Wspomnienia wojenne 1939 - 1945, Powrót, Pokłosie

Kategoria: proza Opublikowano: niedziela, 31, sierpień 2014 Drukuj E-mail

Wacław Pieńkowski


Rozdział I

WYBUCH  WOJNY

Końcówka lat trzydziestych XX wieku to była dzisiaj wyraźna dla nas zapowiedź Apokalipsy, tego, co miało nieuchronnie nadejść już niebawem -  w o j n a ! Tak, to słowo odmieniało się przez wszystkie przypadki. Mnożą się incydenty graniczne, łapanie szpiegów, ucieczki Niemców z Polski - i odwrotnie: hitlerowcy - farbowane lisy, udający Polaków (wywiad), przychodzili tu, do nas, by robić swoją dywersję. Pogróżki "Hyclera", potem jego błyskawiczne zwycięstwa: Anschlus (przyłączenie) Austrii, opanowanie Czechosłowacji bez wystrzału, aneksja Kłajpedy i 1 września - najazd na Polskę!

Ja w tym czasie miałem pracę - zostałem bileterem w autobusie prywatnej linii pana Jankowskiego z Brodnicy. Ostatniego sierpnia 1939 roku wróciliśmy tam wieczorem.

Późno już. Zjadłem kanapki, które dała mi Mama, i położyłem się spać w autobusie, który stał w bramie, szczelnie zamkniętej u właściciela (czy może kierowcy). Rano skoro świt wyjechaliśmy na przystanek. Śniadanie podobne jak kolacja. Skasowałem należność za bilety na trasę do Grudziądza, i ruszyliśmy.

Dzień był piękny, jak cały ten rok. Opuściliśmy uśpioną Brodnicę. W drodze wsiadali chłopi i kobiety w chustkach, z kobiałkami, tłumokami i bańkami śmietany na targ. Przepełniony autobus sennie kolebał się na nie najlepszej jezdni. Nagle ktoś mniej zaspany zauważył niezwykły ruch i gwar na szosie w pobliżu Jabłonowa. Po chwili kierowca zatrzymał autobus, i zostaliśmy otoczeni... przez tłumy uciekinierów! Krzyk, gwałt, nie można zrozumieć, o co chodzi! Ludzi mrowie; płacz, lament i panika.

- Co się stało?! - pytam, wychylając się przez okno.

- Pojawiły się samoloty! Radio podało wiadomość: Niemcy zaczęły wojnę z Polską!

Wreszcie wszyscy pasażerowie wylegli i zaczęli uspokajać ten harmider i uciekinierów (na jakich wyglądali), wlokących pudła, bety na wózkach, na plecach, z krowami, kozami itp. Jeden z nich zakrzyknął:

- Panowie, uciekajcie, Niemcy bombardują Jabłonowo!

Spojrzeliśmy przed siebie i na horyzoncie zobaczyliśmy wybuchy i błyski nad tym ważnym węzłem kolejowym. Zestrachany kierowca natychmiast zawrócił autobus i, żegnając się ze mną, dał mi wypłatę a conto 20 zł. Na owe czasy to było dużo: kilo cukru kosztowało 1 zł, porządny obiad w restauracji również 1 zł. Ci, co jechali do Grudziądza, zaczęli protestować i przedkładać Jankowskiemu, że musimy jechać dalej, jednak ten kategorycznie oświadczył:

- Ja odpowiadam za autobus. Nie wolno mi narażać ani ludzi, ani pojazdu!

Wrzucił jedynkę... i odjechał. Potem dopiero plułem sobie w brodę, kiedy tę całą trasę, pół na pół - trochę koleją, trochę przygodną ciężarówką, resztę zaś drogi musiałem pokonać per pedes apostolorum. O szybkim powrocie do Mamy ani marzyć! W Kornatowie na stacji stał pierwszy przeze mnie widziany pociąg z uciekinierami - urzędnikami z Grudziądza. Ujrzałem pierwsze trupy i pierwszych rannych z bombardowań Luftwaffe. Przy długim czekaniu dołączył do mnie jakiś kapral, który miał jakoby rozkaz wyjazdu do Grudziądza. Przedstawił mi się:

- Nieć, właściciel jatki z ulicy Groblowej. Trzymaj się pan mnie - powiedział, - a na pewno dojedziemy.

Stanęliśmy z kapralem na krzyżówce i czekamy. Nikogo. Nieć stanął na środku szosy. Po dłuższym czasie z kierunku Brodnicy ukazała się duża ciężarówka, jadąca całym gazem. Mój kapral stanął na baczność, wyciągnął z kabury waltera i wymierzył w pędzące auto. Ja zamknąłem oczy. Myślę: przejadą go jak robaka! Stał się cud - ciężarówka zatrzymała się. Obywatel Nieć twardo zażądał:

- Proszę nas dwóch wziąć do Grudziądza. Obaj mamy rozkaz wyjazdu!

Zastraszeni pistoletem handlarze bydła bez dalszej dyskusji otworzyli samochód z tyłu i kazali nam rozgościć się w słomie. Resztę drogi odbyliśmy błyskawicznie.

W domu zastałem tylko Mamę i siostrę Romkę z 4,5-letnim synkiem Franusiem. Po niejakiej chwili zjawił się mój starszy brat Józef.

- Idziemy do wojska! - rzekłem.

Rejonowa Komenda Uzupełnień (RKU) mieściła się podobnie jak teraz przy ulicy Kwiatowej. Zastaliśmy tam tylko wszędzie szeroko otwarte wszystkie drzwi i porozrzucane papiery w każdym pomieszczeniu. Sąsiedzi oświadczyli nam, że "nie ma prochu ni popiołu - już nawiali!"

Wyszliśmy z bratem na ulicę. Akurat maszerował oddział granatowej policji .

- Ci też wieją! - szepnął Józef.

Zatrzymaliśmy ich.

- Panowie - rzekłem, - my z bratem chcemy się dostać do wojska.

- A to chodźcie z nami! - powiedział dowódca.

Dołączyliśmy do funkcjonariuszy i poszliśmy ulicą Warszawską na Wąbrzeźno. Tak maszerując, a trochę jadąc różnymi przygodnymi środkami lokomocji, dostaliśmy się któregoś dnia pod wieczór obaj do Włocławka, i tam wcielono nas do 14 Pułku Piechoty.. Jak długo to trwało?- dziś już nie pamiętam... Co najmniej trzy dni. Pożywialiśmy się tym, co dobrzy ludzie dali - szczególnie w mieście, bo na wsi na drodze masowych ucieczek zwykła szklanka wody kosztowała tyle, co dawniej butelka najlepszego wina. Pamiętajmy - były upały! Dochodziło do tego, że studnie zostały wyczerpane!

Józef był rezerwistą a ja miałem przeszkolenie PW. Z naszym pułkiem przeszliśmy, przez Kutno i Sochaczew, cały szlak bojowy. Właściwie to była cały czas beznadziejna walka i ucieczka, ucieczka i walka, aż do utraty tchu. Walczyliśmy ramię w ramię z bratem moim. Dzisiaj szczegóły już się zatarły... Raz brat uratował mi życie: Niemiec przebił mi bagnetem rękę - drugi raz już nie zdążył pchnąć, bo załatwił go Józef!

Tak dobrnęliśmy do Warszawy - a tam znów ta sama beznadziejna walka wśród walących się murów, płonących domów, braku jakiegokolwiek zaopatrzenia, wody itp. Byliśmy brudni, cuchnący od potu i u kresu wytrzymałości. Pamiętam obrazek - i nie zapomnę go do końca życia: jesteśmy wieczorem w jakimś zdemolowanym mieszkaniu. Ledwie weszliśmy, pogadujemy powoli, coś tam pogryzamy... i naraz bomba uderza w nasz dom, który rozpada się, jak rozcięty karton! My na szczęście byliśmy w tej części, co ocalała. Oczywiste ogłuchli, zasypani gruzem i pyłem - ale żywi! Uratowały nas chełmy piechocińskie. Ja miałem rozbitą twarz i zwichniętą nogę, brat mój wyszedł bez szwanku.

Jedno, czym mogłem się wówczas pochwalić, to fakt, że spałem jak zabity, ledwie tylko przymknąłem oczy. Nie mogły mnie zbudzić nawet bombardowania lotnicze. Nieraz Józek mi mówił: "Człowieku! Musiałem cię zostawić śpiącego, bo żadna siła nie była w stanie wyrwać cię ze snu!" Myślę, że był to instynkt życia, inaczej trudno byłoby mi, chłopcu wątłego zdrowia, przetrwać ten koszmar...

Potyczki z Niemcami, nędza, brak żywności a w końcu i wody, brak środków opatrunkowych, lekarstw, broni, amunicji doprowadziły - do kapitulacji! Pomijam opis walk, burzenie Warszawy, gdyż są to fragmenty dziejów obrony najbardziej znane i udokumentowane. Najstraszliwszy dla mnie moment to rozbrojenie i utrata wolności 28 września 1939 roku! Po złożeniu broni bito nas i poniewierano, nie szczędząc razów i upokorzeń. Szczególnie przeżywali to ci, co znali język niemiecki. Obaj z bratem wychowaliśmy się na grudziądzkich podwórkach także wśród dzieci niemieckojęzycznych - i teraz bledliśmy i zaciskali pięści z bezsilnej złości. Znajomość języka z drugiej strony ratowała nas wówczas od wielu grubszych nieprzyjemności.

Spędzono nas na jakiś plac i trzymano pod gołym niebem, bez jedzenia i picia, pod kulomiotami. Kazano wystąpić tym, co mówią po niemiecku - i tych ustawiono oddzielnie. Teraz nienawiść hitlerowców skierowała się szczególnie na tych pozostałych, a była ich ogromna większość... Potem zostaliśmy zagnani w pobliże torów kolejowych daleko za miastem. Tam wepchnięto nas jak śledzie do bydlęcych wagonów. Długośmy stali w szczerym polu, w smrodzie szczyn, potu, psujących się ciał, bo byli wśród nas ciężko ranni...

Bratu memu w czasie transportu udało się zbiec do domu - mnie, niestety, nie. Widać taki był mój los, szczęście w nieszczęściu, bo Niemcy już szukali mnie w Grudziądzu za działalność w harcerstwie i kolportaż "Robotnika" i "Płomienia", gazet klasy robotniczej.

Transportowano nas w wagonach bydlęcych, ubitych jak śledzie w beczce. Trwało to bardzo długo; linie kolejowe były zapchane przez Wehrmacht i sprzęt hitlerowski. W drodze nie dano nam ni pić, ni jeść - trzy doby! Ludzie mdleli w smrodzie ekskrementów i zaduchu. Znów miałem szczęście, bo stałem przy "oknie" czy odwietrzniku zabitym dechami na krzyż. Przez szpary i dziury wpuszczał trochę świeżego powietrza...

 

 

Rozdział II

ROBOTY  PRZYMUSOWE

W ten sposób dotarliśmy do Iławy (Deutsch Eylau). Tam rzuciliśmy się szukać wody mimo bicia, strzałów i wrzasków. Udało mi się jakoś przedrzeć do pompy, i napiłem się trochę. Jak smakowała ta woda po trzech dniach "suszenia" i postu! Mimo bicia, kopniaków, wyzwisk i strzelaniny Niemcy nie dali rady nas rozpędzić i odegnać od pompy... W wagonach zostali nasi biedni koledzy, zmarli z ran i wycieńczenia... Nie wytrzymali nieludzkich warunków - nie wychodziliśmy na zewnątrz trzy doby i załatwialiśmy się pod siebie!!

Wreszcie jakoś zebrano nas razem wśród klątw, krzyku, bicia i wymysłów. Dostaliśmy po bochenku chleba wojskowego na czterech, ustawiono wszystkich w kolumny marszowe - i ruszyliśmy w drogę. Popędzono nas około 6 km do wsi Raudnitz (Rudzienice Suskie). Tam czekały na nas baraki i rozfanatyzowani Prusacy z kamieniami i nienawiścią. Byli już tam polscy jeńcy wojenni z pierwszych dni września. Po umyciu się i ochędożeniu pokładliśmy się spać. Wachmani musieli nas bronić, strzelając w powietrze.

Rychło rano wygnano nas do pracy u bauerów. Mnie wachman zaprowadził do Hermana Schubringa, który służył w Wehrmachcie. W domu byli tylko jego starzy rodzice i żona, Lina - brzydka, ruda, piegowata, o białych oczach i brwiach.

Do 2 lutego 1940 r. pracowałem jako jeniec. Potem kazano nam przyszyć literę "P" do munduru, obóz zlikwidowano, i każdy z nas zamieszkał u bauera. Powiedziano nam, że po przepracowaniu w Niemczech jednego roku będziemy mogli zmienić pracę. W tym czasie Schubringowa namówiła dwóch hitlerowców, którzy napadli na mnie z tyłu i pobili. Kiedy wróciłem, oświadczyłem Niemce, że przy lada okazji ucieknę. Okazja taka nadarzyła się 2 lutego 1941 r. Niemcy (pilnowali mnie) wyjechali tego dnia do Iławy do krewnych, a ja natychmiast pieszo wyruszyłem za nimi.

W tym czasie Polak nie mógł inaczej podróżować jak tylko za specjalnym pozwoleniem. Takie pozwolenie już wcześniej wykorzystał kolega Szczepański z ulicy Kępowej. Po prostu dał mi swoją przepustkę, a ja "poprawiłem" daty - i udało się: policjant na kolei przepuścił mnie, mimo że wyraźnie było widać, że jest podrobiona.

Pociąg do Grudziądza był wcześnie podstawiany. Poszedłem do toalety, odprułem "P" z munduru i usiadłem w przedziale NUR FUR DEUTSCHE. Wówczas mówiłem już perfect po niemiecku. Na szczęście zrobiłem to we właściwym czasie, bo w pewnej chwili zobaczyłem starego Schubringa i Pauli’ego w żółtym mundurze (jednego z tych, co mnie napadli) - wyraźnie kogoś szukali! Nie mieściło się w niemieckich głowach, że Polak schował się w wagonie "tylko dla Niemców"! Oczywiście, odetchnąłem dopiero, jak pociąg zaczął pędzić w stronę domu. Wieczorem byłem już w Grudziądzu i po 10 minutach pukałem do drzwi mojej Mamy. A tam konsternacja: - Syneczku, co będzie, jak zaczną ciebie szukać?!

- Niech się Mama nie martwi - będę tutaj pracował.

 

 

Rozdział III

OBÓZ  MŁYŃSKA  19  (INTERNIRUNGSLAGER  MUHLENSTR. 19)

Był rok 1941 - mroki okupacji hitlerowskiej w Grudziądzu i okolicy. Po dramatycznej ucieczce z pracy u Schubringów już niebawem znalazłem się we wsi Obory w powiecie chełmińskim. Pracowałem tam jako parobek u N., właściciela majątku.

Było przedwiośnie. Na ogromnym polu było nas dwóch: syn bauera, Bruno, i ja. Akurat rozrzucaliśmy nawóz pod ziemniaki, kiedy nadjechał niemiecki policjant na rowerze i oświadczył... że mnie aresztuje, i mam się udać z nim na gestapo w Grudziądzu! Bruno, mój rówieśnik, blondbestia zareagował na to z wściekłością (był w czarnym mundurze Selbschutz’u) - skoczył do oczu policjantowi z krzykiem, że nie pozwoli mnie nigdzie zabrać. Starszy policjant na to spokojnie:

- Czy ty, Niemiec, nie rozumiesz słowa "Befehl"?! Mam rozkaz i muszę go wykonać - nie pojmujesz tego?

- Trudno, weź go, ale pamiętaj, żeby mu się nic nie stało!

Jak się później okazało, Bruno uratował mi chyba życie - a sprawiła to jego miłość do pięknej Polki. Wróciliśmy razem do domu; Bruno zagadywał policjanta, a ja myłem się i odświętnie ubierałem. Potem zjadłem posiłek, dostałem chleb na drogę, i wyruszyliśmy do Grudziądza - szupon na rowerze, a ja, często popędzany, per pedes. W pewnej chwili Bruno dopędził nas rowerem i, mijając mnie, szepnął: - Nic się nie bój! Będę cię bronił!

Zziajany, u kresu sił (z Chełmna do Grudziądza jest 40 km drogi) dotarłem z policjantem do "obozu dla internowanych", który się mieścił przy nie istniejącej dzisiaj ulicy Młyńskiej 19. Szupon zameldował się najpierw  w dyżurce na parterze, potem dyżurny połączył się z przełożonym, i wówczas kazano mnie zaprowadzić na piętro. Tam gestapowiec sprawdził moje personalia i zapytał, czy potrzebuję tłumacza.

- Nie.

Podczas pobytu w niewoli i na robotach przymusowych uczyłem się intensywnie niemieckiego.

W personaliach moich były nieścisłości i przeinaczenia: zmieniono mi imię i przekręcono nazwisko na Wencel Pientkowski; poza tym nie zgadzał się również rok urodzenia (bauer podał rok 1909 czyli zrobił mnie o 10 lat starszym). Następnie gestapowiec odczytał mi oskarżenie, zarzucając mi sabotaż. Wiedziałem, że za to grozi kara śmierci!

Byłem zdziwiony, że podczas przesłuchania mnie nie bito. Dowiedziałem się potem w celi, że "tego od bicia już nie było w pracy" (badano mnie wieczorem, po godzinach jego urzędowania). Czas wielkiej próby, wiele złych chwil: bicie, łamanie żeber, wyniszczanie fizyczne i psychiczne - miały nadejść już niebawem.

W dyżurce na dole Herr Drążek pokazał ręką w kąt, gdzie leżał dla mnie chleb, i wyszeptał:

- Masz coś do żarcia.

Potem położył palec na usta, żebym milczał, nie dziękował. Na pożegnanie powiedział, że z moim bratem Józkiem chodził do szkoły.

Dzięki niemu tego dnia nieźle sobie podjadłem, bo jeszcze dużo sił fizycznych a najwięcej duchowych będzie mi potrzeba...

Już po śniadaniu zakuto mnie w kajdany i zaprowadzono do siepaczy na piętro. Wprowadzono mnie do pokoju, gdzie było krzesło, stół, i pozostawiono samego. Na stole leżał pistolet i pałka policyjna. Po chwili z sąsiedniego pomieszczenia ktoś zawołał: - Komm!

Wszedłem i stanąłem w pobliżu drzwi. Dość śmiało rozejrzałem się po pokoju. Było to biuro, w którym przy biurkach siedziało czterech gestapowców. Prócz nich był jeszcze esesowiec w czarnym mundurze - to był właśnie "ten od bicia". Na moje "dzień dobry" zbliżył się z diabelskim uśmiechem i z całej siły uderzył mnie w twarz w ten sposób, że palcami sięgnął mego karku, gdzie miałem ogromnego, zebranego czyraka. Gdy z bólu i uderzenia padłem, wrzód pękł, a ropa i krew rozpryskały się. Niemiec miał strasznie głupią minę i zapytał:

- Co się stało?!

- To nic - to tylko czyrak pękł.

Siepacz na to:

- Masz chusteczkę?

- Tak jest!

