Ród Gołowliowych

Kategoria: proza Opublikowano: środa, 13, sierpień 2014 Drukuj E-mail


Michał Sołtykow-Szczedrin

(fragment powieści)


Rozdział I - SĄD RODZINNY

Któregoś dnia zarządca oddalonych folwarków, Anton Wasiljew, kończył właśnie przed swą panią, Ariną Pietrowną Gołowliową, relację swoją z podróży do Moskwy w sprawie pieniędzy od chłopów przebywających tam na paszportach. Akurat otrzymał jej zgodę na wizytę u dziewek służebnych, gdy nagle jakoś dziwnie zawahał się, jakby miał coś jeszcze do powiedzenia, coś, o czym chciałby, lecz... boi się mówić.

Arina Pietrowna, która na wylot znała nie tylko najdrobniejsze gesty, ale i tajne zamysły swoich ludzi, natychmiast zjeżyła się.

- Coś jeszcze? - spytała, patrząc na rządcę badawczo.

- To wszystko-s - próbował się wymigać Anton Wasiljew.

- Nie łżyj! Coś jeszcze! Po oczach widzę!

Ten wszakże wahał się i nadal przestępował z nogi na nogę.

- No, jakaż to sprawa? - kategorycznie zażądała pani. - Mów! Nie merdaj chwostem... ty Pleciugo!

Lubiła nadawać przezwiska swoim ludziom. Antona Wasiljewa przezwała "Pleciugą" nie dlatego, żeby był kiedy przyłapany na umyślnej zdradzie, a za to, że nie panował nad językiem. Zarządzana przez niego posiadłość miała w centrum dużą wieś kupiecką, gdzie było sporo karczm. To tam właśnie lubił popijać sobie herbatkę, chwalić się przy ludziach władzą swej dziedziczki i w czasie tych przechwałek bezwiednie wszystko wynosił na światło dzienne. A że Arina Pietrowna miała rozliczne procesy w sądzie, jego paplanina ujawniała machinacje pani, zanim jeszcze mogły być wdrożone.

- Ano jest, w rzeczy samej... - wymamrotał w końcu.

- No? Co takiego? - zdenerwowała się Arina Pietrowna.

Jako kobieta władcza a przy tym w dużym stopniu obdarzona twórczym duchem w jednej chwili wyrysowała sobie obraz wszelkich przeciwności i kłopotów i tak się przejęła, że aż pobladła i zerwała z fotela.

- Stiepan Władimirycz dom sprzedał w Moskwie... - powiadomił przeciągle rządca.

- Ach tak?!

- Sprzedał-s.

- Czemu? Jak? Nie ciągnij! Mów!

- Za długi... Chyba! Wiadomo… gdyby nie to, nie sprzedawaliby.

- A więc sprzedała policja? Sąd?

- Znaczy... Chyba tak. Gadają, że dom poszedł w licytacji za osiem tysięcy.

Arina Pietrowna ciężko opadła na fotel i zagapiła w okno. W pierwszej chwili snadź aż ją to ogłuszyło. Gdyby powiedziano, że Stiepan Władimirycz zabił kogoś, że gołowliowscy chłopi zbuntowali się albo że zniesiono pańszczyznę - nawet wtedy nie tak byłaby porażona. Wargi jej poruszały się, oczy patrzyły gdzieś w dal, lecz nic nie widziały. Nie zauważyła nawet, jak jedna z dziewcząt, Duniaszka, biegiem rzuciła się mimo jej okna, zakrywając coś zapaską, i raptem, ujrzawszy tam panią, jak w ukropie zakręciła się i pomału zawróciła (innym razem podobny wypadek wywołałby całe śledztwo). Wreszcie jednak Arina Pietrowna oprzytomniała i rzekła:

- A to pociecha!

Po czym nastąpiło kilka minut groźnego milczenia.

- To powiadasz, że policja sprzedała dom za osiem tysięcy?

- Tak.

- Oto - błogosławieństwo rodzicielskie! Dobry sobie... Podlec!

Arina Pietrowna czuła, że w związku z tą nowiną musi podjąć natychmiastowe kroki, lecz nic nie mogła uczynić, bo myśli jej plątały się całkiem w przeciwnych kierunkach. Z jednej strony: "Policja sprzedała! Przecie nie od razu! Pewnie i opis był, wycena, ogłoszenie o licytacji? Dom poszedł za osiem tysięcy, gdy tymczasem ona za niego dwa lata temu własnymi rękoma 12 tysięcy co do kopiejki wyłożyła! Gdyby to wcześniej wiedzieć, sama by go za 8 tysięcy na aukcji nabyła!" Z drugiej strony przychodziło do głowy i to: "Policja dom za 8 tysięcy sprzedała! Oto rodzicielskie błogosławieństwo! Diabelec! Za 8 tysięcy roztrwonił rodzicielskie błogosławieństwo!"

- Od kogo to słyszałeś? - spytała w końcu, ostatecznie pojmując, że dom już przepadł, i nadzieja jego odzyskania za niską cenę bezpowrotnie stracona.

- Karczmarz, Iwan Michajłow, powiadał.

- A czemu mnie nie uprzedził?

- Pewnie zląkł się.

- Zląkł się! Już ja mu pokażę: "zląkł się"! Zawezwać go z Moskwy i jak się zjawi - zaraz na komisję poborową, i łeb zgolić! "Zląkł się"!

Choć prawo pańszczyźniane było już u schyłku, wciąż jednak istniało. Anton Wasiljew nieraz musiał słuchać najbardziej oryginalnych poleceń, aliści ta jej decyzja była tak nieoczekiwana, że nawet jemu zrobiło się nieswojo. Poniewoli też wspomniał przy tym swoje przezwisko "Pleciuga". Iwan Michajłycz to chłop solidny, co do którego i do głowy przyjść nie mogło, by jakaś bieda mogła go spotkać. Nadto to jego serdeczny przyjaciel i kum – a tu ni z gruszki, ni z pietruszki go... w rekruty! I tylko dlatego, że to on, Anton Wasiljew, jak ta papuga, nie potrafił przytrzymać języka za zębami!

- Wybaczcie... Iwanowi - to Michajłyczowi! - ujął się za swojakiem.

- A idźżeż... Też mi poplecznik!- przykrzyknęła nań pani takim głosem, że nawet nie dumał upierać się przy dalszym wstawiennictwie.

Nim jednak przejdziemy do dalszego ciągu mej opowieści, poproszę czytelnika, by bliżej zapoznał się z Ariną Pietrowną i jej sytuacją rodzinną.

 

Arina Pietrowna to niewiasta około sześćdziesiątki, lecz jeszcze rześka i nawykła żyć wedle swego widzimisię. Trzyma się groźnie; jednoosobowo i bez żadnej kontroli zarządza potężnym gołowliowskim majątkiem, żyje samotnie, rozważnie, nieledwie skąpo, z sąsiadami nie kuma się, dla władz lokalnych spolegliwa, od dzieci zaś wymaga takiego posłuchu, by przy każdym swym postępku pytały siebie: a co na to mamunia? W ogóle charakter ma samowolny, nieustępliwy, w pewnym sensie niepokorny, czemu, nawiasem mówiąc, niemało sprzyja to, że w całej rodzinie nie ma nikogo, kto mógłby się jej w czymkolwiek przeciwstawić. Mąż - lekkoduch i pijanica (Arina Pietrowna mawia o sobie, że jest ni wdową, ni żoną); dzieci posady objęły już to w Petersburgu, już to poszły w ślady ojca i jako "uprzykrzone" nie są dopuszczane do żadnych interesów. W tych warunkach wcześnie poczuła się osamotnioną tak, że prawdę rzekłszy, całkiem nawet odwykła od życia rodzinnego, chociaż słowo "rodzina" nie schodzi z jej ust, i na pozór wszystkimi jej poczynaniami kierują wyłącznie bezustanne zabiegi o urządzenie spraw rodzinnych.

Głowa rodziny, Władimir Michajłycz Gołowliow, jeszcze za młodu znany był ze swego nierównego i skłonnego do wygłupów charakteru, i dla Ariny Pietrownej, zawsze wyróżniającej się powagą i rzeczowością, nigdy niczego sympatycznego sobą nie reprezentował. Wiódł żywot nieroba i wałkonia, najczęściej zamykał się w swoim gabinecie, naśladował śpiew szpaków, pianie kogutów itd. i zajmował pisaniem tzw. "kupletów". W chwilach szczerości chwalił się, że był przyjacielem samego Barkowa i że ten ostatni jakoby nawet błogosławił go na łożu śmierci. Arina Pietrowna z mety przekreśliła "potwory" swego męża, nazywała je paskudztwem i błazenadą, a ponieważ Władimir Michajłycz właściwie jedynie po to i żenił się, by zawsze mieć pod ręką słuchacza dla swych "poezji", więc to jasne, że małżeńskie niesnaski niedługo na się czekały. Stopniowo narastając i nabierając bezwzględności, kłótnie te skończyły się ze strony żony pełnym i lekceważącym zobojętnieniem w stosunku do męża-pajaca, ze strony zaś męża - prawdziwą nienawiścią do niej, nienawiścią, w której była znaczna doza bojaźni. On nazywał ją "wiedźmą" i "czartem", ona go - "wiatrakiem" i "bezstrunną bałałajką". Pozostając w takich stosunkach, żyli ze sobą już przeszło lat 40, i nigdy ni jemu, ni jej nawet na myśl nie przyszło, iż podobny układ jest sprzeczny z naturą. Z biegiem lat skłonność Władimira Michajłycza do wyskoków nie tylko nie zmalała, lecz nawet nabrała jeszcze bardziej złośliwego charakteru. Niezależnie od ćwiczeń wierszoklety w duchu Barkowa zaczął sobie popijać i ochoczo czatował w korytarzu na pokojówki. Początkowo pani odniosła się do tego nowego zajęcia męża ze wstrętem i nawet niepokojem (w czym wszakże więcej było nawyku posiadania aniżeli zwykłej zazdrości), lecz potem machnęła ręką i strzegła jedynie, by dziewki-poganki nie przyniosły jakiego bękarta. Od tej pory, powiedziawszy sobie raz na zawsze, że mąż dla niej - nie para, całą swą uwagę skierowała wyłącznie na jedno: na pomnażanie gołowliowskiego majątku, i istotnie, w ciągu owego 40-letniego pożycia zdążyła swe posiadłości powiększyć dziesięciokrotnie. Z zadziwiającą wytrwałością i bystrością śledziła dalsze i bliższe wioski, w sekrecie dowiadywała się o kontaktach ich właścicieli z radą nadzorczą i zawsze jak grom z jasnego nieba zjawiała się na licytacjach. W wirze tej fantastycznej pogoni za każdym dogodnym nabytkiem Władimir Michajłycz schodził coraz dalej na drugi i trzeci plan, aż w końcu całkiem zdziczał.

W chwili, gdy zaczyna się niniejsza opowieść, był to już zgrzybiały starzec, który prawie nie opuszczał pościeli, a jeśli nawet wychodził z sypialni, to jedynie po to, by wsunąć głowę w półotwarte drzwi pokoju żony, wrzasnąć: "Diablica!" - i skryć się ponownie.

Niewiele więcej pociechy miała z dzieci. Była zbyt niezależną, jak to mówią, kawalerską naturą, by widzieć w macierzyństwie coś więcej jak tylko zbędny balast. Swobodnie oddychała jedynie wtedy, jak była sam na sam ze swym liczydłem i zarządzeniami, gdy nikt jej nie przeszkadzał w interesach, w rozmowach z rządcami, dzierżawcami, klucznicami itd. W jej pojęciu dzieci były jednym z tych fatalnych uwarunkowań życia, wobec których nie czuła się uprawniona do protestu, lecz które tym niemniej nie potrącały żadnej struny jej istoty, we wszystkim oddanej niezliczonym drobiazgom „urządzania się”.

Dzieci miała czworo: trzech synów i córkę. O najstarszym synu i o córce nawet mówić nie chciała, w stosunku do najmłodszego była mniej lub bardziej obojętna, i tylko średniego, Porfiszkę, nie to, że kochała, a jakby... budził w niej lęk.

Stiepan Władimirycz, najstarszy syn, o którym mowa w niniejszym rozdziale, słynął w rodzinie pod imieniem Stiopki-obiboka i Stiopki-gałgana. Bardzo wcześnie popadł w liczbę "uprzykrzonych" i już od małego grał w domu rolę ni to pariasa, ni to błazna. Na swe nieszczęście był zdolny, zbyt chętnie i nader szybko chwytał wrażenia, podsuwane przez otoczenie. Po ojcu przejął niewyczerpaną psotliwość, po matce - łatwość bystrego zgadywania ludzkich słabostek. Dzięki pierwszej cesze stał się wkrótce pupilkiem ojca, co jeszcze bardziej pogłębiało niełaskawość matki. Często pod jej nieobecność, spowodowaną interesami, ojciec i syn-wyrostek oddalali się do gabinetu, ozdobionego portretami Barkowa, czytywali frywolne „wierszyki” i plotkowali, przy czym najwięcej dostawało się "wiedźmie", tj. Arinie Pietrownie. Aliści "wiedźma", jakby szóstym zmysłem wiedziona, zawsze odgadywała ich zajęcia; bezszelestnie zajeżdżała przed ganek, na paluszkach podchodziła do drzwi gabinetu i podsłuchiwała ich wesołych pogwarek. Po czym następowało natychmiastowe i niemiłosierne lanie. Stiopka jednak nie poddawał się: był kompletnie nieczuły ni na baty, ni na pouczenia - i po godzinie znowu robił swoje. A to chustkę dziewki Aniutki w kawałki potnie, to sennemu Wasiutce much napcha do gęby, to zakradnie się do kuchni i ciasto ściągnie (dzieci Arina Pietrowna dla ekonomii trzyma na pół głodne), które to ciasto zresztą zaraz też między braci podzieli.

- Toż zabić cię mało! - stale powtarzała matka. - Zatłukę i za nic nie będę odpowiadać! Sam car nie skaże!

Nieustanne takie poniżanie, trafiając na podatny charakter, łatwo wszystko puszczający w niepamięć, nie pozostało bez echa. W rezultacie dało nie okrucieństwo, nie protest, a uformowało osobowość niewolnika, skorą do bufonady, nie znającą poczucia miary i pozbawioną wszelkiej przezorności. Podobne natury poddają się każdemu wpływowi i mogą się stać, czym chcecie: pijakami, żebrakami, pajacami a nawet kryminalistami.

W wieku lat bez mała 20 Stiepan Gołowliow ukończył jedno z moskiewskich gimnazjów i wstąpił na uniwersytet. Gorzkie jednak były to studia: po pierwsze, matka dawała mu tylko tyle, by nie umarł z nędzy, po drugie, nie przejawiał najmniejszego zapału do nauki. Zamiast tego zagnieździł się w nim nieszczęsny dar, wyrażający się zwłaszcza w małpowaniu innych; po trzecie, nieustannie cierpiał na głód czyjejś obecności i nawet przez chwilę nie potrafił być sam. Dlatego właśnie poprzestał na swej roli ubogiego, z litości wziętego domownika i pique-assiette'a, a dzięki swej podatności na wszystko już wkrótce został faworytem co zamożniejszych studentów. Ci jednak, dopuszczając go do komitywy, wszak dobrze wiedzieli, że jest dla nich nikim, jest zaledwie pocieszny, i w tym właśnie sensie ustaliła się jego reputacja. Raz stanąwszy na takim gruncie, w sposób naturalny ciążył wciąż niżej i niżej, aż wreszcie pod koniec 4 roku studiów zbłaźnił się definitywnie. Mimo to dzięki łatwości szybkiego przyswajania sobie i zapamiętywania wszystkiego, co tylko usłyszał, egzamin zdał pomyślnie i otrzymał tytuł magistra.

Kiedy zjawił się u matki z dyplomem, ta tylko wzruszyła ramionami i rzekła: - Dziw nad dziwy! Po czym, przetrzymawszy go miesiąc na wsi, wyprawiła do Petersburga, na utrzymanie wyznaczając mu 100 rubli miesięcznie. Zaczęła się pielgrzymka po departamentach i kancelariach. Protekcji żadnej nie miał, chęci utorowania sobie drogi własnym trudem - zero. Bezczynna myśl młodego człowieka tak odzwyczaiła się do wszelkiego skupienia, że zwykłe biurowe prace w rodzaju notatki sprawozdawczej czy wyciągu ze sprawy okazywały się dla niego nad siły. Cztery lata tłukł się Gołowliow po Petersburgu, aż w końcu musiał przyjąć do świadomości, że perspektywa urządzenia się w randze wyżej gryzipiórka dla niego - to miraż. W odpowiedzi na jego biadolenia Arina Pietrowna napisała groźny list, rozpoczynający się słowami: "Byłam o tym przekonana" i kończący się poleceniem stawienia w Moskwie. Tam, na naradzie, w której uczestniczyli protegowani dziedziczki, postanowiono Stiopkę-obiboka skierować do sądu nadwornego, poruczając go pieczy człowieka, który od lat prowadził w stolicy gołowliowskie interesa. Co porabiał Stiepan Władimirycz w tym sądzie i jak mu się wiodło - nie wiadomo, dość, że po trzech latach już tam go nie było. Wówczas matka zdecydowała się na krok ostateczny i "rzuciła synowi ogryzek", który zresztą miał sobą przedstawiać owo "rodzicielskie błogosławieństwo". Ogryzkiem tym był dom w Moskwie, za który zapłaciła 12 tys. rubli.

