzekającymi na kiepski prowiant, małe racje wody i nadmiar pracy. Niektórzy zbierali się po kątach w wolnych chwilach i szeptali między sobą. Na widok Alamedy lub któregoś z oficerów zaraz się rozchodzili, żeby nie padło na nich nawet najmniejsze podejrzenie buntu. Jeden ze Szkotów, rudy Glenn Colder, mruczał do swoich kompanów:

- Nic dobrego z tego nie będzie. Ja wiem co mówię. Śniły mi się morskie potwory, takie wielkie węże, co miały paszcze jak stodoła. I ludzie bez głów chodzący jak psy na czterech nogach. Podobno tacy mieszkają gdzieś na Wyspach Diabelskich. Widział ich jeden żeglarz z naszej wioski, co dawno temu umarł z nadmiaru whisky. Ale był tam, bo mówił!

- Mówił tobie o tym? - spytał zaciekawiony Martin, gruby Holender.

- Nie, ale innym mówił. A te potwory…

- Daj spokój, lepiej milcz. Bo ściągniesz jakieś nieszczęście!

- Może jednak dokończę, Martin? Wiesz co jeszcze przyśniłem?

- No? - przytaknął lekko zaniepokojony Holender, przesądny jak większość marynarzy.

- Śnił mi się Klabautermann!

- Co ty mówisz, Glenn? Lepiej nie opowiadaj o tym głośno, tfu do diabła! Klabautermann!

- Kto to jest Klabautermann? - zaciekawił się Hiszpan Luis Juanez.

- Nie wiesz? Klabautermann to jest karzeł morski. Jak go zobaczysz na statku to nieszczęście pewne. Coś złego na pewno się wydarzy. Klabautermann to zwiastun nieszczęścia dla statku i załogi. Słyszałem już o takich statkach, na których pojawił się Klabautermann. Starzy żeglarze nieraz o nim opowiadali. Tam gdzie on się pojawi na pewno coś złego się stanie. Albo statek wpada na skały, albo w ręce piratów, albo sztorm go rozbija. Różnie bywa. Albo też załoga znika z pokładu nie wiadomo gdzie. Tak, załoga znika z pokładu, wiem to!

- Jak to znika? Tak po prostu? Jest i nagle nie ma? - zaniepokoił się Luis.

- Po prostu znika. Słyszałem o takich statkach bez załóg.

- Ja też o tym słyszałem, to prawda - potwierdził gruby Martin.

- Nie kracz Glenn, lepiej powiedz czy widziałeś kiedyś Klabautermanna - zagadnął Olaf Gunnarsson, pykając ze swojej porcelanowej fajeczki.

- Czy widziałem? A jakże! Tak jak ciebie tutaj widzę. Mogę przysiąc, że widziałem go na własne oczy. Co, nie wierzysz mi, ty synu starego morsa i foki?

- Jakoś nie bardzo w to wierzę, Glenn. Niby gdzie? - zapytał Olaf Gunnarsson.

- Gdzie go widziałem? Będzie temu jakieś dziesięć lat, może ze dwanaście. Pływałem wtedy na statku „Saint John”, dobra to łajba była. Kapitanem był stary Archibald Granton, ten co później zaginął ze swoim statkiem pod Afryką, gdzieś na wodach gwinejskich. Ale do rzeczy. Płynęliśmy więc gdzieś w pobliżu Antyli, już nie pamiętam z jakiego portu i do jakiego, bo przecież sporo lat minęło. To była noc. Pamiętam. Jasna, księżyc wtedy świecił. A ja siedziałem na pokładzie i paliłem fajkę. Nie mogłem wtedy spać przez piekielną duchotę na dole. Patrzę, a na dziobie ktoś sobie chodzi. Myślałem, że przywidzenie jakieś, ale nie. Przyglądam się dalej. Widzę, że ten, kto tam łaził, teraz siedzi i reperuje żagiel. Myślę sobie - w nocy ktoś łata żagiel? To niemożliwe. Kto to może po nocy przy żaglach majstrować? Bosman spał, inni też. Chciałem krzyknąć ale myślę sobie: po co zaraz robić raban. Podchodzę po cichu bliżej, żeby go nie spłoszyć. I co widzę? Oczom nie wierzę. Na dziobie siedzi sobie taki mały człowieczek z fajką w gębie. Długa broda, wielkie odstające uszy i ogromny nos. Najpierw się roześmiałem, ale kiedy on na mnie spojrzał to mi się zimno zrobiło. W jego oczach zobaczyłem samą złośliwość, taką najgorszą. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem z kim mam do czynienia. Co tu robisz? - zapytałem, myśląc że to ktoś z załogi. W ostatnim porcie zmieniło nam się kilku marynarzy. A on wtedy spojrzał na mnie tymi swoimi złośliwymi oczami i zaczął się śmiać. Ja patrzę a on nagle znika mi z oczu! Rozglądam się i słyszę jego śmiech. Raz jeszcze spoglądam, a on siedzi na relingu i rechocze. I kurzy tę swoją fajkę. A miał tytoń śmierdzący jak zdechłe ryby. Mówię do niego po dobroci:

- Słuchaj no, nie wiem kim jesteś, ale przestań żartować, bo zaraz zawołam bosmana. A z nim żartów nie ma. Możesz mi wierzyć. Gadaj kim jesteś i co tu robisz!

Ten pociągnął ze swojej fajki ze dwa razy, zaśmiał się i powiedział:

- Chcesz mnie postraszyć swoim bosmanem? Jego już nie ma na statku. Co ty na to?

- Jak to nie ma? Co ty opowiadasz karle?

- Uważaj co mówisz, marynarzu. Ciebie też może spotkać to samo, co waszego bosmana.