Kazał mi wstać z podłogi i wytrzeć się. Pokazałem mu skute ręce. Zawołał wachmana, który zdjął mi kajdanki, żebym mógł wytrzeć rozchlapaną krew i ropę. Potem założono mi je z powrotem. Jeszcze raz - tym razem zrobił to esesowiec - odczytano mi oskarżenie. Zapytał mnie, czy wiem, za co zostałem aresztowany.

- Tak, za ucieczkę z pracy.

- Ja wohl, za to też. Jesteś oskarżony o sabotaż. Celowo kaleczyłeś zwierzęta u Schubringa.

- Przyznaję się tylko do ucieczki, ponieważ wolałem śmierć niż mękę, na jaką skazał mnie bauer.

Pokazałem rany od mrozu na rękach, uszach i palcach u nóg. Miałem się przyznać do sabotażu, do tego, że celowo katowałem i kaleczyłem zwierzęta u bauera w poprzednim miejscu pracy! Niemiec czytał akta siedząc. Zobaczyłem podpis: Lina... I olśnienie: bauerka, brzydka, gruba, ruda, ze świńskimi oczkami, Lina Schubring, której męża wzięto na wojnę przeciw Polsce! Upatrzyła mnie sobie na kochanka, a ja po prostu... zwiałem! Oczywiste, nie mogłem tego siepaczowi powiedzieć, a ten zaczął mnie bić i grozić uduszeniem, jak się nie przyznam. Głośno powiedziałem, że  n i e  p r z y z n a m  s i ę  d o  c z e g o ś,  c z e g o  n i e  z r o b i ł e m. Esesowiec kazał wachmanowi przynieść "kozła". Potem kazał mi się położyć, zdjął marynarkę i bił.

- Dostaniesz pięćdziesiąt "bananów". Jak będziesz miał dość, to najlepiej się przyznaj! Gdybyś dostał więcej, to potem możesz mi oddać!

Pierwsze uderzenia nie były tak bolesne, lecz kiedy po kilka razy dostałem w jedno i to samo miejsce, ból zaczął się odzywać aż w czaszce. Zacisnąłem zęby i nie wydałem jęku. Gestapowiec wściekał się, bił mnie pałką gumową i groził pistoletem, żebym się przyznał do zarzucanych czynów. Wiedziałem, że za sabotaż grozi kara śmierci! Powiedziałem, że może mnie zabić, ale ja nie będę kłamał. To go jeszcze bardziej wkurzyło, i uderzył mnie w głowę tak mocno, że straciłem przytomność. Obudziłem się zlany wodą... I znowu bicie! Kiedy naliczyłem pięćdziesiąt, i bandyta się zziajał, wysapał:

- Odpocznę, a potem dostaniesz jeszcze raz tyle - tak długo, aż się przyznasz!

- Może mnie pan zabić, a ja się nie przyznam!

- Dlaczego wobec tego uciekłeś?

- Widział pan przecież wrzody, a oto odmrożone ręce, nogi i uszy. Spałem na nieopalanym strychu podczas dziesięciostopniowych mrozów! Nie mogłem dłużej wytrzymać, kiedy Bauerka skąpiła mi nawet jadła! U Bruna B. też pracowałem - i nie skarżył się na mnie!

- Ty pracowałeś u Brunona? Znasz Brunona B.?

- Ja wohl!

Jeden z gestapowców przystąpił do siepacza i coś z nim poszeptał, a ten wezwał wachmana i kazał mnie zabrać do celi.

Byłem pobity, pokrwawiony i roztrzęsiony.

Wachman Drążek na mnie:

- Aleś ty głupi! Żebyś krzyczał, to byś tyle nie dostał! Biuro jest od ulicy - bałby się, żeby ludzie nie słyszeli!

Myślę sobie: - Akurat! Miałby kat satysfakcję!

Drążek na to:

- Masz jeszcze mój chleb?

- Mam.

- To weź smalec z chleba i natrzyj sobie d..., to ci się prędzej zagoi.

- Pan kpi, panie wachman!

- Nie! Zobaczysz, że prawdę mówię!

I zaprowadził mnie na powrót do obozu przy ul. Młyńskiej.

Cela przypominała duże pomieszczenie warsztatowe, podzielone na dwie części: część pierwsza, tzw. salon, do stania, chodzenia i jedzenia - i część druga, sypialnia, czyli odgrodzony deską barłóg, na którym spało się bez przykrycia. Do celi prowadził mały przedsionek i pokoik, w którym spotkałem starszych kolegów: sierżanta Pawlewicza i drugiego, którego nazwiska nie pamiętam. Nazwisko Pawlewicza zapamiętałem, bo w 1944 na dłużej zetknęliśmy się w Stutthofie. Ci dwaj kleili właśnie koperty. W dużej celi na tym barłogu siedział jakiś NN w okularach, bardzo wychudzony (często skarżył się na hemoroidy). Był tam jeszcze mój rówieśnik, Mietek Cyganek, z którym potem również spotkałem się w kacecie. Poznałem też pierwszego dnia jakiegoś pijaka i obiboka, który wszystkim napotkanym pokazywał wątłe muskuły i wołał: - Marynarska kość! Koledzy ostrzegali mnie przed nim, bo podpisał Volkslistę. Następnego dnia poszedł do domu. Przy oknie za stołem siedział jeszcze jeden, który z fotografii malował portret kobiety. Powiedziano mi, że jest to niemiecki komunista, którego tu w obozie tolerują, bo jego talent artystyczny wykorzystują szkopy dla dogodzenia własnej próżności. Gestapowcy zmuszali go do portretowania swoich Frau, Madchen lub siebie samych.

W międzyczasie zapadł już zmrok. Może po godzinie wrócili wszyscy pozostali więźniowie. W ciągu dnia musieli pracować na działkach i w ogrodach willowych, zagrabionych przez Niemców na Tarpnie, przy ul. Piłsudskiego, ks. Kujota (dziś Wojska Polskiego i Tysiąclecia) i innych. Wszyscy doszczętnie zmordowani i zganiani, niektórzy pobici i pokrwawieni. Dostaliśmy po kawałku ościstego chleba, menażkę jakiejś lury i po apelu legliśmy w tym barłogu.

Zaraz po przyjściu na miejsce przebrałem się i zobaczyłem, że uda, pośladki i plecy są całe sine (tak mówili koledzy). Największy problem miałem z siadaniem i spaniem. Przez wiele nocy mogłem leżeć tylko na brzuchu. Oczywiste, że w dzień odpoczynku nie było...

Nazajutrz skoro świt, wśród klątw, razów i wyrzekań, rozpoczął się kolejny dzień. Zaczęło się od mycia i sprzątania. Ponieważ były tylko dwa krany, więc myć się szliśmy po dwóch. W wojsku zawsze myliśmy się do pasa, więc i teraz na pół nago przystąpiłem do ablucji. Jakiś kmiotek przy mnie umoczył ręce i zaczął tą wodą pocierać sobie koniec nosa. Naraz aż zaskowyczał, kiedy dosięgnął go harap pana Drążka, dyżurnego szupona, który zaczął mu wymyślać, nie przebierając w słowach. Biedny chłopak nie rozumiał ni w ząb.

- Ty, co on p...? - i oczywiste, że razy teraz posypały się jak grad, bo Drążek umiał dobrze po polsku. Zawołałem:

- Uciekaj! Przyjdź myć się bez ubrania!

Oprócz tzw. "ćwiczeń" prowadzono nas, otoczonych hitlerowcami z psami na smyczy, prowadzono do pracy. Najczęściej obrabialiśmy wspomniane ogródki wokół willi niemieckich przy ul. Piłsudskiego i przy ul. ks. Kujota. Kilka razy byłem również z kolegami przy uprawianiu dużego ogrodu na Tarpnie. Prowadził nas wtedy jego właściciel - esesowiec z ogromnym wilczurem w kagańcu, który cały czas rwał się i ujadał na nas.

Któregoś dnia zatrzymano nas dłużej na apelu porannym. Przyszedł komendant obozu Schulz ze swoją świtą i rozkoszował się widokiem maltretowanych i poniżanych "podludzi", wykonywanych karnych ćwiczeń, padnij!, powstań!, pompen! (pompki), u.s.w. itd. Po chwili pojawił się szupon i wepchnął "nowego" w kajdanach. Biedak był pobity, w podartej odzieży i cały unurzany w pyle węglowym. Pierwszy raz widziałem, jak zmieniła się twarz Schulza - tak wyobrażałem sobie morderczą bestię...

Okazało się, że złapany uciekł z transportu i ukrywał się gdzieś na składzie węgla. Postawiono go na podwórzu, a nas wszystkich zegnano, abyśmy byli świadkami, co nas czeka. Och! ci hitlerowcy! oprawcy! mistrzowie w zadawaniu męki i poniżenia w znęcaniu się bezkarnym - nad bezbronnym! Gestapowiec kazał mu rozebrać się do naga (luty - marzec na dworze!), przysłał kryminalistów z wiadrem lodowatej wody, ze szczotką ryżową i grubą ścierą do podłogi. Kiedy biedak został polany wodą, zatrząsł się z zimna i ruszył zdecydowanie w kierunku komendanta. Ponieważ nie umiał mówić po niemiecku, ukląkł i wyciągnął ręce w niemym geście do swego pana życia i śmierci. Schulz ryknął do swych piesków:

- Wy bandyci, macie robić dalej, co wam kazałem! Jak zrobicie źle, to każę was tak umyć! Zrozumiano?!

Gorliwie zabrali się do roboty. Jeden oblewał go wodą, drugi szorował szczotką, a trzeci tarł ostrą szmatą. Wszystko to do wtóru nieludzkiego krzyku ofiary! Chłopak nie znał niemieckiego, więc tylko składał ręce i patrzył błagalnie w twarz esesowca. Ten, stojąc na schodach, pchnął go nogą w pierś i kazał dalej myć "tę brudną świnię!".

Każdy może sobie wyobrazić, że nam - patrzącym - cierpła skóra, a co dopiero przeżywał ten "nowy"?! Jedno muszę stwierdzić, że mimo bestialskich mąk, mimo że na skórze wystąpiła mu krew, od tej chwili biedak nie wydał już najmniejszego jęku. Taki twardy był to "polski chłop"... Potem musiał wykonać karne ćwiczenia - cały czas nago... Później gdzieś zniknął. Kiedy go spotkałem w ogródku, wyglądał jak cień. Nie mógł mówić - tak zachrypł!

Jednego razu zaprowadzono nas do piwnicy byłej Szkoły Specjalnej przy ul. ks. Butkiewicza, w budynku której stacjonowali żołnierze Wermachtu. W piwnicy tej było pełno ziemniaków, które zaczynały się już psuć. Naszym zadaniem było usunąć "zgniłki". Było nas chyba z dziesięciu, a pilnował nas jakiś starszy żołnierz. Ponieważ po wyczerpujących ćwiczeniach i ciężkiej pracy byłem zabrudzony i przepocony, postanowiłem... odwiedzić Matkę i przebrać się. Z Butkiewicza (dzisiaj Sikorskiego) do mojego domu, zaledwie kilka ulic dalej (nad Trynką), było kijem dorzucić - zaryzykowałem. Powiedziałem głośno, że idę na Kloset... a wyszedłem na ulicę. Dalej już noga za nogą poszedłem do domu. Matka na mój widok przelękła się okropnie! Myślała, że po prostu uciekłem z obozu. Uspokoiłem ją, że mam czas do wieczora, bo dopiero wtedy odprowadzają nas do baraków. Nagrzała mi wody, umyła plecy i przy okazji zapłakała, widząc rozlane sińce. Dała mi świeżą bieliznę, skarpety i spodnie. Potem zaś jadłem i jadłem - i nie mogłem się nasycić. Wiem, że zrobiłem samolubnie, lecz rozgrzeszyła moje obżarstwo moja Mateńka zapewnieniem, że ciotka Piotrowska z Mniszka (wieś podgrudziądzka za Wisłą), właścicielka wiejskiego gospodarstwa rolnego, nie da nam z głodu zginąć marnie. Dla wyjaśnienia: Mama moja, staruszka, jako Polka nie miała w tych czasach prawa do życia. Pozostała w domu sama, bo rodzeństwo moje (trzech braci) było również w niewoli, za wyjątkiem najstarszego, Antosia, który zdążył zbiec do Generalnej Guberni.

Wypoczęty, najedzony i z wałówką wróciłem do pracy przy tych "zgniłkach". Niemiec przywitał mnie wyrzutem:

- Myślałem, że uciekłeś!  Pamiętaj, że zostałbym ukarany przez gestapo! Musiałbym iść na front! W moim wieku... itp., itp. Na to opowiedziałem mu jakąś "bajeczkę", gdzie byłem (tę wałówkę zdążyłem przedtem ukryć). Niemiec, szczęśliwy, że wróciłem, kazał mi pilnie pracować i nie oddalać się więcej.

Tyle mniej więcej zapamiętałem z mego pobytu w obozie na ul. Młyńska 19... A jak się to zakończyło? Jak się zakończyło moje uwięzienie? Trwało to dosyć długo, w każdym razie dobrych kilka miesięcy...

Pamiętam, było to latem. Mój oprawca wezwał mnie znów na gestapo. Zapytał mnie:

- Za to, co zrobiłeś, chcesz być wysłany do Stutthof*u - czy wolisz dostać pałką dwadzieścia pięć razy?

Wiedzieliśmy już w Polsce, co to Koncentracionslager, i dlatego... wybrałem te pałki. Dodał jak przedtem cynicznie:

- Jak dostaniesz więcej, to możesz mi później oddać.

Oczywiste, wlał mi więcej, a ja zaciąłem tylko zęby. Po kilku dniach przyszedł mi powiedzieć:

- A teraz wrócisz do Schubringa!

Ja mu zaś na to, patrząc twardo w oczy:

- Możecie mnie nawet zabić, bo stamtąd i tak ucieknę!

Po jakimś czasie wywieziono nas ciężarówkami do byłych Prus Wschodnich.

 

 

Rozdział IV

PRUSY  WSCHODNIE

Przypomniały mi się targi niewolników z powieści "Chata wuja Toma", którą czytałem jako dziecko.  Pamiętam, że wystawiano nas na pokaz w Kwidzynie, Rastenburgu, Rozenbergu, Sztumie i wreszcie w Malborku. Większość jeńców została wybrana "na targu" przez bauerów. Ja oświadczyłem, że już odpracowałem na wsi przeszło rok (Flichtjahr), jak mi powiedział jeden z Selbsschutz’u, i mam prawo prosić o pracę inną. W końcu któregoś dnia, już wieczorem, zostaliśmy zabrani przez ciężarówkę "Bauleitung der Luftwaffe" z Mariendorfu pod Malborkiem. Rzemieślnicy budowlani zostali zatrudnieni przy budowie lotniska na miejscu, a reszta przy gospodarstwie rolnym tegoż "Bauleitungu". Mimo wszystko jeszcze raz trafiłem... do pracy w polu.

Żaden język nie wypowie szykan i prześladowań, jakich nam nie żałowali bestie-Niemcy. Zwycięscy, butni, nas uważali za mierzwę, za nic. Nazywali nas bandytami, ponieważ zostaliśmy przywiezieni przez gestapo. Mnie ratowała znajomość niemieckiego i mimo wszystko wstawiennictwo tego byczka - Brunona (na krótko przed wyjazdem z obozu przy ul. Młyńskiej widziałem go na terenie grudziądzkiego gestapo. Tak przy okazji: obecnie mieści się tu, w Szkole Podstawowej nr 8, na Waryńskiego Muzeum Martyrologii, miejsce męczeństwa i straceń w latach 1939-45. Gmach ten został wybudowany w latach 1938-39. Po kapitulacji września 1939 wnętrze przystosowano do potrzeb oprawców: sale lekcyjne podzielono na dwa lub trzy pokoje, powybijano dodatkowe otwory drzwiowe z korytarzy do poszczególnych pomieszczeń, niektóre okna zostały częściowo zamurowane i zaopatrzone w kraty, wyjścia na zewnątrz były również zabezpieczone w żelazne kraty, otwierane za pomocą mechanizmów elektrycznych. Największe zmiany w konstrukcji architektonicznej budynku szkolnego przeprowadzono w suterenach, które zamieniono na więzienie, katownię, katorgę i cele śmierci). Ale wracam do wspomnień... Może się mylę, może to tylko zbieg wydarzeń i okoliczności, ale tak mi się wydaje i pragnę tę myśl utrwalić, bo wśród zwyrodnialców spotkałem też Niemca, który traktował mnie jak człowieka.

Moja praca w rolnictwie przy "Bauleitungu" nie trwała długo. Zostałem przeniesiony do firmy Grunberga, który prowadził roboty dekarskie na lotnisku pod Malborkiem. Było to świeżo budujące się lądowisko dla planowanej agresji na ZSRR. Pracowałem tam aż do deszczów jesiennych. Grunberg też był polakożercą, jak większość... ale niedługo. Miał syna - jedynaka, a ów padł na froncie... Pewnego razu przychodzę do Niemca na dach, by zapytać jak zwykle, co mam robić, a majster siedzi... i płacze. Głupio mi się zrobiło, bo zawsze był twardy i aż parował nienawiścią do "niższej" rasy. Teraz budził litość - tak płakał, jak duże, głęboko pokrzywdzone dziecko.

- Co się stało, panie Grunberg?

- Mein Soni ist geffalen - powiedział i spojrzał pierwszy raz po ludzku na mnie.

Od tego momentu często ze sobą rozmawialiśmy na różne tematy - także o odległej historii, która tak często niszczyła oba nasze narody. Kiedyś zeszło na stosunki polsko - krzyżackie. On twierdził, że Niemcy dostali wtedy od Polaków tęgie baty.

- Gdzie to było i kiedy? - pytam.

- Ty to na pewno dobrze wiesz - to było wielkie polskie zwycięstwo nad "Rycerzami Krzyża" bei Grunwald - Tannenberg.

"Rzeczywistość przedstawia się dzisiaj inaczej - myślałem sobie, - ale niech ci będzie... Najważniejsze, że buta i pycha krzyżacka zostały złamane". Mówię więc, że znam historię walk z Krzyżakami, które są tylko fragmentem polskich zmagań z ich, Niemców, "Drang nacht Osten". Zrozumiał. A jak mu powiedziałem, co się działo w państwach, które szybko się poddały, jak Czechosłowacja, niektóre kraje zachodnioeuropejskie itd., oczy mu się otwarły. Zakończyłem w ten sposób:

- My, Polacy, zawsze byliśmy tam, gdzie wrzała walka o wolność. Nigdy nie poddawaliśmy się bez walki.

Przyświadczył, że ich gazety chwaliły postawę polskiego żołnierza, a wyśmiewały nieudolność przede wszystkim ówczesnego naszego dowództwa oraz brak w Polsce nowoczesnego sprzętu wojskowego. Wiele rzeczy mój majster zrozumiał, wiele się domyślił z moich niedomówień. Nie mogłem wszak mówić zupełnie otwarcie, bo ciągle mu nie ufałem. Jego postawa zmieniła się, jak wspomniałem, właśnie wtedy, kiedy zrozumiał, dlaczego zginął jego syn. Powoli zaczynał mnie lubić, nigdy już nie wyzywał, nie poganiał, i wyczuwałem troskę w jego głosie, jak pytał:

- Co z tobą będzie, kiedy zaczną się deszcze i prace dekarskie zostaną wstrzymane?