Pierwszy to raz w swoim życiu Stiepan Gołowliow odetchnął pełną piersią. Dom mógł przynosić nawet tysiąc rubli srebrem dochodu rocznie, i w porównaniu z tym, co było, suma ta wydawała się istną fortuną. Z zapałem ucałował dłoń mamuni ("No-no! uważaj, wałkoniu! Na nic więcej nie licz!" - usłyszał tylko) i przyrzekł na okazaną łaskę w pełni zasłużyć. Niestety! Tak nie nawykł obracać dużymi pieniędzmi, tak głupio pojmował potrzeby prawdziwego życia, że nie na długo starczyło tego wyśnionego tysiąca rocznie. W jakie 4 - 5 lat wypalił się do cna i naprawdę wielce był rad, jak udało mu się zaciągnąć jako podmiana do pospolitego ruszenia, które akurat w owym czasie formowano. Rekruci zresztą doszli zaledwie do Charkowa, gdyż podpisano pokój, i Gołowliow wrócił do Moskwy. Dom jego był już sprzedany. Stiopka-obibok miał na sobie mundur rekruta, dosyć jednak wytarty, na nogach - buty z cholewami, a w kieszeni - sto rubli. Z takim to kapitałem puścił się w spekulacje, tj. zaczął grać w karty i niebawem przehulał wszystko. Zaczął chodzić po prośbie i odwiedzać zasiedziałych w Moskwie matczynych chłopów, żyjących tam na własnym garnuszku: u jednych jadał obiady, u innych wypraszał ćwiartkę tabaki, jeszcze gdzieś pożyczał drobne. W końcu jednak nastał moment, gdy jak to się mówi, stanął twarzą w twarz ze ślepym murem. Zbliżał się mu czwarty krzyżyk, i zmuszony był przyznać, że dalsza włóczęga - nie na jego siły. Pozostawała jedyna droga - do Gołowliowa.

Po Stiepanie Władimiryczu najstarszym dzieckiem była córka, Anna Władimirowna, o której matka również nie chciała mówić.

Rzecz w tym, że Arina Pietrowna miała co do Anusi wielkie plany, a tymczasem Anusia nie tylko nie spełniła pokładanych w niej nadziei, lecz zamiast tego uczyniła skandal na cały powiat. Jak tylko ukończyła pensję, matka umieściła ją na wsi, by mieć darmowego pisarza i księgowego w domu, jednak pewnej pięknej nocy córka uciekła z podporucznikiem kawalerii Ułanowem i wzięła z nim ślub.

- Tak, bez błogosławieństwa rodziców, pożenili się, jak te pieski! - pomstowała matka. - Dobrze jeszcze, że mężulek do ołtarza zaprowadził! Drugi by wykorzystał - i w nogi! Szukajcie wiatru!

Również z Anusią postąpiła podobnie zdecydowanie, jak z "uprzykrzonym" synem: wzięła i wyrzuciła jej "ogryzek". Wydzieliła jej kapitału na 5 tysięcy oraz wiosczynę z trzydziestką dusz i zapadłą sadybą, gdzie wiało z wszystkich okien, a w podłogach nie było jednej klepki całej. W ciągu bez mała czterech lat młodzi kapitał przejedli, i podporucznik kawalerii przepadł bez wieści, zostawiając żonę z dwiema córeczkami -bliźniaczkami: Aniusią i Liubusią. Wrychle też zmarła sama Anna Władimirowna, więc Arina Pietrowna rad nie rad sierotki przytulić musiała. Co też uczyniła, ulokowawszy wnuczki w przybudówce i poruczając je opiece garbatej starowinki Pelasi.

- Bóg miłościw! - mówiła przy tym, - Sierotki chleba bóg wie ile nie zjedzą, a dla mnie na stare lata - pociecha! Jedną córunię bóg wziął - oddał dwie!

I w tym czasie pisała do syna Porfirego Władimirycza: "Jak żyła twoja siostrzyca błądząc, tak też i umarła, podrzucając mi na kark swoją dwójkę szczeniąt..."

A tak w ogóle, jak by cyniczną nie była podobna uwaga, sprawiedliwość nakazuje przyznać, że oba te przypadki, z powodu których miało miejsce owo "rzucanie ogryzków", nie tylko nie naniosły żadnego uszczerbku w finansach Ariny Pietrowny, ale pośrednio nawet sprzyjały zaokrągleniu się majątku, skracając liczbę gąb do nakarmienia. Albowiem dziedziczka była niewiastą surowych zasad i, raz wyrzuciwszy ogryzek, wszelkie swoje obowiązki względem uprzykrzonych dzieci uważała za skończone. Nawet kiedy myślała o sierotkach-wnuczkach, jakoś nigdy nie przychodziło jej do głowy, że z czasem coś będzie musiała im jednak wydzielić. Starała się jedynie z maleńkiego majątku, przypisanego nieboszczce Annie Władimirownej, wycisnąć jak najwięcej - i to, co udało się wydusić, odkładała do kasy opiekuńczej. Mawiała wtedy:

- Ot, i dla sierotek oszczędzam, a że kosztują mnie one i talerz, i utrzymanie, i opiekę - nic za to nie biorę! Za moje serce widać tylko bóg mi zapłaci!

Wreszcie - młodsze dzieci: Porfiry i Paweł; obaj byli na służbie w Petersburgu: pierwszy w cywilu, drugi w armii. Porfiry był żonaty, Paweł zaś wiódł żywot kawalera.

Porfiry znany był w rodzinie pod trzema przezwiskami: Judaszka, Pijaweczki i Szczerego Chłopczyny. Jeszcze w dzieciństwie nazwał go tak Stiopka-obibok. Porfiry już od powicia lubił popieścić się u kolan najmilszej mamuni, ukradkiem pocałować ją w ramionko, a czasem też poszeptać troszeńkę na uszko.

Bywało, bezszelestnie otworzy drzwi do pokoju matki, bezszelestnie zakradnie się do kątka, usiądzie i jak zaczarowany z oka nie spuszcza mateczki, dopokąd ta pisze albo morduje się z liczydłem. Ale już wówczas Arina Pietrowna z niejaką podejrzliwością odnosiła się do owych synowskich przymilań. Już wtedy ten bacznie na nią skierowany wzrok był dla niej jakiś zagadkowy, i nijak nie mogła określić, co właściwie sączy z siebie owo wpatrywanie się: jad czy synowski respekt.

- I sama nie wiem, co to za oczy toto ma? - rozważała sam na sam ze sobą, - Spojrzy - jakby pętlę zarzucał! Tak już trucizną polewa, tak przynętę sypie!

I przypominały się jej wielce znamienne szczegóły z okresu, jak była brzemienna Porfiszką. Mieszkał naówczas u nich we dworze pobożny starzec - jasnowidz, którego wołano Błogim Porfiszą, i do którego zawsze zwracała się, chcąc poznać przyszłość. Tenże  starzec, spytany, czy szybko nastąpi rozwiązanie i kogo da jej bóg, syna czy córkę - tak wprost to nic nie powiedział, tylko trzy razy zapiał jak kogut, po czym wymamrotał:

- Kogutek, kogutek! Ostry pazurek! Kogut pieje, kokoszce grozi, kokoszka ko-ko-ko!, ale za późno!

I tyle. Po trzech dniach jednak (otóż to - trzy razy zapiał!) powiła syna (ano, właśnie - kogutek, kogutek!), którego na cześć starca-wróżbity nazwano Porfirym...

Pierwsza połowa proroctwa spełniła się; co jednak znaczyły dziwne słowa: "kokoszka ko-ko-ko!, ale za późno!"? - głowiła się Arina Pietrowna, spoglądając spod dłoni na Porfiszkę, kiedy ten tkwił w swoim kącie i wpatrywał w nią swym dziwnym spojrzeniem.

Porfisza zaś wciąż siedział sobie milutko i bezgłośnie i patrzył na nią, patrzył tak uważnie, że aż szeroko otwarte i nieruchome jego oczy zachodziły łzami. Jak gdyby przejrzał wątpliwości, targające duszą matki, i zachowywał się tak rozważnie, że najbardziej nawet nieufna podejrzliwość - i ta musiałaby uznać się za bezbronną wobec jego potulności. Ryzykując nawet uprzykrzyć się matce, nieustannie kręcił się na jej oczach, jakby mówiąc: "Patrz! Nic nie ukrywam! Cały jestem posłuszeństwem i oddaniem, i to nie ze strachu a wedle sumienia". Jak mocno by nie przemawiała w niej pewność, że Porfiszka - to podlec i tylko merda ogonem, a oczami jednak pętlę zarzuca, w obliczu takiego samozaparcia i jej serce miękło. I ręka jej bezwiednie szukała lepszego kąska, by dać go miłującemu synowi, chociaż sam widok tego syna podnosił w jej duszy nieokreślony lęk przed czymś zagadkowym, niedobrym.

Całkowitym przeciwieństwem Porfirego był jego brat, Paweł Władimirycz - najpełniejsze ucieleśnienie człowieka pozbawionego jakichkolwiek uczynków. Już jako chłopczyk nie wykazywał najmniejszych skłonności ni do nauki, ni do zabawy, ni do przebywania w towarzystwie; wolał stać na uboczu, z dala od ludzi. Bywało zaszyje się gdzieś, naburmuszy i zaczyna fantazjować. A to że najadł się mąki z prażonego owsa i że nogi mu od tego schudły jak patyki - i nie uczy się. To znowu że nie jest Pawłem - synem dziedzica, a Dawydką - pastuchem, że na czole wyrósł mu guz, jak u Dawydki, że strzela z bicza i - nie uczy się. Spojrzy - popatrzy czasem Arina Pietrowna na niego, i aż zakipi w jej sercu matczynym.

- I coś się tak nadął, jak ta mysz na krupy! - nie ścierpi i przykrzyknie na niego, - A może już teraz jad w tobie się gotuje! Ale podejść do matki, poprosić: przytul mnie, kochana mamuniu - tego nie potrafisz!

Pawłusza jak automat porzucał swe miejsce i wolno, jakby go kto pchał w plecy, zbliżał do matki.

- Mamuniu, proszę, - powtarzał za nią jakimś nienaturalnym jak na takie dziecko basem, - przytul mnie, kochana mamusiu!

- Won z oczu... milczku jakiś! Myślisz, że jak się już wciśniesz w ten swój kąt, to ja nie pojmuję? Pojmuję cię na wylot, gołąbku! Wszystkie twoje plany-projekty widzę jak na dłoni!

I Paweł tym samym wolnym krokiem wracał z powrotem i znowu chował się w swojej skorupie.

Mijały lata, i z biegiem czasu ukształtowała się w nim ta apatyczna i dziwnie ponura mentalność, jaka znamionuje ludzi niezdolnych do działania. Może i był dobry, lecz nikomu dobra nie wyświadczył; być może nawet był niegłupi, ale w życiu nie zrobił nic mądrego. Był gościnny, lecz nikt nie łaszczył się na jego zaprosiny; chętnie trwonił pieniądze, jednakże nic pożytecznego czy przyjemnego z tego nie wynikało - dla nikogo; nigdy też nikogo nie obraził, ale nikt też nie poczytywał mu tego za zaletę; był szlachetny, wszak nie słyszano, by ktokolwiek powiedział o nim: jakżeż szlachetnie Gołowliow postąpił w takim to a takim przypadku! Na domiar wszystkiego nierzadko odgryzał się matce, zarazem bojąc się jej, jak ognia. Powtarzam: był to ponury człowiek, ale za jego ponuractwem krył się brak jakiegokolwiek czynu - i tyle.

W wieku dojrzałym różnica charakterów obu braci najbardziej ostro wyraziła się w ich stosunku właśnie do matki. Judaszek co tydzień akuratnie wysyłał mamuni obszerną epistołę, w której dokładnie informował ją o wszelkich szczegółach petersburskiego życia i w najwyszukańszych słowach zapewniał o swoim bezinteresownym synowskim oddaniu. Paweł zaś pisywał rzadko i krótko, czasami nawet zagadkowo, jakby kleszczami ciągnął z siebie każdy wyraz.

"Pieniądze w takich to a takich ilościach i na taki to a taki termin, nieoceniona moja Mamuniu, od Twego zaufanego chłopa Jerofiejewa otrzymałem, - powiadamiał np. Porfiry, - i za ich przesyłkę na moje utrzymanie, zgodnie z Waszą, miła Mamuniu, łaskawą wolą, wznoszę serdeczne dziękczynienia i z niekłamanym synowskim oddaniem całuję rączki Wasze. Jedno mnie tylko smuci i sumienie gryzie: czy aby nie nazbyt trudzicie drogocenne zdrowie Wasze nieustanną troską, by spełniać nie tylko nasze potrzeby, ale i kaprysy?! Nie wiem jak brat, ale ja..." itd. Paweł zaś z tego samego powodu wyrażał się następująco: "Pieniądze w ilości takiej to a takiej na taki to a taki okres, droga Rodzicielko, otrzymałem, i według moich obliczeń powinienem jeszcze dostać 6 i pół rubla, co z szacunkiem proszę mi wybaczyć". Kiedy Arina Pietrowna słała im wymówki z powodu ich rozrzutności (co zdarzało się nierzadko, chociaż poważnej przyczyny po temu nie było), Porfiszka zawsze przyjmował te uwagi pokornie i pisał: "Wiem, droga Mamuniu, że ponosicie z naszego powodu zbyt wielkie ciężary - dla nas, niegodnych dzieci Waszych; wiem, że często swym zachowaniem nie zasługujemy na Waszą matczyną troskę, i co gorsza, z właściwym ludziom błędnym podejściem, nawet o tym nie pamiętamy, co żarliwie proszę wybaczyć w nadziei, że z czasem od tej wady się uwolnię i będę uważniejszy w wydawaniu pieniędzy przysyłanych przez Was, bezcenna droga Mamuniu, na moje utrzymanie i pozostałe wydatki". Paweł natomiast odpowiadał tak: "Droga Rodzicielko! Chociaż żeście jak dotąd długów za mnie nie płacili, to wymówkę, żem rozrzutny, przyjmuję, o czym proszę przyjąć czułe zapewnienie". Nawet na list, powiadamiający ich o śmierci siostry, Anny Władimirownej, obaj bracia odezwali się każdy inaczej. Porfiry pisał: "Wieść o zgonie drogiej Siostry i miłej towarzyszki dzieciństwa poraziła me serce żalem, który jeszcze bardziej wzrósł na myśl, że Wam, droga Mamuniu, zesłany został kolejny krzyż w osobie dwóch maleńkich sierotek. Nie dość, że Wy, Dobrodziejka nasza, od ust sobie odejmujecie, i nie szczędząc zdrowia, wszystkie siły poświęcacie, by rodzinie zapewnić nie tylko to, co niezbędne, ale i to, co jest zbytkiem? Zaiste, choć to i grzech, ale czasem poniewoli i zaprotestujesz. I tylko jedna jest, mniemam, dla Was ucieczka - oto jak najczęściej sobie przypominać, ile wycierpiał sam Chrystus". Paweł natomiast pisał: "Wiadomość o śmierci Siostry, która padła ofiarą, otrzymałem. Co do reszty, mam nadzieję, że Wszechmocny uciszy Ją w swych progach, chociaż tego też nie wiemy."

Czytywała te synowskie listy Arina Pietrowna i wciąż starała się odgadnąć, który to z synów będzie jej gubicielem. Przeczyta list Porfirego Władimirycza i zdaje się jej, że to ten właśnie jest tym lutym jej wrogiem.

- Widzicie, jak pisze! Jak ozorem miele! - wołała. - Nie darmo Stiopka-obibok Judaszkiem go ochrzcił! Przecie tu ani jednego słowa szczerego! Wszystko to kłamstwa wierutne! I "droga Mamuniu", i o moich krzyżach... Nic takiego on nie czuje!

Weźmie potem list Pawła, i znowu majaczy, że to właśnie ten jest jej przyszłym katem.

- Jak ta stołowa noga głupi, a patrzcie tylko, jak to cichcem matkę do wiatru wystawia! "o czym proszę przyjąć czułe zapewnienie"! Rzucę ci, jak Stiopce, ogryzek - to zobaczysz, jak ja pojmuję te twoje "zapewnienia"!

I jak ostatni akord z jej piersi matczynej wyrywał się prawdziwie tragiczny jęk:

- I dla kogóż to ja te krocie gromadzę! dla kogo oszczędzam! Nocy nie dosypiam, nie dojadam... dla kogo?!

Tak wyglądała sytuacja rodziny Gołowliowych w chwili, gdy rządca Anton Wasiljew powiadomił panią o roztrwonieniu przez Stiopkę-obiboka "wyrzuconego ogryzka", który to ogryzek z racji, że został sprzedany za bezcen, nabrał dla tego "rodzicielskiego błogosławieństwa" szczególnego wyrazu.

