Piotr Zemanek „Południk Greenwich”, Fundacja Literatury im. Henryka Berezy, Szczecin 2014, str. 44

Kategoria: port literacki Utworzono: poniedziałek, 02, luty 2015 Opublikowano: poniedziałek, 02, luty 2015 Drukuj E-mail


Jolanta Szwarc

NA PRAWO I LEWO OD “POŁUDNIKA GREENWICH”

Tomik poetycki Piotra Zemanka otwiera wiersz, w którym autor… Nie, nie – obciążmy tą wypowiedzią, zbudowaną jak osobiste wyznanie autora, raczej podmiot liryczny.

Otóż wyobrażam sobie, że owa osoba, odczuwając silne dolegliwości, udała się do lekarza i narzeka. O, panie doktorze boli mnie świat /…/ boli mnie zachwyt odległy obcy /…/ boli mnie padające światło /…/ boli mnie noc / zalewająca niebo /…/ boli mnie wiatr /…/ boli mnie ból /…/ bolą mnie rany słów /…/ boli mnie człowiek.

- O, święta Łucjo ze wszystkimi swoimi atrybutami, patronko pisarzy, pozwól mi postawić diagnozę – westchnął lekarz i zarządził „Endoskopię”. – Muszę przecież zajrzeć we wszystkie otwory, w najciemniejsze kąty świata, który tak dolega mojemu pacjentowi. I zaczął zaglądać nie tylko w odległe miejsca, które wskazywał cierpiący, ale korzystając z niezwykłych zdolności swojego aparatu przenosił się w czasie.

- Proszę tylko tyle nie mówić, bo nie mogę się skupić. Tak, widzę te gwałty i mordy w Meksyku, ale krzyków kobiet z Juarez nikt nie słucha. Pan też ich nie słyszy, bo pan tam nie był, nie był pan jedną z tych porozrzucanych jak zepsute lalki na złomowisku. Takie porównanie nie przybliża bólu, wręcz przeciwnie, łagodzi; albo te krótkie spódniczki kobiet przesiąknięte zapachem fabryki. Widzi pan, po co nosiły krótkie. I ten zapach, a może widok i zapach prowokowały?

Proponuje pan teraz, bym zmienił kontynent i przeniósł się do Afryki, do Nigerii. gdzie zaczyna dyktować warunki Boko Haram. Od 2010 roku zginęło tam kilka tysięcy ludzi. Kilka, bo kto tam ich dokładnie policzy, do tego trzeba jeszcze ciągle dodawać świeżo zabitych. Czy imię Boga jest kwestią do rozstrzygnięcia? Jeśli jest, to na co czekamy? Ciekawe, co by na to Bóg powiedział, które imię bardziej ceni, które dzieci ładniej go nazywają?

Z dożywotnim wyrokiem skazani na Ziemię grypsujemy z Bogiem. Nie słyszałem, by któryś więzień grypsował z naczelnikiem wiezienia. Nawet jeśli założymy, że Herero i Nama, zbuntowane ludy dzisiejszej Namibii próbowały, to nic im to nie dało. Żadnej pomocy z zewnątrz. Ziemscy więźniowie konflikt rozwiązali we własnym zakresie. Powstanie afrykańskich ludów stłumili niemieccy kolonizatorzy wsparci przez wojska cesarza Wilhelma II. Już ponad sto lat upłynęło od tych wydarzeń, które ONZ nazwała pierwszym ludobójstwem XX wieku. Zginęło wtedy tylko 100 tysięcy Herero i 10 tysięcy Nama. Później w czasie II wojny światowej Niemcy znacznie poprawili wynik.

W wierszu „Golgota Namib” wiatr rozwiewa ból umierających z pragnienia i głodu na pustyni i w obozie pracy w Lüderitz. Zagłusza go szum informacyjny nadgorliwego podmiotu lirycznego, który w lirycznym monologu narracyjnym kołuje ponad czasem przeszłym, żeby wyłapać jak najwięcej faktów i tym samym rozmywa problem. Znieczula czytelnika. Trzeba do współczesnych o strasznych faktach mówić innym językiem. Jakoś słabo brzmi okaleczona Eugenia, nie tworzy metaforycznego znaczenia, zamiast myśleć o eugenice negatywnej i kuzynie Darwina, współczujemy jakiejś niepełnosprawnej Geni.