Szczytem wszystkiego było, kiedy uratował mi życie. Do poruszania się po dachu mięliśmy specjalne kapcie, a mimo to raz pośliznąłem się i zawisłem na rynnie ściekowej, zaczepiony rękoma i brzuchem. Stary Gruenberg (inna pisownia tego nazwiska - przyp. korektora) bez chwili wahania zsunął się powoli do mnie i pomalutku, odpoczywając, wciągnął mnie z powrotem na dach. Gdyby nie jego pomoc, w końcu runąłbym z wysokości hangaru prosto na mur ochronny!

Rychło sprawdziły się jego obawy. Jesienią zaczęły się deszcze, a ja musiałem się "dekować", bo na dachach nie było nic do roboty. Gruenberg ochraniał mnie, jak mógł, wreszcie gdzieś w październiku powiedział:

- Idź do "Bauleitungu" i zgłoś się do innej pracy. Najlepiej proś o skierowanie do firmy "Waschkuhn".

Podziękowałem mu za wszystko i... urwałem się do Grudziądza. Ktoś pamiętający tamte czasy może powiedzieć: - Pojechał do domu? Wówczas?! Przecież wtedy mogli podróżować tylko Niemcy! Polacy musieli mieć  tzw. Pasierschein*y.

Tak! Ja urządzałem się w ten sposób, że odpinałem (kiedy mnie nikt nie widział) przyczepione na agrafce "P" i udawałem Niemca. W wagonie siadałem zwykle wśród wehrmachtowców, a tam, jeśli była jakaś kontrola, to sprawdzano tylko bilety.

W ten sposób znalazłem się znowu w domu. Tego samego wieczoru przyszedł do nas "mąż zaufania" w mundurze SA i zapytał:

- Czy tu ktoś nowy nie przybył?

Odpowiedziałem: - Nie!

Niemiec się zdziwił i mówi do Matki, pokazując na mnie:

- A to kto jest? (po polsku)

A Mama, nie mrugnąwszy nawet okiem, na to:

- Mój syn Janek!

Podała imię młodszego brata, z którym byliśmy tak podobni, jak bliźnięta. Szczęście, że go akurat nie było w domu! Później musiałem się ukrywać, i nie wolno nam było razem się pokazywać, bo ten SA-mann mieszkał w sąsiedniej kamienicy pod 12-tką i jeszcze wówczas nazywał się Rajewski. Muszę wyjaśnić, że Janek z powodu przeżyć w kacecie w Latten an Ems jako niezdolny do pracy został bez środków do życia odesłany do domu i - w przeświadczeniu jego oprawców - skazany razem ze staruszką-matką na śmierć głodową. Na szczęście krewni i najbliżsi sąsiedzi nie dali nam zginąć.

I tak, zajmując się w międzyczasie tylko nauką bratanków i siostrzeńca, jakoś doczekałem wiosny... Co mnie najbardziej ucieszyło, to fakt, że mój świeżo "nawrócony" majster Grunberg mnie nie wydał! Kiedy zgłosiłem się do Bauleitera, Herr Messau popatrzył na mnie i mówi:

- Gdzie tak długo byłeś?! Chciałem już meldować na gestapo.

Zrozumiałem, że mam do czynienia z dobrym człowiekiem.

- Panie Bauleiter, - odparłem. - Byłem chory i pojechałem do domu.

- Człowieku! - zdumiał się. - Jeśli byłeś chory, to musisz mieć zaświadczenie lekarskie!

Poszedłem na całego:

- Czy Polak ma prawo do leczenia?! Który lekarz by mnie przyjął?!

- To prawda. - rzekł. Przyjrzał mi się uważnie. - Wyglądasz jak podgrzany trup ("eingewermte Leiche").

Pomyślałem: ukrywanie się, brak ruchu na powietrzu i łaskawy chleb zrobiły ze mnie rekonwalescenta...

- Na Gut! - odrzekł zmieszany. - Masz tu skierowanie do firmy "Waschkuhn". Zgłoś się tam zaraz!

O mało nie podskoczyłem z radości!

Zamiast jednak do pracy zgłosiłem się do obozu. Dostałem łóżko w polskim baraku i kartki na posiłki. Potem wałęsałem się po placu budowy, niby to szukając wspomnianej firmy. Jak to chyba widać, robiłem wszystko, żeby nie przyczyniać się do budowy wielkich Niemiec.

Po zwolnieniu z obozu wróciłem do pracy w Malborku, a 24 czerwca 1942 r. byłem przewieziony (ubrany w mundur francuski) do Rygi. Tam przeżyłem kilka magicznych dni prawdziwej "bajki". Kiedy wyszliśmy ze mszy czwórkami, czekali już na nas miejscowi Polonusi, którzy uprosili "postena" - eskortanta i wzięli nas pod pachę do siebie. Potem przyszła partyzantka i wreszcie - więzienie. Tak w krótkości.

 

 

Rozdział V

ŁOTWA

Najlepiej poznałem część Łotwy zwaną Łatgalią, dawniej Inflantami. W czasie okupacji zamieszkiwało tutaj 60 tys. Polaków. Kiedy tam przybyłem, w Rydze mieszkało ich na stałe ok. 16 tys. a okresowo nawet do 20 tys. Ogromne transporty rodaków wywożono na przymusowe roboty przy obiektach wojskowych. Ja sam zostałem tu przywieziony 24 czerwca 1942 roku do pracy przy budowie wojskowego lotniska Ryga - Spilve. Poza Rygą duże ośrodki polonijne były w Dynaburgu (42 tys. ), w Rzeczycy (Rezekne) i w Libawie. Już przed wojną istniały w Rydze szkoły polskie - szkoły podstawowe, gimnazjum (potem liceum ogólnokształcące), w Dynaburgu także szkoła rzemieślnicza, w Rzeczycy szkoła dla dzieci i gimnazjum. W tym czasie Polacy odgrywali istotną rolę nie tylko w miastach. Były tu bardzo prężne liczne drużyny harcerskie, kluby sportowe, chóry śpiewacze itp.

Ponieważ Łotysze czuli wielką niechęć do obszarników - baronów niemieckich, Polacy byli tu chętniej widziani jako działacze społeczni czy polityczni. Tym należy tłumaczyć obecność wówczas naszych rodaków w łotewskim sejmie i sprawowanie przez nich wysokich funkcji państwowych (np. Jan Wierzbicki był wieloletnim ministrem oświaty, później ministrem spraw wewnętrznych). Zawsze jeden z wiceburmistrzów Dynaburgu był Polakiem, a do samorządu w wyborach wchodziło wielu naszych przedstawicieli.

Duże ożywienie w życiu tutejszej Polonii wniosły dwie masowe imprezy polskie: w 1934 r. I Olimpiada Polaków z Zagranicy w Warszawie, a rok później harcerskie Jamboree w Spale pod Warszawą. Wszyscy późniejsi partyzanci, z którymi zetknąłem się w walce, w więzieniu ryskim i w obozie Stutthof, byli przed wojną aktywnymi działaczami i napad hitlerowski na nasz kraj przyjęli jako sygnał pełnej mobilizacji wojskowej. Zaczęły się stałe dyżury w drużynach harcerskich, ludzie szturmowali konsulaty polskie, domagając się wcielenia do Wojska Polskiego.

Gdy to nie pomaga, sześciu aktywistów przekrada się przez granicę do Wilna, meldując się w tamtejszym RKU i stanowczo prosząc o mobilizację wszystkich drużyn starszoharcerskich do armii polskiej. Po tygodniu odesłano ich z powrotem do Dynaburga, zalecając czekanie. To właśnie w drodze powrotnej utworzono tajną organizację, której trzon tworzyli Fr. Czechowicz, Wiktor Wierzbicki, Piotr Spogis, Józef Kokin, Michał Wieliczko i Adam Zubowicz. Komendantem został Fr. Czechowicz. Tymczasem ruch konspiratorski zaczął nurtować prawie całą Polonię - zwłaszcza jego brzydszą połowę.

Druga sprawa, na której koncentrowali się nasi Polonusi, to pomoc i opieka nad uciekinierami z Polski. 18 września 1939 r. na lotnisku w Dynaburgu wylądowało ponad 100 samolotów (część z polskiej eskadry w Lidzie, 14 samolotów z 4 Pułku Lotniczego w Toruniu oraz samoloty z aeroklubu wileńskiego). W tej grupie był pilot, sierżant Seweryn Faleński. Wszyscy oni zostali internowani ( razem z pilotami ok. 6 tys.) w różnych obozach w Lilaste, Ulbroka i w Lipawie. To właśnie z nimi starali się nawiązać kontakty nasi polonijni harcerze. Piloci internowani w Lipawie przy pomocy tych ostatnich wyszli z obozu 22 października 1939 r. -  przecięli druty elektryczne, otrzymali przygotowane dla nich dokumenty oraz cywilne ubrania i dotarli przerzutem do armii polskiej w Anglii. Grupa, w której był Seweryn Faleński, "podpadła" i została przeniesiona do Ulbroka, skąd piątkami lub szóstkami po cichu wywieziono ich do Szwecji. Niestety, Niemcy jednak szybko zorientowali się i spowodowali zaostrzenie reżimu w obozie, dlatego Sewerynowi nie udało się razem z innymi zbiec do Skandynawii, ale... działał w konspiracji dalej. Do lata 1940 r. dzięki pomocy Polaków z Rygi udało się internowanym przedostać do Anglii  w liczbie ok. 3 tys. żołnierzy i oficerów, w tym wielu lotników. Dziś nikt nie zliczy, ilu łotewskich Polonusów brało udział w akcji przerzutu tych ludzi do Szwecji, a stamtąd - do Anglii. Działo się tak aż do wkroczenia Armii Czerwonej na Łotwę. Aktywność Polonii w tym czasie ustała, dopiero po wybuchu wojny Niemiec z ZSRR 22 czerwca 1941 r. znów zmobilizowano się do walki z hitlerowcami.

Spośród tych, o których była już mowa, w międzyczasie zginęli Michał Wieliczko, Józef Kokin i Adam Zubowicz. Pozostali przy życiu, O. Natałka, M. Czyżewski, Fr. Czechowicz, W. Wierzbicki, P. Spogis, M. Ignatowicz, L. Pawłowicz i inni - razem dziesięciu - założyło organizację pod nazwą "Wyzwolenie Polski" i dalej rozbudowywało ją systemem trójkowym. Przy okazji zbierano broń, która została po przejściu frontu dalej na wschód.

Dalszy etap to przeniknięcie Polaków do niemieckiej administracji i penetracja tego środowiska. I oczywiście połączenie pracy konspiracyjnej z konspiracją w Polsce. L. Pawłowicz jako łotewski policjant miał nawiązać ścisły kontakt z policją niemiecką, P. Spogis miał przeniknąć do niemieckich kolejarzy i objąć ścisłą obserwacją dworce kolejowe, H. Ignatowicz, który pracował w szpitalu, miał dotrzeć do niemieckiej służby zdrowia, Fr. Czechowicz, były student medycyny, pracował w ośrodku zdrowia, Hermanowicz na lotnisku penetrował działania Luftwaffe i Lufthanse (po nim od 1942 r. tę "robotę" przejąłem ja). Czyżewski miał utrzymywać kontakt z konspiracją na trasie Dynaburg - Ryga, Natałko odpowiadał za propagandę.

Trzeba wyjaśnić, że faszyzująca Łotwa przyjęła hitlerowców ciepło, i Łotysze nawiązali z Niemcami ścisłą współpracę. To dzięki sugestiom łotewskiej policji zaczęto w końcu odróżniać liczną tu Polonię jak również innych Słowian - Rosjan, Białorusinów - przy jej gorliwej pomocy wyłapano też Żydów. Nim konspiracja okrzepła, policja niemiecka właśnie przez policję łotewską uderzyła w Polaków.

W dniach od 4 - 16 grudnia 1941 aresztowano 16 naszych, którzy należeli do Związku Walki Zbrojnej w Dynaburgu. Dowódcą ich był internowany Stefan Czapliński. W końcu lipca zostali aresztowani pierwsi członkowie organizacji ryskiej, a wśród nich kpt. Kliszko ps. "Waligóra". Potem przyszła kolej na kierownictwo organizacji wileńskiej, w sierpniu i we wrześniu doszło do nowych wpadek konspiratorów - siatka na Łotwie została sparaliżowana. Spoza Rygi aresztowano Czyżewskiego, Pawłowicza i Kondratowicza - wszyscy z Dźwińska.

Aresztowani byli poddawani nieludzkim torturom. Dzięki kontaktom z niektórymi strażnikami więziennymi udaje się jednak Polakom uzgodnić zeznania. W międzyczasie nadchodzi tyfus, i tak czasem po trzy dni leżą z nimi w celach nieuprzątnięte trupy, a rozstrzeliwania BEZ SĄDU są na porządku dziennym.

Istniały dwie grupy dywersyjno-wywiadowcze: pierwsza na tzw. Grzywie, druga w Dynaburgu. Z tej szesnastki wojnę przeżyła... tylko połowa. To zaalarmowało młodych konspiratorów (było ich około 70-ciu). Postanowiono tłumaczyć się, że podziemie istniało tu już przed wojną i że skierowane jest wyłącznie przeciwko ZSRR, a teraz ulega likwidacji. Kiedy zostali aresztowani, wszyscy zaczęli się identycznie usprawiedliwiać - i to Niemców przekonało. Zostali oni - za wyjątkiem Wiktora Wierzbickiego - zwolnieni.

Po wyjściu na wolność czekały ich nowiny: Polonia ryska nawiązała kontakt z konspiracją w Kraju. Polecono im nie rzucać się w oczy i tymczasowo zawiesić działalność. Niektórzy podjęli nawet studia na Uniwersytecie Ryskim.

Od marca 1942 r. nasi wywiadowcy zbierają ważne informacje dla potrzeb wywiadu dalekiego zasięgu gen. Sikorskiego. Dają wiadomości wprost bezcenne, bo znają doskonale miejscowe stosunki, i często brani przez Niemców za Łotyszy mają łatwy dostęp do portów, lotnisk, stacji rozrządowych, pracują w wojsku niemieckim, w szpitalach, na poczcie itp. Jeden z naszych, z racji swego zawodu szofer niemieckiego pułkownika, zarządcy wszystkich dróg bitych na terenie krajów nadbałtyckich, dostarczał w ten sposób super ważnych danych! Co 10 dni łącznik wiezie rzetelny materiał wywiadowczy do Wilna. Notowany jest każdy wagon, numery jednostek wojskowych, każdy samolot startujący i lądujący.

Kiedy łotewskim podziemiem (lokalne jego oddziały miały kryptonim początkowy "E -VII") dowodził Fr. Miszczak ("Śliwa"), nawiązałem kontakt z organizacją przez malarza, z którym pracowałem na terenie lotniska Ryga -Spilve. Wielkanocą 1943 r. zostałem skontaktowany z Bogdanem Romanowskim  (ps. "Bogdan Burbo"), który mnie zaprzysiągł i polecił prowadzić wywiad na lotnisku wojskowym - chodziło o spisywanie nazwisk przywódców formacji lotniczych, personelu latającego, znaków rozpoznawczych jednostek (pamiętam pojazdy wojskowe, samoloty itp. ze znakiem niedźwiedzia) i najważniejsze: przyloty i odloty - skąd i dokąd.

W mojej "trójce" był właśnie ten "Bogdan" i Włodzimierz Teleczejew. Łącznik, który poznał mnie z "Bogdanem", przedstawił mi się jako Henryk Wiścicki. Dziś myślę, że to był brat Wiścickiego, który był... agentem gestapo! Ale są to tylko moje obecne domysły... Leon Pawłowicz twierdził, że Wiścicki był cały czas z nim w więzieniu... Cała ta sprawa "śmierdziała", bo w "Centralce" dowiedziałem się, że Wiścicki był jakoby szwagrem Teleczejewa... W więzieniu dowiedziałem się wielu rzeczy...

A Wiścicki "wziął" mnie, jak to się mówi, na jedzenie - wiadomo, że w obozie był głód. Poszedłem do niego na Wielkanoc, a co potem się stało, już wiecie. Co kilka dni osobiście zanosiłem pisemny meldunek do Teleczejewa na ul. Stołbową w Rydze.

W tym czasie pracowałem jako murarz przy budowie domów mieszkalnych przy lotnisku Ryga - Spilve. W październiku 1943 r. zostałem aresztowany przez gestapo w następujących okolicznościach: rano podczas apelu przed pracą przyszło dwóch funkcjonariuszy ze znanym już "Wiścickim", który podszedłszy do mnie, wskazał mnie palcem, coś po łotewsku mówiąc. Gestapowcy wzięli mnie do auta i powieźli do obozu, gdzie mieszkałem. Zawołano komendanta, i kazali mi opróżnić moją szafkę. Najbardziej interesowały ich listy. Stwierdziwszy, że dobrze władałem niemieckim, kazali mi każdy z nich przetłumaczyć. Potem pojechaliśmy do gmachu gestapo w centrum Rygi. Tam, po dokładnym "przebadaniu" i stwierdzeniu, że "właściwie powinieneś być zwolniony, bo jedyna twoja wina to ta, że nie meldowałeś o rozmowie z "Bogdanem". Uprzednio pokazali mi jego zdjęcia w stroju więziennym i w różnych pozach. Do rozmowy z nim się przyznałem, lecz do działalności szpiegowskiej mimo wszystko nie. Jak mnie bili, cierpiałem bez jęku, a potem, patrząc prosto w oczy, do końca powtarzałem, że żadnych meldunków nie robiłem. Badania trwały cały dzień, a wieczorem odwieziono mnie do "Centralki" czyli do strasznego starego więzienia carskiego, w którym więziono wielu naszych rewolucjonistów w okresie zaborów.

 

 

Rozdział VI

WIĘZIENIE "CENTRUSZKA"

Pierwszą noc spędziłem nie zmrużywszy oka w tzw. podwalu, jak tu mówiono (pojedyncza cela podziemna). Nazajutrz przeniesiono mnie do celi nr 16, w której było nas wszystkich 75 aresztowanych z E-VII oddziału AK. Powitał mnie Mietek Mickiewicz, starszy celi i mistrz szachowy. Poza "Ryżanami" był jeszcze 40-osobowy oddział dywersyjny Aleksandrowicza z Dynaburga. Czekał ich najtragiczniejszy los... Aleksandrowicz był ich nauczycielem, a ta 40-stka to byli jego dawni uczniowie... Zapamiętałem kilku z nich: Kazik Błażewicz, Salcewicz, Piotrowski ze szwagrami Kwiatkowskim i Kuczyńskim, Lajpszyc... Oprócz naszych chłopców było też kilku Rosjan: "lotczyk" Borys, zwany Borka (był bokserem, z którym kilkakrotnie boksowałem się) - bardzo lubiany. "Lotczyk" został przyprowadzony tu razem z "Góralem" (NN), z którym też został rozstrzelany... Był jeszcze inny bardzo wesoły chłopak, Orłow, zwany "Orlonkiem" (rozstrzelany latem 1944 r.), był politruk (NN) - piękny i prawy człowiek, też rozstrzelany latem 1944 r. ...

