Not disturb, Rozmiar dwadzieścia osiem, Najpiękniejsza kobieta w Warszawie, Pokwitanie, ***("Między twoimi udami trochę jak dziwka...") i inne wiersze

Kategoria: poezja Opublikowano: wtorek, 19, czerwiec 2012 Drukuj E-mail


Hanna Dikta



NOT DISTURB

Leżymy w satynowej pościeli, na klamce zawieszka, w radiu Laforet.
Kładziesz ręce na brzuchu. Dotknij tu i tu, i tutaj, proszę.
Nawet pies tak mi nie ufał, mówisz, oplatając szyję.

Leżymy na gołych deskach, woda uderza o burtę. Obite jabłko smakuje
twoją śliną i petem. Nieporadnie ssę poplamiony atramentem palec.
Jest zimno, więc pożyczasz mi kurtkę, grzejesz kawę na denaturacie.

O północy nie mijam portiera, nie dociskam gazu,
nawet nie muszę poprawiać poduszki. Zgrabiałymi dłońmi
odczepiasz łódź od pala, bierzemy kurs na Bornholm

 


ROZMIAR DWADZIEŚCIA OSIEM

Tamtej soboty długo wszystkie przytulałyśmy dzieci.
Nawet Tereska odwiesiła pasek i uklękła z małym do pacierza.
Paląc przy trzepaku, przełykałyśmy łzy zamiast kurew.
W niedzielę przyjechała telewizja. Głupia Iśka pokazała bucik,
który wzięła z ulicy - zakurzony sandałek z rdzawą kropką na klamerce.

Jeszcze przez kilka dni ustawiałyśmy świeczki przy krawężniku,
omijałyśmy z nabożnym lękiem plamę z piasku.

Wkrótce wiosenny deszcz spłukał ją do studzienki,
a dzieciaki znów zaczęły grać w klasy na asfalcie

 



NAJPIĘKNIEJSZA  KOBIETA W WARSZAWIE

Hannie Golde

To nic, że ślina, mocz, piersi jak zwiędłe papierówki.
Ważne, że uśmiechasz się już tylko do mnie -
wargi zabawnie kleją się do dziąseł, obnażają zęby.

W Kameralnej wciąż słychać tupot twoich nóg,
tańczących kankana, wieszak czerwieni się lisią czapką,
ale antyczne krzesło przy lampie zajęła już inna Hanka
i to ona wypija co wieczór malibu z syropem Grenadine.

A w naszym domu cicho, kurz zarasta szyby.
Bez kształtu, zapachu i smaku nareszcie jesteś moja





POKWITANIE

Czasem jeszcze wiąże zielone sznurówki,
nadmuchuje balony i wypełnia policzki grzechotem lentilek.
Niezdarnie wczołguje się pod spódnice matki,
ale zawieszone na krzesłach nie pachną już majerankiem i miętą.

Coraz trudniej udawać, że nic się nie stało -
nie położył się na niej i nie zaczęła śnić kolorowych zygzaków,
podróży na diabelskim młynie.

Rośnij, krzyczał, rośnij! I trzymał mocno obolałe ręce,
rozciągające się kości i stawy. Śmiała się, kiedy meszek
łaskotał pachwiny, a sutki przebijały dziecięcą piżamę.

W drodze do domu wyrzuciła blaszany bębenek.
Dorosła wystukuje melodie udami,
nadal sprytnie umyka śmierci

 


***

Kiedy brała mężczyznę w usta,
brała cały świat.
L. Żuliński "Hostia"

Między twoimi udami trochę jak dziwka,
bardziej jak dziewięciolatka czekająca
z przejęciem na pierwszą komunię.
Czułam nawet zapach kadzideł i łagodny wzrok
marmurowego Chrystusa na włosach.

Potem już tylko coraz głośniejsze stukanie
kołatek, wirujący na języku kosmos

 


ZA MOSKITIERĄ

Robisz to ukradkiem, przy matce drzemiącej w wiklinowym fotelu.
Początkowo z wahaniem, potem coraz szybciej, coraz bardziej bezwzględnie.
Jakbyś chciała przebić te wszystkie kolorowe baloniki, kwiatki na tapecie.
Wydłubać oczy uśmiechniętym bezrozumnie misiom.