 

Arina Pietrowna siedziała już w sypialni i wciąż nie mogła dojść do siebie. W duszy jej poruszało się coś, z czego nie umiała zdać sobie sprawy. Czy miało w tym udział cudem jakimś zjawiające się współczucie dla uprzykrzonego bądź co bądź syna, czy też przemawiało w niej tylko uczucie urażonej samowoli - nie mógłby tego dociec najbardziej nawet doświadczony psycholog: tak gmatwały się i błyskawicznie zmieniały jej odczucia i wrażenia. Wreszcie z całej tej plątaniny przeżyć jaśniej niż inne zarysowała się obawa, że "uprzykrzony" znowu zwali się na jej kark.

"Aniutka upchnęła mi swoje szczenięta, a tu jeszcze ten obibok..." - rozważała w duchu.

Długo tak przesiedziała, nie mówiąc ni słowa i patrząc przez okno w jeden punkt. Przyniesiono obiad, którego prawie nie tknęła; przysłano przekazać, że pan wódki prosi - nie odwracając się, cisnęła za siebie klucz od spiżarni. Po obiedzie poszła do kaplicy, nakazała zaświecić wszystkie kaganki i zamknęła się, uprzednio zarządzając, by napalono w piecu. Wszystko to było niechybną oznaką jej "gniewu", i dom nagle umilkł, jakby zamarł. Pokojówki chodziły na paluszkach; klucznica Akulina kręciła się, jak pomieszana: po obiedzie naznaczono smażenie konfitur, i oto nadszedł czas, jagody już oczyszczone, gotowe, a od pani ni polecenia, ni odwołania; sadownik Matwiej przyszedł pytać, czy nie pora zerwać brzoskwinie, ale z pokoju dziewcząt tak na niego zamachano rękoma, że zmył się czym prędzej.

Pomodliwszy się i wykąpawszy w łaźni, Arina Pietrowna poczuła się nieco spokojniejszą i ponownie wezwała do siebie Antona Wasiljewa.

- No, a co tam obibok porabia? - spytała.

- Moskwa jest wielka - i w rok jej nie obejdziesz!

- Ale jeść-pić przecie chyba też musi?

- Przy chłopkach swoich z głodu nie pomrze. U jednego zje obiad, u drugiego na tabak grzywnę wyprosi.

- A któż im pozwolił?!

- Zmiłujcie się, pani! Czy to się na co skarżą? Obcym dadzą a swojemu by odmówili?

- Już ja im dam... rozdawaczom! Ześlę obiboka na ojcowiznę do ciebie, i utrzymujcie go sobie całą gminą na swoim chlebie.

- Cała władza w pani ręku, pani.

- Co? Coś powiedział?

- Powiedziałżem: wola wasza, pani. Jak przykażecie, to go i wyżywimy!

- To-to... wyżywimy! Lepiej byś gadał do rzeczy, a nie plótł, co ślina niesie.

Milczenie. Ale Anton Wasiljew nie darmo dostał od dziedziczki takie przezwisko - nie wytrzymuje i tym razem i znowu zaczyna przestępować z nogi na nogę, płonąc pragnieniem podzielenia się kolejnymi rewelacjami.

- A jeszcze jaki pomysłowy! - w końcu plecie z rozkoszą dalej. - Gadają, że jak wrócił z wyprawy, sto rubli ze sobą przyniósł. Niby niewielki pieniądz - sto rubli, ale i za to trochę pożyć zawsze można...

- No? Mów!

- Zamyślił z dołka wyjść, widzicie, a wdał się w całą awanturę...

- Mówże, nie ciągnij!

- Zawiózł  te ruble do Niemców, tych moskiewskich. Głupiego szukał, żeby go w karty ograć, a zamiast tego trafił na cwańszego od siebie. Już miał dać drapaka, ale go w sieni, mówią, capnęli. Ile miał w kieszeni - wszystko oskubali!

- A i po karku też pewnie przyłożyli?

- Wszystkiego spróbował. Następnego dnia przychodzi do Iwana Michajłycza i sam wszystko opowiada. I aż dziw: śmieje się... wesoły! Jak by go po główce pogłaskali!

- A co mu tam! Byle tylko mi na oczy się nie pokazywał!

- Jednak ani chybi tak właśnie będzie.

- Co ty! Ja go na próg nie wpuszczę!

- Nie inaczej tylko tak będzie! - powtarza swoje Anton Wasiljew. - Sam Iwan Michajłycz mówił, że panicz się wygadał: koniec! powiada, do starej idę chleb suchy jeść! Pani, toż przecie on prócz tego miejsca tutaj nie ma już gdzie się podziać. Po swoich chłopkach w Moskwie długo się nie nakolęduje. Potrzebne też ubranie, spokój...

To tego się obawiała, to właśnie stanowiło istotę owego niejasnego przeczucia, które podświadomie ją nękało. "Ano tak, zjawi się tutaj, nie ma dokąd pójść - to nieuniknione! Będzie wiecznie na widoku, wyklęty, uprzykrzony, zapomniany! I na co wyrzucała wtedy ten ogryzek? Myślała, że dostawszy swoje, jak kamień w niebyt zapadnie - a ten masz! zmartwychwstaje! Przyjdzie, a jakże, i będzie się dopominać, kłuć wszystkim w oczy swoim żebraczym wyglądem. I żądania jego trzeba będzie spełniać, bo to typ bezczelny, gotów do każdej draki. "Jego" nie zamkniesz pod kluczem; nawet przy obcych gotów wyjść w tych swoich lumpach, skandal wywołać, do sąsiadów uciec i na światło dzienne wywlec wszystkie sekrety gołowliowskiego dworu. A może go zesłać do suzdalskiego klasztoru? Kto go wie, jestże jeszcze ten klasztor dzisiaj? I czy przyjmą takiego buntownika? Zechcą to ratować zgnębionych rodziców? Powiadają, jest też dom obłąkanych... ale to dom wariatów - no, jakżeż go tam - takiego czterdziestoletniego byka - zaprowadzić?!" Jednym słowem Arina Pietrowna całkiem straciła głowę na samą myśl o kłopotach, jakie wraz z przybyciem Stiopki-obiboka zagrażały jej spokojnej egzystencji.

- Wyślę go do ciebie na ojcowiznę! I żyw go sam na swoim garnuszku! - zagroziła rządcy. - Nie na gminnym - na własnym!

- Pani, toż za co?

- A za to, żebyś na przyszłość nie krakał. Kra-kra! "nie inaczej tylko tak będzie"... Precz z oczu... kruczysko!

Anton Wasiljew już był zawrócił w lewo, lecz pani zatrzymała go ponownie.

- Czekaj! Czyli to prawda, że on chce przyjść tutaj do Gołowliowa?

- Przecie nie będę łgał, pani! Prawdę żem mówił: "do starej pójdę chleb suchy jeść!"

- Już ja mu pokażę, jaki dla niego chleb u starej w zapasie!

- Ale! pani! Niedługo już on pociągnie!

- Co znowu?

- Kaszle bardzo... za lewą pierś ciągle chwyta... Nie pożyje!

- Tacy żyją jeszcze dłużej! Nas wszystkich przeżyje! Kaszle, bo kaszle - a co mu tam, takiemu koniowi! No, zobaczymy. Idźże już; muszę wydać dyspozycje.

Wieczór cały gryzła się Arina Pietrowna i w końcu - wymyśliła: zwoła radę familijną, by to ona zadecydowała o przyszłości obiboka. Podobnie demokratyczne maniery nie leżały w jej naturze, tym razem jednak postanowiła odstąpić od swych zasad, aby podjętą przez wszystkich decyzją odgrodzić się od złych języków. Zresztą co do rezultatu przyszłej narady nie miała żadnych wątpliwości i dlatego z lekkim sercem zasiadła do listów, w których polecała Porfiremu i Pawłowi niezwłoczny przyjazd do Gołowliowa.

 

Tymczasem sprawca całego tego zamieszania, Stiopka-obibok, właśnie do Gołowliowa podążał. Wsiadł w Moskwie na Rogożowej do jednego z tzw. "dyliżanów", jakimi w dawnych czasach podróżowano, a i dzisiaj jeszcze niekiedy podróżują drobni kupcy i chłopi-handlarze, udający się na krótko w swoje strony. "Dyliżan" jechał do miasta Władimir, i ten sam, znany nam już miłosierny karczmarz, Iwan Michajłycz, wiózł na swój koszt "panicza", zarezerwowawszy dlań miejsce i opłacając wikt w trakcie całej podróży.

- Ano, Stiepanie Władimiryczu, tak też i zróbcie: wysiądźcie na zakręcie i piechty, tak jak jesteście, w tej przyodziewie - tak się i stawcie przed okiem mamuni! - namawiał Iwan Michajłycz.

- Tak, tak, tak!- przytakiwał Stiopka-obibok,- a bo to daleko? Od zakrętu 15 wiorst na podeszwie! Migiem odwalę! W kurzu, w nawozie - tak jak stoję!

- Jak was mateczka takiego zobaczy - może się użali!

- Użali się! Jakżeż się nie zlitować! Matka przecie dobra starowinka!

Stiepan Władimirycz nie ma jeszcze czterdziestki, ale z wyglądu nijak nie dasz mu mniej niż 50. Życie tak go sponiewierało, że nie pozostawiło na nim żadnych śladów ni szlachectwa, ni niegdysiejszych studiów na uniwersytecie, tego, że także ku niemu skierowane było światło nauki. Jest to nadmiernie wysoki, nieczesany, prawie niemyty dryblas, chudy z niedożywienia, z zapadłą piersią i długimi chciwymi rękoma. Twarz ma napuchłą, włosy i brodę zmierzwione, mocno szpakowate, głos donośny, ale schrypnięty, przeziębiony, oczy wyłupiaste i zaognione od zbyt częstego sięgania po flaszkę i bezustannego przebywania na wietrze. Na sobie ma stary i zupełnie zszargany szary mundur mobilizacyjny, z którego zdarto pagony i sprzedano za kieliszek; spod rozpiętego kołnierza widać koszulę, prawie czarną od brudu, jakby wymazaną w sadzy - koszulę, którą on sam z iście żołdackim cynizmem nazywa "pchlarką". Spogląda spode łba, ponuro, lecz owa ponurość nie wyraża wewnętrznego niezadowolenia, a jest efektem jakiegoś trwożnego niepokoju, że może jeszcze chwila i on, jak ten robak, po prostu zdechnie z głodu.

Mówi bez wytchnienia, bez związku przeskakując z tematu na temat; mówi i gdy Iwan Michajłycz słucha, i gdy w końcu zaśnie, ukołysany jego głosem. Strasznie niewygodnie mu siedzieć. W "dyliżanie" zmieściło się ich czworo, i dlatego musi podkulić nogi, co już po kilku wiorstach powoduje nieznośny ból w kolanach. Tym niemniej, nie zważając na to, gada - gada cały czas. Tumany kurzu wdzierają się przez boczne szpary powozu; chwilami zapełzają tędy ukośne promienie słońca i nagle, jak płomieniem, ogarną wnętrze "dyliżanu", a ten wciąż ględzi jak nakręcony.

-Tak, bracie, nałykał się ja biedy w swoim życiu, nałykał, - opowiada. - Pora odetchnąć! Nie objem jej przecie, a kawałek chleba, myślę, chyba się znajdzie! Co ty na to, Iwanie Michajłyczu?

- Mateczka wasza wiele kawałków ma!

- Tylko nie dla mnie - to chcesz powiedzieć? Tak, przyjacielu, forsy jak lodu, ale dla mnie miedzianego grosza żal! I zawsze mnie wiedźma nienawidziła! Za co? Ale teraz, bracie, basta! strzygli mnie jak barana, jednak ja i za gardło też przytrzymać mogę! Zechce mnie wygnać - nie pójdę! Jeść nie da - sam wezmę! Ja, bracie, ojczyźnie żem służył - teraz każdy winien mi pomoc! Jedno tylko zmartwienie, że tabaku nie da - okropność!

- Tak, z tabaczką widać już koniec!

- To wtedy rządcę za boki! Też by mógł, łysy diabeł, co dać!

- Dać, czemu nie! Ale co, jak ona, mateczka wasza, i temu zakaże?

- No, to wtedy już mat! Z poprzednich rozkoszy to już tylko mi zostało - tytoń! Ja, bracie, kiedym był przy kasie, po ćwiartce żukowa w jeden dzień żem wypalał!

- A i z wódeczką też przyjdzie się pożegnać!

- Okropność. A wódka nawet dla zdrowia potrzebna - flegmę rozpuszcza. Jakeśmy szli, bracie, na Sewastopol, jeszcześmy do Sierpuchowa nie doszli, a już po wiadrze na łebka wypadło!

- Pewnieście się i popili?

- Nie pamiętam. Zdaje się coś takiego było... Ja, bracie, aż do samego Charkowa żem doszedł, a choć zabij - nic nie pamiętam. Pamiętam tylko, cośmy szli i przez wioski, i przez miasta, i jeszcze jak w Tule jeden taki z aprowizacji przemowę nam wygłaszał. Aż zapłakał, podlec jeden! Tak, tak, użyła biedy matka nasza, Rosja prawosławna! Dostawcy, zaopatrzeniowcy, pośrednicy - jak też to bóg od tego uchował!

- A waszej mamuni wtedy też się poszczęściło. Z waszej ojcowizny więcej jak połowa sołdatów nie wróciła, to powiadają, za każdego kwit mobilizacyjny wydać kazali. A za ten kwit w kasie państwo płaci 400 z kawałkiem.

- No, przecie. Bracie, matka nasza - mądrala! Ministrem powinna być a nie w Gołowliowie konfitury smażyć! Wiesz co? Niesprawiedliwa dla mnie była, skrzywdziła mnie - a ja szanuję ją! Mądra jak sam czart, co najważniejsze! Jakby nie ona, czym byśmy byli? Jakeśmy mieli tylko Gołowliowo, sto jeden dusz było i pół! A ta, widzisz, jaką piekielną przepaść wszystkiego nakupowała!

- Będą braciszkowie wasi przy kapitale!

- Jużci. Ja tylko figę dostanę - na bank! Urządzili mnie, bracie, na szaro! A bracia będą bogaci - osobliwie Pijaweczka. Ten to i bez mydła wlezie. Zresztą on ją, starą wiedźmę, też kiedyś załatwi: i majątek, i kapitał z niej wyssie - w tych sprawach mam już nosa! O, brat Paweł, to dopiero dusza człowiek! Ten mi i tytoniu cichcem podeśle - sam zobaczysz! Jak tylko przyjdę do Gołowliowa, zaraz mu cedułkę wyślę: tak a tak, bracie miły, ratuj! Eeech, żebym to był bogaty!

- To co byście zrobili?

- Najprzód ciebie bym ozłocił...

- A mnie na co to! Lepiej byście o sobie pomyśleli, ja i tak, z łaski waszej mateczki, zadowolony.

- No, nie - to bracie attande! Zaraz bym zrobił ciebie nadrządcą nad wszystkimi posiadłościami! Tak, przyjacielu, nakarmił żeś i ogrzał wiarusa - dziękuję! Gdyby nie ty, do domu przodków bym pątnikował per pedes! Wyzwoliłbym ciebie, i wszelkie swoje bogactwa otworzył przed tobą - jedz, pij, wesel się! A tyś, przyjacielu, myślał, że jak?

- Nie, co do mnie, panie, to już ostawcie. Co byście jeszcze robili, jak byście byli bogaci?

- A zaraz bym se wziął jakąś kobitkę. W Kursku chodziłem raz do cerkwi i widziałem jedną taką... ach, śliczna bestyjka! Nie uwierzysz - chwilki nie postała w miejscu spokojnie!

- A jak by nie chciała?

- A pieniądze od czego! Pogardzany metal od czego? Mało ci sto tysięcy - bierz dwieście! Ja, bracie, jak kasę mam, niczego nie żałuję, byle dopiąć swego! Wtedy też, prawdę mówiąc, przez kaprala obiecałem jej trzy rubelki - pięć bestyjka chciała!

- A pięciu pewnie i nie było?

- Sam nie wiem, co powiedzieć. Mówię ci: wszystko widział żem, jak we śnie. Może nawet i u mnie była, ale nie pamiętam! A co? Tobie się nie zdarzało?

Ale Iwan Michajłycz milczy. Stiepan Władimirycz wpatruje się i widzi, że kompan jego miarowo się kiwa, i od czasu do czasu, gdy nosem nieomal dotyka kolan, dziwacznie wzdryga i znów zaczyna się chwiać w takt jazdy.

- No, no, no! - mówi Gołowliow. - Aleś się ukołysał! Pod pierzynkę by się chciało, co? To żeś się spasł na misce i herbatkach w karczmie! A snu jak nie było, tak nie ma! Zasnąć nie mogę - nijak! Jednakowoż co by tu teraz tego... Chyba że z tych owoców winorośli...

Rozgląda się i upewnia, że śpią również pozostali pasażerowie. Kupiec, siedzący obok, stuka głową w poprzeczkę i wciąż chrapie. Twarz ma lśniącą, jak polakierowaną, i muchy oblepiły mu całe usta.