Poza nimi jeszcze byli: najmłodszy, Janek Bulls (16 lat), Korwin-Piotrowski (zwolniony po miesiącu), najstarszy, Kondratowicz (70 lat), Teleczejew i Kulczycki (Żyd, któremu udało się ukryć swoje pochodzenie - siedział z nami za spekulacje). Jeszcze pamiętam Piotra (może Aleksandra?) Pietkiewicza, który w "Marszu Śmierci" wczesną wiosną 1945 r. uratował mi życie...

W celi oprócz nas - akowców byli też ludzie z marginesu społecznego, dwaj złodzieje, co w nocy, kiedy wszyscy spali, okradali współwięźniów z żywności. Kiedyś zostali schwytani na gorącym uczynku, i natychmiast odbył się sąd nad nimi. Złodzieje zostali zasądzeni na dwadzieścia pięć "batów"; do bicia przygotowano mokry skręcony ręcznik. Po dwudziestu pięciu tak zwanych "pytkach" spuchł im tyłek, ale od tej pory nic już w celi nie ginęło.

Jak wyglądał dzień w "centruszce"? Pobudka o godz. 6:00, mycie się więźniów pod kranem do godz. 7:00, do 8:00 śniadanie (kawałek czarnego gliniastego chleba i kubek kawy zbożowej). Obiad 12:00 - 13:00 (wodnista zupka z jakimiś liśćmi lub jakieś bedłki - surojadki razem z mchem, szpilkami sosny i kolkami). Kolacja od 18:00 - 19:00 czarna kawa, czasem jeden ziemniak lub te bedłki zapiaszczone.

Nasze zajęcia: ponieważ 16-stka to była kaplica, więc po uprzątnięciu prycz wokół ścian (w dzień przyczepianych do muru) odbywał się "spacer", później zabawy na wzór harcerski, gry w szachy, damkę, domino, boks itp. W ten sposób nauczyłem się właśnie gry w szachy. Szachownica była narysowana na tekturze, a figurki zrobiono... z chleba. Starsi uprawiali swoje wieczne pacierze, "godzinki", różańce i litanie. Ja najchętniej brałem udział w szachach, damce i w boksie. Zmiana trybu dnia następowała w sobotę, bo był to dzień paczek, które otrzymywaliśmy od rodzin i znajomych.

Po wspomnianych rozstrzeliwaniach zostaliśmy przeniesieni do więzienia śledczego, gdzie było lżej. Nie było bicia, spacery mięliśmy nawet godzinne, okna też wychodziły na ulicę. Mogliśmy rozmawiać ze znajomymi i bliskimi, którzy teraz latem, kiedy można było otworzyć okna, łatwo się z nami porozumiewali i kontaktowali - oczywiście, zachowując ostrożność i system naszej "sygnalizacji" w razie zbliżania się wartownika. Idylla ta trwała do czasu wywózki transportu do obozu w Stutthofie.

 

 

Rozdział VII

STUTTHOF

[Informacja korektora: "Dawny obóz koncentracyjny Stutthof położony na terenie Wolnego Miasta Gdańska został założony tuż po wybuchu wojny. Pierwszych więźniów - 250 działaczy Polonii Gdańskiej -przywieziono 2 września 1939 r. W 1941 obóz powiększono, w 1942 zbudowano krematorium, w 1943 komorę gazową i obóz specjalny. W Stutthofie więziono Polaków, Rosjan, Żydów, Holendrów, Belgów, Francuzów, Czechów, Litwinów, Łotyszów, Duńczyków, Norwegów, Węgrów i Cyganów. Przeszło przez niego ok. 125 tys. więźniów, zginęło ok. 85 tys. Podczas ewakuacji obozu w dn. od 25 stycznia do 5 lutego 1945, kiedy już zbliżała się Armia Czerwona, i trzeba było ukryć dowody, w tzw. MARSZU ŚMIERCI zginęło ok. 15 tys. osób. Obóz został wyzwolony przez Armię Radziecką 10 maja 1945 roku. W 1968 na terenie Stutthofu wzniesiono pomnik poświęcony pamięci ofiar" ( patrz "Mały Przewodnik po Polsce", Warszawa 1983)]

Jesienią (wrzesień, może październik 1944 roku) kazano nam zabrać co najpotrzebniejsze rzeczy (ja oddałem co zbędne mojemu Aniołowi Stróżowi z Rygi, pani Nagel), i zostaliśmy wygnani szeregiem po dwóch w kierunku portu w Rydze. Niedaleko - dwieście - trzysta metrów. Szliśmy szpalerem w otoczeniu SS z psami. Powiedziano nam, że wysyłają nas do pracy u bauera w Niemczech. Koledzy - Łotysi nic nie wiedzieli o obozach koncentracyjnych, więc tym najbliższym powiedziałem, że wiozą nas do Stutthofu.

Transport trwał morzem trzy doby. Leżeliśmy upchani ciasno bądź pod pokładem lub na pokładzie. Ja wolałem to drugie, wierząc, że w razie nalotu będę pływał i nie zginę. Taka naiwna wiara... Kilka razy przeżyliśmy alarm lotniczy. Wówczas SS-owcy wpędzali nas wszystkich pod pokład, ale mimo bicia i wrzasków i tak wyglądaliśmy na zewnątrz i widzieliśmy pikujące samoloty z czerwonymi gwiazdami. Gdyby nas trafili, to byłyby jatki: samych więźniów (bez niemieckich uciekinierów z Łotwy) było ponad trzy tysiące! Był to ostatni transport. Po piętach szli Rosjanie...

Po trzech dobach zacumowaliśmy przy redzie gdyńskiej. To upewniło mnie, że płyniemy do Stutthofu, który leży w widłach Wisły, Motławy - trzecia woda to Zatoka Gdańska... Na redzie staliśmy całą noc. Były to brzydkie dni października 1944 r. Rano wyruszyliśmy w dalszą drogę do Gdańska. Jeść mięliśmy co, zresztą byli wśród nas dobrze zaopatrzeni koledzy z Polonii ryskiej. Mnie zaprowiantowały moje ryskie anioły opiekuńcze, panie Henryka i Renia Nagel.

Deszcz nie padał, za to wiał silny wiatr, który powodował bardzo mocne przechyły przeciążonego statku. Marnie wyglądali ci, co "oddawali hołd Neptunowi" - a tych było wielu. Na szczęście należałem do tych rzadkich szczęśliwców, których ta przypadłość ominęła.

Z nudów zaczęły się kolejne dywagacje, dokąd to nas SS transportuje. Większość uważała, że będziemy wysłani do pracy u bauerów do roboty na roli. Ja jeden znałem prawdę. Siedząc w obozie dla internowanych na Młyńskiej 19 słyszałem dość dokładnie o kacecie w Stutthofie. Mój siepacz z SS, osławiony Schulz, powiedział mi przecież: - Co wolisz? 50 pałek czy obóz koncentracyjny? Wówczas wybrałem pałki. Dzisiaj nie miałem wyboru - chyba że skok za burtę i to wątpliwy, bo tych burt pilnowali uzbrojeni strażnicy. Starałem się tych zbytnich optymistów otrzeźwić:

- Popatrzcie, jak pilnie jesteśmy strzeżeni - uzbrojeni wartownicy i do tego psy!

Wymagali od nas, byśmy - mimo panującego ścisku - nie zbliżali się do nich. Na statku było kilka tysięcy ludzi, ściśniętych jak sardynki w puszce, przedstawicieli różnych nacji. Oni po prostu obawiali się nas, wiedząc, że starzy więźniowie więzienia centralnego z Rygi chcieliby z poniektórymi z nich wyrównać swoje porachunki.

Oczywiście, zakrzyczano mnie:

- Ty zawsze jesteś pesymista!

W Gdańsku dość długo staliśmy, czekając na małe holowniki czy parowce... Potem z niemiecką precyzją podzieleni na setki, zostaliśmy przetransportowani kanałami do Stutthofu. Na "naszym" holowniku płynęli byli strażnicy więzienni z Rygi, którzy oświadczyli w trzech językach, po niemiecku, łotewsku i po rosyjsku, że w razie próby ucieczki będą strzelać. Nie warto także skakać do Motławy - brzeg blisko, ale bauerzy na tym brzegu są uprzedzeni, że wiozą bandytów, i zaraz zabiją!

Po drodze obserwowaliśmy smutny krajobraz: błota, szuwary - i rządną i czystą gospodarkę Niemców. Strażnicy podtrzymywali wiarę większości, że jedziemy na roboty przymusowe i jak to dobrze będzie nam w Deutchslandzie... Ja wiedziałem swoje. Przypuszczam, że łotewska straż sama nie orientowała się, dokąd nas wiozą.

Wkrótce znaleźliśmy się przy nabrzeżu. Po zejściu z holownika zaczęło się bicie, wymyślanie przy wtórze pieniących się z wściekłości wilczurów i ich właścicieli. Zastraszeni koledzy wpatrywali się we mnie szeroko ze zgrozy otwartymi oczyma. Widok obozu obnażył przed nimi całą prawdę. Napisy nad bramą obozową ARBEIT MACHT FREI i wiele "Achtungów" dla więźniów i mieszkańców Stutthofu-wioski pokazały nam wszystkim, gdzie to jesteśmy...

Przy pomocy tłumaczy ustawiono nas w 4 szeregi i poprowadzono na plac apelowy starego obozu. Na szczęście wypogodziło się, więc mogliśmy spokojnie czekać. Rozłożyliśmy się rozkosznie na trawce. Po chwili przyszli funkcyjni i rozdzielili nam po pajdzie chleba z margaryną i serkiem do smarowania. Zdziwiliśmy się, że pajda była solidna, i nabraliśmy otuchy, że może nie taki diabeł straszny... Dostaliśmy też czarnej kawy do picia. Jeden z Niemców za pomocą tuby i przez tłumacza ogłosił, że mamy się ustawić wg alfabetu, bo będziemy odznaczeni numerami na piersi i na spodniach. Służyły do tego ręczne drukarenki.

Niemcy teraz przestali się śpieszyć; wzywali nas pojedynczo, spisywali personalia i każdemu dawali numer indywidualny, który mięliśmy sobie "wydrukować". Na pasku płótna stemplowano czerwony trójkąt z czarną literą "P" i ten numer. Wydrukowałem sobie P - 86.713. Zaczęły się śmiechy:

- Wacek, z tobą to "kaput"! Ty masz na końcu trzynastkę!

Byłem 86.713 kolejnym więźniem! Każdy ze swoim numerem podchodził do stołu i spisywano jego personalia, ten numer i przestępstwo: politische Tatichkeit (działalność polityczna).

Potem było strzyżenie - tępą maszynką i tępą brzytwą. Cała głowa "na glacę" a na koniec środek - "ścieżka" c/a 10 cm, począwszy od czoła aż na kark. Po strzyżeniu kazano nam rozebrać się "do rosołu" i pognano do łaźni - pod zimny prysznic. Do wycierania było kilka ręczników, a ludzi trzy tysiące, więc "wycieraliśmy się" - na mokro. Na koniec "rozgrzewka" pałami gumowymi. Zbiegli się siepacze, którym sadystyczną rozkosz sprawiało katowanie "kmiotków". Kiedy koledzy ujrzeli naszych katów z tymi ich pałami, zbili się w stado skłębione, i nikt nie chciał się ruszyć mimo wściekłego ryku i przekleństw. Wówczas pomyślałem, że ten, kto się pierwszy wyrwie, będzie mógł przebiec przez ich szpaler spokojnie i nie dostanie wiele bicia... Z trudnością udało mi się przedrzeć z owego "stada" - nie byłem złym biegaczem, wobec tego otrzymałem tylko jeden bolesny cios końcem gumy w pośladek. Od razu wyskoczył siniec! Przyglądający się nam - nowym sierżant Pawlewicz powiedział mi potem:

- To ksiądz ci tak przylał!

W czasie naszej "kąpieli" wszystkie nasze rzeczy, węzełki i zapasy... zniknęły. Dostaliśmy tylko pasiaki na gołe ciało i takąż pasiastą krymkę. Każdy musiał przyszyć sobie swój numer, a potem zaprowadzono nas do baraku nr 1, gdzie można było sobie wybrać pryczę. Prycze były piętrowe, na każdej jeden koc. Zająłem górne piętro, bo "parterowcy" otrzymywali od sąsiada z góry kurz i paprochy... i zimą było tam "najcieplej"... Zdumienie kolegów nie ustępowało... Musiałem im wytłumaczyć, skąd wiedziałem, że płyniemy do Stutthofu!

Wieczorem, ostrzyżonych "na zero" (z włosów produkowano materace), znowu pognali nas do "łaźni". "Kąpiel" była zawsze pod zimnym prysznicem (w październiku!), a na rozgrzewkę - kije i gumowe pałki.

Na placu apelowym staliśmy długo. Wyszedł bandyta, znany oprawca, Paul Kassauer, po wojnie osądzony na dożywocie. Jego pierwsze słowa to:

- Kto zna dobrze niemiecki, niech wystąpi!

W niekontrolowanym odruchu podniosłem rękę. O! jakże później miałem tego żałować! Podszedł do mnie i podał mi kij ze słowami:

- Masz! Będziesz tłumaczył!

Odparłem: - Będę tłumaczył, ale bez kija.

- Weź! Weź! Nauczysz się też używać kija na to bydło! - i kazał mi tłumaczyć "regulamin" pobytu w obozie.

Wszystko było "verboten" (zabronione) - wolno było jedynie pracować z całych sił dla Grossdeutchlandu. Potem bici, kopani i wyzywani udaliśmy się na spoczynek, uprzednio złożywszy pasiaki (piżamy) złożone w kostkę na butach. Wielu z kolegów miało piękne przedwojenne buty oficerskie, tzw. "szklanki". One to w czasie snu swych właścicieli zmieniły posiadacza. Na ich miejsce postawiono obozowe drewniaki.

Po nieprzespanej nocy postanowiłem nie zgłaszać się więcej za tłumacza.

Rano z wrzaskami i biciem zaczął się nasz drugi dzień pobytu w obozie. Po zrobieniu porządku w barakach i po sraczu "wymyliśmy się", co polegało na pochlapaniu się zimną wodą na półnago. Nie było ani mydła, ani ręcznika. Biada temu, co się do tego "mycia" nie rozebrał! Biciu i poniewierce nie było końca! Potem gimnastyka i śniadanie - dostaliśmy kawałek chleba i trochę czerwonej lurki w misce.

Wreszcie apel - co za udręka! Czekanie na blockalteste Kassauera, stanie na baczność czy śnieg, czy największy mróz, czy ulewa, czy pełne dokuczliwe słońce, żywi czy martwi, zdrowi czy chorzy - wszyscy musieli być na apelu!

W końcu przychodzi nasz pan i władca, "krwawy Paul" (jak go w myśli nazywałem, bo potrafił jednym kopniakiem lub uderzeniem pięści zabijać ludzi) ubrany w czarny garnitur z maleńkim, ledwie widocznym numerem, składającym się z czterech cyfr (niski numer, a więc - stary więzień) i wrzeszczy:

- Gdzie jest tłumacz?!

Schowałem się do dziesięcioszeregowego czworoboku i bałem się tylko, żeby "sąsiedzi" nie wypchnęli mnie i nie wydali pieniącemu się bandycie. Dwumetrowy, wielki byk, miał na piersi czarny winkiel kryminalisty. I darł mordę:

- Jak ja tego świnię dorwę, będzie zabity!

Na szczęście nie zostałem wydany, a poznać mnie nie mógł, gdyż widział mnie wieczorem bez czapki - wszyscy zaś byliśmy jednakowi w pasiakach i identycznych beretach w paski. Pomyślałem sobie: jakie szczęście, że nie zapisał sobie mojego numeru!

Wściekły blokowy wezwał innego tłumacza. Tym razem wystąpił nasz olbrzym, Jerzy Skierszkans - nie miał skrupułów i pełnił tę funkcję do końca. Po odebraniu raportu przez SS-owca zaczęto wołać do pracy: Komando Epp!! Komando Foker-Wulf!! i in. My byliśmy na kwarantannie - dla nas były szykany, wyzwiska i razy, uczono nas słania łóżek, meldowania się, kłaniania się i posłuchu.

- Tu jesteście mierzwą! Macie tylko słuchać i pracować ze wszystkich sił. Istnieje tylko jedna dla was droga na wolność - przez komin krematorium!

I inne tego rodzaju przemowy i instrukcje: nie zbliżać się do drutów - są naładowane prądem, a poza tym strażnicy na wieżach mają rozkaz strzelać bez ostrzeżenia!

Przez miesiąc przechodziliśmy tę tzw. "kwarantannę", która polegała na wyniszczających ćwiczeniach cielesnych, biciu i maltretowaniu więźniów albo na staniu w szeregu przez długie godziny na placu apelowym we dnie lub w nocy - szczególnie jeśli zdarzyła się ucieczka jakiegoś Haeftlinga (więźnia).

Zimą 1944 roku wśród ścieśnionych ławek, na ziemi, schowany tak, że trudno było się tego domyślić, zmarł jeden z nas. Pieniący się SS-mani trzymali obóz na apelu całą noc na mrozie tak długo, aż jakiś kapo wpełzł pod ławki i znalazł trupa...

Najbardziej dokuczała nam teraz nuda i głód. Jedzenie w ryskim więzieniu zdawało się nam luksusem!

Obok nas był barak żydowski. Najgroźniejszy i najbardziej nieludzki był widok męczonych Żydów. Położenie Polaków nie było dobre - mimo że byliśmy w większości - ale położenie Żydów było po prostu straszne: kaci nie dawali im chwili wytchnienia, dręczyli i tłukli na śmierć! Z naszych głodowych porcji dla aryjczyków oni dostawali tylko połowę, marli więc też jak muchy... Kiedy myśmy odpoczywali, sadyści niemieccy, ukraińscy lub łotewscy (wachmani) zamęczali Żydów: padnij! - powstań! lub innymi "żabkami"... W końcu pozostał tylko jeden... Tak wyniszczonego człowieka nigdy później nie widziałem!

Nieco na uboczu stał barak, w którym przebywali więźniowie - Niemcy (tacy też byli!). Pewnego razu przechodząc tamtędy, spotkałem znajomego M.W., syna bogatego rzeźnika. Dał mi znak, i schowaliśmy się za barak. Zapytałem:

- Matko! Co ty tu robisz?!

- Wiesz, że stary został Volksdeutschem? Mnie wzięli do Wermachtu - no, i zwiałem z frontu.

- To miałeś szczęście! Za dezercję grozi kula w łeb!

Przyznał mi rację. Tutaj w swoim baraku się byczył, ojciec przysyłał mu sute wałówki, żadna praca go nie obowiązywała... Niemcy nawet nie wychodzili do apelu!

- Pewnie jesteś głodny?

- Jeszcze pytasz?!- z zazdrością patrzyłem na spaśniętego "Niemczuka", "fokstrota", jak go w duchu nazywałem...

- Poczekaj, - powiedział... i po chwili przyniósł mi gęstej, tłustej zupy w fajansowym, głębokim talerzu. - Przychodź co dzień. Zapukasz w okno (pokazał, w które). Tylko żeby cię Niemcy nie widzieli!

Można sobie wyobrazić, jak mi ta zupa smakowała! Nie wiem... może to jemu, a na pewno kowalowi Pietkiewiczowi zawdzięczam, że przeżyłem Stutthof...