Zanim zdążyłem dopytać go, co się stało z bosmanem, karzeł stanął na relingu, raz jeszcze wgapił się we mnie tymi swoimi oczami, zarechotał krótko i hop za burtę. Ale żadnego plusku nie usłyszałem. Tylko w powietrzu jeszcze czuć było ten diabelski zapach jego tytoniu. Nie wiedziałem co robić. Pamiętam tylko, że zaraz nadciągnęła wielka, czarna chmura i przykryła księżyc. Nagle zrobiło się ciemno. I wtedy dopiero się przestraszyłem, bo zrozumiałem kogo widziałem tamtej nocy na pokładzie naszego statku. Ale nikomu o tym nie opowiadałem z obawy, że mnie wyśmieją albo wyrzucą za burtę jak Jonasza, a tego nie chciałem. Ale to był właśnie Klabautermann we własnej osobie. I co wy na to?

- A bosman? Co z bosmanem? - zapytał Olaf.

- Bosman zniknął ze statku. Nikt nie wiedział jak i kiedy. Może wypadł za burtę, może sam wyskoczył, a może ktoś mu w tym pomógł? Byli tam tacy, którzy mogli to zrobić.

- A co było potem? Opowiedz Glenn, nie daj się prosić - nalegał gruby Martin.

- Potem? Potem, a właściwie za dwa dni, przyszedł taki sztorm, że złamał się główny maszt. Statek wpadł na skały. Tylko ja się uratowałem i jeszcze dwóch marynarzy, nikt więcej. I nikt mi nie powie, że  to nie była sprawka tego diabelskiego Klabautermanna.

- Bujasz Glenn, chyba coś ci się wtedy przywidziało – z niedowierzaniem stwierdził Luis Juanez.

- Co, ja bujam? Uważaj Luis, co gadasz..  Widziałem go na własne oczy tak jak ciebie!

- A co wy tu tak rozprawiacie? Co? Brać się do roboty, do wszystkich czartów! Zaraz wam się przypomną wasze matki-wiedźmy, co spółkują z kozłami. Wy cholerne obiboki, synowie portowych dziwek, szumowiny spod szubienicy. Ruszaj się ty Szkocie, synu głupiej mulicy i ty, grubasie holenderski, bo cie na sadło przetopię! - bosman Juan Morales darł się jak opętany.

Nie znosił kiedy marynarze zbierali się w grupki i coś sobie opowiadali, nawet poza pracą. Teraz, nie patrząc na nic, z całej siły walnął Glenna w twarz, a potem Martina. Nie spodziewający się niczego Szkot stracił równowagę i padł na pokład. Z rozciętej wargi popłynęła strużka krwi. Wielki i gruby Holender nie ruszył się z miejsca, chociaż i jemu się oberwało. Inni, widząc to, odsunęli się na bok. Morales stał i patrzył wściekły na marynarzy.

- Panie bosman, jesteśmy wolni od wachty – ugodowo zauważył Luis Juanez.

- Zamknij się, ty synu portowej dziwki i ulicznego pracza! Już, poszli mi stąd. Ruszaj się, ty śmierdzący wielorybie holenderski i ty szkocka gnido! Zaraz wam znajdę zajęcie!.

Wszyscy się rozeszli, tylko bosman Morales jeszcze chwilę przeklinał głośno, ale potem i on się uspokoił. Morales był kanalią, wciąż mocno dawał się załodze we znaki. Potrafił bić za nic. Albo donosił kapitanowi. Wyżywał się zwłaszcza na chłopcach okrętowych, którzy bali się go jak ognia. Jeżeli upatrzył sobie kogoś, jego los był wtedy przesądzony. Delikwenta przywiązywano do masztu, a Morales okładał go skórzanym pejczem. Niektórzy po cichu odgrażali się, że go wyrzucą za burtę przy najbliższej okazji, lecz jak do tej pory nikt się na to nie odważył.

Szkot Glenn Colder nie cierpiał Moralesa. Niejednokrotnie zalazł mu za skórę tak jak i wszystkim. „Poczekaj, będziesz ty jeszcze się wydzierał, ale za burtą” - pomyślał o bosmanie. Glenn był mściwy i postanowił przy najbliższej okazji raz na zawsze pozbyć się dręczyciela.

Dalsze dni płynęły jednostajnie. Docelowy port się zbliżał. Od jakiegoś czasu ocean był spokojny. Bywało, że przy burcie pluskały stada delfinów, a czasem widziano płetwy rekinów. Od zajścia z bosmanem minęło już kilka dobrych dni. Kiedyś wieczorem Glenn Colder palił fajkę na rufie. Po chwili przyszedł Martin. Nie rozmawiali ze sobą, ale obaj myśleli o tym samym. Pozbyć się bosmana Moralesa. Tylko jak to zrobić?

- Zapowiada się ciemna noc. Niebo już jest zachmurzone, wiatr trochę rośnie. W taką ćmę różne rzeczy mogą się zdarzyć... – niby od niechcenia zauważył Glenn Colder, wydmuchując dym z fajki.

-Tak, tak. Różne rzeczy mogą się zdarzyć - odparł Martin.

Wiedzieli, że bosman wieczorami lubi pociągnąć z butelki, a potem błąka się po pokładzie. W ciemną, sztormową noc bez trudu można znaleźć okazję skutecznego pozbycia się niechcianego. Bez świadków. Nikt nikomu niczego nie udowodni. Postanowili zaczekać do momentu, gdy pojawi się bosman. A wtedy...

Siedzieli w ukryciu, czekając na okazję. Była już noc kiedy usłyszeli dobiegające z pokładu sapanie i głośne przekleństwa. Nadchodził pijany Morales. Kroki stawały się coraz bliższe, idący zataczał się.

- Uważaj teraz! - szepnął Szkot do Martina i już miał skoczyć Moralesowi na plecy, gdy nagle usłyszał przerażony krzyk:

- Klabautermann! Klabautermann! Na dziobie, Klabautermann!

Bosman zaklął, słysząc to i ruszył w stronę krzyczącego:

- Co za idiota drze się po nocy? Czekaj ty synu świni i pastucha, już ja ciebie oduczę nocnych wrzasków! Do stu tysięcy burdeli i jednej sfrancowanej dziwki cierpiącej na hemoroidy, ty pomiocie goryla i starej mulicy, sodomito parchaty!