- A jakby tak wszystkie wepchnąć mu do gęby - dopieroż by się przeląkł! - wpada nagle na szczęśliwy koncept i już-już zaczyna podkradać się ręką do tych much, ale w pół drogi coś sobie przypomina i rezygnuje.

- Nie, dosyć żartów - wystarczy! Śpijcie, przyjaciele, i odpoczywajcie! Ja tymczasem... A gdzież to on schował flaszkę? Ba, oto i ona, kochaneczka! Chodź, no, chodźże tu!

"Ratuj, Panie, lu-u-dzi two-o-ich!" - półgłosem nuci, wyjmując gąsiorek z płóciennej torby, przytroczonej z boku powozu, i przykłada szyjkę do ust.

- No, teraz dobrze! ciepło! A może jeszcze? Nie, dosyć... Do postoju jeszcze 20 wiorst będzie, zdążę... Czy może jeszcze? Ach, przeklęta gorzała! Tylko butelkę zobaczysz - już tak ciągnie, tak mami! Pić wstrętnie, nie pić - jeszcze gorzej! Dlatego zasnąć nie mogę! Choćby sen jaki człeka zmorzył, szlag by go...

Zabulgotawszy kilkoma łykami z gwintu, chowa wszystko na poprzednie miejsce i zaczyna fajkę nabijać.

- Pięknie! - mówi. - Najpierw się napiliśmy, a teraz fajeczkę pokurzymy! Nie da, wiedźma, tabaku, nie da - dobrze to powiedział. A jeść to da? Resztki jakie pewnie ze stołu! Ech, były i u nas pieniążki, były - i po nich! Człowiek był - i już po nim! Tak to już jest na tym padole! Dzisiaj żeś syt, żyjesz rad, fajeczkę pykasz... "A jutro - gdzież jesteś, człowiecze?"* (śpiewa). Ale pora i co przegryźć. Pijesz i pijesz, jak ta dziurawa beczka, a czym zakąsić jak należy - nie zakąsisz. A doktorzy powiadają, że picie tylko wtedy korzystne, jak jest też coś i na ząb, jak mawiał świątobliwy Szmaragd, jakeśmy to szli przez Obojań. Przez Obojań? Diabli wiedzą, może i przez Kromy! Zresztą nie o to idzie, ważne, jak by tu co pojeść. Zdaje się, kiełbasę i trzy francuskie bułki do woreczka włożył! Ano tak, kawioru już mu żal było kupować! Widzisz, jakie muzyki nosem wywodzi! Prowiant może pod siebie podebrał!

Maca dokoła i nic nie znajduje.

- Iwanie Michajłyczu! Iwanie Michajłyczu! - woła.

Karczmarz się budzi i przez moment jakby nie pojmuje, jakimże to cudem znalazł się vis-a-vis panicza.

- A tylko co zaczął mnie sen morzyć! - wreszcie się odzywa.

- Nic, nic, przyjacielu, śpij sobie na zdrowie! Ja tylko żeby zapytać, gdzie to my woreczek z prowiantem schowali?

- Głodniście? Przódzi jednak gardło trza przepłukać!

- Dobrze mówisz! Gdzie gąsiorek?

Wypiwszy, Stiepan Władimirycz zabiera się za kiełbasę, która okazuje się twarda, jak kamień, słona jak sama sól i obciągnięta w tak mocny pęcherz, że trzeba ostrego noża, by przeciąć skórę.

- Łosoś by się przydał teraz, - mówi.

- Wybaczcie, panie, całkiem z głowy wyleciało. Cały ranek żem pamiętał, nawet-em babie gadał: musowo o łososiu przypomnij - i jak na grzech wypadło!

- To nic, pojemy i kiełbasy. Kiedyśmy szli w kolumnie - nie takie frykase' żeśmy jadali. Ot, powiadał raz tatunio: założyło się kiedyś dwóch Anglików, że jeden zdechłego kota zje - i faktycznie zjadł!

- E, tam... zjadł?

- Zjadł. Tylko mgliło go potem. Rumem się wyleczył. Jednym haustem dwie butelki łyknął - i jak ręką odjął. A jeszcze jeden Anglik zakład zrobił, że przez rok sam cukier będzie tylko zajadał.

- Wygrał?

- Nie. Dwóch dni zabrakło mu do końca - wyzionął ducha! A ty co? Wódki nie pijesz?

- W życiu żem nie tknął.

- Samą herbatą się zalewasz? Niedobrze, bracie, dlatego brzucho ci rośnie. Z herbatą też trzeba ostrożnie; filiżankę wypijesz, a na to kieliszek wódki. Herbata flegmę gromadzi, a wódka - rozrzedza. Dobrze mówię?

- Ja nie wiem, wyście uczeni, wy wiecie lepiej.

- To-to. Jakeśmy szli - na herbatki czy kawki czasu nie było. Bimber zaś - boże dzieło: odkręcił żeś manierkę, nalał, łyknął - i gotowe. Gnali nas wtedy szybko, tak szybko, żem dobre 10 dni się nie mył!

- Wieleście, panie, krzyżów przyjęli!

- Wiele nie wiele, ale spróbuj tak maszerować taki szmat drogi! Naprzód iść jednak lżej: jeść dają, obiadkami podejmują, wina potąd! Jakeśmy wracali - częstować przestali!

Gołowliow z trudem gryzie kiełbasę i w końcu przeżuwa jeden kęs.

- Słona, bracie, - mówi, - zresztą ja niewybredny! Matka bażantami ugaszczać też nie będzie; zupy talerz i miska kaszy - ot, i wszystko!

- Bóg miłościw! Może i pierożka da od święta!

- Ni herbaty, ni tabaku, ni wódki - prawdę żeś mówił. Powiadają, że ostatnio w durnia grać lubi - to może wtedy? No, zawoła na karty i herbatką poczęstuje. Ale co do reszty - żegnaj, bratku!

Na postoju zatrzymali się na cztery godziny, aby nakarmić konie. Gołowliow zdążył już butelkę osuszyć, i męczył go wilczy apetyt. Pasażerowie poszli do izby i zasiedli do stołu. Połaziwszy po podwórzu, zajrzawszy za opłotki i koniom do żłobu, spłoszywszy gołębie i nawet spróbowawszy zasnąć, Stiepan Władimirycz w końcu przekonuje się, że najlepsze, co mógłby zrobić, to iść w ślad za pozostałymi podróżnymi - do karczmy. A tam już dymi na stole kapuśniak i z boku na drewnianej tacy leży wielki połeć wołowiny, którą Iwan Michajłycz kroi na mniejsze porcje. Gołowliow siada nieco na uboczu, zapala fajkę i długi czas nie wie, co robić, jak postąpić, by jednak co zjeść.

- Smacznego, panowie! - wreszcie się odzywa. - Kapuśniak chyba tłusty?

- Niczego sobie! - odpowiada Iwan Michajłycz. - Wy, panie, też byście sobie zamówili!

- Nie, ja tak tylko, ja syt!

- Od czego to syt? Kiełbasy kęs żeście zjedli, a od niej cholery brzuch jeszcze lepiej skręca. Jedzcie! Ot, przykażę na stronie i dla was nakryć - jedzcie na zdrowie! Gospodyni! Nakryj tam panu stolik - o, dobrze!

Pasażerowie w milczeniu zabierają się do jedzenia i tylko dziwnie po sobie spoglądają. Gołowliow domyśla się, że go "rozszyfrowano", chociaż przez całą drogę nie bez tupetu odgrywał pana i nazywał karczmarza swoim kasjerem. Nasępił brwi, tabaczny dym aż wali mu z ust. Gotów jest zrezygnować z obiadu, ale żądania głodu tak są natarczywe, że w końcu jakoś tak drapieżnie rzuca się na postawioną przed nim miskę kapuśniaku i w mgnieniu oka ją opróżnia. Wraz z sytością powraca mu pewność siebie, więc jak gdyby nigdy nic mówi do Iwana Michajłycza:

- Ano, bracie-kasjerze, ty już sam ureguluj rachunek za mnie, ja zaś pójdę na siano z chrapulskim pogadać!

Ciężko przewalając się z nogi na nogę idzie do stodoły i tym razem, że żołądek ma pełny, zasypia snem sprawiedliwych. O piątej jest już znowu na chodzie. Ujrzawszy, że konie stoją przy pustych żłobach i pocierają mordą o ich brzegi, zaczyna budzić woźnicę.

- Drzemie, kanalia! - wydziera się. - Nam pilno, a ten śni o migdałach!

I tak to leci aż do postoju, skąd droga skręca na Gołowliowo. Tutaj dopiero Stiepan Władimirycz powoli przytomnieje. Wyraźnie upada na duchu i milknie. Tym razem to Iwan Michajłycz gada, dodając mu otuchy, i szczególnie gorąco namawia, żeby gdzieś cisnął tę swoją fajkę.

- Jak, panie, będziecie podchodzić do dworu, fajkę wyrzućcie - w pokrzywy! Potem znajdziecie!

Wreszcie konie gotowe. Nadchodzi moment rozstania.

- Żegnaj, bracie! - mówi Gołowliow łamiącym się głosem, całując Iwana Michajłycza. - Zagryzie mnie ona!

- Bóg miłosierny! Wy też się byle czego nie lękajcie!

- Zagryzie! - powtarza Stiepan Władimirycz z takim przekonaniem, że karczmarz bezwiednie odwraca wzrok.

Co powiedziawszy, Gołowliow ostro skręca na polną drogę i zaczyna iść, opierając się na sękatym, zawczasu z gałęzi wyciętym kiju.

Iwan Michajłycz czas jakiś patrzy za nim i raptem zrywa się, by go dogonić.

- Wiecie, panie! - mówi, gdy się zrównali. - Onegdaj, jakem czyścił wasz mundur, w bocznej kieszeni żem widział trzy rubelki - nie urońcie ich aby!

Stiepan Władimirycz wyraźnie waha się i nie wie, co począć. W końcu wyciąga rękę do karczmarza i mówi przez łzy:

- Pojmuję... wiarusowi na tytoń... Dzięki! Co zaś do tego... zagryzie mnie ona, przyjacielu, zapamiętaj moje słowa - zagryzie!

Gołowliow zdecydowanie zwraca się twarzą ku wsi, i po pięciu minutach już daleko widnieje jego szara rekrucka furażerka, to znikając, to raptem pojawiając się zza leśnego gąszczu.

Czas stoi jeszcze wczesny, szósta ledwo minęła; złocista poranna mgła wisi nad drogą, z trudem przepuszczając promienie dopiero co wschodzącego na horyzoncie słońca; trawa błyszczy; powietrze nasycone zapachem jodły, grzybów i jagód; droga biegnie, wijąc się wzdłuż niżej położonych miejsc, gdzie aż kipi od niezliczonych chmar ptactwa. Stiepan Władimirycz jednak niczego nie zauważa: cała jego lekkomyślność nagle spłynęła, i idzie on jak na Sąd Ostateczny. Jedna jedyna myśl przepełnia jego jestestwo: jeszcze trzy-cztery godziny - i dalej już iść nie ma dokąd. Wspomina swoje dawne życie w Gołowliowie, i czuje, jak rozwierają się przed nim drzwi wilgotnej zatęchłej piwnicy, i gdy tylko przestąpi jej próg, natychmiast się za nim zatrzasną - a wtedy koniec. Przypomina też inne szczegóły, bezpośrednio może nie związane, lecz bez wątpienia charakteryzujące porządki w jego rodzinie. Oto wujaszek Michał Piotrowicz (na co dzień po prostu "Miszka-hulaka"), który także należał do "uprzykrzonych" i którego dziadek, Piotr Iwanycz, zamknął u córki w Gołowliowie, gdzie potem mieszkał w pokoju dla służby i jadł z jednej miski z psem Trezorkiem... Oto cioteczka, Wiera Michajłowna, która żyła na łaskawym chlebie w majątku braciszka, Władimira Michajłycza, i która wkrótce zmarła "z godności", bo Arina Pietrowna każdy kęs jej wypominała przy obiedzie i wytykała każde polano, wypalone dla ogrzania jej pokoju. Toż samo mniej więcej czeka i jego. Wyobraża sobie już nieskończony ciąg ponurych dni, tonących w jakiejś zionącej szarej otchłani - i mimo woli zamyka oczy. Odtąd czeka go sam na sam ze staruchą, nawet nie tyle złą, co odrętwiałą w apatii nieograniczonej władzy. Starucha ta zagryzie go, zagryzie nie ustawicznym nękaniem, a kompletnym zapomnieniem. Nie ma do kogo ust otworzyć, nie ma dokąd uciec - wszędzie ona, apodyktyczna, paraliżująca, szydercza. Myśl o tej nieubłaganej perspektywie do tego stopnia wypełnia przeraźliwą męką jego ciało, że stanął i zaczął tłuc czołem w pień przydrożnego drzewa. Całe jego życie, wypełnione łamańcami, lenistwem, bufonadą nagle jakby kto oświetlił przed jego oczyma. Idzie teraz do Gołowliowa, wie, co go tam czeka - mimo to jednak idzie, bo nie może nie iść. Innej drogi dla niego nie ma. Najnędzniejszy z nędznych może coś dla siebie uczynić, na kromkę chleba zarobić - on jeden NIC NIE MOŻE. Zrozumienie tego jakby po raz pierwszy w nim się przebudziło. Także przedtem zdarzało mu się zastanawiać nad przyszłością i rysować wszelkie plany, jednak zawsze były to jedynie plany przyjemności za darmo a nigdy - perspektywa pracy. Teraz zaś stoi przed wypłatą za ten czad, w którym utonęła jego przeszłość. Gorzka to wypłata, zawierająca się w jednym słowie: zagryzie!

Było koło dziesiątej, jak zza lasu ukazała się gołowliowska dzwonnica.

Twarz Stiepana Władimirycza pobladła, ręce zadygotały: zdjął furażerkę i przeżegnał się. Przypomniał sobie ewangeliczną przypowieść o synu marnotrawnym, powracającym do domu, natychmiast jednak pojął, że w jego przypadku podobne skojarzenia to tylko czcza pokusa. Poszukał oczyma słupka granicznego, postawionego nieopodal drogi - i oto znalazł się na gołowliowskiej ziemi, na tej uprzykrzonej ziemi, która go uprzykrzonym zrodziła, uprzykrzonym wykarmiła, wypuściła uprzykrzonym na wszystkie cztery strony, teraz zaś uprzykrzonego na powrót przyjmuje na swe łono. Słońce stało już wysoko i bezlitośnie paliło bezkresne gołowliowskie pola. A on bladł coraz bardziej i czuł, że zaczyna dygotać.

Kiedy dotarł do wiejskiego cmentarza, odwaga całkiem go opuściła. Posiadłość pańska wyzierała spoza drzew tak spokojnie, jakby nic szczególnego tam się nie działo, jednak widok ten podziałał na niego jak głowa Meduzy*) Ujrzał tam swoją trumnę. -Trumna! trumna! trumna! - powtarzał bezmyślnie. I jednak nie zdecydował się iść prosto do domu; najpierw zaszedł do ojca wielebnego i posłał go do dworu z zawiadomieniem o swym przybyciu i zapytaniem, czy mamunia go przyjmie.

Na jego widok popadia zafrasowała się i zakrzątnęła przy jajecznicy; wiejska dzieciarnia otoczyła panicza i gapiła nań zdumionymi oczyma; chłopi, przechodząc mimo, w milczeniu zdejmowali czapki i jakoś dziwnie spoglądali; jakiś staruszek ze dworu podbiegł nawet, by pocałować go w rękę. Dobrze wszyscy wiedzieli, że przed nimi – błędna owca, co wróciła na znienawidzone miejsce, i nie ma stąd innego wyjścia jak tylko - nogami do przodu prosto na wiejski cmentarz. I wszystkim zrobiło się i żal, i strasznie zarazem.

Wreszcie pop przyszedł z powrotem i powiedział, że "mamunia gotowa jest przyjąć" Stiepana Władimirycza. Po dziesięciu minutach był już TAM. Arina Pietrowna przywitała go z uroczystą surowością i zmierzyła lodowatym spojrzeniem, lecz nie pozwoliła sobie na żadne wymówki. I nie wpuściła go na pokoje, a tylko tak, na ganku dla służby przyjęła i zaraz poszła, każąc zaprowadzić młodego pana przez inny ganek do tatunia. Starzec drzemał w pościeli nakrytej białym pledem, w białej szlafmycy, cały biały, jak nieboszczyk.

Ujrzawszy wchodzącego, ocknął się i głupawo zachichotał.

- Co, trafił gołąbek wiedźmie w szpony! - zawołał, kiedy syn całował jego rękę. Potem zapiał jak kogut, znowu zachichotał i kilka razy powtórzył: - Zje! zje! zje!

- Zje! - jak echo odezwało się w duszy Stiepana Gołowliowa.

Przewidywania jego sprawdziły się co do joty. Umieszczono go w osobnym pokoju w tej samej przybudówce, gdzie był także kantor. Przyniesiono tu bieliznę z domowego płótna i stary szlafrok tatunia, w co też niezwłocznie się przebrał. Drzwi ciemnicy rozwarły się, przepuściły go i - za nim zatrzasnęły.