No dobrze – mówi lekarz – boli pana też na wschód od Greenwich. Osetia i Biesłan, zaraz zobaczę. Mówi pan, że obcy mężczyzna pomylił wiek swojej ofiary i strzelił do chłopca, który szedł z matką. Przeciął jego nić jak Atropos. Matka pochyliła się niby wierzba nad wiotkim konarem / obejmowała wypływający z zamkniętych ramion strumień / jej oczy były wyschniętą studnią wiedziała że kamień pęknie / wsłuchiwała się w oddech syna tonęła w czarnych jeziorach źrenic / kiedy zasnuła je mgła przyłożyła usta do wiotkich warg jak kobieta / potem jak komunię zaczerpnęła z płuc jego ostatni oddech. Inna kobieta na sali wśród gruzu rozpoznaje tenisówki i strzępy ubrania / żałuje że nie trzymała ich w ramionach.

- Mówi pan, że tam boli, a ja myślę, że ten ból powoduje tylko nadczynność języka, który chce zagadać śmierć na śmierć. Wywołać jakieś dziwaczne obrazy niezbyt udanymi porównaniami, epitetami, epitetami metaforycznymi. Coś co kojarzy się ze śmiercią musi być wiotkie – wiotki konar, wiotkie wargi, do których przyłożyła usta matka jak kobieta. A niby jak miała przyłożyć, jak mężczyzna? A może to ma mieć smaczek trącący grzeszną erotyką? Te tenisówki i strzępy ubrania miały być peryfrazą, a moim zdaniem narzucają dosłowne znaczenie; tak myślę, gdy sobie piję z chińskich ziół ciągnione treści.

Lekarz obserwuje następne bolesne fragmenty świata, tym razem śmierci pojedynczych osób. Egzekucje transmitowane przez TV na żywo. Przecież wszystko można sprzedać. Ciemny lud to kupi, a ciekawe czy czytelnik.

- Panie doktorze, jak ma nie boleć mnie noc, podczas której Czeczenka Kamisa szuka na górskich bezdrożach drogi do lepszego świata, który obiecała wszystkim swoim dzieciom, a do celu doszła tylko z najmłodszym synkiem. Trzy córki wcześniej dotarły do raju.

Niech pan zobaczy, co w świetle dnia robią dziewczynkom. Jak je okaleczają, obrzezują. Drylują jak śliwki.

- Tak, wiem, mówi doktor – ten zabieg jest o wiele bardziej inwazyjny. Pan opowiada o usunięciu łechtaczki, ale klitoridektomia pozwala również usunąć wargi sromowe i skórę ze ścianek pochwy, a potem zaszyć, pozostawiając niewielki otwór na mocz i krew. Odbywa się to nie tylko w wioskach zanurzonych w tekowe doliny Białego Nilu, ale także w Indiach, Turcji, Wielkiej Brytanii, Szwecji. Taki obyczaj. Handel ludźmi, najczęściej kobietami, to też tradycja. Tradycyjnie rodzicami w Chinach i Indiach opiekują się chłopcy, a nie dziewczynki. Opowiadając nie tylko mnie, ale i potencjalnemu czytelnikowi, objaśnia pan mord na dziewczynkach przypisami. Chińskim powiedzeniem – „Córka to złodziej” i hinduskim przysłowiem – „Posiadanie córki to podlewanie drzewa sąsiada”. Z dystansem mówi pan – wystarczy zaraz po urodzeniu zamknąć okna odciąć powietrze / zacisnąć pięść na łodyżce krtani główka opadnie jak zduszona różyczka / rzucić mokrą szmatę na twarz jak waterboarding w Gantanamo. No, robi wrażenie to brutalne rzucanie szmaty na twarz. Kobieta może zasiewać swój zagon wiele razy i wypalać dobre źdźbła / plewić wyczesywać niechciane kiełki.