Krzyk było słychać z dziobu. Po głosie poznali Luisa Juaneza. Co mu się stało? Co tam robił w nocy? Może też czekał na Moralesa? Chwilę naradzali się po cichu, aż w końcu zdecydowali się zobaczyć co tam zaszło.

I wtedy usłyszeli ryk bosmana. To był ryk przerażenia. Po chwili wszystko ucichło. Kiedy znaleźli się na dziobie, zastali tam tylko trzęsącego się ze strachu Luisa, który palcem pokazywał za burtę. Był tak rozdygotany, że nie mógł sklecić ani jednego słowa. Szkot, nie namyślając się, trzasnął go w twarz.

- Co tu się stało? Gdzie bosman!?

- To był Klabautermann! On go zabrał ze sobą, widziałem! Zabrał bosmana!

- Co ty opowiadasz? Klabautermann? Chyba cię pokręciło, Luis!

- Nie, nie! Ja go widziałem, taki mały człowieczek z brodą i z fajką. Miał wielkie uszy i długi nos. I kiedy na mnie patrzył, to się tak złośliwie uśmiechał. A gdy pojawił się bosman, to on spojrzał na mnie, chwycił bosmana za rękę i znikli obaj. Usłyszałem tylko straszny ryk, dochodzący gdzieś zza burty... Patrzcie, tam leży fajka tego przeklętego Klabautermanna, o, tam, przy tej linie! - wskazał wyciągniętą ręką.

Szkot podszedł tam i podniósł fajkę. Jeszcze tlił się w niej tytoń. Powąchał dym, przesycony fetorem śmierdzących ryb. Dobrze znał tę woń. Wolno rozejrzał się dookoła. Słychać było tylko szum morza.



portal LM, czerwiec 2015




TAWERNA

Nikt nie wiedział jak naprawdę się nazywał. Pojawił się nie wiadomo skąd. Gdzieś ze świata. Kupił w porcie małą knajpkę, którą nazwał „Tawerna Pod Złamanym Masztem”.

Był wysoki, tęgi, z długą brodą. Miał długie, kręcone, siwe włosy. Przy pasie nosił zawsze pęk ciężkich kluczy. I może właśnie dlatego bywalcy tawerny nazywali go Świętym Piotrem. Nigdy o sobie nic nie mówił. Jego pomocnikiem był chudy, rudy niemowa, na którego mówił Fox. Niemowa usługiwał mu we wszystkim, rąbał drwa do komina, pilnował paleniska, gotował, podawał gościom. Różne towarzystwo zbierało się w tawernie, ale przeważnie byli to żeglarze ze statków często zawijających do portu.

Do stałych bywalców należał stary, kulawy Falcon, który za młodu pływał po dalekich morzach. Często też zaglądał tutaj gruby Olaf, a także pomniejsi kupcy z dzielnicy portowej. W tawernie zawsze można było napić się czerwonego wina, rumu palącego gardło czy zwykłej gorzałki.

Kiedy Piotr bywał w dobrym humorze, pozwalał czasem wypić na kredyt jedną czy dwie szklaneczki. Zwłaszcza w długie, jesienne wieczory, kiedy za oknami słychać było ponure zawodzenie sztormowego wiatru. Zbierała się wtedy w tawernie kompania wspominając stare, dobre czasy. Niejednokrotnie bywało, że ktoś rozgrzany wypitym trunkiem pytał Piotra:

- Piotrze, święty mężu, a na co ci ten pęk kluczy u pasa?

- Po to, żeby otworzyć bramy niebios co poniektórym osobnikom.

- A ten wielki nóż u pasa?

- Żeby pomóc im tam wejść.

- Ha, ha, ha, wesoły z was człowiek, Święty Piotrze.

Tak płynęły długie wieczory pełne gwaru i opowieści. Bywalcy wspominali minione czasy. Opowiadali o dalekich rejsach, o portach, o statkach pełnych towarów.

Któregoś razu do portu zawinął żaglowiec. Wysłużony bryg przybył z daleka. Zagnały go tutaj sztormowe wiatry. Wszedł do portu żeby uzupełnić prowiant, zapas wody, naprawić szkody powstałe w takielunku.

- Widzieliście Piotrze ten bryg, co wczoraj wszedł do portu? - zapytał kulawy Falcon.

- Bryg? Nie, nie widziałem. Co za statek?

- Dziwny jakiś. Wiekowy, odrapany. Niby nic w nim nie ma ciekawego, ale taki jakiś inny.

- Nie widziałem. Jak się nazywa?

- „Swallow” chyba, czy coś. Hej, Olaf, jak zwie się ten bryg?

- „Black Rainbow”.

- Racja, „Black Rainbow”.

- “Black Rainbow”? – Piotr drgnął, marszcząc czoło. Nie pytał dalej. Wrócił do swoich zajęć. Tylko Fox spojrzał na niego niespokojnie.

Wieczorem jak zwykle zebrała się w tawernie grupka bywalców. Nagle drzwi się otworzyły i weszło kilku nieznanych ludzi. Ogorzałe twarze, brodaci, na milę czuć było, że to marynarze. Usiedli w kącie, gwarząc między sobą po cichu. Nagle jeden z nich wstał, podszedł do szynkwasu.

- Tutaj jesteś? No, no, no! Kopę lat. Prędzej bym się spodziewał w piekle ciebie spotkać. Pamiętasz starego Duncana, Piotrze?

Piotr milcząco spoglądał na nieznajomego.

- Czemu nic nie mówisz? Nie poznajesz mnie? To ja, twój stary druh, Duncan.

Popatrz, jest tu więcej starych znajomych. James Horn, Leif  Nielsen, Stary Joe, Fred Kaszalot. A na  statku jest stary znajomy,  kapitan Billy Mac Coy. Nie chcesz z nim się spotkać?