Po miesiącu kwarantanny przydzielony zostałem do tzw. Waldkolonny. Zadaniem naszym było wycinanie drzew toporami i wynoszenie ich z okolicznych lasów na składowisko. Wynosiliśmy oczywiście na własnych grzbietach. Nosić musieli wszyscy, mimo że ilość tragarzy często była zbyt wielka jak na pojedyncze drzewo. Ta zbyt duża liczba "nosicieli" raczej przeszkadzała niż pomagała przy dźwiganiu ciężaru - osobliwie przeszkadzały wielkie ilości nóg, co pogłębiało nasze męki.

Pewnego razu, kiedy mordowaliśmy się z kolejnym olbrzymim pniem, bez rozkazu i ci z przodu, i ci z tyłu rzucili kloc, a my w środku zostaliśmy przywaleni całym tym balastem... Najgłośniej chyba krzyczałem i płakałem ja, bo bardzo bolało mnie w krzyżu!! Na moje wrzaski przyleciał kapo, i dawaj okładać Łotyszów i Litwinów, będących w naszej grupie! Po raz pierwszy zlitował się nade mną i kazał schować się w krzaki i odpoczywać, byleby tylko oberkapo lub SS-mani mnie nie widzieli!

W Stutthofie praca w Waldkolonnie była najcięższa, i najczęściej tutaj właśnie ginęli ludzie. Na szczęście wpadłem w oko koledze Wierzbickiemu (przed wojną był nauczycielem z Torunia) z Arbeitsamtu. Poskarżyłem mu się, że nie wytrzymam dłużej w Waldkommando. Zapisał mój numer i nazwisko i polecił mi dobrze uważać podczas wywoływań po rannym apelu. No, i rzeczywiście: wśród wielu numerów został wyczytany i mój! Zostałem skierowany do warsztatu szewskiego, mimo że słabe miałem pojęcie o szewstwie... Późną jesienią, już bardzo zimną, praca w ciepłym warsztacie - to był los wygrany na loterii!

Jak wyglądały "święta gwiazdkowe" w obozie? Na placu apelowym niemieckim zwyczajem stała wysoka, oświetlona lampkami elektrycznymi choinka - a pod choinką, na szyderstwo z wszystkiego i wszystkich, zbudowano... szubienicę! Ustawiwszy nas, Haeftlingów, SS-owcy rękami obozowego kata (był nim inny bandyta -Niemiec zresztą - o nazwisku Zielonka) zbrodniarze powiesili na niej dwóch nieletnich chłopców rosyjskich... Lament tych dzieci przed śmiercią wzruszył do łez, do szlochu najtwardsze serca - słychać było powszechny płacz... Kiedy martwych chłopców zdjęto, próbowano na tej szubienicy powiesić strąconego lotnika radzieckiego. Jak założono mu pętlę na szyję i wykopano spod nóg stołek, potężny lotnik runął na ziemię... z zerwanym sznurem. Wiązano następną pętlę, i cały proceder powtarzał się trzykrotnie... Już poza naszymi oczami związanego jeńca zastrzelono w końcu...

Pod koniec 1944 r. zachorowałem na grypę, i dlatego "droga śmierci", czyli nasz exodus z obozu na zachód do Germanii, ta droga ku wolności była dla mnie wyjątkowo ciężka...

 

 

Rozdział VIII

"DROGA ŚMIERCI"

Mroźny styczeń 1945 r. Zbliżał się front! Armia Czerwona! Niemcy w pośpiechu rozpoczęli ewakuację obozu. Któregoś dnia w grupie ok. tysiąca osób poszliśmy w naszą ostatnią wojenną drogę... Wydano nam na pożegnanie po pół bocheneczka chleba i małą kosteczkę topionego sera.

Dla mnie "Marsz Śmierci" trwał do 10 marca 1945 r. Wyczerpani do ostateczności, w połowie tego okresu zatrzymaliśmy się w podobozie Gans (wieś Gąski? Gęś?). Tam zaraz po przybyciu zapadłem na tyfus. Tylko dzięki opiece najstarszego w naszej grupie Piotra Pietkiewicza, który mnie niańczył, jak rodzona matka, a na apelach po prostu przytrzymywał mnie wpół (mimo ostrzeżeń, że się zarazi) i hołubił aż do wyzdrowienia... cudem przeżyłem. Kiedy z kolei on zachorował - ja się nim opiekowałem... Wyglądało to prawdopodobnie tragikomicznie, bo snuliśmy się na trzęsących nogach, jak dwa cienie... Aż wreszcie na moje wołanie w zadymce, mrozie i mroku Piotr się więcej nie odezwał...

Jeśli można mówić o cudzie ocalenia, to go przeżyłem... Kiedy wyruszyliśmy w końcowy etap "drogi śmierci", pewnego razu padłem zemdlony... Podnieśli mnie idący z tyłu za "Łotyszami" jeńcy norwescy i włożyli na prymitywne, z desek zrobione sanki... Nakarmili, napoili i wieźli... jak długo? - nie wiem...

Zbudziły mnie wymyślania i wrzaski Wachmana.

Drugi i ostatni raz straciłem przytomność nocą, jak pędzono nas dróżką przez jakiś las... Nikt tego nie zauważył /tych, co padli, strzałem w głowę jak psa dobijano/, i... rano obudziłem się sam na tej ścieżce...

Instynkt życia kazał mi się czołgać.., bo iść już nie miałem sił...

Jakimś szóstym zmysłem pełzłem we właściwym kierunku i niebawem zobaczyłem wieś... Wieś cicha, jakby wymarła... Podczołgałem się do stopni najbliższego domu... Zapamiętałem nazwisko na drzwiach- "Schymansky". Ja plotłem coś, że chciałbym umrzeć, on, przerażony, zamachał rękami, że mam wyjść, że on nic nie chce wiedzieć, bo SS przyjdzie za mną!

Z mozołem poczołgałem się do stodoły i z największym wysiłkiem wspiąłem po drabinie do sąsieka... Jeszcze długo po wyzwoleniu czułem ból w klatce piersiowej od tego wyczynu!

Instynkt życia był tak silny, że nawet fufajkę, którą nosiłem, wywróciłem na nice, żeby nie było widać numeru obozowego i krzyżów, namalowanych na piersi i na plecach olejną farbą. Majaczy mi się, że gdzieś z beczki brałem wodę, jadłem jakieś ziarna zboża, łubin...

Nie wiem, czy tego samego dnia, czy nazajutrz przyszedł jakiś chłopiec w mundurze Hitlerjugend i zapytał, kim jestem.

- Jestem Polakiem. Jechałem z Bauerem, w drodze zachorowałem, i gospodarz mnie na drodze zostawił.

Wersja była wiarygodna - zbliżał się front, słyszeliśmy już wyraźnie kanonadę i "katiusze" na wschodzie! Ponieważ mówiłem dobrze po niemiecku, przyniósł mi duży gleń chleba i spory, może litrowy "sztof" kawy z mlekiem. Potem powiedział, że oni uciekają, i jeśli chcę, mam się zabrać z nimi.

- Chłopcze, jestem tak słaby, że nie przeżyję drogi... Lepiej, jeśli zostanę w tej stodole...

Nazajutrz rano zadudniły czołgi. W pierwszej chwili zląkłem się, że to Niemcy. Kiedy zobaczyłem czerwoną gwiazdę, zacząłem z radości krzyczeć - i stał się kolejny cud: wstałem! Z czołgu wysiadło dwóch czerwonoarmistów:

- Ruki wwierch! - i otwarte szeroko oczy na mój widok!

- Chleba! - zawołałem i przewróciłem się...

Przynieśli mi cały bochenek, ale prosili, bym jadł "tolko niemnoszko". Powiedziałem im (z czołgu wysiadła reszta załogi), że jestem polskim jeńcem wojennym, a oni popatrzyli na mnie, pokiwali głową... Tłucze mi się uparta myśl, że trzeba przy pomocy radzieckiego wojska dobić bestię w jej berlińskim gnieździe! Podzieliłem się tym spostrzeżeniem z moimi czerwonoarmistami. A ci na to:

- Leczys', brat, otdychaj! Nado tiebie k doktoru! My uż zapłatim gitlieru za tiebia!

Zrobiło mi się słabo, siły mnie opuściły... Zacząłem kruszyć ten chleb i kłaść do bezzębnych ust... Żołnierze-bracia zanieśli mnie do szpitala polowego i po chwili przywiedli kolegów obozowych z białostockiego, którzy znali rosyjski, prosząc, żeby się mną zaopiekowali, inaczej zginę. Prosili usilnie i tłumaczyli, że tak bardzo jestem lichy...

 

 

Rozdział IX

POWRÓT

Koledzy obozowi z białostockiego, którzy wracali na wschód do siebie, z wielką niechęcią zabrali mnie na bryczkę:

- Jesteś dla nas ciężarem! My chcemy jechać bez kłopotów do domu!

Zaklinałem ich na wszystko, że nie będę im w niczym przeszkadzał, byleby tylko jechać, byłem jednak bardzo słaby i widziałem, z jaką wrogością na mnie patrzyli... Oczywiste, nabrali różnych "trofeów" po drodze, i żal im było, że tych zdobyczy nie mogą zmieścić więcej... zamiast wieźć takiego zdechlaka,  jak mnie otwarcie nazywali...

Musiałem mieć gorączkę, bo mimo waciaków i owinięcia się kocem szczękałem zębami z zimna... Wreszcie dojechaliśmy do wsi Zamostne pow. Wejherowo. W byłej karczmie sztutowianki urządziły tutaj prowizoryczny szpital, a dyżurne wystawały na szosie i zabierały wszystkich chorych i słabych do siebie. Naturalnie, gdy to ujrzeli moi "dobrodzieje", od razu zaczęli mnie namawiać na pozostanie w tym lazarecie... Mnie zaś opanowała myśl, że umrę i nie zobaczę więcej mojej Matki! Perswazje koleżanek z obozu, tych świeżo upieczonych kochanych "pielęgniarek" - przekonały mnie. Najbardziej zaś przekonały słowa "najlepszego" z moich łaskawców:

- Jak się nie zgodzisz na szpital, to w lesie wyrzucimy ciebie do rowu!

Trzeba pamiętać, że w Stutthofie obok męczenników, ludzi ideowych byli również złodzieje, zwyrodnialcy i bandyci... Teraz myślę, że ślepy los zesłał mi właśnie takich "kolegów"...

Koleżanki zaniosły mnie na noszach do łóżka... Oczywista, wstydziłem się swego niedołęstwa, lecz one myły mnie, goliły, ubierały w czystą bieliznę i zapewniały, że szybko postawią na nogi - i będę mógł wrócić "do tej swojej mamy"...

Niewiele brakowało, żebym w Zamostnym pozostał na zawsze...

Troskliwe kobietki, w dobrej wierze podtykały mi co smaczniejsze kąski, nie zważając na chorobę i silne osłabienie głodem... dostałem biegunki... - i słabłem coraz bardziej... Biedne dziewczęta wpadły w panikę i pobiegły po lekarza.  A ten, lekarz wojskowy, kapitan Armii Czerwonej, powiedział, że jest źle - ale nic pomóc nie może, bo nie ma odpowiednich lekarstw... Przyniósł więc bimbru, nalał mi do szklanki (chyba ciut-ciut za dużo) - i kazał wypić:

- Jesli eto, brat, nie pomożet - to niszto uże nie pomożet...

Łyknąłem palącego bimbru i... urwał mi się życiorys... Nie wiem, co się ze mną działo... Obudziłem się wypoczęty i zdziwiłem się tylko, że dziewczyny z troską wpatrują się we mnie, niektóre aż nachylają się nade mną i mają łzy w oczach:

- Myślałyśmy, że już się nie obudzisz... Jak straciłeś przytomność, to zrobiłeś się siny! Myśmy tylko przewracały ciebie z boku na bok i słuchały... czy żyjesz... Lekarz nie kazał ciebie budzić! Spałeś blisko trzy doby!!

Poczułem się zdrowy... i chciało mi się bardzo jeść! Oczywiście, nauczone już doświadczeniem, były odtąd ostrożne...

Lekarz rosyjski, ten mój zbawca, powiedział mi potem, że gdyby przyszły do niego o godzinę później, miałbym już wszystkie kłopoty za sobą...

Działo to się w okresie przedwielkanocnym 1945 roku... od tej chwili zaczęła się moja rekonwalescencja.

W drugi dzień Świąt przyszła do mnie do szpitala para nowożeńców z prośbą, żebym się przeniósł do nich, bo się bardzo boją Ruskich:

- Będzie panu u nas dobrze... Rodzice nasi, Kaszubi, nie umieją po polsku, a Rosjanie mówią, że my - Niemcy...

Przyjechali po mnie wozem, wymościli pierzynami i powieźli,  jak króla, na swoje gospodarstwo...

Dopiero później wyszło szydło z worka... Pytając mnie o to, o tamto - dowiedzieli się, że do szpitalika z tej szosy, gdzie zostawili mnie chorego "koledzy", przyjechałem piękną bryczką, że wcześniej jacyś dzielni młodzi Kaszubi złapali mi konika - miłego, spokojnego, z gospodarstwa poniemieckiego, przynieśli później do niego uprząż, zaprzęgli złapaną klaczkę do tej poniemieckiej (już "mojej") bryczki i, wsadziwszy mnie na ławkę, zawołali:

- Może pan jechać! (prosto do szpitala)...

Potem tego konia i bryczkę ktoś ze służby szpitalnej "odholował" gdzieś na stronę, i pielęgniareczki wzięły mnie na nosze...

Tymczasem okazało się, że "młoda para" nie tyle szukała u mnie ochrony, ile chciała... żebym został u nich i "zapłacił im" za swój pobyt tym łagodnym koniczkiem i bryczką...

Mnie natomiast gnało do domu! Miałem manię prześladowczą, że nie zdążę, a przede wszystkim, że nie ujrzę już swojej Mamy... rezultat: "przemili" nowożeńcy po długich perswazjach zabrali mi jednak tego spokojnego konika, a w zamian zaprzęgli swoją wielką, chromą, chorą na zołzy chabetę... Spostrzegli szybko, że jestem Łazarzem tak słabym i bezbronnym,  jak mucha, że mogą ze mną robić, co chcą... Ponadto zabrali mi nowe ubranie i nową jesionkę i ze słowami:

- Ruski respektują ludzi z numerami obozowymi i biało-czerwonymi opaskami! - przebrali mnie z wielkim przejęciem w swoje łachy robocze i wyprawili... w drogę... na tej ich szkapie, zaprzężonej do ich obszarpanej bryczki (moją, dużo lepszą zagarnęli sobie)...

Przebrali mnie w te swoje lumpy, a moje zabrali, bo "jeszcze Ruski mogliby pana zwinąć - oni panów nie lubią...". Tak się o mnie "troszczyli"...

W dalszej wędrówce poznałem dopiero,  jak nabrał mnie "gościnny" młodożeniec... Kiedy tylko zobaczył moją klacz, oświadczył:

- Mam tu mocnego, spokojnego konia, to się zamienimy.

Siwek jego był wprawdzie chory na zołzy, ale silny i łagodny, moja klaczka zaś pięknie wypasiona i zdrowa... Cwany gospodarz natychmiast to ocenił.

Nazajutrz dojechałem - tak "elegancko" wyekwipowany - do Wejherowa. Na rynku podszedł do mnie milicjant z karabinem i opaską biało-czerwoną i kazał mi... opuścić bryczkę, bo on potrzebuje konia.

- Ja mam ziemię, ale nie mam w co orać.

Odparłem, że jadę do Grudziądza, ponieważ nie mogę chodzić bez kul... Chętnie bym mu dał z duszy-serca, lecz z chorą i opuchniętą nogą daleko nie zajdę... i w tej sytuacji zapewniłem, że to niemożliwe; ze względu na chorobę mogę tylko jechać. Ponieważ na rynku byli ludzie, nie mógł uciec się do gwałtu, więc tylko uśmiechnął się tajemniczo i rzekł:

- Na razie jedź - później i tak mi go oddasz.

Wsiadł na rower i pomknął naprzód.

Wieczorem, daleko za miastem, rzeczywiście, na zakręcie szosy wśród lasów już stał na środku jezdni z karabinem wycelowanym we mnie.

- Teraz złaź!

Nikogo w życiu tak nie skląłem! W zapamiętaniu i w rozpaczy nazywałem go bandytą i kazałem, żeby raczej mnie zastrzelił, niżby miał mnie zostawić samotnego wśród tych ostępów leśnych! Takich wiązanek, takich przekleństw ani przedtem, ani potem nikomu nie posyłałem! Proszę sobie wyobrazić: zostawia mnie na szosie (straszny był mróz) o kulach, całkiem unieruchomionego!!

- Lepiej mnie zabij, gnoju, nie skazuj na śmierć z zimna i głodu!!

- I tak zdechniesz!

- Ty jesteś gorszy hitlerowca, bo tylko oni tak robili!!

Uśmiał się tylko:

- Cha-cha-cha!!

I  zrozumiawszy, że nie mogę się bronić, spokojnie wyprzągł konia, wsiadł na swój rower i, holując moją kulawą chabetę-wałacha za sobą, odjechał w siną dal...

Pozostałem w bezsilnej złości sam na bryczce, która widocznie nie była mu potrzebna, gdyż zanadto była zniszczona...

Potem były jeszcze perypetie z Ruskimi, ale uratował mnie... mój numer obozowy P-86713 i biało-czerwona opaska na rękawie...

Miałem jednak szczęście. W kierunku Tczewa, zawróceni przez czerwonoarmistów, jechali na ogromnym wozie krytym plandeką... uciekinierzy-Niemcy, którzy nie zdążyli do Vaterlandu... Kiedy się dowiedzieli, że władam niemieckim i znam rosyjski, wzięli mnie chętnie ze sobą.

Przypominam sobie też, że w drodze do Tczewa gościła mnie także "starszawa" dziedziczka, która kusiła mnie swą miłością i wielkim majątkiem... Biedna, nie zrozumiała, że czasy obszarników bezpowrotnie minęły...

Ale to było wcześniej... Teraz jechałem ze służalczo uśmiechniętymi Niemcami. Bauer, krzepki starszy mężczyzna, trzy kobiety w średnim wieku, dziewczynka dobrze odżywiona i wyrośnięta oraz mały chłopiec i ja - to była cała obsada wozu, który jako żywo przypominał ekwipaż osadników z westernów.

W ten sposób, często napastowani przez szabrowników i maruderów, dojechaliśmy w wigilię Zielonych Świątek do Tczewa. Tutaj zatrzymaliśmy się. Flichtling oświadczył mi, że niebawem pojedziemy dalej - muszą tylko wyprostować nogi, dać odpoczynek koniom i co najważniejsze, nakarmić je i napoić. Ja zamierzałem w tym czasie odwiedzić państwa Kmiecików...

Wysiadłem więc - i poszedłem do Hieronima Kmiecika, z którym byłem na robotach na lotnisku Riga-Spilve i który pół roku przede mną został uwięziony przez gestapo. Ojciec jego był pracownikiem PKP i mieszkał w domku kolejarskim przy Żwirki i Wigury.