 

Rozciągnął się szereg dni apatycznych, bezsensownych, jeden za drugim tonących w szarej, zionącej otchłani czasu. Arina Pietrowna nie przyjmowała go, do ojca również go nie dopuszczano. Po trzech dniach rządca Finogej Ipatycz przekazał mu rozporządzenie mamuni, zgodnie z którym będzie dostawał jedzenie i ubranie a ponadto po funcie tytoniu falera na miesiąc. Stiepan Władimirycz wysłuchał woli matki i tylko zauważył:

- Widzisz starą! Już przewąchała, że żukow kosztuje dwa ruble a faler rubel dziewięćdziesiąt - i tu także 10 kopiejek miesięcznie urwała. Snadź dla żebraków - z mojej kieszeni!

Oznaki moralnego przebudzenia, jakie pojawiły się, gdy szedł polną drogą do Gołowliowa, ponownie przepadły. Lekkomyślność wstąpiła w swoje stare prawa, a wraz z tym nastąpiło również pogodzenie się z "postanowieniem mamuni". Beznadziejna i nieuchronna przyszłość, błysnąwszy onegdaj jak kometa w jego umyśle i napełniwszy ciało drżeniem, z każdym dniem coraz bardziej otulała się tumanem, aż wreszcie przestała istnieć całkiem. Ze swą cyniczną nagością na scenę wystąpił dzień powszedni, i to wystąpił tak nieodparcie i nachalnie, że wszelkie jego osobiste zamiary i całe istnienie wypełnił po brzegi. Zresztą - cóż może znaczyć jego myśl o przyszłości, skoro nurt życia nieodwołalnie i w najdrobniejszych detalach dla niego w swych planach matka już nakreśliła?

Po całych dniach wte i z powrotem chodził po wydzielonym dla siebie pokoju, nie wypuszczając fajki z ust i nucąc urywki jakichś piosenek, przy czym cerkiewne motywy raptem przechodziły w dragońskie - i vice versa. Jeśli w kantorze był starszy pisarz majątku, zachodził do niego i wyliczał sobie dochody, jakie otrzymywała mamunia.

- I gdzież to ona takie góry forsy podziewa! - dziwuje się, doszedłszy do kwoty przeszło 80 tysięcy w asygnatach, - toż braciom, wiem dobrze, niewiele posyła, sama żyje jak mnich, ojca karmi śledziem... W banku! Ani chybi w banku topi!

Czasem do kantoru przychodził też sam Finogej Ipatycz z podatkami, i wtedy na biurku rozkładano pieniądze, do których tak się świeciły oczy Gołowliowa.

- Patrzcie, jakie kopy złota! - wołał, - i wszystko jej w gardziel pójdzie! Ale żeby synowi dać choćby paczuszkę! masz, mój synu, potrzeba ci, na wino i na tytoń - nie!

I zaczynały się nieskończone i pełne cynizmu gadki z pisarzem Jakowem, jak by tu tak zmiękczyć serce matki, by przekabacić ją na swoje kopyto.

- W Moskwie miałem jednego znajomka mieszczanina, - opowiadał Stiepan Władimirycz, - co znał takie specjalne "słowo"... Jak matka nie chciała dać mu pieniędzy, to on to "słowo" wymówi... A ta od razu zaczyna się skręcać, ręce, nogi - wszystko!

- Pewnie jakiś urok rzucał! - domyślał się pisarz.

- No, jak tam chcesz, tak sobie objaśniaj, ale to najprawdziwsza prawda, że takie "słowo" jest. A jeszcze jeden taki gadał: weź, mówi, żywą żabę i w głuchą noc połóż ją na mrowisku; do rana mrówki zjedzą ją całą, jedna tylko kosteczka zostanie. Tę właśnie kosteczkę weź - i póki masz ją w kieszeni, co chcesz, u każdej baby proś, w niczym ci nie odmówi.

- No, cóż, to można zrobić choćby zaraz!

- To-to, bracie, że pierwej musisz klątwę wziąć na siebie! Gdyby nie to... dopieroż by wiedźma tańczyła, jak bym jej zagrał!

Na podobnych rozmowach godziny całe schodziły, żadnych jednak sposobów nie znajdowano. Wszystko było albo przekleństwem, nałożonym na siebie, albo zaprzedaniem się Złemu. I nie pozostawało nic innego, jak żyć według "maminego zarządzenia", poprawiając je poniekąd samowolnymi poborami z wiejskiej "władzy", którą Stiepan Władimirycz pogłównie obłożył daniną w postaci tabaku, herbaty i cukru. Żywiono go nader kiepsko. Zwykle przynoszono resztki z obiadu, a że Arina Pietrowna była do skąpstwa oszczędna, to ma się rozumieć na jego dolę wypadało niewiele. Było to dla niego szczególnie uciążliwe, bo odkąd wino stało się dla niego owocem zakazanym, jego apetyt szybko wzrósł. Głodny był od rana do nocy i myślał wyłącznie o tym, jak by tu się najeść. Czatował chwili, gdy mamunia odpoczywała, i biegał do kuchni, zaglądał nawet do pokoju dla służby i wszędzie coś szperał. Niekiedy zasiadał przy otwartym oknie i czekał, a nuż kto przejedzie. Jeśli przejeżdżał chłop ze swoich, zatrzymywał go i zabierał haracz: jajko, naleśnik z twarogiem itd.

Już podczas pierwszego widzenia Arina Pietrowna pokrótce wyjaśniła pełny program jego doli i niedoli.

- Na razie żyj tak! - rzekła, - masz kąt w kantorze, jeść i pić będziesz z mego stołu, co zaś do reszty - nie gniewaj się, kochany. Frykasów u mnie nigdy nie było, a dla ciebie tym bardziej! Ot, kiedy bracia przyjadą, jak pomiędzy sobą uzgodnią - tak też zrobię. Sama grzechu na swoje sumienie nie wezmę; jak bracia postanowią - tak będzie!

I oto teraz niecierpliwie wyglądał ich przyjazdu. Wcale przy tym nie myślał, jaki wpływ wywrze to na jego losy (widać zdecydował, że nie ma co o tym i dumać), a tylko próbował zgadnąć, czy też Paweł przywiezie mu tytoniu i ile mianowicie.

"A może też i pieniędzy odwali! - w duchu dodawał. - Porfiszka-pijawka - ten nie da, ale Paweł... Powiem mu: daj, bracie, staremu wiarusowi na wino... da! Jakżeż nie dać!"

Czas mijał, jednak on nie zauważał tego. Była to absolutna bierność, która prawie mu nie przeszkadzała. Nudno było jedynie wieczorami, bo pisarz wychodził o ósmej do domu, a dla syna Arina Pietrowna świec nie wydawała, wychodząc z założenia, że wte i wewte po pokoju chodzić można i pociemku. Ale i do tego szybko przywykł i nawet polubił tę porę, bo w mroku silniej igrała wyobraźnia, która unosiła go daleko-daleko od uprzykrzonego Gołowliowa. Jedno go tylko niepokoiło: niespokojne serce jakoś dziwnie kołatało w piersi, osobliwie kiedy kładł się spać. Chwilami jak nieprzytomny zrywał się z łóżka i latał po pokoju, chwytając się za lewą pierś.

"Ach, już raz zdechnąć! - myślał, - nie! przecie nie zdechnę! A może..."

Kiedy jednak pewnego razu pisarz powiadomił go w sekrecie, że braciszkowie przybyli nocą - bezwiednie się wzdrygnął i zmienił na twarzy. Coś dziecięcego nagle w nim przebłysło: pobiec chciał jak najprędzej do domu, zobaczyć, jak są ubrani, jaką pościel im posłano i czy może mają takie nesesery, jakie widział u jednego kapitana z mobilizacji; chciał posłuchać, jak będą z mamunią rozmawiali, popatrzeć, co dostaną na obiad. Słowem, raz jeszcze pragnął przyłączyć się do tego życia, które z takim uporem odmiatało go od siebie, rzucić się matce do kolan, wybłagać przebaczenie, a potem z radości, owszem, zjeść i konia z kopytami. W domu jeszcze było cicho, a on już poleciał do kucharza i dowiedział się, że na obiad kazano podać kapuśniak gorący ze świeżej kapusty, nieduży garnek, odgrzaną wczorajszą zupę, a na zimno - śledzia i dwie pary kotlecików, na pieczyste - baraninę i cztery bekasiki, zaś na deser - ciasto malinowe z bitą śmietaną.

- Wczorajszą zupę, śledzia i baraninę - to, bratku, dla uprzykrzonego! - powiedział kucharzowi. - Ciasta chyba też nie dadzą!

- A to już jak mamuni będzie wygodniej, paniczu.

- Ech, był czas, żem i ja bekasy jadał! Jadałem, braciszku! Raz nawet z porucznikiem Goriemykinem żem się założył, że zjem, i to na raz, 15 bekasów - i wygrałem! Tylko później przez miesiąc patrzeć na nie żem nie mógł!

- A teraz to byście pewno i pojedli?

- Nie da! I czego to żałować! Bekas wolny ptak: ani go żywisz, ani pilnujesz - sam sobie żyje! I bekas nie kupiony, i baran nie kupiony - ale widzisz, wie wiedźma, że lepszy bekas niż baranina - no, i nie da! Wyrzuci - a nie da! A na śniadanie co?

- Wątróbka przykazana, grzybki w śmietanie, pierożki...

- Pierożka byś chociaż przysłał... Postaraj się, bracie!

- Ano, wypadałoby... Wiecie co, paniczu, jak już braciszkowie do stołu zasiądą, przyślijcie pisarza: ze dwa pierożki wam pod pazuchą przyniesie.

Cały ranek przeczekał Stiepan Władimirycz, a nuż braciszkowie przyjdą, ale nie, nie szli. W końcu koło jedenastej przyniósł pisarz te dwa obiecane pierożki i powiadomił, że goście właśnie pojedli i zamknęli się w sypialni z mamunią.

Arina Pietrowna przyjęła synów uroczyście, udręczona nieszczęściem. Pod ramiona podtrzymywały ją dwie dziewki; siwe włosy pasmami wybiły się spod białego jej czepca, nogami ledwo włóczyła. Zawsze lubiła odgrywać przed dziećmi rolę matki czcigodnej i umęczonej i w takich razach z trudem ciągnęła za sobą nogi i żądała, by podtrzymywały ją służące. Stiopka-obibok te uroczyste maniery nazywał „służeniem do mszy”, matkę – „popadią”, a dziewki, Polkę i Julkę, „nosicielkami chorągwi archijereja”. Ponieważ była już druga w nocy, widzenie odbyło się bez słów. W milczeniu matka podała synom rękę do pocałowania, w milczeniu ucałowała ich czoła i przeżegnała krzyżem świętym, a kiedy Porfiry Władimirycz objawił gotowość przegawędzenia choćby całą resztę nocy z miłym przyjacielem mamunią, ta tylko machnęła ręką, rzekłszy:

- Idźcie już! Odpocznijcie z drogi! Nie czas na rozmowy, jutro pogadamy!

Nazajutrz obaj synowie wybrali się do tatunia rączkę ucałować, lecz tatunio rączki nie dał. Leżał w pościeli z zamkniętymi oczyma i jak tylko weszli, krzyknął:

- I co? Przyjechali męczennicy na sąd?... Won, faryzeusze... Won!

Mimo takiego powitania Porfiry Władimirycz wyszedł z gabinetu tatunia przejęty i zapłakany, Paweł zaś, jak ten "istny bałwan drewniany", tylko dłubał w nosie.

- Zle z nim, przyjaciółeczko mamuniu! Ach, jak źle! - zawołał Judaszek, rzucając się matce w ramiona.

- Bardzo dziś słaby?

- Już tak słaby! tak słaby! Nie pożyje już, nie!

- No-no! poskrzypi jeszcze!

- Nie, gołąbeczko, nie! I choć życie wasze nadto radosne nigdy nie było, jednak na myśl, że tyle ciosów naraz... Doprawdy, aż dziw bierze, skąd siły, by wszystkie te próby znieść!

- Ano, cóż, mój kochany, jeśli taka wola boża, wytrzymasz! Wiesz, co stoi w "Piśmie": "weźmijcie brzemię wasze" - ot, i wybrał mnie Pan w niebiesiech, bym nosiła jarzmo rodziny - sama!

Arina Pietrowna aż oczy zmrużyła: tak się jej spodobało, że wszyscy żyją na gotowym, wszyscy mają wszystko pod nos podane, ona jedna tylko całymi dniami morduje się i za każdego jego bagaż dźwiga.

- Tak, przyjacielu! - rzekła po chwili milczenia, - oj, ciężko na stare lata! Zgromadziłam dla dzieci każdemu jego dziel - pora też odetchnąć! Łatwo powiedzieć - 4 tysiące dusz! W moim wieku taką machiną zarządzać! każdego przypilnuj! każdemu patrz na ręce i wszędzie bądź zawczasu, wszędzie za wszystkim nadążaj! Choćby tacy ekonomowie i zarządcy: nie myśl, że patrzy ci taki w oczy! Jednym okiem na ciebie, a drugim - do twojej kieszeni! Lud to niepewny!... No, a ty co? - przerwała raptem, zwracając się do Pawła, - w nosie dłubiesz?

- A co ja? - odgryzł się zagadnięty, przyłapany na swym najgorętszym zajęciu.

- Jak to? Toż to twój ojciec - choćbyś go pożałował!

- Co ojciec? Ojciec jak ojciec... jak zawsze! Od dziesięciu lat taki! Zawsze mi dokuczacie!

- Po co miałabym ci dokuczać, kochany, ja, twoja matka?! Co innego Porfisza: i przymilił się, i użalił - wszystko jak synowi dobremu przystało, ty zaś nawet na mnie spojrzeć nie chcesz, jak należy, wciąż spode łba i zezem, jakby to nie matka była przed tobą a twój wróg! Nie ugryź tylko, z łaski swojej!

- Ależ co ja takiego...

- Chwileczkę! Zamilcz choć na moment! daj matce słowo powiedzieć! Pamiętasz, co w przykazaniu stoi: "czcij ojca swego i matkę swoją a będziesz zbawiony"... To zatem ty "zbawienia" dla siebie nie chcesz?

Paweł Władimirycz milczał i patrzył na nią w zdumieniu.

- Widzisz, milczysz, - ciągnęła Arina Pietrowna, - a więc sam czujesz, że masz coś za pazurami. No, bóg z tobą! Z okazji radosnego spotkania zostawmy to na później. Bóg, mój miły, widzi wszystko, ja zaś... ach, od jak dawna ja was na wylot znam! Ach, dzieciaki! dzieciaki! Przypomnicie sobie o matce, jak już w mogiłce będzie leżała, przypomnicie sobie - ale za późno!

- Mamuniu! - ujął się za nią Porfiry Władimirycz. - Porzućcie te czarne myśli! zostawcie!

- Mój drogi, wszyscy umrzeć musimy! - sentencjonalnie odparła Arina Pietrowna. - To żadne czarne myśli, a, rzec można... religijne! Ja już odchodzę, dzieci, ach, jak ja się starzeję! Nic już ze mnie dawnej nie zostało - jedna słabość i boleści! Nawet dziewki-poganki to spostrzegły - i wszystko za nic mają! Ja słowo - one dwa! Ja słowo - one dziesięć! Jeden tylko kij na nie został - że młodym paniczom powiem! No, czasem też pokornieją!

Podano herbatę, potem śniadanie, w trakcie których Arina Pietrowna nieustannie użalała się na swoją dolę i rozczulała nad sobą. Potem zaprosiła synów do swojej sypialni.

Kiedy drzwi zostały zamknięte, niezwłocznie przystąpiła do sprawy, dla której zwołano radę rodzinną.

- Obibok jest tutaj, zjawił się przecie! - zaczęła.

- Słyszeliśmy, mamuniu, słyszeliśmy! - odezwał się Porfiry Władimirycz ni to z ironią, ni to dobrodusznie, jak człowiek, który dopiero co do syta sobie podjadł.

- Przylazł jak gdyby nigdy nic, jakby mu się należało: ile bym nie hulał i nie gulał, a u staruchy matki zawsze jakiś kawałek chleba się znajdzie! Co ja się w swoim życiu nałykałam od niego nienawiści! ile męki wycierpiałam przez jedną jego fanfaronadę i wyskoki! Ileż to trudu mnie kosztowało, by go do pracy przyjęli! - a wszystko jak po gęsi woda! Biłam się tak z myślami, biłam: boże jedyny! toż jeśli on sam nie chce o sobie pamiętać - to czy to ja muszę z jego powodu własne życie marnować? Taki bęcwał, wielki jak koń! Ach, myślę sobie, wyrzucę mu ogryzek, a nuż swój grosz w kieszeni poczuje - nabierze rozwagi! I wyrzuciłam. Samam dom dla niego wypatrzyła, sama własnymi rękoma 12 tysiączków srebrem co do kopiejki wyłożyła! I cóż? Nie minęły nawet i trzy lata - a ten znowu na karku mi siedzi! Jak długo jeszcze mam cierpieć jego naigrawania?