- Czego chcesz, Duncan?

- Ty wiesz, czego chcę. Czego wszyscy chcemy. Pogadać po starej znajomości. Powspominać stare, dobre czasy. O, jest też Fox Viloy!

Rudy niemowa trząsł się ze strachu. W tawernie zrobiło się cicho, wszyscy spoglądali na Piotra i jego gości.

- Teraz nie mam czasu, Duncan. Może później porozmawiamy.

- Oczywiście. Jak zamkniesz knajpę, Piotrze. Mamy sobie dużo do powiedzenia. Będziemy pić rum i wspominać dawne, dobre czasy kiedy razem żeglowaliśmy na pięknym statku „Black Rainbow”. Co ty na to?

- Porozmawiamy, mamy czas.

- Pewnie. A teraz nalej nam rumu. Dziś jesteśmy twoimi gośćmi. A ponieważ jesteś nam coś winien, chyba nie musimy płacić.

- Wszystko na mój rachunek.

Późnym wieczorem towarzystwo zaczęło się rozchodzić. Zostali tylko marynarze z „Black Rainbow”. Piotr za ostatnim wychodzącym zamknął drzwi i zwrócił się do Duncana:

- Teraz możemy pogadać...

Tej nocy w porcie wydarzyło się coś dziwnego. Spłonęła „Tawerna Pod Złamanym Masztem”. Ogień rozgorzał tuż po północy. Zanim ktokolwiek się zorientował, gospoda już stała w ogniu. Nie sposób było ją ugasić. Do rana pozostały zgliszcza.

W nocy wyszedł z portu statek „Black Rainbow”. Co się stało z Piotrem i jego sługą Foxem, nikt nie wiedział. Ludzie snuli różne domysły. Mówili, że ktoś się spalił w tawernie, ale tego nikt dokładnie nie wiedział. Trudno było poznać prawdę, co się tam wydarzyło. A tydzień po pożodze znaleziono na częściowo zatopioną beczkę w kanale portowym. W beczce odkryto złożonego we dwoje trupa, w którym kulawy Falcon rozpoznał Duncana, marynarza z „Black Rainbow”.

portal LM, sierpień 2015




KSIĘŻYCOWA OPOWIEŚĆ

Była noc. Pociąg przystawał na wszystkich mijanych stacjach i po chwili ruszał dalej. W przedziale światło było zgaszone, podróżni spali. Tylko on nie mógł zasnąć. Siedział przy oknie i patrzył w noc, wsłuchując się w miarowy stukot kół. Za oknem przesuwały się mijane miasta, wsie, pola i lasy. A nad tym wszystkim świecił księżyc, jasny i milczący. Nad ranem skład z łoskotem wjechał na stalowy most, zawieszony nad Odrą. Wreszcie zatrzymał się na głównym peronie dworca szczecińskiego. Niebo zaczynało szarzeć, nadchodził dzień.

Piotr wybrał się do Szczecina w ślad za swoim przyjacielem Romanem, który już dawno tutaj przyjechał. Chciał tak samo jak on za wszelką cenę wydostać się z kraju na Zachód. Roman podobno już tam dotarł. Teraz jego kolej. Długo się nad tym zastanawiał, aż w końcu podjął decyzję. Trzeba się stąd wydostać.

Roman pierwszy zdecydował się na ucieczkę z kraju. Miał w Szczecinie znajomego, który obiecał pomoc. Wyjechał przeszło pół roku temu. Potem Piotr dostał od niego list oględnie informujący o tym, że sprawy idą dobrze i że już niedługo powinien zamieszkać „za lasem” - czyli za granicą. Podobno przekroczyć granicę można było tylko drogą morską, na jakimś statku zawijającym do Szczecina po ładunek węgla. W liście Roman zostawił mu wskazówkę, że jeżeli będzie chciał iść w jego ślady, to musi przyjechać do Szczecina i odszukać w porcie knajpę o nazwie „Bryza”. W tej knajpie musi dyskretnie rozpytać się o człowieka nazwiskiem Zygfryd  Gajdas, na którego mówią również Sydor. Ten właśnie Gajdas vel Sydor miał Piotrowi ułatwić to, co wcześniej obiecał Romanowi.

Tylko to oczywiście miało swoją cenę. Jaką, tego jeszcze Piotr nie wiedział. Wszystko zależało od stopnia trudności załatwianej sprawy. Miał odłożone jakieś pieniądze, zabrał też ze sobą trochę złota zaszytego w ubraniu. Lecz czy to wystarczy na pokrycie kosztów przejścia granicy? A tam? Jak już się znajdzie poza krajem? Jak będzie? W zasadzie było mu obojętne, gdzie trafi. Czy to będzie Dania, Szwecja, czy nawet Norwegia. W ostateczności nawet Niemcy. Żeby jak najdalej stąd, żeby tylko tutaj nie zostawać. Pewnego dnia po prostu spakował plecak i nocnym pociągiem wyruszył w podróż do Szczecina.

Rano wyszedł na szary, ponury peron. Ujrzał Odrę i barki po niej płynące. Wydawało mu się, że to jest jego pierwszy krok do wolności. Szedł wzdłuż brzegu ze swoim bagażem i podziwiał wszystko, co dookoła widział. Minął most na Odrze. Z lewej strony były ruiny domów zniszczonych wojną, z prawej rzeka i statki przy nabrzeżach. Nigdy przedtem nie był w portowym mieście. Od dziecka mieszkał na południu kraju, gdzie widział tylko zalesione, bieszczadzkie góry. Słyszał tylko, że ze Szczecina do morza jest  spory kawałek drogi. Ale dla niego morze zaczynało się właśnie tutaj.