W mieszkaniu zastałem tylko panią Kmiecikową - mąż był "na służbie" jako maszynista kolejowy. Kiedy mnie poznała, zalała się łzami:

- Ty, biedaku, wróciłeś, a mój Haruś pewnie już nie żyje... Ale chodź, najedz się i odpocznij!

Przyjęła mnie jak matka.

- Najpierw się chyba umyjesz?

- Pani Kmiecik,  ja się wstydzę... Niech mnie pani nie dotyka, bo mam robactwo!

- Dzieciaku, myśmy niedawno dopiero pozbyli się wszów... jak tylko odeszli Ruski...

Po obiedzie zaprowadziła mnie do komórki i dała brzytwę mężowską; ogoliłem się. Potem kazała mi się rozebrać "do rosołu":

- Ty jesteś jak mój Haruś, więc się nie wstydź. Umyję cię,  jak matka.

Wyszorowała mnie "na glanc"... i tak "umyłem się" od stóp do głów...Przyznałem się jej,  jak Mamie, że to od Niemców-uciekinierów nabyłem znowu te wszy (historia kołem się toczy...), a ona nalała mi jeszcze ciepłej wody do wanny, kazała się porządnie wymoczyć i wygrzać, a potem przyniosła koszulę starego, ubrała mnie w mężowską bieliznę... Gdyby nie moje straszliwe wychudzenie, byłbym chłopak jak się patrzy!

Poszedłem szukać moich "flichtlingowców" - niestety, pojechali już sobie... Wróciłem zatem do pani Kmiecik. Ucieszyła się starowinka i zaraz zagnała do łóżka.

- Ty śpij, a ja wypiorę twoje ciuchy. Jak mój stary przyjdzie, to ci powie, co masz robić dalej.

Położyłem się spać... po raz pierwszy od Nowego Roku 1945 w łóżku!

Wyspałem się solidnie, kiedy już po północy wrócił pan Kmiecik, wąsaty starszy już kolejarz. To on obudził mnie:

- Synku, wstawaj, bo jest możliwość dojechania do Dragacza!

Zorientowany wcześniej we wszystkim przez żonę, dodał:

- Teraz coś zjemy, potem pójdziemy spać, a rano pójdziesz ze mną na stację.

Jeszcze o ciemku, najadłszy się, zaopatrzony na drogę w wałówkę przez Kmiecikową i żegnany jej słowami:

- Niech cię prowadzi Najświętsza Maria Panna! - poszedłem z jej mężem na dworzec.

Na pożegnanie przed wyjściem,  jak w natchnieniu,  powiedziałem:

- Niech pani nie płacze, bo wasz syn, Haruś, niebawem wróci...

Mówiłem tak, aby oboje pocieszyć, bo Haruś był ich ostatnim, jedynym dzieckiem... Przekonałem się później, że "wróżba" moja się spełniła... Po dwóch czy trzech tygodniach dostałem list od pani Kmiecikowej, że... tak,  jak to przepowiedziałem, naprawdę wrócił...

Trzeba wiedzieć, że mieli dwóch synów: starszy,  jako harcerz i nauczyciel został rozstrzelany już we wrześniu 1939 r., a Haruś... przeżył i pracował potem,  jak jego ojciec, w PKP...

Po tym jej błogosławieństwie i wręczeniu mi 20 zł (pierwsze moje pieniądze polskie po wojnie... historia kołem zatacza się...) poszedłem ze starym Kmiecikiem na stację. Tam poprowadził mnie do parowozowni i zapoznał ze swoim kumplem:

- Felek (czy inny Jachu - dziś już nie pamiętam) - to jest kolega Harusia, i bądź tak dobry i dowieź go do Dragacza.

- Ja dowieźć go mogę do "dziesiątki" (czyli w slangu kolejarskim Laskowic), a dalej to musi radzić sobie sam!

A ja na to:

- Byle do Laskowic - to już potem dam sobie radę!

Ucałowałem pana Kmieciaka "z dubeltówki", wdrapałem się na lokomotywę - i pojechaliśmy!

Oglądałem zniszczone domy, stacje, wiadukty i inne urządzenia kolejowe na całej trasie od Tczewa do Laskowic... Poczciwy kumpel pana Kmiecika dowiózł mnie, razem z innymi przygodnymi pasażerami tam, gdzie obiecał... Wysiedliśmy, podziękowałem mu i od razu z tymi nowymi towarzyszami podróży wyruszyłem kuśtyk-kuśtyk-kuśtyk torami do Grupy.

Po jakimś czasie nadjechał jakiś parowóz, jadący... do Dragacza, skąd kijem dorzucić do Grudziądza! Maszynista zatrzymał się:

- Ale dajcie zapalić, to was wezmę!

Dałem mu pół paczki machorki, którą akurat miałem od pana Kmiecika - i znowu pojechaliśmy!

Wysiadłem jednak... nie w Dragaczu - a w Grupie Plac Ćwiczeń... Dlaczego? Zaraz się dowiecie...

Tutaj, w Grupie, czułem się już,  jak w domu... Z daleka poznałem dworzec i budynki PKP, które miały na przemian pasy metrowe z białej i czerwonej cegły... W tamtej chwili przeżywałem szczególne wzruszenie...

Odkąd skończyłem 7 lat, kilka razy w roku jeździłem tutaj w gościnę do cioci do Mniszka... Nieźle się przy okazji zawsze nacharowałem, bo było tam duże gospodarstwo, a do pracy jedynie wujek i ciocia... i ośmioro dzieci... w tym tylko jeden chłopak...

Ciocię Mariannę Piotrowską (de domo Pieńkowską) poznałem jako 6-latek, kiedy z Tatą pojechaliśmy do niej na żniwa do Liniewa (powiat Kościerzyna), gdzie wujostwo mieli wtedy gospodarkę. Ciotka wyróżniała mnie potem z rodzeństwa, często mawiając:

- Ty jesteś najbardziej podobny do ś.p. Franka (Ojca mojego)...

W Polsce przed wojną Tato mój był jej jedynym bratem, bo w USA miała jeszcze dwóch.

Kiedy stanąłem na peronie w Grupie, przeląkłem się: aż po wieś Mniszek, odkąd pamiętam, zawsze otaczały nas tutaj wiekowe lasy - część Borów Tucholskich!! Teraz przeraziłem się - tak były zniszczone i zdewastowane, zdemolowane działaniami wojennymi! Dziś na szczęście rany zabliźniły się, i sosny szumią tam, jak dawniej... Kikuty drzew przestały straszyć, las znów przypomina ten sprzed 1939 roku... (przy okazji: tuż po przejściu frontu w 1945 r. w tych potrzaskanych przez wojnę lasach mojego Mniszka "odkryto"- czyli wskazano palcem dokładne miejsce - masowych grobów zamordowanych w ciągu okupacji... ponad 10 000 Polaków z całego Pomorza... wśród nich byli nauczyciele, księża, inteligencja pracująca, rezydenci przytułków i szpitali psychiatrycznych, więźniowie kryminalni wraz z "klawiszami" i całą obsługą, polska policja, administracja, działacze polityczni i społeczni, starcy, mężczyźni, kobiety, dzieci... byli tam też, oczywiście, Żydzi, byli zestrzeleni nad Polską Anglicy... kto tam, słowem, nie był...)

Jako się rzekło, często tutaj bywałem i zdawało mi się, że mógłbym trafić do cioci z zamkniętymi oczami! Przecierałem teraz je w kompletnym szoku, plułem z irytacji - nic nie pomogło! Znikły dawne punkty orientacyjne - wszystko zmieniło swe oblicze! Najpiękniejsze drzewa, sosny sztandarowe, krzewy jarzębiny, białe brzozy płaczące... i inne cechy... znikły! Musiałem zrezygnować z pójścia,  jak zawsze przedtem,  na przełaj na rzecz trzymania się szosy... Wlokłem się torami z Laskowic i teraz przez  ten strzaskany las już tyle kilometrów o kulach, tym asfaltem wydłużając jeszcze bardziej drogę, ale - zyskałem na "komforcie" i "szybkości", bo przestałem się błąkać.

Pod wieczór dotarłem na miejsce... Na pustym podejściu do domu zostałem wypatrzony przez kuzynki, które pędem wybiegły mi naprzeciw. Pierwsza dopadła mnie najmłodsza Danusia, następna Helena i wreszcie Ania - moja rówieśnica... W oknach stała ciocia z Jadzią, kaleką po heine-medina... W domu był jeszcze "jedynak" Józef, ranny odłamkiem bomby "w brzydszą część uda". Za chwilę byłem otoczony, opłakiwany, pieszczony i podziwiany w swej chudości przez wszystkie krewniaczki...

Ciocia:

- Bóg cię wyzwolił i uratował dla matki! Ileż to ona się namodliła, żebyś wrócił zdrów i cały!! Co z twoimi nogami?!

- A... to... nie wiadomo z czego... już w czasie ewakuacji Stutthofu... jakieś zapalenie nerwów, stawów czy mięśni...

W ten sposób, płacząc i śmiejąc się (bo byliśmy młodzi), snuliśmy niewesołe wspomnienia...

Najgorszy moment nastał, kiedy zapytałem o wujka, męża cioci...

- Prawda... ty nie wiesz... Stasiek został rozstrzelany zaraz we wrześniu przez Niemców za to, że był sołtysem i komendantem "strzelców"...

Wujek zewnętrznie był bardzo podobny do Piłsudskiego! Ponieważ miał jedno z największych gospodarstw we wsi, staw rybny i duży sad... został zamordowany, a majątek przejął Treuhandler Konig (notabene z tego samego Mniszka, "sąsiad")...

Ciocia wybuchła rozdzierającym szlochem, a zawtórowały jej panienki... Z sąsiedniego pokoju coś wołał Józek... Danusia pobiegła do niego:

- Chodź, bo twój kuzynek nie może się ciebie doczekać!

Znów powitania, płacze i radość, że jednak... żyjemy..., chociaż obaj zmaltretowani, kulawi - on ranny w siedzenie,  ja kuśtykający o kulach...

Życie u cioci pokazało się niełatwe... Okres wiosennych prac w polu, a w domu brak zdrowego mężczyzny do pracy... Ruski co prawda przysyłali dwóch niewolników (historia kołem się toczy...), ale...

Już następnego dnia Ania do mnie:

- Chyba Wacek nam pomożesz?

- A powiedz, Aniu, jak to sobie wyobrażasz? Widzisz, że z trudem poruszam się...

Najgorsze było... jedzenie! Przeżywałem tortury po spożyciu kilku kęsów! Przez lata głodówki żołądek teraz nic nie chciał trawić... Nie wierzyła i powiedziała, że... symuluję!

- To przynajmniej doglądaj niewolników, żeby coś robili!!

Dlaczego nie pojechałem wtedy do Mamy? Celowo to wszystko zrobiłem, bo... bałem się jechać wprost do Grudziądza - jej słabe serce mogłoby takiej niespodzianki nie wytrzymać... Dopiero długo przygotowywana i uprzedzona delikatnie - mogła mnie zobaczyć...

Poszedłem do ciotki:

- Ciotko kochana, przygotuj ostrożnie Mamę do spotkania ze mną...

- Nie bój się, synku. Ja często wpadam do Frani, i zawsze gadamy o tobie! Często jej mówię, że śni mi się Wacek... i to, że matka ciebie opłakuje - a ty żyjesz!

Poczciwa ciotka dobrze wywiązała się ze swej roli... Po dwóch tygodniach powiedziała:

- Możesz już jechać do domu. Frania już wie, że wróciłeś.

W niedzielę zawiozła mnie wozem aż do Dragacza... Dalej była już tylko Wisła, a na jej drugim brzegu... Grudziądz...

Jeszcze na wale wiślanym przeżyłem wielkie wzruszenie... Akurat była 12** w południe, i zza rzeki, z ratusza zabrzmiał,  jak zawsze o tej porze przed wojną, hejnał z wieży... Nie wytrzymałem nerwowo i spłakałem się,  jak bóbr, potem zdjąłem czapkę, ucałowałem tę naszą ziemię i przysiągłem, że już nigdy nie opuszczę Ojczyzny...

Janka spotkałem na Wiśle na moście pontonowym (stary, żelazny, leżał strzaskany nalotami w rzece)... spotkałem go, kiedy tak szedłem kuśtyk-kuśtyk-kuśtyk z Dragacza... Akurat miał tam służbę! Nie chciałem wierzyć oczom! Poszedł zameldować do dowódcy warty, który widział nas obejmujących się:

- Obywatelu dowódco, to jest mój brat, który dopiero wrócił z obozu!

- Dobra! - ten przywitał się ze mną. - Idź, Janek, odprowadź go do domu, bo z trudem chodzi, ale zaraz wracaj! W domu nagadacie się dość!

Przeraziłem się, zobaczywszy stary Grudziądz... obrócony w perzynę i gruzy...

Wreszcie tego pięknego wiosennego dnia dane mi było spojrzeć w wierne, drogie oczy mojej Matki... Twarz najdroższa, pobrużdżona, bardzo się postarzała... Mama była urodzona 30 października 1880 roku czyli miała wówczas 65 lat... W momencie spotkania rozświetliła się cała anielską radością:

- Wróciłeś! Najświętsza Maria Panna dała mi doczekać twojego powrotu!

- Tak, Mamo...

- Czy ty wiesz, że masz siwe włosy na skroniach i na brodzie?!

- Wiem, Mamo... Najpiękniejsze lata minęły bezpowrotnie... Sporo zdrowia zabrali mi hitlerowcy, ale najważniejsze, że żyjemy i że Ciebie, Mamo, oglądam zdrową...

- Czemu chodzisz o kulach?

- W czasie Drogi Śmierci, Mamo,  jak uciekaliśmy z obozu z hitlerowcami przed Armią Czerwoną, zginęła masa ludzi, i wtedy coś się stało z moją prawą nogą... Nie mogłem ruszać nią bez bólu... I gdyby nie poświęcenie starszego kolegi, świętej pamięci... Piotra Pietkiewicza... zostałbym również i ja... gdzieś na szosie między Stutthofem a Kartuzami...

Tak mniej więcej rozmawiając, płacząc i śmiejąc się, wymienialiśmy wiadomości o najbliższych...

W domu była tylko Mama i siostrzeniec Franek, syn mojej siostry Romki, która pracowała wówczas w Emalierni, dawniej Herzweld & Wietorius, a w czasie okupacji u Schultza na terenie Wentzk'ego... Janek (do którego byłem tak podobny jak te dwie krople wody) był teraz w MO... Józef (z którym poszedłem na wojnę w pierwszych dniach września 1939 r.) mieszkał w Anglii... a najstarszy brat, Antek, został w byłej Generalnej Guberni...

- Ale prawda! Co ja ci, chłopcze, dam jeść?! Ty zawsze byłeś taki wybredny w jedzeniu!

- Byle co, Mamo - aby dużo... Żebyś Ty, Mamo, wiedziała, ile dni ja obywałem się bez jedzenia... żyjąc tylko wodą, często jedząc jedynie śnieg... Łupiny od kartofli to był przysmak... A to spanie na cemencie, na śniegu... to był luksus... Powiedz, Mamo, co słychać o kolegach?

- Że Leon Bendig nie żyje - to wiesz?

- Tak...

- Nie wiesz, że zginął Bogul Urbański?

- Nie, Mamo...

- Poszedł ochotniczo do Wehrmacht'u czy Waffen-SS i w ostatnich dniach wojny zginął... Matka jego, wiesz, ta znana akuszerka "dla jaśnie pań", miała dwóch synów: Henryka (twojego rówieśnika) i Bogumiła, młodszego o 4 lata. Ten starszy jako maluch utonął u babci na wsi w gnojówce, a Bogul... zginął "za Furera" - bo matka chciała jeść masło i należeć do "rasy panów"...

- A Albin Piechocki z Wiślanej?

- Był też w Wehrmachcie, ale uciekł i teraz jest w Wojsku Polskim...

- A bracia? co z nimi?

- Nasz Józef ... też został siłą wcielony do wojska i służył u Hitlera... I też uciekł, już we Włoszech, do Anglików... Był ranny pod Monte Cassino, i teraz jest w Londynie... Niedawno dostaliśmy wiadomość od naszego Antka, że jest w Rozwadowie nad Sanem... Wydostał się z Auschwitz, bo go tuż przed końcem żona za wszystkie swoje majętności wykupiła... Mają dwoje dzieci... pamiętasz Krysię? Dzisiaj ma lat 6... W wojnę urodził im się syn Rysiu, teraz ma już 3 latka...

Kilka dni przeżyłem jak we śnie... Ciągle ktoś się przypominał... Ile było płaczu i śmiechu przez łzy, ten tylko wie, kto wrócił  z  t a m t e g o  ś w i a t a, gdzie zabijali ludzi sadyści ot, tak... "dla przyjemności" - i wie ten, kto nie miał nadziei zobaczenia już matki swojej na tej Ziemi...

 

 

Rozdział X 

POKŁOSIE

Po tygodniu przyjechał do Grudziądza Józek Piotrowski z Mniszka, który już jakoś pozbierał się po tej kontuzji odłamkiem prosto "w rzyć" i powoli kuśtykał.

- Wacek, chodź! Zapisujemy się na kurs nauczycielski!

- Dobra! - i teraz już kuśtykaliśmy na zajęcia razem.

Któregoś dnia spotkałem moją rówieśnicę, "koleżankę" panią Jabłońską (uczyła w szkole).

- Panie Wacku, przecież pan skończył wydziałówkę. Teraz ma pan prawo pójść do dziesiątej klasy wieczorówki. Ma pan świadectwo?

- Nie, ale mam zaświadczenie oryginalne, wydane przez magistrat Grudziądza jeszcze w 1936 roku.

- Niech pan idzie do dyrekcji LO dla dorosłych (gdzie obecne Liceum Przyrodnicze) i niech się pan zapisze!

W 1945 r. skończyłem ten kurs nauczycielski, a we wrześniu już zacząłem ogólniak dla dorosłych kierunek biologia. Ale nie obyło się wcześniej bez kłopotów; przed przyjęciem kazano mi nadrobić zaległości z łaciny (której w wydziałówce nie uczono) i dano mi na to czas przez wiosnę i lato. Jak zwykle - pomógł mi przypadek: profesorka z kursu dla nauczycieli, polonistka, pani Koźlikowa zainteresowała się, jak "postępują" moje przygotowania do liceum. Szczęśliwie było to już w wakacje; opowiedziałem jej o moich mękach z łaciną, a ona poleciła mi zgłosić się do jej córki, która była studentką romanistyki. Możecie sobie wyobrazić, jak ja wcześniej się sam "uczyłem" - z drugiej strony co przeżywałem, nie mogąc w żaden sposób wynagrodzić trud dobrodziejki mojej, panny Koźlikówny. Cała zresztą rodzina "Koziołków" była "nie z tej ziemi": profesor Koźlik-senior był moim historykiem na rzeczonym kursie. Wówczas byłem nieźle "oblatany" w historii jako były uczeń prof. Zofii Chrzanowskiej. Chory na otwartą gruźlicę prof. Koźlik, gdyby mógł, nieba by mi przychylił! Na moje argumenty mała Koźlikówna replikowała:

- Panie Wacławie, nie ma o czym gadać! Ja przy okazji sama powtarzam i przypominam sobie łacinę! To podstawa romanistyki!