Porfiry wzniósł oczy do nieba i smętnie pokiwał głową, jakby chciał powiedzieć:" a-a-ach! te kłopoty! kłopoty! i trzebaż to miłą mamunię tak niepokoić! siedzieliby wszyscy spokojniutko, buzia w ciup - niczego podobnego by nie było, i mamunia nie gniewałaby się... a-a-ach, te kłopoty, te kłopoty!" Ale Arinie Pietrownej, kobiecie nie znoszącej, by tok jej myślenia cokolwiek przerywało, ruch Porfiszy nie przypadł do gustu.

- Nie, poczekaj z tym trząchaniem głową, - rzekła,- najpierw wysłuchaj! Jakżeż to ja mogłam się czuć, kiedym się dowiedziała, że ten rodzicielskie błogosławieństwo, jak ogryzioną kość, do rynsztoka cisnął? Co przeżywałam, ja, która, pozwólcie to sobie powiedzieć, nocy nie dosypiałam, chleba nie dojadałam, a ten - masz! Jakby wziął i kupił nie dom a na jarmarku błyskotkę - nie przydała się, to ją przez okno! Błogosławieństwo rodzicielskie!

- Ach, mamuniu! To taki uczynek! taki postępek! - rozpędził się Porfiry Władimirycz, ale Arina Pietrowna osadziła go znowu.

- Stój! czekaj! Co myślisz, powiesz, jak ja ci pozwolę! I chociaż by mnie uprzedził, wstrętnik jeden! Zawiniłem, mamuniu, tak a tak - nie mogłem sobie odmówić! Przecie ja sama, gdybym w porę zdążyła, potrafiłabym dom ten odkupić za bezcen! Nie skorzystał syn niegodziwy, niech mają dzieci lepsze! Przecie ta kamienica niby byle co, ale za rok przynosiłaby 15 procent dochodu. Może bym mu za to dorzuciła jeszcze jaki tysiączek rubli na jego bidę! No, i masz, siedzę tutaj, ani na jawie, ni nawet we śnie nic nie przeczuwam, a ten już! zadysponował! 12 tysięcy własnymi rękoma za dom zapłaciłam, a ten go za 8 na aukcji spuścił!

- A najważniejsze, mamuniu, że to z rodzicielskim błogosławieństwem tak podle postąpił! - czym prędzej pośpieszył wtrącić swoje Porfiry Władimirycz, jakby  w obawie, że mamunia znowu mu przeszkodzi.

- To także, ale i tamto. Pieniądze moje, gołąbku, to nie igraszki; nie tańcami i nie kurantami je zdobywałam, a własnym grzbietem i krwawym potem. Jakżeż to stałam się taka bogata, hę? Kiedym zamąż za tatunia wychodziła, jedno tylko Gołowliowo miał i najwyżej jakie sto dusz - i to w oddalonych od siebie kątkach; w jednym 20, w drugim 30 - może ze 150 naliczyłbyś razem! A u mnie samej i całkiem nic! I patrzcie tylko: z takimi możliwościami jaką to machinę stworzyłam! 4 tysiące dusz - przecie tego nie schowasz! I chciałabym ze sobą do mogiłki zabrać, ale nie da się! Jak myślisz - lekko to mi przyszło: te 4 tysiące zdobyć? Hę? Nie, kochany, tak trudno, tak ciężko, że nocami bywało nie śpisz - wciąż po głowie ci chodzi, jak by tu interesik tak chytrze wykręcić, żeby przed czasem kto czego nie przewąchał i nie ubiegł i żeby kopiejeczki najmniejszej nie stracić! Czego to ja nie użyłam: i ślizgawice, i roztopy, i słoty - nałykałam się wszystkiego! To tylko ostatnio tak się tymi powozami rozpieszczam; przedtem bywało, że i chłopskim wozem, i kibitką do niego uwiązaną, w dwa koniki zaprzężoną - do Moskwy się dryp-dryp kołaczę. Kołaczę się, a sama wciąż przemyśliwam: a co, jak kto ten majątek sprzed nosa mi sprzątnie! A i w samej Moskwie jak już jesteś, na nocleg zatrzymasz się na Rogożowej; wszelaki brud i smród - drodzy moi, wszystko musiałam przecierpieć! Żal grzywny na dorożkę - od stancji pieszo na własnej podeszwie na Solankę smaruję! Nawet dozorcy - i ci się dziwują: panienko, młodziuchnaś taka i niebiedna, a taki trud bierzesz na siebie! A ja znoszę wszystko, nie skarżę się. I pieniędzy tylko tyle na początek i było co 30 tysięcy asygnatami - tatuniowe oddalone kawałeczki posprzedawałam, dusz może ze sto - i z taką sumą odważyłam się, bagatela, tysiąc dusz nakupić! Poszłam do cerkwi na Iwerską, pomodliłam się - i na Solankę! szczęścia szukać! I co powiecie! Jakby widziała Orędowniczka nasza łzy moje gorzkie - i pomogła majątek ten przechwycić! I to jaki cud: kiedy postawiłam 30 tysięcy prócz opłaty skarbowej, to jakbym całą licytację przecięła! Przedtem i krzyczeli, i gorączkowali się, a wtedy przestali cenę podbijać, i tak się cicho zrobiło, jak makiem... Podniósł się z krzesła przewodniczący, gratulacje mi składa, a ja jak ten kołek - nic nie pojmuję! Był tam też drugi urzędnik z komisji, Iwan Nikołaicz, podszedł do mnie: wszystkiego najlepszego z okazji kupna, droga pani, powiada. A ja stoję, jak ten słup! I jakżeż jest wielka łaska boża! Pomyślcie tylko: jakby kto z samej przekory wtedy krzyknął: 35 tysięcy! - toż ja w tym zapamiętaniu 40 bym dała! A skądże bym je potem wytrzasnęła!

Wiele razy opowiadała dzieciom Arina Pietrowna epopeję swych pierwszych zmagań na polu bogacenia się, lecz historia ta, jak widać, do dzisiaj nic w ich oczach z uroku nowości nie straciła. Porfiry Władimirycz słuchał mamuni to uśmiechając się, to wzdychając, to przewracając białkami, to spuszczając wzrok w zależności od charakteru perypetii, jakich doświadczyła. Paweł zaś aż wielkie oczy zrobił, jak dziecko, któremu opowiadają dobrze znaną, wciąż jednak pasjonującą bajkę.

- Wy pewnie sądzicie, że matka majątek na tacy dostała! - ciągnęła Arina Pietrowna, - nie, kochani! darmo to nawet pryszcz na nosie nie wyskoczy: po pierwszym zakupie 6 tygodni w gorączce przeleżałam! Teraz więc sami osądźcie: jak mogę spokojnie patrzeć, jak krwawica moja po takich mękach, rzec można, ni stąd, ni zowąd do rynsztoka trafia!

Nastąpiło chwilowe milczenie. Porfiry Władimirycz gotów był nawet szaty drzeć na sobie, ale bał się, że tu, na głuchej wsi, nie będzie komu tego pocerować; Paweł zaś, jak tylko przebrzmiała "baśń" o wzbogaceniu się, natychmiast jak balonik oklapł, i twarz jego przyjęła poprzedni apatyczny wyraz.

- Ano, po to was i wezwałam, - ponownie rozpoczęła Arina Pietrowna, - osądźcie mnie i jego, nikczemnika! Co powiecie, tak będzie! Jego obwinicie - on zapłaci, mnie oskarżycie - ja cierpieć będę. Tylko ja nie dam siebie nienawistnikowi ukrzywdzić! - dodała zupełnie nieoczekiwanie.

Porfiry poczuł, że teraz jego chwila, i puścił się na szerokie wody swej kwiecistej wymowy. Jednak, jak prawdziwy Judaszek, przystąpił do rzeczy nie wprost, a zaczął ogródkami.

- Jeśli pozwolicie, droga mamuniu, wyrazić moje zdanie, - powiedział, - oto, co w dwóch słowach myślę: dzieci muszą słuchać swych rodziców, ślepo postępować według ich wskazówek, chronić ich starość przed zmartwieniem - ot, i tyle. Bo czymżeż są dzieci, mamuniu? Dzieci - to kochające istoty, które wszystko, począwszy od nich samych, a kończąc na ostatniej szmatce, jaką noszą - wszystko zawdzięczają rodzicom. Z tej przyczyny tylko oni, rodzice, osądzać mogą dzieci; nigdy odwrotnie. Obowiązkiem dzieci jest czcić a nie sądzić. Powiadacie: osądźcie mnie i jego! To wielkoduszne, najmilsza mamuniu, wspa-a-a-niałe! Czy jednak możemy bez bojaźni nawet pomyśleć o tym, my, cośmy od pierwszego dnia narodzin przez was od stóp do głów we wszystkim obdarowani? Wola wasza, lecz będzie to nie sąd a świętokradztwo! To takie bluźnierstwo, taka profanacja...

- Zaraz, zaraz! poczekaj! skoro mówisz, że nie możesz mnie osądzać, to mnie usprawiedliwcie, a jego obwińcie! - przerwała Arina Pietrowna, która pilnie się wsłuchiwała i nijak nie mogła odgadnąć: jaką to pułapkę tym razem szykuje Porfisza-pijawka.

- Nie, mamuniu, gołąbeczko, tego też nie możemy! Lub lepiej mówiąc, nie śmiemy i nie mamy prawa. Ni usprawiedliwiać, ni obwiniać - w ogóle osądzać nie możemy. Wy jesteście matką, wy jedna wiecie, jak z nami, dziećmi waszymi, postępować. Jak zasłużyliśmy - wynagrodźcie nas, kiedy zawiniliśmy - ukarzcie. Naszą rzeczą jest podporządkować się a nie krytykować. Nawet jakby się wam zdarzyło w chwili rodzicielskiego gniewu przekroczyć miarę - i tu też nie ośmielimy się protestować, bo nie nam są znane drogi Opatrzności. Kto wie? Być może tak właśnie trzeba! Tak i tu: brat Stiepan postąpił haniebnie, powiedzmy nawet nikczemnie, ale stopień kary, na jaką zasługuje za swój czyn, określić możecie tylko wy jedna!

- Odmawiasz zatem? Wyplątujcie się z tego, mamuniu najdroższa, jak potraficie! Tak?

- Ach, mamuniu, mamuniu! I nie grzech wam tak mówić! Ach-ach-ach! Ja tylko mówię: jak wam wygodnie zadecydować o losie brata Stiepana, tak też niech będzie - a wy... ach, jakie niegodne myśli mi przypisujecie!

- No, dobra. A ty co na to? - zwróciła się do Pawła Władimirycza.

- A co ja! Czy to mnie posłuchacie? - powiedział ten jak we śnie, ale potem ni z tego, ni z owego nabrał śmiałości i ciągnął: - Wiadomo, co - rozedrzeć go na strzępy... na miazgę zetrzeć... z góry wiadomo... co tam ja!

Wymamrotawszy te bez związku słowa, zamilkł i z rozwartymi ustami na matkę patrzył, jakby uszom swoim nie dowierzając.

- No, kochany, z tobą - potem! - chłodno przerwała Arina Pietrowna. - Ty, widzę, śladami Stiopki chcesz iść... ach, nie pomyl się tylko, mój drogi! Pożałujesz, jak będzie za późno!

- A co ja! Ja nic takiego... Mówię: jak chcecie! cóż w tym... niestosownego? - wycofał się Paweł Władimirycz.

- Potem, kochany, potem jeszcze porozmawiamy. Myślisz, że jak już jesteś oficer, to na ciebie sposobu się nie znajdzie! Znajdzie się, mój drogi, ach, i to jak szybko! No, więc, wy obaj swego osądu odmawiacie?

- Ja, najdroższa mamuniu...

- I ja też! Co tam ja! Jak już o mnie chodzi, proszę, choć na strzępy...

- Ależ zamilcz, na boga... niedobry synu! (Arina Pietrowna wiedziała, że ma pełne prawo powiedzieć "niegodziwy", jednak z racji radosnego spotkania język powściągnęła). Trudno. Skoro się tak wymawiacie, będę zmuszona decyzję podjąć sama. Oto, co postanowiłam: raz jeszcze spróbuję z nim po dobremu. Wydzielę mu tatuniową wioseczkę w wołogodzkiej guberni, przykażę postawić dla niego niewielką przybudówkę - i niech sobie tam żyje na garnuszku chłopów!

Chociaż tylko co Porfiry odżegnał się od sądu nad bratem, tak go jednak wspaniałomyślność mamuni poraziła, że nie mógł nie ostrzec jej przed skutkami dopiero co usłyszanego rozporządzenia.

- Mamuniu! - zawołał. - Jesteś więcej jak wielkoduszna! Mamy do czynienia z takim postępkiem... no, najbardziej niskim, podłym... i oto raptem wszystko zostaje zapomniane, wszystko wybaczone! Wspa-a-a-nia-le. Proszę jednak wybaczyć... lękam się o was, gołąbeczko! Jak chcecie, o mnie myślcie, ale na waszym miejscu... nie tak bym postanowił!

- A to dlaczegoż to?

- Sam nie wiem... Może nie ma we mnie tej wspaniałomyślności... tego, rzec można, matczynego serca... Ciągle jednak mam uczucie... a co, jeśli brat Stiepan, jak to on, i z tym drugim waszym rodzicielskim błogosławieństwem zrobi dokładnie to samo co z pierwszym?

Okazało się wszakże, że Arina Pietrowna i to przypuszczenie przewidziała. Była jednak też inna skryta przyczyna, o której musiała teraz powiedzieć.

- Wołogodzka posiadłość jest rodowa, po tatuniu, - wycedziła, - wcześniej czy później trzeba będzie mu część ojcowizny wydzielić.

- Pojmuję to, najmilsza mamuniu...

- A to skoro pojmujesz, to chyba rozumiesz też, że wydzielając mu wołogodzką wieś, można zażądać od niego papieru, że otrzymał, co mu należne, i że taki układ w pełni go zadowala!

- To też rozumiem, gołąbeczko mamuniu. Wielki błąd wtedy żeście z dobrego serca swego popełnili! Trzeba było wziąć od niego takie zobowiązanie, jakeście dom mu kupili. Że nie dziedziczy po tatuniu żadnego majątku!

- Cóż począć! Nie domyśliłam się!

- Wtedy z tej radości każdy dokument by podpisał! A wy, taka dobra... ach, co to był za błąd! taki błąd! taki błąd!

- "Ach!" i "och!" - trzeba było "achać", kochany, jak była po temu pora. Teraz wszystko gotóweś matce na głowę zwalić, a jak tylko jakiejś sprawy tknąć - to ciebie nie ma! Zresztą rzecz nie w papierze; papier i dzisiaj można z niego wydębić. Tatunio nie tak zaraz, myślę, umrze, a obibok też do tego czasu jeść będzie chciał i pić. Nie da papieru, można mu wskazać drzwi: proszę, czekaj śmierci tatunia! Nie, ja chcę wiedzieć: nie podoba ci się, że mam zamiar wydzielić mu wołogodzką wioseczkę?

- Gołąbeczko! przehula ją! dom przehulał - to i wieś przehula!

- A jeśli przehula, to sobie niech podziękuje!

- Przecie do was wtedy przyjdzie!

- No, nie, wolne żarty! Nawet na próg go nie wpuszczę! Nie to że chleba - ja wody jemu, obrzydłemu, nie poślę! I ludzie mnie za to nie zganią, i bóg nie pokarze. Widzicie go! dom przepił, majątek przepił - i za co? czy to ja jego niewolnica, żeby tylko jemu jednemu całe życie pod nos wszystko podtykać? Innych dzieci to nie mam?

- Ale do was wtedy przyjdzie. Przecie to impertynent, najdroższa mamuniu!

- Ależ mówię ci: ja na próg go nie puszczę! Co ty, jak ta papuga, w kółko i w kółko: "przyjdzie" i "przyjdzie" - nie wpuszczę!

Arina Pietrowna zamilkła i zapatrzyła w okno. Ona również niejasno pojmowała, że wioseczka ta jedynie na krótko uwolni ją od "uprzykrzonego", że koniec końców ten i tak ją przemota i znów do niej wróci, i że jako MATKA NIE MOŻE odmówić mu dachu nad głową. Myśl jednak, iż jej nienawistnik pozostanie przy niej na zawsze, że nawet uwięziony w kantorze będzie, jak ten majak, w każdej sekundzie ją wciąż prześladował - myśl ta do tego stopnia ją dławiła, że bezwiednie wzdrygnęła całym ciałem.

- Za nic w świecie! - krzyknęła wreszcie, stuknąwszy kułakiem w stół i zrywając się z fotela.

A Porfiry Władimirycz spoglądał na miłego przyjaciela mamunię i ze zmartwienia kiwał w takt głową.

- Jednak mamunia się gniewa! - powiedział w końcu tak tkliwie, jakby chciał mamunię połaskotać.

- A według ciebie w tany powinnam się puścić, tak?

- Ach-ach-ach! a co "Biblia" o cierpieniu mówi? Cierpieniem, powiedziano, unieśmiertelnicie dusze wasze! Cierpieniem - ot, co! Bóg, myślicie, nie widzi? Nie, widzi wszystko, najdroższa mamuniu! My być może nawet niczego i nie podejrzewamy, siedzimy sobie: i tak próbujemy, i siak - a On tymczasem postanowił: a co jak ześlę jej krzyż! Ach-ach-ach! A ja żem myślał, że z mamuni owieczka posłuszna!