Tymczasem na dobre już jaśniało. Miasto budziło się do życia. Gdzieś słychać było jadące tramwaje, od strony portu dochodziły dźwięki syreny okrętowej. Ludzie szli do pracy. Idąc brzegiem Odry zobaczył szary, niski, odrapany budynek. Nad wejściem wisiał czerwony szyld z napisem „Restauracja Bryza”. To był ten lokal, o którym w liście wspominał Roman. Dochodziła ósma, a restaurację otwierano o dziesiątej. Postanowił trochę połazić po mieście. Lecz szybko się zmęczył i wrócił do portu. W oczekiwaniu na otwarcie lokalu siedział na pobliskiej ławce. Ale kiedy wreszcie otworzono drzwi restauracji, poczuł niepewność. Nie potrafił się zdecydować.

Wszedł dopiero koło południa. Usiadł w kącie, przy odrapanym stoliku, zamawiając herbatę. Potem tylko obserwował. Początkowo pusty lokal zaczął ożywać dopiero po południu. Pojawiali się goście przeważnie ubrani byle jak, szarzy, o twarzach mocno napuchniętych, spragnieni mocnych trunków. Inni wyglądali jeszcze bardziej podejrzanie: niechlujni, wręcz brudni. Zamawiali wódkę, pijąc ją przeważnie na stojąco, przy barze. Wnętrze lokalu było szare, ze ścianami z obłażącą farbą. Lecz mimo ponurego wrażenia lokal miał swój klimat. Nikt tu nie zwracał uwagi na drugiego, przynajmniej pozornie. Ci którzy siedzieli przy stolikach, zajmowali się swoim towarzystwem. Piotr dyskretnie zagadnął kelnerkę o Sydora.

- Sydor? Nie znam nikogo takiego. A po co on panu potrzebny? - spytała podejrzliwie.

- Wie pani, z daleka jestem. Tutaj kiedyś przyjechał kolega, a ja nie mam jego adresu. Wiem tylko, że Sydor to jego znajomy stąd, ze Szczecina. Może mógłby mi pomóc odnaleźć kumpla. Szukam pracy – odparł, spoglądając jej w oczy.

- Ach, to o kolegę chodzi. Trzeba było od razu mówić. Sydor przychodzi dopiero wieczorem. Ale różnie, raz wcześniej, raz później. Jeżeli chce pan poczekać, to ja panu potem pokażę. On nie lubi takich przypadkowych kontaktów, ale da się z nim dogadać.

Piotr i tak nie miał gdzie się podziać. Czas mijał, a on siedział w tej brudnej knajpie i czekał. Zauważył, że gruba kelnerka od czasu do czasu spogląda w jego stronę.

Zapadł wieczór. Za oknami zrobiło się ciemno. W knajpie panował gwar, dym z papierosów unosił się aż po brudny sufit. Ktoś coś mówił podniesionym tonem, ktoś rozbił szklankę, ktoś wszczynał jakąś awanturę. Wielu klientów miało już nieźle w czubie, mowa niektórych stawała się bełkotliwa. Za oknami znów pokazał się księżyc. Piotr starał się na nikogo nie zwracać uwagi. W końcu zauważył, że zza kontuaru znajoma kelnerka daje mu dyskretnie znak, wskazując stolik przy którym usiadł Sydor.

Był sam. Piotr przyjrzał mu się uważnie, zanim podszedł. Sydor siedział blisko drzwi. Włosy miał gładko ulizane, ubrany w szarą marynarkę, ciemne spodnie i czarne buty. Zamówił setkę wódki i wodę mineralną. Potem zapalił papierosa. Piotr chwilę się zastanawiał czy można mu zaufać. W końcu podszedł do jego stolika.

- Dobry wieczór. Czy mógłbym na chwilę się przysiąść? Chciałbym z panem porozmawiać.

- Słucham, o co chodzi? - nieco podejrzliwie zapytał Sydor.

- Wie pan, miałem tutaj kolegę, takiego Romana, wiem że pan go zna. Jakieś pół roku temu szukał pracy i pan mu pomógł. Chciałbym się z nim zobaczyć.  Ma pan może z nim kontakt?

- Nie wiem o jakiego Romana chodzi. Ja znam wielu ludzi, to chyba jakaś pomyłka?

- Raczej nie. Roman Górecki, taki blondyn, dosyć wysoki, w moim wieku.

- Zaraz, zaraz. Roman Górecki? Coś sobie przypominam. Chyba kiedyś się spotkaliśmy, ale krótko. Ja go tak dobrze nie znałem. On szukał roboty. Wie pan, przelotna znajomość. Różnych ludzi się poznaje, wie pan!

- A czy można się z nim spotkać?

- To będzie raczej trudne. O ile wiem, on jest teraz daleko stąd.

- Chciałbym do niego pojechać, to mój przyjaciel - powiedział Piotr.

- Ale po co? On naprawdę jest daleko. - Sydor nie tracił podejrzliwości.

- Zależy mi na tym, żeby się z nim spotkać, po to tutaj przyjechałem. Mieliśmy wspólne plany.

- No cóż, to raczej będzie trudne, ale nie niemożliwe. Tylko podróż może być niebezpieczna. No i drogi bilet. Ale jeżeli chce pan dołączyć do przyjaciela? -  Sydor znacząco zawiesił głos.

- Jak drogi? Ten bilet, znaczy?

- Spokojnie, spokojnie. Nie tak szybko. Wszystko w swoim czasie, panie...

- Piotr. Nazywam się Piotr Korczak.

- Panie Piotrze. Bez pośpiechu. I może dojdziemy do wszystkiego po kolei.

- Ja chciałbym jak najszybciej, chyba pan to rozumie - napierał Piotr.

- A co, spieszy się pan do raju?

- Do raju? Jak mam to rozumieć?

- Nijak, tak tylko powiedziałem. Bo to właściwie pański kolega tak mówił i on jest teraz daleko stąd, jak mówiłem. On bardzo sobie chwali pobyt w nowym miejscu. Ma tam niezłą robotę, mieszkanie i wszystko, co potrzeba do spokojnego życia. Nawet dostałem od niego list, ale nie mam go przy sobie. Jeżeli pan chce to dam panu do przeczytania przy najbliższej okazji.