Doktor spojrzał podejrzliwie na pacjenta.

- Niech pan uważa, bo jeśli pan jeszcze nie jest, to tak relacjonując fakty, może pan stać się mizoginistą. Z pana narracji wynika, że rzezanie dziewczynek kultywują kobiety, same się okaleczają w tajemnicy przed mężczyznami. Oni tylko nabywają potem osobistą rzecz, a jak który bogatszy, to kilka takich cacek, które trzeba rozpruć przed użyciem, albo naciąć. Mówi pan, że kobieta może zasiewać swój zagon wiele razy. Pytam: Sama? A to zdolniacha. Do czego to dochodzi. Świat się zmienia. One same mordują swoje córeczki. Przychodzi mąż, a ona z dumą go informuje: Kochanie, zabiłam moją córkę, przecież nie mogłam ci z niej zrobić prezentu. Poczekaj, zaraz się zasieję i jak urodzę syna, będziesz miał godny dar, będziesz z nim kopał piłkę, pokażesz, jak należy się bić, jak karać kobiety. Mnie się udało, nie weszłam do sita, to ja będę przesiewać, plewić wyczesywać niechciane kiełki.

Młode pędy poddane selekcji są gorzkim miotem ziemi która je rodzi. Nie ma, żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz chłopaczek. Jest chłopaczek, chłopaczek, dziewczynek coraz mniej, oczywiście w Indiach. Ziemia też jest rodzaju żeńskiego jak kobiety – czarownice, te skazane w 1675 roku na topór w „Torsaker”. Sześćdziesiąt pięć ich było i tylko sześciu mężczyzn, kobietą jest czarna wdowa Ukpabio z „Akwa Ibon” – egzorcystka od siedmiu boleści. W tym ziemskim więzieniu nie brakuje też samobójstw pojedynczych i zbiorowych jak w York, 16 marca 1190 roku. Tam jednak solidarnie zginęły kobiety i dzieci, na koniec mężczyźni, w sumie stu pięćdziesięciu członków narodu żydowskiego.

- Powiada pan – pod skórą boli mnie człowiek – lekarz podrapał się po głowie.

- Rzeczywiście, znajduję w trzewiach ciężkostrawne fragmenty pożywienia, którym nieźle musiał się pan objadać, to one źle wpływają na organizm i powodują dolegliwości. Lżejszą wierszokarmę łatwiej przyjmuje człowiek. Podobno Chińczycy mówią, że wszystko można spożywać, ale musi być dobrze przyrządzone jak „Kamienica”, w której zgodnie mieszkali wcale niestraszni mieszczanie i choć różnych narodowości, mówili tym samym – ludzkim językiem. O, widzę też, że dobrze się poddały procesowi trawienia „Książka”, „Brat Leszek”, „Schneider”. Cwi Schneider to bardzo dobry kąsek, choć był tylko krawcem. Edyta Stein stwierdziła: „Moja tęsknota do prawdy była jedyną modlitwą”. Znalazła ją w kawałku drewna.

Ale wróćmy do bólu. Pod skórą boli człowiek. Zaraz, zaraz, jaki człowiek? Żywy czy trup. Sądzę, że zbyt dużo tych cieni pomiędzy sosnami /…/ wychodzą z ciemności z zatartych śladów zakamarków pamięci /…/ wynurzają z piwnic śmietników kanałów spod tafli sinej wody /…/ zatrzaśniętych bagażników // wychylają się ze starych kalendarzy /…/ z zamkniętych akt stalowych szaf w których spróchniały świadectwa / z opaskami na oczach wybitymi zębami rozerwanym kroczem / przychodzą do nas.

Zbyt dużo w ciele cieni. Byli, odeszli, nikt tego nie zmieni. Pamiętać trzeba. Nikt tego nie broni. Już taki jeden był, wołał: „Nazywam się Milijon – bo za milijony kocham i cierpię katusze.” Ale on za żywych.