Arina Pietrowna jednak dobrze wiedziała, że Porfiszka to pijawka, i tylko pętlę zarzuca, dlatego nie na żarty się rozzłościła.

- Co to, głupka ze mnie strugasz? - przykrzyknęła na niego. - Matka mówi o ważnych sprawach, a ten - błaznuje! Oczu tu nie mydl! Powiedz, jak myślisz! W Gołowliowie chcesz go matce na szyi zostawić czy jak?

- Dokładnie tak, mamuniu, jeśli taka wasza łaskawość. Zostawić go na takich warunkach, jak teraz, i zażądać papieru co do dziedziczenia.

- Tak... tak... dobrzem wiedziała, że tak właśnie poradzisz. No, dobra. Załóżmy, że będzie tak, jak tego chcesz. Jakby nieznośny był dla mnie nieustanny widok tego niegodziwca, trudno, nikt widać nade mną się nie ulituje. Młoda byłam - krzyż dźwigałam, a starej tym bardziej nie wypada się od krzyża wykręcać. Przypuśćmy, że tak właśnie zrobię; o czym innym musimy teraz pogadać. Póki oboje z tatuniem żyć będziemy w Gołowliowie - i on również nie zginie, z głodu nie pomrze. Co jednak potem?

- Mamuniu, kochana! Na co te czarne myśli?

- Czarne czy białe - pomyśleć trzeba. Młodzi już nie jesteśmy. Nogi wyciągniemy - a z nim co wtedy?

- Mamuniu! czyżbyś nie miała do nas zaufania? czyż tak nas wychowałaś?

I Porfiry Władimirycz zerknął na nią jednym z tych dziwnych spojrzeń, które zawsze wprawiały ją w taki zamęt.

- Już zarzuca! - jak echo ozwało się jej w duszy.

- Ja, mamuniu, biednemu z radością pomogę! Bogaty - cóż? ma dosyć swojego! Biedny zaś - wiecie, co Chrystus o biednym powiedział?

Porfiry wstał i rączkę mamuni ucałował.

- Mamuniu! pozwólcie dać bratu dwa funty tabaku! - poprosił.

Arina Pietrowna nie odpowiadała. Patrzyła na niego i myślała: czyżby z niego aż taki krwiopijca, że rodzonego brata wygoni na ulicę?

- A rób co chcesz! Ma żyć w Gołowliowie, to w Gołowliowie! - w końcu rzekła. - Zamotałeś mnie całkiem! skołowałeś! Od tego zaczął: jak wam, mamuniu, wygodnie! a w końcu zmusił, bym pod jego dudkę tańcowała! Zapamiętaj jednak sobie! On, mój prześladowca, całe życie mordował mnie i hańbił, z rodzicielskiego błogosławieństwa mojego zakpił sobie, ale jeśli ty za próg go wygonisz lub zmusisz, by poszedł na żebry - przeklnę cię! Nie, nie i nie! A teraz idźcie do niego! pewnie oczy wypatruje, was wyglądając!

Synowie poszli, Arina Pietrowna zaś stanęła przed oknem i śledziła, jak, nie mówiąc ni słowa, przechodzili przez dziedziniec do kantoru. Porfisza nieustannie zdejmował czapkę i czynił znak krzyża: to na cerkiew, bielejącą w oddali, to na przydrożną kapliczkę, to na słup drewniany, do którego przymocowano puszkę na datki dla biednych. Pawłusza wyraźnie nie mógł oczu oderwać od swoich nowych butów, na czubkach których prześlizgiwały promienie słońca.

- I dla kogo ja te skarby gromadziłam! nocy nie dosypiałam, chleba nie dojadałam... dla kogo? - wyrwał się z jej piersi jęk.

 

Braciszkowie wyjechali; dwór gołowliowski opustoszał. Arina Pietrowna ze zdwojoną energią rzuciła się do przerwanych zajęć; zacichł w kuchni werbel noży, za to nasiliła się robota w kantorze, w spichrzach, spiżarniach, komorach itd. Lato - czas obfitości - zbliżało się ku końcowi; kipiało gotowanie, zaprawianie, solenie, gromadzenie zapasów; zewsząd wszystko zwożono na zimę, ze wszystkich wiosek dostarczano babią powinność: suszone grzyby, jagody, jaja, jarzyny i in. Wszystko to ważono, mierzono, przyjmowano i dołączano do zapasów wcześniejszych. Nie darmo u gołowliowskiej pani wybudowano szereg piwnic, spiżarni i spichrzów; wszystkie były po sufit zapchane, niemało też było zepsutych towarów, do których dostępu bronił smród zgnilizny. Wszystko to w końcu lata sortowano, a ta część, co się już do niczego nie nadawała, była zdawana służbie.

- Ogóreczki jeszcze całkiem-całkiem, tylko z wierzchu trochę jakby nie tego... oślizgły, niezbyt pachną, ale niech tam, niechże i oni też coś połasują, - mawiała Arina Pietrowna, nakazując to jedną, to drugą kadź odstawić.

Dziwnie łatwo Stiepan Władimirycz oswoił się ze swoim nowym położeniem. Czasami narastało w nim męczące pragnienie "wytarzać się", "pohulać" i w ogóle "zapić na amen" (miał nawet, jak to jeszcze zobaczymy, na ten cel pieniądze), ale z wielkim samozaparciem póki co powściągał się, jakby licząc, że "ta chwila" jeszcze może poczekać. Obecnie nieustannie był zajęty, ponieważ brał żywy udział w owym procesie gromadzenia zapasów, bezinteresownie radując się i martwiąc sukcesami i porażkami gołowliowskiej krzątaniny. W zapamiętaniu łaził od kantoru do piwnic, w samym szlafroku, bez czapki, chowając się przed okiem matki za drzewami i wszelkiej maści skrzyniami, zawalającymi całe podwórze (Arina Pietrowna, nawiasem mówiąc, przyłapywała go na tym nieraz, i aż wrzało w jej matczynym sercu, by obiboka porządnie osadzić, ale po namyśle machnęła na to ręką) - i stamtąd gorączkowo śledził, jak rozładowywano podwody, przynoszono ze dworu słoje, beczki, kadzie, jak wszystko to segregowano i niesiono w zionącą otchłań piwnic i spiżarni.

W zasadzie na ogół był zadowolony.

- Przywieźli dzisiaj z Dubrowina dwa wozy rydzyków - co za rydze, bracie! - w zachwycie powiadamiał pisarza. - A jużeśmy myśleli, że na zimę bez rydzów zostaniemy! Dzięki bogu, dubrowianie poratowali! Zuchy! Chwała Bogu!

Albo:

- Kazała dzisiaj matka karasi w stawie nałowić - ach, co za ryby! Jakie sztuki! Po pół arszyna niektóre! Starczy tego na cały tydzień!

Czasem zresztą też się martwił.

- Ogóreczki tego lata, bracie, nie udały się! Nieforemne i w plamach jakichś - porządnego ogórka nie uświadczysz! Jeść będziemy zeszłoroczne, a te najpewniej służbie oddadzą!

Tak w ogóle jednak system gospodarzenia Ariny Pietrownej nie budził w nim entuzjazmu.

- Ileż ta dobra zmarnowała, bracie - Chryste panie! Taszczyli, niedawno, taszczyli: słoninę, ryby, ogórki - wszystko kazała dać ludziom ze służby! Czyż tak się robi? Czy tak prowadzi się mądrze dom? Świeżych zapasów przepaść, a ta nawet ich nie tknie, póki starej stęchlizny nie zje!

Przekonanie Ariny Pietrowny, że od Stiopki-obiboka, jaki zechce papier, taki bez trudu wyciągnie - w pełni się sprawdziło. Nie tylko bez sprzeciwu podpisał wszystkie przez matkę przysłane dokumenty, lecz nawet tego samego wieczoru jeszcze się przed pisarzem chwalił:

- Dzisiaj, bracie, cały dzień żem papiery podpisywał. Wszystkie o zrzeczeniu się - teraz jestem goły, jak ten święty turecki! Ni miski, ni łyżki - niczego już nie mam, a i w przyszłości też już nic nie dostanę! Uspokoił żem staruchę!

Z braćmi rozstał się w zgodzie i cieszył się, że mu dali cały zapas tabaku. Naturalnie, nie mógł się powstrzymać, żeby Porfiszkę nie przezwać pijaweczką i Judaszkiem, lecz epitety te, przez nikogo nie zauważone, utonęły w całym potoku gadaniny, z której nie można było jednej sensownie powiązanej myśli wyłowić. Na pożegnanie bracia rozsupłali sakiewki i nawet dali mu pieniądze, przy czym Porfiszka dar swój odprowadzał następującymi słowy:

- Olejku do lampki potrzebował będziesz albo bogu świeczuszkę zechcesz postawić - a tu i pieniążki masz! Tak to jest, bracie! Żyj cichutko i spokojniutko - i mamunia będzie z ciebie rada, i ty będziesz zadowolony, i wszystkim będzie wesoło i radośnie. Przecie matka dobra, mój drogi!

- Pewnie że dobra, a jakżeż, - zgodził się Stiepan Władimirycz, - czemu tylko nieświeżą słoniną karmi!

- A kto zawinił? kto z rodzicielskiego błogosławieństwa zakpił sobie? – sam-eś winien, sam majątek przeputałeś! I jakiż to majątek: okrąglutki, wygodniutki, piękny! O, jakbyś to skromnie i należycie się prowadził, i wołowinkę jadłbyś, i cielęcinkę, a nie, to sosiku byś podać kazał. I wszystkiego byś miał w bród: i kartofelków, i kapustki, i groszku... Dobrze, bracie, mówię?

Gdyby Arina Pietrowna to słyszała, najpewniej nie powstrzymałaby się od uwagi: już! zatrajkotała trajkotka! Stiopka-obibok miał wszak to szczęście, że uszy jego, rzec można, nie zatrzymywały, jak to dziurawe sito, zbędnej paplaniny. Judaszek mógł gadać, co ślina na język niesie, i być pewnym, że ani jedno jego słowo do takiego słuchacza nie dotrze.

A zatem Stiepan Władimirycz przyjaźnie pożegnał się z braćmi i zaraz nie bez satysfakcji pokazał pisarzowi Jakowowi dwa 25-rublowe banknoty, które po rozstaniu trafiły do jego kieszeni.

- Teraz, bracie, starczy na długo! - powiedział. - Tytoń mam, w herbatę i cukier jesteśmy zaopatrzeni, wina tylko brak - ale jak zechcemy, to i winko będzie! Zresztą na razie jeszcze z tym poczekam - nie ma czasu, muszę do piwnicy lecieć! Okruszka nie dopilnujesz - wtrymiga go rozdrapią! A widziała mnie, bracie, wiedźma, widziała, jak przy czeladnej po murze żem właził! Przy oknie stoi, na mnie patrzy i pewno myśli: to-to ogórków doliczyć się nie mogę - a to ten!

Ale oto i październik na dworze: polały się deszcze, ulica poczerniała i stała się nie do przebycia. Stiepan Władimirycz nie mógł się nigdzie ruszyć, bo na nogach miał jedne znoszone pantofle tatunia a na grzbiecie jego stary szlafrok. Całymi dniami przesiadywał teraz przy oknie w swoim pokoju i przez podwójne ramy patrzył na tonącą w błocie osadę. Pośród szarych wyziewów jesieni, jak czarne ruchome punkty, zgrabnie przebiegali ludzie, których nie zmogła żniwna mordęga. Mordęga ta zresztą nie ustawała, a tylko przybrała nową postać - tryumfalne tony lata zastąpiły obecnie niekończące się zmierzchy jesieni. Stodoły jaśniały do późnej nocy, stuk cepów monotonnym werblem rozlegał się po całej okolicy. Na pańskich gumnach również szła młocka, i w kantorze rozpowiadano, że pewno i do adwentu ze zbożem nie skończą. Wszystko wyglądało ponuro, sennie, wszystko wyrażało umęczenie. Drzwi kantoru już nie były otwarte na oścież, jak latem, a w samym środku od mokrych półkożuszków płynął siwy tuman pary.

Trudno powiedzieć, jakie wrażenie wywierał na Stiepanie Władimiryczu obraz pracowitej wiejskiej jesieni, i czy nawet odczuwał jej znój, zawieszony pośród brei błota, pod nieprzerwanymi strugami ulewy, ale to pewne, że szare, wiecznie załzawione jesienne niebo dusiło go. Zdawało się, że wisi mu tuż nad głową i grozi zatopieniem w rozwartych czeluściach ziemi. Nie miał nic innego do roboty, jak patrzeć w okno i śledzić ciężkie zwały obłoków. Od rana skoro świt cały horyzont był już gruntownie nimi obłożony; chmury stały jak zastygłe, zaczarowane; mijała godzina, dwie, trzy, a one tkwiły wciąż na tym samym miejscu, i nie sposób było zauważyć najmniejszej choćby zmiany ni w ich kolorze, ni w zarysach. Oto obłok, ten tam najniżej, co ma najciemniejszą barwę: i przedtem miał rozdarcie (jak pop z sutanną i z rozpostartymi ramiony), rozdarcie wyraźnie zaznaczone na jaśniejszym tle górnych warstw - i teraz, w południe, zachował taką samą postać. Prawa ręka co prawda się skróciła, za to lewa niepomiernie wyciągnęła, i leje z niej, tak leje, że aż na ciemnym spodzie nieba zarysowało się jeszcze ciemniejsze, prawie czarne szerokie pasmo.

Albo jeszcze inny obłok dalej: i wtedy wisiał ogromną kosmatą grudą nad sąsiednią wioską Nagłowką i zdawał się grozić jej zaduszeniem - i teraz również takim samym kosmatym strzępem wisi na tym samym miejscu, i łapy swoje wyciągnął w dół, jakby szykował się do zeskoku. Chmury, chmury, chmury - i tak cały boży dzień. Coś koło piątej po obiedzie zachodzi metamorfoza: dookoła świat stopniowo otula mgła, otula, aż wreszcie wszystko znika. Najpierw giną obłoki, które zaciąga jednolita czarna zasłona; potem nie wiadomo gdzie przepada las i Nagłowka; za nią utonie cerkiew, kapliczka, pobliska chłopska osada, sad, i jedynie oko uważnie śledzące proces tych tajemniczych zniknięć może jeszcze rozróżnić stojącą w kilku sążniach pańską sadybę.

W izbie już całkiem ciemno; w kantorze jeszcze mrok, światła nie zapalają; pozostaje jedynie chodzić, chodzić, chodzić bez końca. Chorobliwy głód skuwa umysł; w całym ciele, tak przecież biernym, czuje się bezprzyczynne, niewyrażalne zmęczenie; jedna jedyna myśl miota się, ssie, dławi - i myśl ta: trumna! trumna! trumna! Oto te ludzkie ruchliwe punkty, które niedawno przebłyskiwały na ciemnym tle błota w pobliżu wiejskich gumien - tych myśl taka nie trapi, ci nie zginą pod brzemieniem tęsknoty i pragnienia: ci ludzie, jeżeli nawet bezpośrednio nie zmagają się z niebem, to przynajmniej coś klecą, ogradzają, ulepszają. Czy warto ogradzać i ulepszać to, nad urządzeniem czego dzień i noc miotają się, szamocą i wyzbywają sił - nie przychodziło mu do głowy, miał jednak świadomość, że nawet te bezimienne punkty stoją nieskończenie wyżej niż on - on, który nawet gmerać się nie może, bo nie ma niczego takiego, co mógłby ogradzać czy ulepszać.

Wieczory spędzał w kantorze, bo Arina Pietrowna jak przedtem świec dla niego nie wydawała. Kilka razy przez rządcę prosił o buty i półkożuszek, otrzymał jednak odpowiedź, że żadnego obuwia dla niego nie przygotowano, a jak nadejdą przymrozki, dostanie walonki. Widać matka miała zamiar program swój wypełnić dosłownie: utrzymywać uprzykrzonego tylko tak, by nie padł z głodu. Z początku ją przeklinał, później jakby o niej całkiem zapomniał; czasem coś sobie z nią jeszcze kojarzył, potem i tego zaprzestał. Nawet światła świec, zapalonych w kantorze - i te też mu obrzydły; zamykał się w swoim pokoju, żeby być sam na sam z mrokiem. Pozostawało już tylko jedno wyjście, przed którym póki co jeszcze się wzdragał, ale które z niepowstrzymaną siłą przyciągało go do siebie. Wyjście to: zalać się do nieprzytomności, żeby zapomnieć głęboko, bezpowrotnie, zanurzyć w falę niepamięci tak, by już więcej stamtąd nie wypłynąć. Wszystko wołało go w tę stronę: i żywioł dawnych przyzwyczajeń, i przymusowa bezczynność teraźniejszości, i chory organizm z jego duszącym kaszlem i nieznośną, niczym nie usprawiedliwioną zadyszką i ciągle narastającymi kłuciami w sercu. W końcu nie wytrzymał.

- Dziś trza nocą, bracie, flaszkę zdobyć, - powiedział pewnego razu do pisarza głosem nie wróżącym nic dobrego.