- Chętnie się dowiem jak mu się powodzi, wie pan...

- Chwytam. Niech pan przyjdzie za parę dni, to porozmawiamy trochę dłużej.

- Tak, chętnie, tylko że ja…

- Co, nie ma pan gdzie się zatrzymać?

- Właśnie, przyjechałem dzisiaj rano, nie znam nikogo. I zanim spotkam się z Romanem, bo nie wiem jak długo to potrwa, to może by się znalazła jakaś praca?

- Załatwione. Tutaj na górze są pokoje, robota też się znajdzie. Niech pan pogada z Jadzią, to ta gruba kelnerka. Ona panu wszystko powie. A na razie do widzenia. Za dwa dni tutaj.

- Do zobaczenia i dziękuję.

- Jeszcze nie ma za co. Później mi pan podziękuje.

Sydor wstał od stolika, podszedł do kelnerki, zapłacił, o czymś z nią po cichu porozmawiał i wyszedł. Kelnerka po chwili podeszła do Piotra i zagadnęła:

- Szuka pan pokoju?

- Tak. I pracy.

- Tymi schodami do góry, zaraz na lewo. Tutaj jest klucz, pokój numer cztery. A do pracy zgłosi się pan jutro o siódmej rano u mnie. Zaczynamy wcześnie, dlatego proszę się nie spóźnić.

- Będę punktualnie, wielkie dzięki.

- Nie ma za co. Trzeba ludziom pomagać, panie Piotrze.

Pokój na piętrze okazał się małą, ponurą klatką. Wszystko było szare i brudna, nie wyłączając zasłony w jedynym oknie. Ale to Piotrowi absolutnie nie przeszkadzało. Cieszył się, że wszystko mu tak nieźle poszło. Nawet nie wiedział kiedy zasnął.

W nocy przyśnił mu się Roman. Sen był dziwny i męczący. Spotkał Romana gdzieś chyba w Szczecinie, na ulicy pełnej zniszczonych domów. Z dala słychać było dźwięk okrętowej syreny. Roman, w czarnym garniturze, stał na chodniku i z kimś  rozmawiał. Piotr z daleka machał do niego i wołał, ale ten nie zwracał na niego uwagi. Patrzył w jego stronę jakby nie widząc. Kiedy zbliżył się do Romana, człowiek z którym on rozmawiał odwrócił się i... nastąpiło przebudzenie. Długo nie mógł na powrót zasnąć.

Potem śnił mu się Sydor, uśmiechnięty, z tymi włosami ulizanymi na bok. Coś do niego mówił, coś mu pokazywał, ale Piotr nie bardzo mógł pojąć, o co chodzi. A nad samym ranem przyśniła mu się pani Jadzia, kelnerka z Bryzy. Obudził się po tym wszystkim zmęczony. Dochodziła szósta trzydzieści.

Zgłosił się do pani Jadzi punktualnie o siódmej. Na razie miał pomagać we wszystkim. Szefa, którego kelnerka nazywała Anatolem, nie było w tej chwili. Pani Jadzia była tutaj tylko kelnerką, niewiele miała do powiedzenia. Nie miał jakichś szczególnych obowiązków. Był człowiekiem do wszystkiego: pomagał w kuchni, w barze, nosił skrzynki z piwem, worki z ziemniakami, co tylko mu kazali zrobić. Wszystkie polecenia wykonywał bez szemrania.

Z Sydorem spotkał się nie po dwóch dniach, jak było ustalone, ale dopiero po tygodniu. Nawet nie zauważył kiedy minął ten czas. Od Sydora niczego się nie dowiedział. Tyle tylko, że stara się załatwić mu spotkanie z Romanem, ale nie podał szczegółów.

- A ma pan może ten list od Romana?- zapytał Piotr.

- List? Jaki list? A, prawda, zaraz sprawdzę, chyba mam. Tak, mam ten list, proszę, może go pan przeczytać.

List był krótki, bez daty i bez miejsca, w którym go napisano. Pismo dosyć dziwne, roztrzęsione i niestaranne, zupełnie niepodobne do charakteru pisma Romana. Jakby pisany inną ręką. Kilka zdawkowych zdań o tym, że jest mu dobrze, pracuje, mam ładne mieszkanie. I to wszystko. W nagłówku nie było żadnego imienia, nic. Jakby pisał do kogoś bez imienia i nazwiska. Koperty też nie było. Sydor przyglądał mu się badawczo.

- Koperty nie było? - z głupia frant zagadnął Piotr.

- Nie, dlaczego? Była oczywiście. Niech pana ten list nie dziwi, przecież nie mógł Józef pisać oficjalnie, musiał zmienić trochę charakter pisma, nie mógł też podać nazwy miejscowości z jakiej pisze i tak dalej. Przynajmniej na razie.

- Rozumiem. Dobrze, czekam dalej – przyznał Piotr, nawet nie zwracając uwagi na to, że Sydor pomylił Romana z jakimś Józefem.

Czas mijał szybko. Piotr pozostał w Bryzie. Pracował od rana do późnej nocy. Prawie nie wychodził z hotelu. Zresztą Jadzia, ta gruba kelnerka, ostrzegła go żeby jak najmniej łaził po mieście. Aż któregoś wieczora znów pojawił się Sydor.

- Od jutra masz fuchę w porcie.

- Od jutra? Jak to? Co będę tam robił?

- Zobaczysz, wszystkiego się dowiesz na miejscu. W ten sposób szybciej będziesz mógł się zobaczyć ze swoim kolegą Zenkiem.

- Z Romanem.

- Prawda, z Romanem. Czasem mi się myli, nie mam pamięci do imion i nazwisk. Musisz mi wybaczyć niestety. Kiepska pamięć, chwytasz?

- I co dalej? Jak pójdę do pracy w porcie?