W końcu sierpnia jakoś zdałem wymagany egzamin, ale na tym nie koniec: trzeba było jeszcze zdać jakiś język nowożytny, francuski albo niemiecki. Powinienem zdawać francuski, ale skończyłem go w 1934 r., a teraz był 1945! Po pisemnym z francuskiego prof. Kalinowska oświadczyła:

- Panie Pieńkowski, przykro mi, pańska praca jest na poziomie dziewiątej klasy liceum!

I znowu cud - słyszy to prof. Gilewska, germanistka:

- Po tym pańskim "mundurze" sądząc (miałem na sobie "pasiaki"), widać, że skończył pan "studia" w obozie. Na pewno zna pan dobrze niemiecki!

- Rzeczywiście, pani profesor - Niemcy często używali mnie jako tłumacza.

No, i de facto: zdałem niemiecki na dobrze! Ucałowałem rączki obu pań profesorek, kupiłem kwiatki dla panny Koźlikówny - i zostałem pełnoprawnym licealistą. Szkoła mieściła się przy Sienkiewicza (dawne Liceum Chrobrego).

W ciągu roku różnie było: przede wszystkim musiałem iść do pracy. Poprzez koleżanki, córkę dyrektora Banku Narodowego, Burgera, i jej siostrę (Kuczyńską) zostałem... strażnikiem bankowym. Koledzy z pracy poszli mi na rękę - a i dyrektor też pozwolił, żebym służbę odbywał w nocy.

Pewnego wieczoru kilku pijanych "bojcow"-krasnoarmiejcow chciało się dostać do banku:

- Ty, takoj-siakoj! Odkroj!

- Ujditie at wchoda, a to strielat' budu! - język znałem z czasów więzienia w Rydze, więc może co wskóram... Miałem stanowisko za płytą pancerną, więc kiedy zaczęli do mnie "grzać", nie zostałem im dłużny! Jak zrobiło się naprawdę gorąco, bo "bojcow" przybywało, a nas było tylko dwóch, nadbiegli zaalarmowani milicjanci - i w końcu ich zgarnęli...

Idylla skończyła się, gdy papa Burger dowiedział się, że jestem żonaty - gdzieś tam sobie projektował zrobić ze mnie urzędnika, a potem wydać za mnie swą "mocno dojrzałą" córkę...

Drugi kłopot to była matematyka - stary kawaler, prof. Benedajt nikomu nie darował. Chucherko to było - ale tęgie duchem: ile on mnie nie napiłował-nadręczył! Rozbrat z tą dziedziną wziąłem dwanaście lat temu - ile miałem zaległości, ten o tym wie, kto podobnie przeżywał: egzemplum nasza kochana Ewa... W końcu biedny profesor pyta:

- Jakiego przedmiotu będzie pan uczył?

- Biologii lub geografii, panie profesorze, - odparłem bardzo zgnębiony.

- Chwała Bogu, z matematyką nie będzie miał pan nic wspólnego!

"Kto wie?" - pomyślałem...

W czerwcu 1946 r. zdałem maturę. Byłem z tego dumny - jako pierwszy z rodziny! Przed wojną to był szczyt moich marzeń! Do egzaminów przygotowywaliśmy się z kolegami zespołowo. W ostatnie zaś dni odprawiliśmy nasze żony - Zychu i ja - do teściów w Mniszku i kuliśmy prawie non-stop.

Z polskiego wybrałem, pamiętam, temat "wolny": "Zadanie Grudziądzan w odbudowie Polski" (coś w tym stylu) - i udało mi się napisać to na 4. Ustną maturę mięliśmy zdawać według alfabetu - razem około sto dwadzieścia osób. Przybiega Zych i prosi:

- Wac, ja nie jestem przygotowany na jutro! (był na literę "D"). Zdawaj ty za mnie, a ja będę zaliczał w twoim terminie! Sprawę z komisją już załatwiłem!

Z marszu więc z bijącym sercem stanąłem przed egzaminatorami - i wszystko zdałem mniej więcej dobrze. Mocną ocenę dostałem z historii - db+. Obkuty byłem szczególnie z historii starożytnej (zasługa prof. Chrzanowskiej z wydziałówki). Nie znany mi przewodniczący komisji maturalnej zapytał:

- Kto pana uczył?

Kiedy odpowiedziałem, on na to:

- Ta nauczycielka dobrze przygotowała swoich uczniów! - pochwalił ją... i mnie.

Zrobiono mi po maturze oczywiście mały jubel; szczerze gratulował mi Zych i koledzy z naszej paczki. Ja byłem bardzo szczęśliwy - przez wcześniejsze zdanie egzaminów sporo czasu zaoszczędziłem i mogłem się przygotować do startu na Uniwesytet Warszawski lub na Uniwersytet Kopernika w Toruniu.

Niestety - wszędzie były już komplety. Dostałem się na historię w Poznaniu - co z tego, skoro miejsca w akademikach były już zajęte, mimo że miałem preferencje dla byłych więźniów... Przypadkowo w dziekanacie ujrzałem afisz NABÓR NA WYŻSZĄ SZKOŁĘ PEDAGOGICZNĄ W GDAŃSKU! Natychmiast tam pojechałem, lecz okazało się, że wydziału historii wówczas jeszcze nie mieli, wybrałem więc biologię z geografią, kierunek zgodny z moim liceum.

Mieszkaliśmy w akademiku "Krzaczasty Młyn" przy ul. Wejherowskiej (dziś pawilony ZOO w Oliwie). Nauka układała mi się dobrze dzięki mojemu "Chrobremu" - mogłem nawet godzić studia z pracą biletera w kinie "Fala" w Gdyni. Czasu na naukę miałem sporo, bo seanse - wiadomo - są wieczorami.

Pracę w tej "Fali" załatwił mi kolega z Rygi, Leon Pawłowicz. W tym czasie najwięcej pomagał mi właśnie on. Razem z nim mieszkał niejaki Ostrowski, też Ryżanin, który związał się ze straganiarką "nomen-omen" Cieszyńską (tak jak "szwager" Atanazy). Wyżej wspomniani koledzy poróżnili się bardzo z chwilą wstąpienia Leona do Partii, który szybko został potem "politrukiem" w gdańskiej kinematografii. W tym czasie często pomagał mi materialnie - do chwili, kiedy z kolei on związał się ze swoją sekretarką...

Nadszedł moment, kiedy mogłem mu się odwdzięczyć: kiedy stał się "ważny" w Gdańsku, partia zażądała opinii z NKWD w Rydze, a wtedy okazało się... że był łotewskim policjantem, co bardzo nie pasowało naszej SB. Z miejsca został zdjęty - i podjęto przeciw niemu represje. Przyjeżdżał kilka razy do mnie z prośbą o napisanie o jego postawie w czasie okupacji w Stutthofie - oczywiste, zgodnie z prawdą wystawiłem mu jak najlepszą opinię; pisałem kilkakrotnie w jego sprawie i broniłem go.

W czasie studiów na WSP byłem przewodniczącym ZAMP (Związku Akademickiej Młodzieży Polski?) - i to do końca. Miałem w związku z tym sporo zajęć, szczególnie w kontaktach z młodzieżą z NRD. Ponieważ władałem perfect niemieckim, to przy lada okazji musiałem ich gościć, a przede wszystkim być ich przewodnikiem i tłumaczem. Ileż upokorzeń i złości przeżywałem, kiedy rówieśnicy moi - Niemcy (już na pierwszy rzut okiem widać, że ex-wermachtowcy i na pewno z Hitler Jugend) zwracali się do mnie per "Kammerad", odczepiali mi znaczek ZMP i bezczelnie polecali nosić te ich "Młodzieży Niemieckiej", kiedy niebawem tu wrócą! ("kommen nach Danzig!").

Kilka razy przerywałem studia i musiałem jeździć do sanatorium, gdyż okazało się, że w Stutthofie zaraziłem się gruźlicą (pozostałość do dziś: zwapnienie gruczołów przywnękowych w płucach). W dodatku zimą 1946/47, która była bardzo mroźna, a ja nie miałem żadnego płaszcza, zachorowałem bardzo ciężko na grypę i skutkiem tej choroby miałem często krwotoki z nosa.

Rozczulający swoją troskliwością był nasz uczelniany lekarz z Żukowa (Kisiel? Woronowicz?) rodem z Wilna. Po pierwszym krwotoku był już przy mnie:

- Panie Pieńkowski, niech mi pan nie umrze!

Uśmiałem się i, hamując wesołość, rzekłem:

- Postaram się, panie doktorze.

Ponieważ z żywnością było krucho (w akademiku tylko te śledzie na przemian z dorszami), drogi kochany lekarz przynosił mi... tran:

- Czy pan lubi tran?

- Dla pana będę pił nawet tran, panie doktorze!

- Niech pan dużo je chlebka - i popija tranem. Kiedy stanie pan na nogi, wyślę pana do sanatorium przeciwgruźliczego w Karkonosze.

Dzięki temu złotemu człowiekowi dostałem zimowy płaszcz, ciepłą bieliznę i dwa porządne ubrania (w tym mundur... szwedzki) z UNR-y. Takiego drugiego lekarza w moim życiu już potem nie spotkałem... Niech Mu Ziemia Gdańska będzie lekką (gdyby żył, miałby dzisiaj grubo po setce: on był staruszkiem - ja miałem wówczas 27-28 lat...)

Do sanatorium w Szklarskiej Porębie w Karkonoszach pojechałem w czasie ferii Bożonarodzeniowych.

Dziekanem na wydziale biologii była profesor Maria Krynicka (?) - wykładała botanikę. Pomagała mi z całego serca; poznała mnie ze studentką z drugiego roku z biologii, której ojciec był nadleśniczym w Gdańsku-Oliwie - dla mnie istną chodzącą "kopalnią" wiadomości i książek botanicznych! Jako temat pracy dyplomowej wybrałem "Rośliny iglaste w Polsce i ich pasożyty". Temat zasugerował mi właśnie pan nadleśniczy:

- Panie Wacławie, będę mógł panu dostarczyć literaturę o wszystkich roślinach szpilkowych oraz wszystkich pasożytach tych drzew!

Pani dziekan była czułą, starszą panią - nazywaliśmy ją "Mama". Dla mnie była szczególnie dobra, bo byłem bardzo chorowity i słaby, poza tym ze względu na żonę i synusia musiałem pracować. "Mama" uczelniana robiła wszystko, żeby mnie "kryć"; w tamtych czasach student w Polsce miał tylko studiować, i nie należało pozwalać mu na pracę! Moje stypendium wynosiło około tysiąca złotych - czy mogłem za takie pieniądze utrzymać rodzinę?! (jako nauczyciel w 1949 r. zarabiałem czterdzieści pięć tysięcy).

Pod koniec nauki pracowałem w Państwowych Zakładach Przemysłu Wełnianego nr 12 w Oliwie jako referent kulturalno-oświatowy, gdzie zostałem opiekunem sekcji bokserskiej. Nie bez znaczenia było również to, że dostawaliśmy tam posiłki regeneracyjne; w akademiku były - jak już mówiłem - dwa rodzaje dań: albo dorsz (jeden dzień) - albo śledź. Tutaj dostawałem w miarę potrzeb także zwolnienia z pracy - zwłaszcza w czasie występów naszych pięściarzy. Jeszcze przed egzaminami końcowymi moja firma została przeniesiona gdzieś na Ziemie Odzyskane, i miałem propozycję wyjazdu razem z nimi - ale wolałem jednak skończyć najpierw WSP.

I tak przebrnąłem przez trudny okres studiów w Gdańsku...

Tuż po egzaminach dyplomowych prof. Krynicka - mój promotor - oświadczyła mi na stronie, że jakiś major Podgórski chce ze mną rozmawiać w rektoracie u prof. Dorosza (rektora WSP). Kiedy wszedłem, na mój widok major wstał i z uśmiechem wyciągnął dłoń do mnie. Przywitałem się również z rektorem i jakimś incognito.

- Proszę pana - zagaił major, - postanowiliśmy z panem rektorem zaangażować pana do  Oficerskiej Szkoły Piechoty nr 3 w Elblągu (dzisiaj Szkoła Podoficerska im. Nalazków). Jakie oferujemy warunki? No, więc: mieszkanie w bloku oficerskim, który jest prawie pusty, świeżo odnowiony - lokali od koloru, do wyboru. Pensja: 35-45 tysięcy (mamy rok 1949), wyższa najwyższej pensji nauczycielskiej. Możność zarobienia podwójnie lekcjami nadliczbowymi (za zastępstwa, bo brak nauczycieli) itd., itd.

Przerwałem:

- Przepraszam, ja już mam nominację nauczycielską do Liceum Pedagogicznego w Brzegu k. Wrocławia. A poza tym mam potąd "wojaczki" i wojska! - tu wskazałem na gardło, pokąd to ja mam tej armii kochanej. - Kategorycznie odmawiam!

Wówczas to obywatel major pokazał, co potrafi: nominację moją trach!-trach! podarł, krzycząc, że o ile się nie zgodzę wykładać na OSP nr 3, to nie otrzymam żadnej pracy:

- I pójdziecie tam uczyć, gdzie diabeł mówi dobranoc! Przekonałem was?! - huknął.

- Nie, panie majorze - ja nie boję się pracy na wsi. Po tym, co przeżyłem...

Wówczas major wyciągnął blok kart mobilizacyjnych już ostemplowanych, podpisanych przez ministra MON i rzekł:

- Wpiszę tylko wasze imię i nazwisko - i od tej chwili jesteście oficerem Wojska Polskiego i wykładowcą Oficerskiej Szkoły Piechoty nr 3!

Ponieważ każde nasze słowo protokołował ten typ obok rektora (efekt psychologiczny), więc odparłem, do niego się zwracając:

- Proszę zapisać, że się poddaję i działam pod przymusem, ale wobec tego wolę pracować jako cywil.

W szkole takich była większość, jedynie dyrektor był podpułkownikiem.

Po moim oświadczeniu major zmiękł:

- Proszę pana, niech pan jedzie do domu i niech pan przygotuje do wyjazdu żonę, dziecko i wszystko, co pan ma ("mein Hab ung Gut"). Już pan chyba nie wróci do Grudziądza. Szybko proszę podać adres, bo pojutrze przyjadą po was ciężarówki.

Pożegnaliśmy się "kordialnie" - i każdy poszedł w swoją stronę.

Major zwerbował jeszcze Poznaniaka, A. Apolinarskiego, i, po roku, jakiegoś kolegę X, którego mało pamiętam. Apolinarski był moim znajomym z uczelni w Gdańsku, którą razem ukończyliśmy, tylko on nie na biologii a na mat.-fizie.

Pociąg mi pasował - i tego samego dnia byłem już w Grudziądzu. Jak pamiętacie, było nas wtedy troje: Mamusia, Jureczek i ja.

Stasiulka moja aż się popłakała:

- Jak ja mogę jechać tak daleko od mamy?!

Musiałem ją czarować, że "Elbląg to takie duże piękne miasto" i:

- Dostaniemy ładne i wygodne mieszkanie!

Mama lubi powtarzać: "gdzie ty, Kajus, tam ja - Kaja" za swoim wujkiem Obrębskim, profesorem łaciny i greki w gimnazjum przed wojną i nauczycielem francuskiego w tej samej szkole już po powrocie z Dachau ("ubi tu, Kajus..."), tak więc wszystko co trzeba zostało spakowane. Mieszkanie i rzeczy nam zbędne zostawiliśmy Jankowi (z którym byliśmy podobni, jak te dwie krople wody). Jak nam się po latach za to "odwdzięczył" - wszyscy pamiętamy...

Za dzień czy dwa rano o ósmej zajechali przed nasz dom na Curie-Skłodowskiej trzema ciężarówkami - w każdej kierowca i dwaj specjalnie przyuczeni jako ekipa transportowa żołnierze oraz ich dowódca major, uprzedzająco grzeczny. Wszyscy zjedliśmy śniadanie, pożegnaliśmy się z Babcią (moją Mamą) - sakum-pakum! i na stację PKP - do wagonów! Tak przy okazji: w zamieszaniu na dworcu grudziądzkim jakiś gorliwy sokista gwizdnął żonie kożuszek. Transport do Elbląga z załadunkiem, dowozem i wyładunkiem odbył się na koszt Wojska Polskiego. Zanim jeszcze wszystko dotarło na Moniuszki 42? 44?, wcześniej już mjr Podgórski pomógł mi i żonie wybrać najpiękniejsze, słoneczne mieszkanie, "jako rekompensatę" za nasze lokum z wc na klatce w Grudziądzu.

- Jako nowi lokatorzy możecie sobie swoje mieszkanie wybrać. - powiedział wspaniałomyślnie.

Żona na to:

-  Panie majorze, mamy prośbę - prosimy o mieszkanie słoneczne, zalecane naszemu synusiowi przez lekarza...

Ponieważ wszystkie proponowane nam w bloku oficerskim wolne lokale miały te same marne walory (brak słońca), a piękne mieszkanie miał na 1. piętrze tylko on, wobec tego natychmiast kazał podwładnym je opróżnić, polecając żołnierzom przenieść swoje rzeczy do pobliskiej willi - a nasze wnieść właśnie tam. Mieliśmy wówczas jednorocznego Juleczka - i wszystko robiliśmy z myślą o nim (dwa lata wcześniej zmarł nasz pierworodny Geniuś). Teren przed naszymi oknami był wybitnie nasłoneczniony: mieszkaliśmy vis-avis basenu pływackiego, i słońca mięliśmy pod dostatkiem.

Wspomniałem o "czarowaniu" mojej Stasi Elblągiem - w rzeczywistości było to miasto stosem ruin; ocalały tylko peryferia... Ponieważ koszary i bloki oficerskie leżały na drodze do Królewca, z dala od centrum, oszczędzono je.

Zamieszkaliśmy - jako się rzekło - przy ul. Moniuszki 42? 46? pracowałem zaś przy ul. Armii Czerwonej, dawna nazwa Królewiecka, w tej Oficerskiej Szkole Piechoty nr 3, gdzie zwerbował mnie - pod przymusem - ten politruk mjr Podgórski; po wojnie nie czułem żadnej miłości do wojska. Ponieważ "nie nauka, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera", podstawą przyjęcia do w/w uczelni było 7 klas szkoły powszechnej, i uczyliśmy wszystkich przedmiotów: ja wykładałem nawet od czasu do czasu matematykę mimo braku jakichkolwiek talentów w tym kierunku... Gross tzw. podchorążych to byli parobcy ze wsi, którzy przed wojną nie ukończyli często szkoły - i trzeba było zaczynać od podstaw, od nauki alfabetu - tymczasem były to chłopy mocno pod wąsem, które przeszły szlak bojowy znad Oki do Berlina! Ja miałem nawet jakby łatwiej, bo musiałem tylko wprowadzać na zajęciach najprostsze pojęcia z zoologii i botaniki - nacisk był jednak na "ideologizację", na obowiązkową teorię Darwina, wykładaną często takim... co mieli problem z podpisaniem się! Praca nie była łatwa, ale uczniowie byli młodzi i chętni, widzieli perspektywę uwolnienia się od wegetacji na zacofanej i na siłę kolektywizowanej wioski... Z wielkim mozołem - jakoś to szło...