Skończył lekarz badanie endoskopem, co trzeba, zobaczył. Myśli – chory już sam sobie diagnozę postawił. Organizm obolały. Zbyt dużo cieni. Tym razem prawidłowo. Wszystkim się wydaje, że choroby znają, bo kto się nie zna na medycynie. Leczą objawowo. Choć co mądrzejsi szukają przyczyny.

W wierszu „Kręgi” autor stwierdza – toczą się w przestrzeniach zamkniętych strefą aterytorialną / zanurzając artefakty w grząskie atrybuty inteligencji / przedmioty miejsca język izolują – system wyklucza przenikanie / ale są obejścia mostki asymilujące interiorum świadomości / wiedzą to poławiacze pereł grzęznący na poboczach brzegach zlewisk / i połykacze ognia dryfujący w zgiełku w stronę ostrej krawędzi // warstwy współosiowe rozłożone w przestrzeniach elit / wynurzając się z węzłów mikrostruktury z kulturowych sieci / podnoszą drabiny jak maszty ponad granicami okręgów / przełamują kastowe tradycje dotykają etycznych jaskiń // kanał ogranicza pole widzenia wąska szczelina rozcina plastry / osobności człekokształtów mistycznienia hierarchalii / wszystkie są jak zlepek etnicznych brzmień rytuałów plemiennych / utoczonych jak kulka odchodów niezmordowanego żuka gnojaka / tocząca się w wirówce wielkiej mgławicy jak w kosmicznej ruletce / w kierunku czarnej bezwładnej antymaterii.

Znajdują tę przyczynę w wielokulturowości, niemocy porozumienia, w końcu zagładzie. Nie tylko sobie, ale i potencjalnemu czytelnikowi autor ordynuje w wierszu „Pobocza” ustawienie się z boku, niewychodzenie do światła, bo na niebie kołysze się sztuczne słońce, mówi – nie krzycz ci co krzyczą nie słyszą się nawzajem, twierdzi, że w ciszy łatwiej się usłyszeć i znaleźć dobro w kołysce osierdzia, czyli w siedlisku uczuć – sercu.

- No, widzi pan, znalazł pan lekarstwo na ból świata. Natalia Komarow w jednym ze swoich wierszy zauważyła, że dobrze dzisiaj być poetą, bo tyle tragedii mamy za sobą, że wystarczy sięgnąć po którąkolwiek i już jest wiersz. Poeta ma pożywkę, czytelnik powinien się wzruszyć. Och, jak łatwo być poetą. Jak tu wypisać panu receptę? Pan już postawił diagnozę i zastosował terapię. Pozwoli pan jednak, że wyjdę z cienia wierszy i popatrzę z boku. Widzę tragiczne zdarzenia pokryte niepotrzebnym kurzem słów wchodzących w dziwne związki: obrzeża nocy, grypsujemy z Bogiem, wiotki konar, wilgotne wargi języka, krokwie krzyża, mocna jak z krokwi na krzyż. Ogień zawsze musi mieć języki. Widzę niesforność języka, powtarzalność struktur wywołującą skutek odwrotny do zamierzonego.

Czytelnik nie wzrusza się, nie współczuje opowiadającemu podmiotowi, narratorowi. Boli cię – a niech cię boli. Sam wywołałeś ból oddzielając go od dobrego samopoczucia. Jak cię drażni zaczerniony świat, to umyj schody, zamieć ulicę, przytul samotnego. Popatrzyłeś, wyciszyłeś się, znajdź tych, co coś mają w kołysce osierdzia i zrób coś pięknego „ku pokrzepieniu serc”, a nie czyń getta z obolałych, cichych i mówiących szeptem.

Na koniec dołączę się do życzeń Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. „Niech więc Piotr Zemanek nadal pisze wiersze. I niech to będą jeszcze bardziej nienaganne teksty. A ich moc szczególna.”

Dodam – niech będą jeszcze bardziej bardziej nienaganne.

Piotr Zemanek „Południk Greenwich”, Fundacja Literatury im. Henryka Berezy, Szczecin 2014, str. 44

Jolanta Szwarc