Flaszka ta pociągnęła za sobą cały szereg następnych, i od tej pory każdej nocy metodycznie się upijał. O dziewiątej, kiedy w kantorze gaszono światło, i ludzie rozchodzili się do swych legowisk, stawiał na stole przygotowaną wódkę i kładł kromkę czarnego, posypanego solą chleba. Do picia przystępował nie od razu, lecz jakby się do tego podkradał. Dookoła wszystko zasypiało martwym snem; za odstającymi tapetami skrobały tylko myszy i uparcie tykał zegar w kantorze. Zdjąwszy szlafrok, w samej koszuli, snuł się wte i z powrotem po do żaru nagrzanej izbie, od czasu do czasu przystawał, podchodził do stołu, namacywał w ciemnościach butelkę i znowu powracał do chodzenia. Pierwsze łyki wypijał z żarcikami, z rozkoszą wsysając palącą wilgoć; aliści powoli przyspieszało się bicie serca, głowa płonęła - i język poczynał coś bez związku mamrotać. Przytępiona wyobraźnia siliła się stworzyć jakieś obrazy, zmartwiała pamięć próbowała przedrzeć się w dziedzinę przeszłości, ale przedstawienia wychodziły porwane, bezsensowne, a to, co było, nie odzywało się ani jednym wspomnieniem, ni gorzkim, ni jasnym, jakby między minionym a chwilą obecną raz na zawsze wyrosła masywna ściana. Przed nim stała jedynie teraźniejszość w postaci na głucho zamkniętej klatki, w której bezpowrotnie utonęła i idea przestrzeni, i czasu. Pokój, piec, trzy okna od szczytu, drewniane skrzypiące łóżko a na nim cienki, uleżany siennik, stół ze stojącą na nim flaszką - do żadnych innych horyzontów myśl już nie sięgała. W miarę jednak ubywania zawartości, w miarę, jak głowa się rozpalała - i to nawet skąpe rozeznanie tego "tu i teraz" stawało się zbyt trudne. Bełkot, mający choć na początku jakąś formę, rozpadał się definitywnie; źrenice, siląc się dojrzeć zarysy mroku, rozszerzały się niepomiernie; sama ciemność w końcu znikała, a w zamian pojawiała się przestrzeń wypełniona fosforycznym blaskiem. Była to bezbrzeżna pustka, martwa, nie odpowiadająca ani jednym dźwiękiem życia, złowieszczo-promienna. Szła mu po piętach za każdym zwrotem jego kroków. Ni ścian, ni okien - nic nie istniało; jedna bezgranicznie rozciągnięta, świetlista otchłań. Ogarniała go panika; musiał zabić w sobie poczucie teraźniejszości tak, żeby nawet tego nie było. Jeszcze parę wysiłków - i był już u celu. Potykające się od ściany do ściany nogi nosiły bezwładne ciało, pierś wydawała nie mamrotanie a rzężenie, sam byt jakby ustawał. Następowała owa przedziwna niemota, która mając wszelkie cechy braku świadomego życia, równocześnie bez wątpienia wskazywała na obecność jakiejś osobliwej egzystencji, rozwijającej się niezależnie od jakichkolwiek warunków. Jęki za jękami wyrywały się z piersi, zupełnie nie naruszając snu; organiczna niedyspozycja kontynuowała swoją destrukcję, wyraźnie nie przyczyniając fizycznego cierpienia.

Rano budził się wraz ze świtem, i natychmiast z niebytu powracały: tęsknota, wstręt, nienawiść. Nienawiść bez buntu, niczym nie uzasadniona, nienawiść do czegoś nieokreślonego, nie mającego konkretnej postaci. Zaognione oczy bezmyślnie zatrzymują się to na jednym, to drugim przedmiocie i uważnie się wpatrują; ręce i nogi drżą, serce to zamiera, jakby zapadało w głąb, to znów zaczyna stukać z taką siłą, że ręka mimowiednie chwyta za pierś. Ani jednej myśli, żadnego pragnienia. Przed oczyma piec, i widok ten do tego stopnia przepełnia świadomość, że inne wrażenia nie docierają. Potem piec zastępuje okno, jak okno, okno, okno... Nie trzeba już niczego, niczego, niczego. Fajka nabija się i zapala machinalnie i niedopalona znowu wypada z rąk; język coś mamroce, ale wyraźnie jedynie z przyzwyczajenia. Najlepsze co może być: siedzieć i milczeć, milczeć i patrzeć w jeden punkt. W takiej chwili dobrze by było się upić; dobrze by było podnieść ciepłotę ciała, żeby bodaj przez moment czuć obecność życia, wódki jednak za dnia nie sposób zdobyć za żadne pieniądze. Wypada zatem czekać nocy, żeby ponownie dorwać się do świętych chwil, kiedy ziemia znika pod stopami i zamiast obrzydłych czterech ścian przed oczyma rozwiera się bezkresna świetlista pustka.

Arina Pietrowna zielonego pojęcia nie miała o tym, jak spędza czas obibok w kantorze. Przypadkowy odblask uczuć, mignąwszy raz w rozmowie z Porfiszką, momentalnie zgasł tak, że tego nawet nie spostrzegła. Z jej strony nie było nawet jakiegoś stałego wyobrażenia, co działo się z synem - była zwykła niepamięć. Całkiem straciła z oczu, że obok niej, w kantorze, żyje jakaś istota związana z nią więzami krwi, istota, która może z tęsknoty usycha za wolnością. Tak jak i ona sama, raz popadłszy w koleinę egzystencji, prawie machinalnie wypełniała ją jedną i tą samą treścią - tak też według niej powinni czynić i inni. Na myśl jej nie przychodziło, że sam charakter każdego bytu zmienia się zależnie od masy okoliczności tak czy inaczej złożonych, i w końcu dla jednych (w tym także dla niej) sposób własnego istnienia jest czymś jedynym, dobrowolnie obranym, a dla drugich - wstrętnym i wymuszonym. Z tego powodu, chociaż rządca niejednokrotnie donosił, że ze Stiepanem Władimiryczem "coś nie tak", informacje te prześlizgiwały mimo jej uszu, nie pozostawiając w umyśle żadnego echa. Co najwyżej odpowiadała na to zwykłą stereotypową formułą:

- Ojej, wyliże się, jeszcze nas wszystkich przeżyje! Cóż mu, takiemu koniowi, będzie! Kaszle? Niejeden całe życie kaszle i jak pączek żyje!

Jednak kiedy pewnego dnia doniesiono jej, że Stiepan Władimirycz nocą zniknął z Gołowliowa, raptem oprzytomniała. Natychmiast dom cały rozesłała na poszukiwania i osobiście przystąpiła do śledztwa, rozpoczynając od oględzin pokoju, gdzie mieszkał uprzykrzony. Pierwszą rzeczą, która ją poraziła, był widok stojącej na stole butelki, na dnie której chlupotało jeszcze trochę cieczy i której w pośpiechu nie pomyślano uprzątnąć.

- A to co? - spytała, jakby nic nie rozumiejąc.

- To... tego... panicz się zajmowali, - odpowiedział jąkając się rządca.

- Kto przynosił? - zaczęła, lecz opamiętała się i, tając gniew, kontynuowała oględziny.

Izba była czarna, brudna, tak zaślizgana, że nawet ona, nie uznająca żadnych potrzeb komfortu, poczuła się strasznie. Sufit zakopcony, tapety na ścianach popękane i w wielu miejscach w strzępach, parapety czarne pod gęstą warstwą fajczanego popiołu, wszystkie poduszki na pokrytej lepką mazią podłodze, na łóżku zmięta kołdra, cała szara od naniesionego paskudztwa. W jednym oknie zimowe żaluzje wystawione czy może, lepiej mówiąc, wydarte, same zaś okno pozostawiono półotwartym: tą też zapewne drogą uprzykrzony zniknął. Arina Pietrowna instynktownie wyjrzała na drogę i przeraziła się jeszcze bardziej. Na dworze był już początek listopada, jednak jesień tego roku była wyjątkowo długa, i mrozy jeszcze nie nastąpiły. I ulica, i pola - wszystko leżało czarne, rozmokłe, nie do przebycia. Jak się tędy wydostał? Dokąd szedł? I dopiero wtedy przypomniała sobie, że nie miał nic prócz szlafroka i kapci, z których jeden znaleziono pod oknem, i że przez całą minioną noc, jak na grzech, padał nieustanny deszcz.

- Jak ja dawno u was, gołąbeczki, nie byłam! - mówiła, wdychając miast powietrza jakąś wstrętną mieszaninę woni bimbru, tytoniu i mokrej baraniej skóry.

Dzień cały, póki ludzie szukali w lesie zbiega, przestała matka u okna, z tępą uwagą wpatrując się w obnażoną dal. Przez obiboka taki zamęt! - zdawało się jej, że to jakiś idiotyczny sen. Przestrzegała wtenczas przecież, że trzeba go zesłać na wołogodzką wioskę - ale nie! podlizuje się przeklęty Judaszek: zostawcie go, mamuniu, w Gołowliowie! - no, i teraz masz, taplaj się w tym błocie razem z nim! Żyłby poza oczami, jak by chciał - i bóg z nim! Swoje zrobiła: jeden ogryzek przehulał - wyrzuciła drugi! A przehulałby i ten - trudno, nie gniewaj się, kochany! Sam pan Bóg - i ten nie nastarczyłby na tak nienasyconą gardziel! I zawsze byłoby u nas miło i spokojnie, teraz zaś co? Łatwo to znieść: zwiał bóg wie dokąd! szukaj wiatru w polu! Dobrze jeszcze, jak go żywego do domu przywiozą - przecie po pijanemu i na stryczek nietrudno takiemu natrafić! Wziął sznur, o sęk zaczepił, obwiązał wokół szyi, i gotów! Matka nocy nie dosypia, chleba nie dojada, a ten - proszę, jaką modę wymyślił - wieszać się będzie. I żeby to mu źle było, jeść, pić nie dawali, pracą męczyli - nie, dzień cały wte i z powrotem jak pomieszany się kręcił, jadł i pił, pił i jadł! Inny nie wiedziałby, jak matce dziękować, a ten wieszanie umyślił - ot, i wdzięczność synka miłego!

Tym razem jednak przeczucia Ariny Pietrownej co do nagłej śmierci obiboka nie sprawdziły się. Na wieczór w okolicy wsi pokazała się kibitka zaprzężona w dwa chłopskie konie i podwiozła uciekiniera do kantoru. Był półprzytomny, cały potłuczony, z posiniałą i obrzękłą twarzą. Okazało się, że przez noc doszedł do dubrowińskiego dworu, leżącego prawie 20 wiorst od Gołowliowa.

Całą dobę przespał, obudził się następnego dnia. Jak zawsze zaczął chodzić wte i nazad po pokoju, lecz fajki nie tknął, jakby o niej zapomniał i na wszelkie pytania nie uronił jednego słowa. Ze swej strony Arina Pietrowna zmiękła na tyle, że omal nakazała przenieść go do pańskiego dworu, potem jednak się uspokoiła i pozostawiła obiboka, gdzie był, wydając tylko polecenie wymycia i wyskrobania jego klitki, wymianę pościeli, powieszenia w oknach zasłon itp. Następnego dnia wieczorem, kiedy powiadomiono ją, że Stiepan Władimirycz się obudził, przykazała wezwać go do siebie na herbatkę i nawet znalazła dla rozmowy z nim pieszczotliwe tony.

- Dokąd to od matki żeś poszedł? - zaczęła. - Zdajesz sobie sprawę, jak się martwiłam? Dobrze, że tatunio nic nie wie! Jak by się czuł, przy jego zdrowiu?

Stiepan Władimirycz jednak wyraźnie pozostał obojętny wobec tej matczynej troski i szklanymi nieruchomymi oczyma zapatrzył się w płonącą świeczkę, jakby obserwując gromadzący się stopniowo na knocie kopeć.

- Ach, głuptasku, głuptasku! - ciągnęła dalej swoje matka coraz bardziej pieszczotliwie. - Pomyślałbyś chociaż, jakie przez ciebie słuchy pójdą o twoich rodzicach! Zawistników przecie mam - dzięki bogu! Nie wiedzieć co naplotą! Powiedzą, żem ciebie nie karmiła i nie odziewała... ach, głuptasku, głuptasku!

Ten sam nieruchomy, bezmyślnie skierowany w jeden punkt wzrok, to samo milczenie.

- I źle ci to u matki było! I syty, i ubrany – chwała bogu! Cieplusieńko ci, milutko... czegoż chcieć więcej! Nudzisz się - trudno, nie gniewaj się - od tego i wieś! Wesela tu i balów żadnych nie mamy - wszyscy po kątach siedzą i się nudzą! Ja też radabym poskakać i pieśni pośpiewać - ale jak na drogę popatrzysz, to i do cerkwi bożej w taką chlapaninę odechce się jechać!

Arina Pietrowna zamilkła w nadziei, że obibok choć cokolwiek z siebie wydusi, ale ten jakby skamieniał. Serce w niej pomału krew zaczyna zalewać, wciąż jednak jeszcze panuje nad sobą.

- A jeśli byłeś z czego niezadowolony - jedzenia może przymało było czy co do bielizny - nie mogłeś to otwarcie matce powiedzieć? Mamuniu, duszko, przykażcie wątróbki czy tam pierożka z twarożkiem przygotować - czyżby ci matka tego kęsa odmówiła? Albo choćby i tego winka - no, zachciało się popić, i bóg z tobą! Kieliszek, dwa - czy to matce żal? Ale nie: u ostatniego sługi nie wstyd poprosić, matce zaś słowo rzec ciężko!

Daremne jednak były te przypochlebne mowy: Stiepan Władimirycz nie tylko się nie rozkleił (Arina Pietrowna miała nadzieję, że chociaż w rączkę ją cmoknie) i nie objawił żadnej skruchy, ale nawet jakby niczego nie słuchał.

Od tej pory całkiem przestał się odzywać. Całymi dniami wędrował po izbie, ponuro zmarszczywszy czoło, poruszając wargami i nie czując zmęczenia. Czasami zatrzymywał się, jakby chcąc coś wyrazić, lecz nie znajdował słów. Nie utracił zdolności myślenia, wrażenia wszakże tak słabo czepiały się jego umysłu, że natychmiast o nich zapominał. Dlatego niepowodzenie w odnajdywaniu należnego wyrazu nie wywoływało w nim nawet zniecierpliwienia. Arina Pietrowna ze swej strony uważała, że syn ani chybi dwór jej podpali.

- Dzień cały milczy! - mówiła. - Przecie o czymś zamyśla, kiedy tak milczy! Wspomnicie moje słowa, jak majątek z dymem puści!

Ten jednak po prostu całkiem nie myślał. Zupełnie jakby się pogrążył w pozbawionej światła mgle, gdzie nie ma miejsca nie tylko dla działania, ale i dla wyobraźni. Mózg produkował coś, ale owo coś nie miało już związku ani z przeszłością, ani z dniem dzisiejszym, ani z jutrem. Jakby mroczny obłok otulił go od stóp do głów, a on wpatrywał się weń, śledził jego przewidywane falowanie i od czasu do czasu wzdrygał i jakby przed nim wzbraniał. W tym tajemnym obłoku utonął dla niego cały fizyczny i duchowy świat...

W grudniu tegoż roku Porfiry Władimirycz otrzymał od matki list następującej treści:

"Wczoraj wieczorem dosięgła nas nowa próba, posłana z wysokości od Pana naszego: zmarł Stiepan, syn mój a twój brat. Jeszcze w przeddzień z wieczora całkiem był zdrów i nawet zjadł kolację, a rano znaleziono go w pościeli martwego - oto jak bystry jest życia tego nurt! I co dla matczynego serca najboleśniejsze: ot, tak, bez sakramentów, pozostawił ten padół łez, by pośpieszyć ku niewiadomemu.

Przykład ten niech posłuży nam nauką: kto lekceważy więzy rodziny - zawsze winien dla siebie takiego końca oczekiwać. I niepowodzenia w doczesnym życiu, i niepotrzebna śmierć, i wieczne potępienie w życiu przyszłym - wszystko z tego źródła bierze początek. Albowiem jak byśmy nie byli wszechwiedzący a nawet wysoko postawieni, wszak jeśli nie szanujemy rodziców, i owa wszechwiedza, i wysoki nasz stan - wszystko wniwecz się obraca. Takie są prawa, jakie każdy żyjący na tym świecie winien sobie zakarbować, służba zaś nadto winna szanować swych panów.

Bez względu zresztą na powyższe, temu, który odszedł w wieczność, wszelkie honory zostały należycie oddane - jak to synowi. Wypisano z Moskwy ubranie, pogrzeb zaś prowadził znany ci ojciec archimandryta. Modlitwy za duszę zmarłego i wypominki jak trzeba, po chrześcijańsku, do dzisiaj trwają. Żal syna, lecz przeciwić się nie śmiem, a i wam, dzieci moje, nie radzę. Albowiem któż to wiedzieć może? -my tu pomstujemy, a Jego dusza tymczasem w niebiesiech raduje się!"

Michał Sołtykow-Szczedrin

przełożyła Emilia Pieńkowska


portal LM, sierpień 2014