Wykłady mięliśmy dwa razy dziennie od ósmej do dziewiętnastej (z przerwą na obiad w kantynie), pięć godzin przed i tyle samo po południu. Podstawowym przedmiotem, którego uczyłem, była biologia. Ponieważ traktowałem naukę poważnie, byłem nauczycielem wymagającym - reszta kolegów stawiała  wszystkim "trójeczki". Przy podsumowaniu semestralnym wiecznie były pretensje... do mnie: "jest taki nauczyciel, który stawia "dwójki"!" Ale stawiałem również bdb, db, dst. i ndst. Oczywiste, na konferencjach traktowano mnie, jako byłego członka Armii Krajowej, wyjątkowo podle, wyśmiewano się ze mnie: "głupiec! po co on się wychyla?" dowódcy plutonów skarżyli się, że psuję im "tabelę ocen" i z matematyki stawiam "dwójki"... Jak zwykle - najlepiej nie wychylać się, nic nie robić...

Napisałem w proteście do MON, przedstawiłem sytuację, że chcę  n a p r a w d ę uczyć, że spełniam przysięgę nauczycielską, uczę i klasyfikuję w/g pięciostopniowej skali ocen i proszę o przysłanie komisji d/s nauczania. Efekt?

Rusek, nasz komendant szkoły, płk Barański (nazwisko przybrane), świetnie władający językiem polskim, wzywa mnie i mówi:

- To będziemy was sprawdzać, towarzyszu!

- Nie, pułkowniku - będziemy sprawdzać pracę wszystkich nauczycieli! - ja na to.

Za miesiąc przyjechała z Warszawy trzyosobowa komisja: Żyd-major i dwaj kapitanowie-Polacy. Stało się, jak powiedziałem. Zwracając się do grona wykładowców, przewodniczący komisji rzekł:

- Towarzysze, będziemy sprawdzać lekcje wszystkich nauczycieli.

Lustracja trwała cały tydzień. U mnie byli na trzech lekcjach w trzech różnych plutonach, podobnie jak zresztą u innych. Otrzymałem pełną satysfakcję - podsumował "imprezę" przewodniczący, major:

- Jest wśród was tylko jeden nauczyciel - to towarzysz Pieńkowski. Reszta nic nie robi - bo ważne jest tylko, żeby postawić "trójkę"!

Możecie sobie wyobrazić minę płk Barańskiego, miny i złość tych "kolegów-wazeliniarzy" z pracy... Już do końca mojej kariery w Oficerskiej Szkole Piechoty miałem spokój i "uszanowanie". Tylko że...

W początkach marca wezwał mnie komendant i rzekł:

- Dostaniecie pensję do końca sierpnia 1950 i zwolnienie. Nie możecie u nas pracować, bo byliście w AK.

- Przecież napisałem wam, że byłem tam tylko wywiadowcą!

- Gdybyście tego nie napisali, to byłby krótki wasz proces i śmierć dla "zaplutego karła reakcji"!

Musiałem też odejść... bo nie "wazelinowałem" ani mjr Czeczkowskiego (prawdziwe nazwisko Czyczkow), ani komendanta "Barańskiego" i innych wykładowców, pięknie po polsku mówiących... Rosjan. Bliższe relacje łączyły mnie tylko z mjr Żambo, Kupidłowskim, kpt Grzędzickim, Durkaczem i in.

Na tym się rozstaliśmy. Jaka była "radość" moja, że tak małą cenę zapłaciłem za "nieprawomyślność" w czasie wojny wyzwoleńczej! Odprawę dostałem do końca roku szkolnego - do końca też korzystałem z opieki medycznej (mieszkanie mi pozostawiono, ze względu na dwójkę malutkich dzieci i żonę - i w blokach oficerskich mieszkałem aż do wyprowadzki z Elbląga). Vis-a-vis nas mieszkał kpt. Tołłoczko Piotr, Polak z Łotwy; brat jego, śp. Wiktor, był w AK, zginął w Stutthofie. Jego matka, stara Tołłoczkowa, była z pochodzenia Niemką - i nie miała żalu, że hitlerowcy zamordowali jej syna... Pod nami mieszkał mjr Lorkowski z żoną - razem z nimi kiedyś byliśmy w teatrze na "Panu Jowialskim" z Mieczysławą Ćwiklińską i prawie stuletnim wtedy Ludwikiem Solskim...

Zacząłem szukać pracy. I znalazłem dziwne technikum: technikum torfowe. Prawda, że najpierw znalazłem Instytut Torfowy pod dyrekcją Józefa Dubois (potem poszła fama, że były Francuz jest... pederastą). To on ze mną rozmawiał:

- Panie kolego, proszę pana, żeby w technikum objął pan naukę biologii.

Tak więc pracowałem na dwóch etatach. W instytucie miałem rangę starszego asystenta przy katedrze botaniki torfowej. Dali mi mikroskop i przeszedłem kurs określania stopnia rozkładu torfu w stuprocentowej skali. Jako botanik miałem wykłady z torfoznawstwa i badania mikroskopowego torfu.

Pierwszy mój dyr. technikum torfowego, Kryń, był dyrektorem aż dwóch szkół - i chciał koniecznie, żebym objął dyrekcję tego technikum, ale coś mnie odtrącało od tego człowieka i jego propozycji. Do czasu nominacji Mcinyczuka - z nomenklatury (chwalił się, że ukończył... gimnazjum przed wojną i był gdzieś tam skrybą) - "wykładowcą" nr jeden był towarzysz dyrektor dr Dubois (twierdził, że jest krewnym samego Francois Dubois, słynnego przedwojennego francuskiego komunisty)... Pamiętajmy: kadry nauczycielskie w Polsce były w czasie okupacji zdziesiątkowane... Edukacja narodowa chwiała się w posadach, i w oświacie polskiej angażowano każdego, kto choć cokolwiek wiedział, potrafił, umiał i... chciał.

Jak to było do przewidzenia, jak bumerang oczywiście, powróciła sprawa tych niby "zbytnich moich wymagań" w szkole - i coś we mnie pękło; dopracowałem w technikum do końca roku... i sam się zwolniłem. Zrobiłem to w porę: lekarz powiedział mi któregoś dnia "albo taka wyczerpująca praca na dwa etaty (w instytucie i technikum) i krótkie życie - albo gruntowna zmiana w podejściu do siebie i własnego zdrowia". Pięć godzin dzień po dniu patrzenia w mikroskop, w którego siatce widać było od bezpostaciowej jednorodnej masy do różnych stopni rozkładu fragmentów liści, kory, cząstek mchów, drewna itp., do tego szarpanina w technikum z bimbającą sobie wąsatą młodzieżą, szykany ze strony "kolegów" i przełożonych...

W drugim roku pracy pojawiły się straszliwe boleści oczu (szczególnie w prawej gałce) i ... poszukiwanie okulisty. Tymczasem był rok 1950 - i w Polsce nie mogłem znaleźć żadnego takiego fachowca! Ból świdrował gdzieś z głębi mózgu i wwiercał się dosłownie w gałki oczne. Najgorsze, że nie mogłem wcale spać! Gdyby nie obawa o żonę i malutkie dzieci... a i ten przesąd... popełniłbym chyba samobójstwo... Z instytutu dostałem skierowanie do ośrodka zdrowia, na naszej ulicy Moniuszki. A tam był tylko felczer, który mi powiedział:

- Nic panu nie poradzę, ale wie pan co? Zrobię panu zastrzyk z penicyliny oleistej - akurat dostaliśmy. Cudowny lek na wszystkie choroby! (nie wiedział, że tylko przeciw infekcji bakteryjnej)

Zasugerowany jego słowami wziąłem zastrzyk - i momentalnie zasnąłem: natychmiast ulga!! Jak ręką odjął! Powiedział również, że lek działa przez 4 godziny - i rzeczywiście, po tym czasie "obudziłem się"... z tymi samymi bólami! Wróciłem więc, i dał mi kolejny zastrzyk:

- Teraz niech idzie pan do domu. Proszę po następny przyjść już do mnie. Mieszkam blisko pana.

Nie wiem, jak długo, ile tygodni "faszerował" mnie tą penicyliną, i żyłem tylko tymi zastrzykami... i kiedy poczułem, że tracę wzrok, jakby mgła zasłaniała mi pole widzenia... Dowiedziałem się od kogoś, że okulista jest... w Grudziądzu: lekarz Jakubiec! Byłem również u niego, lecz on był takim okulistą - jak ja-księdzem. Rozłożył tylko ręce i rzekł:

- Nie wiem, co panu jest... - zapisał jakąś miksturkę... i ulgi nie było.

Wracałem załamany - pewny, że czeka mnie utrata wzroku... Całkiem przypadkowo podczas rozmowy w pociągu jakaś pani rzekła mi:

- Panie! wy tam w Elblągu macie przecież cudowną okulistkę, która prowadzi oddział okulistyczny przy szpitalu miejskim!

Wreszcie bezcenna wskazówka - i ratunek prawdziwy! Okazało się, że jedyna okulistka z tytułem dr medycyny jest... całkiem pod ręką, w naszym szpitalu na okulistyce, pani dr Clair-Sobieska, żona dyrektora Zamechu w Elblągu. Ten mój felczer-specjalista od penicyliny chyba nawet osobiście ją znał... Tymczasem moja choroba poczyniła takie postępy, że gdybym miał broń, zastrzeliłbym się: boleści były tak potworne, że noce spędzałem, krążąc po mieszkaniu, jak zwierz w klatce.

Pani doktor przyjęła mnie bardzo uroczyście:

- Panie Wacławie! Matka Najświętsza przyprowadziła pana do mnie! Gdyby pan przybył za tydzień, nie mogłabym już nic dla pana zrobić! Choroba herpes zoster jest wirusowa i atakuje zakończenia nerwów ocznych.

Dopiero teraz zaczęto mnie naprawdę leczyć: co dzień dostawałem 10 ml glukozy z vit. C vit. A + vit. E i in. mikroelementami:

- Przecież pan jest szkielet! Ciągle się kłania obóz? Muszę pana postawić na nogi po tej pańskiej kuracji w Stutthofie!

Po dokładnym zbadaniu oczu:

- Co oni z panem zrobili! Pan był dzięki nim na prostej drodze do ślepoty! Czym pana leczono, profesorze?!

- Sześć razy na dobę otrzymywałem zastrzyk penicyliny...

Wzięła się za głowę:

- Boże! co by było, gdyby pan zachorował na przykład na zapalenie płuc?! Pan wie, że penicylina leczy tylko choroby bakteryjne?! nie herpes zoster - wirusowy półpasiec oczny?! Widzi pan? Stał się cud, że Matka Boska skierowała pana do mnie! Pan Bóg pomoże, że wyleczę pana z tego!

Świętej pamięci dr Clair-Sobieska leczyła mnie - z przerwami - 4 lata. Leżę na okulistyce, co 3 miesiące stawiam się w instytucie, bo wyrzucą z pracy, a tu w domu piszczą mały Juleczek i jeszcze mniejsza Ewa... Wreszcie, pod koniec 4 roku pokazały się ropne nacieki - i przyszedł moment krytyczny w mojej chorobie. Rozpacz: grozi ślepota! Jednego dnia ta moja święta dobrodziejka oświadczyła mi:

- Panie profesorze... niech się pan modli gorliwie wraz ze mną! Zaczęłam nowennę do Matki Boskiej Jasnogórskiej w intencji uzdrowienia pana... Czy się pan zgadza? Zabieg będzie bezbolesny, niemęczący i krótki. Potem pozostanie pan w całkowitej ciemności 30 dni - cały miesiąc... Zabiegu dokona moja zastępczyni, pani dr X (muszę zaznaczyć tutaj, że dr Clair-Sobieska była również wykładowczynią na Akademii Medycznej w Gdańsku)... Panie profesorze, będzie miał pan wszczepioną żywą tkankę z błon płodowych pod spojówkę obu oczu. Ja będę w tym czasie w USA na zaproszenie Akademii Medycznej w Y. Mam tam nauczać właśnie tej metody, którą i pana leczę: to zabieg słynnego Fiłatowa, uczonego radzieckiego. Niech się pan cały czas modli! Powrócę za miesiąc - i wówczas się pański los rozstrzygnie...

Przebywanie cały miesiąc z zawiązanymi oczami w całkowitej ciemności nie było łatwe i dało mi przedsmak tego, co by stało się ze mną, gdyby operacja się nie udała... Byłem całkowicie zdany na kolegów-współpacjentów i niższą służbę medyczną... Miałem towarzysza niedoli, który w tym czasie po prostu "tracił światło w oczach" z dnia na dzień! To on mnie teraz oprowadzał, jak przewodnik - ślepca...

Po miesiącu powróciła moja dobra wróżka - śp. dr Clair-Sobieska. Wróciła w sławie i z wielką forsą (takie plotki poszły) - ale jej stosunek do chorych nie zmienił się. Jak zawsze ubrana tylko w szlafroczek (mieszkała przy Szpitalnej vis-a-vis kliniki) odwiedzała nas, swoich pupilków, nawet w nocy:

- Jak się czujemy? Są jakieś życzenia? Czy żona była u pana, panie profesorze?

W przeddzień uwolnienia mnie od ciemności zwróciła się do mnie:

- Panie Wacławie, niech pan żarliwie się modli! Jutro okaże się, czy będzie pan widział!

No, i nadszedł ten dzień, wyglądany z takim utęsknieniem... W ciemni zdjęła mi moja dobrodziejka bandaże, zapaliła maleńką żaróweczkę, jak z najmniejszej latarenki - zajrzała w oczy i wykrzyknęła:

- Profesorze! Matka Najświętsza uczyniła cud! Teraz już szybko będzie panu wracał dawny wzrok! Sokoli wzrok! Przeszczep żywej tkanki się udał!

Pani doktor uścisnęła mnie w zapamiętaniu, ja ucałowałem jej święte dla mnie dłonie...

Dokładnie według jej słów z dnia na dzień poprawiał mi się wzrok...

- Pani doktor, czy ja będę mógł kiedyś czytać?

- Profesorze, to, co mówiłam o powrocie pana do zdrowia - to nie było tylko na pocieszenie! Dzisiaj musi pan używać okularów +5 dioptrii, ale w niedalekiej przyszłości zobaczy pan, że trzeba będzie wkładać coraz słabsze szkła! Teraz ma pan zrosty na rogówce, które panu przeszkadzają w lepszym widzeniu. Wszczepiona żywa tkanka spowoduje po pewnym czasie wchłonięcie wszelkich blizn i zrostów!

Tak było, jakby święty prorok odgadł: może po pół roku a może po roku zacząłem źle widzieć w moich okularach i poszedłem do mojej wybawicielki, a ona:

- Pamięta pan naszą rozmowę na pożegnanie kliniki? Widzi pan, że przewidziałam skutek przeszczepu? Tutaj, proszę, recepta dla pana na szkła +3 dioptrie.

Takie okulary noszę do dziś - świetnie w nich widzę i dużo czytam, oczywiście przestrzegając zasad higieny wzroku i profilaktyki. Już przed operacją rzuciłem też nałogowe palenie. Co jakiś czas odwiedzałem śp. panią doktor i zawsze jej padałem do nóg, dziękując za ocalenie. Starowinka zapominała już pewne zdarzenia, więc często powtarzała:

- Pana już nie pamiętam, ale proszę opowiedzieć swoją historię...

Podczas ostatniego spotkania powiedziała:

- Panie profesorze, niech pan ucieka z Elbląga! Wprawdzie nie wolno mi tego mówić - ale mnie pan nie wyda, prawda? Klimat depresji elbląskiej panu nie sprzyja! Czy pan słyszał o tym?

- Tak, pani doktor. Niemcy i autochtoni Polacy mówili, że urzędników przed wojną zmieniano tutaj co trzy lata. Mieli oni prawo po tym czasie prosić o przeniesienie do wybranego Landu w Reichu. Rozumiem, pani doktor. Z całego serca dziękuję!

I wyprowadziliśmy się do Chorzel... A tam nowy początek kolejnych perypetii - jak to na mojej drodze...

Wacław Pieńkowski

 

 

 

Wacław Pieńkowski - nauczyciel licealny biologii i pedagog, były robotnik przymusowy Trzeciej Rzeszy, aktywny działacz podziemnej Armii Krajowej na Łotwie, były więzień polityczny słynnej w Rydze "Centruszki" oraz więzień obozu koncentracyjnego w Stutthofie, urodził się 18 lutego 1919 roku w Nieszołkach koło Kolna (Białostockie) w rodzinie szlachty zagrodowej. Przed wojną ukończył gimnazjum w Grudziądzu.

Kiedy Niemcy hitlerowskie napadły na Polskę we wrześniu 1939 r., miał 20 lat. Wraz ze starszym bratem Józefem przeszedł szlak bojowy na trasie Grudziądz - Warszawa, we Włocławku zaciągnął się do 14 Pułku Piechoty, brał udział w walkach w obronie Warszawy, tam też po kapitulacji trafił do niewoli. Roboty przymusowe, poniewierka u bauerów, aresztowanie, obóz dla internowanych... Wojenne losy rzuciły go na Łotwę, gdzie jako jeniec pracował na ryskim lotnisku - i tam wstąpił w szeregi AK. Praca konspiracyjna jego organizacji związana była z wywiadem wojskowym, podporządkowanym bezpośrednio gen. Władysławowi Sikorskiemu. Na skutek nie wyjaśnionego do dziś donosu jednego ze współwięźniów cała jego grupa została aresztowana - i wszyscy (ponad 70 osób) trafili do Centralnego Więzienia w Rydze. Później, już po kapitulacji von Paulusa pod Stalingradem, kiedy Armia Czerwona wkroczyła na Łotwę, Wraz z ocalałymi towarzyszami (przywódców  w "Centruszce" rozstrzeliwano) trafia wielkim, liczącym 3 tys. ludzi transportem do hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Stutthof. Jego wyzwolenie nastąpiło w trakcie słynnego "Marszu Śmierci" w marcu 1945 roku.

Po wojnie wraca do Grudziądza, gdzie poszerza swoje wykształcenie na kursach nauczycielskich, podejmuje pracę i zakłada szczęśliwą rodzinę, następnie kończy studia dzienne na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku  na kierunkach biologia i, równolegle, pedagogika. Jest inwalidą wojennym, jednak w szkole pracuje z wielkim poświęceniem - ma poczucie misji (płace w tym zawodzie zawsze były niewspółmiernie niskie).

Wielokrotnie nagradzany i wyróżniany, m.in. szczególnie dla niego cennym medalem "Zasłużony dla Ziemi Gdańskiej" oraz "Złotym Krzyżem Zasługi". Zawsze niepokorny i często skłócony z ówczesnymi władzami - ma jednak wielki mir wśród swoich uczniów. Jako wieloletni dyrektor wielu placówek oświatowych: Liceum Ogólnokształcącego w Chorzelach na Mazowszu a potem Liceum Pedagogicznego w Żukowie k. Gdańska, Szkoły Podstawowej w Skrzeszewie na Kaszubach i Poradni Wychowawczo-Zawodowej w Wąbrzeźnie k. Grudziądza kładzie zręby powojennej edukacji w zniszczonej wojną Polsce.

Na emeryturę przechodzi w wieku 65 lat. Umiera w Poznaniu 16 czerwca 1994r.


portal LM; sierpień, wrzesień, październik 2014