- Zobaczysz. Będziesz rozładowywał statki. Za tydzień przychodzi po węgiel taki mały statek. Nazywa się „Atlantic”. To jest taki mały kalosz, co wozi węgiel ze Szczecina do Danii. Tam jest kapitan Rolf Jansen i bosman Kurt Froege. Oni trochę gadają po polsku. Zna pan jakiś język obcy? Niemiecki, angielski, francuski?

- Nie, skąd. Nigdy się nie uczyłem. Tylko polski.

- To dobrze, to znaczy szkoda, bo warto znać języki. Ale wracając do tego statku. Będziecie go załadowywać węglem. Ktoś ci pomoże dostać się do środka, nie wiem gdzie ciebie schowają. Im szybciej statek wyjdzie z portu, tym lepiej. Zawsze przy statku stoi żołnierz i sprawdza kto wchodzi, kto wychodzi. Potem jeszcze zanim statek wyjdzie, też jest sprawdzany. Szukają takich jak ty. Ale tam mają dobry schowek, jeszcze nikogo nie znaleźli na „Atlanticu”. Jak się schowasz, to licz tylko na szczęście. Chociaż, z tego co wiem, na statku nikt ciebie nie znajdzie. A poza wodami państwowymi mogą sobie szukać. Tam już nikt ci nic nie zrobi. No i potem to już szybko dołączysz do swojego kolegi. On ci pokaże prawdziwy raj, na pewno będziesz zadowolony, zobaczysz. Dzisiaj się rozliczymy, bo więcej już się nie spotkamy. Życzę powodzenia.

Kosztowało to Piotra całe złoto jakie miał ze sobą i pieniądze. Ale pocieszał się tym, że już niedługo wszystko mu się odmieni. I najważniejsze, że spotka się z Romanem. Chyba to nie będzie takie straszne. Schowa się na statku, potem jakoś pójdzie. A więc jutro pójdzie do pracy w porcie. Nigdy jeszcze nie widział z bliska statku, nigdy nie był na żadnym.

W nocy nie mógł spać. Czyli to już niedługo. Kiedy będzie ten „Atlantic”? Za tydzień?

W porcie trafił do brygady przeładunkowej, której zadaniem było załadowywanie i rozładowywanie statków. Pierwszego dnia trafił na jakiś niepokaźny statek, który przywiózł ładunek kamieni skandynawskich. Potem był duży masowiec ze zbożem, potem jeszcze jakiś inny ze stalą i jeszcze inny. A pod koniec tygodnia zobaczył mały, odrapany statek z szarą nadbudówką cumujący przy nabrzeżu, na którym leżały hałdy węgla. Na burcie widać było nazwę „Atlantic”. Poczuł jak robi mu się gorąco. A więc to ten. Był zawiedziony, gdyż inaczej sobie go wyobrażał. Ale wiedział że to jest jego statek który go stąd zabierze tam, gdzie znajdzie zupełnie inne życie.

- Co tak ślepisz? Statku nie widziałeś? On tu często przychodzi, zawsze bierze węgiel do Danii - szturchnął go Władek Góral, z którym pracował od pierwszego dnia w porcie.

- A nie, tak się zagapiłem. Brudny jakiś taki, mały…

- Co chcesz, statek jak statek. Postoi dwa dni, weźmie węgiel i wyjdzie.

Zauważył że pod statkiem stoi żołnierz. Węgiel ładowano dwoma dźwigami. Wbrew temu, co mówił Sydor, nikogo nie wpuszczono na statek. Zaczął się niepokoić. Jak on ma się tam dostać? Pod trapem żołnierz, statek ładują dwa dźwigi. Pracowali do późnego wieczora. Był zmartwiony. Jak tam się dostać? Samemu nie da rady, nie ma szans. Na dodatek ten Władek Góral nie odstępuje go na krok, jakby go pilnował, przeczuwając zamiary.

Kiedy kończyli zmianę, Władek szturchnął go w bok:

- Nie spiesz się do domu, pogadamy trochę.

- O czym? O co chodzi, Władek?- Piotr był zaniepokojony.

- A tak, o niczym.

Poczekali chwilę, paląc papierosy, dopóki brygada się nie rozeszła. Nikt się nikim nie interesował. Kiedy zostali sami, Piotr spojrzał na Górala:

- O co chodzi, powiesz wreszcie?

- Chodź, nie mamy czasu.

- Dokąd? O co ci chodzi, Władek?

- Nie udawaj. Wiem o wszystkim. Ja mam ci pomóc wejść na statek.

- Ale o czym ty mówisz Władek?

- Cicho bądź. Znasz Sydora? Ja jestem od niego. Szybko!

- Przecież tam jest żołnierz!

- Cicho bądź, już prawie jesteśmy pod statkiem, uważaj.

W pewnym momencie zgasł reflektor brzegowy oświetlający nabrzeże przy statku. Żołnierz zaczął się niespokojnie kręcić. Gdzieś z boku rozległ się czyjś krzyk, coś głośno plusnęło do wody i ktoś zaczął krzyczeć „Ratunku, na pomoc, na pomoc!”

Żołnierz pobiegł w tamtym kierunku. Władek popchnął mocno Piotra - teraz, leć na statek!

Piotr nie wiedział jak się znalazł na ciemnym pokładzie statku. Czyjeś ręce mocno go pochwyciły, ktoś go pociągnął za sobą, szybko poprowadził w głąb statku. Ktoś go wepchnął do jakiejś dziury, usłyszał tylko dźwięk blachy, a potem usłyszał jak ktoś zasypuje węglem wejście którym wszedł.

Czyżby się udało? Siedział cicho w ciemności, bojąc się poruszyć. Nie wiedział ile czasu minęło. Wydawało mu się, że słyszy gdzieś z góry jakieś krzyki, szuranie butów, szczęk przesuwanego żelaza. Zaraz go znajdą, to niemożliwe żeby się udało. Ale jakoś nikt nie otwierał włazu, za którym był ukryty. Powoli zaczął się przyzwyczajać do sytuacji w jakiej się znalazł. Minęło chyba parę godzin zanim spróbował zmienić swoją niewygodną pozycję. Próbował zasnąć, ale podniecenie nie pozwalało mu zmrużyć oczu. Leżał tak w ciemności nasłuchując. Sam nie wiedział kiedy jednak usnął.

Obudził go dziwny hałas. Statek zaczął drgać, szum się nasilał. Co to, co się dzieje. Dopiero po chwili domyślił się, że statek płynie. A więc udało się. Teraz nie mógł się doczekać wyjścia z tej ciemnej nory. Ale to jeszcze trwało, dla niego całe wieki. Potem poczuł że statek zachowuje się inaczej niż do tej pory. Odnosił wrażenie, że wznosi się do góry, a po chwili opada. To chyba już morze - pomyślał. Potem usłyszał ,że ktoś odrzuca węgiel spod jego kryjówki. Właz ze zgrzytem otwarto. Zobaczył światło latarki i usłyszał ciche słowa - Komm, schneller!

Z trudem się wygramolił z kryjówki. Nie mógł się wyprostować, był cały zdrętwiały. Zobaczył przed sobą wielkiego marynarza, przyglądającego się mu bez żadnych emocji. Ten marynarz pociągnął go za rękę – komm! usłyszał znowu. Wyszli na pokład. Była noc, na niebie świecił księżyc. Gdzieś  za rufą statku widział oddalające się światła lądu. Poczuł ulgę. Rozejrzał się. Wtedy zobaczył że z lewej burty statku też widać jakieś światła, dosyć blisko.

Ogromny marynarz patrzył na niego bez słowa. Potem wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i podsunął w jego stronę. Piotr wyjął jednego papierosa, podziękował. Zapalili nie odzywając się do siebie. Piotr rozejrzał się po statku. Byli na rufie, gdzie pod jedną ze ścian nadbudówki zauważył stertę dużych, drewnianych skrzynek, takich jak po piwie. Marynarz dał znak Piotrowi żeby zaczekał chwilę. Sam gdzieś zniknął. Piotr stał i palił papierosa. Statek płynął gdzieś przed siebie, coraz dalej od brzegów od których uciekał.  Intrygowały go światła które widział po lewej stronie. Nie był pewien, ale wydawało mu się, że to powinny być światła niemieckiej wyspy Rugii. Postanowił zapytać o to tego wielkiego marynarza jak wróci. W pewnym momencie doszły do niego jakieś głosy, jakby kłótni czy sporu. To była głośna rozmowa po niemiecku. Nie przyznał się Sydorowi że zna ten język i to bardzo dobrze. Sam nie wiedział czemu to zataił. Ale teraz zaczął się wsłuchiwać w rozmowę, bo wydawało mu się, że rozmowa dotyczy jego. Najpierw rozróżniał pojedyncze słowa, potem zaczął rozumieć wszystko. W miarę jak słuchał, włosy zaczęły mu stawać dęba z przerażenia.

- Czemu on jeszcze żyje, Kurt? Miałeś go wyrzucić za burtę. Taka była umowa.

- Spokojnie, do rana daleko. On i tak nie doczeka świtu.

- Tylko że cały czas za nami ktoś płynie, chyba okręt wojenny. Może coś wiedzą? Może ten ostatni gdzieś wypłynął? A może się boisz go wyrzucić, Kurt?

- Czego się boisz? Mało ich tu schowaliśmy w tych wodach? Tego też do rana nie będzie na pokładzie, Hans. Daję ci słowo. Nie takie rzeczy robiliśmy w czasie wojny, pamiętasz przecież. Zaraz pójdę na rufę i będzie po krzyku. Spokojna głowa, Hans.

- Tylko nie spieprz roboty, Kurt. Wojna się skończyła dziesięć lat temu.

- Dla mnie jeszcze się nie skończyła, Hans!

Piotr wiedział, że to chodzi o niego. Więc co z Romanem? Pewnie już dawno leży gdzieś na dnie Bałtyku. A przecież Sydor wyraźnie mówił coś o raju. Teraz zrozumiał wszystko. Wpadł przez własną głupotę w ręce gangu, który obiecywał ludziom za duże pieniądze ułatwienie ucieczki na Zachód, a potem swoich klientów wyrzucali po prostu za burtę. On miał być następny. Co robić? Walczyć z załogą? Przecież to mordercy, zawodowi mordercy od czasów wojny. Dla nich zabić człowieka to jak dla kogoś utłuc muchę. Skakać do wody? I co dalej? Bez koła? Ile wytrzyma w zimnej wodzie? Co prawda to jest koniec kwietnia i dni są dosyć ciepłe, ale co z tego? Dopłynie do brzegu? Do jakiego?

Z tych rozmyślań wyrwał go odgłos kroków nadchodzącego Kurta. Dopiero sobie uzmysłowił, że niby to statek duński, ale załoga niemiecka. Zresztą to nie miało teraz żadnego znaczenia. Nie namyślając się wiele złapał dużą drewnianą skrzynię i wyskoczył z nią za burtę. Nie wypuścił jej z rąk, nawet gdy się zanurzył. Wiedział że tylko to może mu uratować życie.

Zimna woda go otrzeźwiła. Patrzył za oddalającą się rufą „Atlantica”. Ogarnęła go ciemność. Gdzieś tam widział odległe światła brzegów, ale zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma szans żeby tam dopłynąć. Więc co robić. Spojrzał do góry. Na nocnym niebie widział nad sobą srebrzysty księżyc. Wydawało mu się, że przygląda mu się w milczeniu i jakby się dziwi, co on robi sam w wodzie, daleko od brzegu, trzymając się uparcie drewnianej skrzynki.

I wtedy usłyszał narastający szum silnika i zobaczył nad wodą smugę światła z reflektora okrętowego.

Bogusław Janiczak

 

portal LM, wrzesień 2015


Przeczytaj też w "porcie literackim" recenzję powieści B. Janiczaka Człowiek z wydm (2015) - pióra Agnieszki Narloch