Masz tylko to – powieki pełne plastikowych doboszy.
Wygrywają na bębnach coraz to szybsze melodie, wyginają ciała w coraz to innych pozycjach,
a ty czujesz się jak w sobotnie poranki, gdy rozkołysanym krokiem
opuszczasz targowisko, ciężka od zapachu melonów i cytryn.

Rumieńce tłumaczysz gorącem, lepkie palce zapomnianym lizakiem,
który matka kilka dni wcześniej wsunęła ci pod poduszkę

 



PROŚBA

Nie chcę już dłużej uciekać. rozpędzać się na oblodzonym
parapecie, huśtać pod linami wysokiego napięcia. Objadać
życiem na stojąco, parząc tłuste palce. Potem wymiotować
w plastikowy kubek i znowu stawać w kolejce do lady.

Zamiast pocałunku – seks, zamiast snu - drzemka na peronie,
nawet książki czytam cztery jednocześnie.
Z trotylem pod abayą nie można przecież zwyczajnie
przechadzać się po parku, lizać lodów w wiklinowym fotelu.

Rozbierz mnie wreszcie. Do skóry, włosów, bieli paznokci.
Krzyku tłumionego zapinką zegarka. Wyjmij z ręki granat,
zatrzymaj

Hanna Dikta


portal LM, czerwiec 2012




ZNAKI

tego lata czytałam Kena Wilbera

zła lektura na wczasy mówiłeś

mimo to spakowałam książkę

 

w lesie za Wierzchucinem potrąciliśmy sarnę

a po pani Alinie zostały w pensjonacie tylko fotografie

 

tego lata wieś była pełna duchów

muszle na plaży bielały jak kości

 

 

 

ATLANTA W OGNIU

 

tak Scarlett

czasem zaczyna się kochać

dopiero na ostatniej stronie

kiedy on zakłada kapelusz

a ty stojąc u szczytu schodów

powtarzasz głupio

pomyślę o tym jutro

 

jakbyś do miłości potrzebowała

burzowej nocy

szeleszczącej czarnej krynoliny

i śmierci dziecka

 

w takich chwilach świat mnie się

niczym makieta z kolorowego papieru

odpadają cekiny serpentyny

weneckie maski

i zostaje kawałek drewna

 

długi kuchenny stół

przez który pierwszy raz od lat

patrzycie sobie w oczy

 

 

 

BASIA – AWANTURY NIE BĘDZIE

 

jakie to uczucie powiedz

kiedy zatrzaskują się kolejne drzwi

z otwartych nagle dłoni wyślizgują szklane kulki

a u nadgarstków zwisa coraz więcej

postrzępionych nitek

 

przyjaciółki zdradzają sekrety

angielskim kochankom

i nie ma już do kogo wysłać sentymentalnego SMS-a

w noworoczny poranek

 

jakie to uczucie

kiedy pękają powoli wszystkie koła ratunkowe

i zostaje szara sukienka

zniszczona tekturowa tabliczka

na której zamazał się adres

 

 

 

BLEF

 

kiedy na siódmym piętrze ligockiej kliniki

wycinali ci raka

odbierałam nagrodę za opowiadanie

Moje śląskie korzenie

 

jury nie zorientowało się że jestem Ślązaczką

dopiero w pierwszym pokoleniu

a pradziadka powstańca

wymyśliłam kilka tygodni wcześniej

przy„chrzczonym” winie babci Jabłońskiej

 

od tamtej pory ciągle zmyślam jakieś historie

najczęściej opowiadam o tobie

masz siedemdziesiąt lat prawdziwe włosy

i rozłożystą spódnicę

pod którą zmieściłyby się

wszystkie moje dzieci

 

 

 

MIRABELLE


najbardziej lubię Śpóźnionych kochanków

mówi i pochyla się żeby znaleźć książkę

od lat przywiązana  do bibliotecznej lady

kaflowego pieca który nie daje dość ciepła

i transmisji mszy z pobliskiej Kalwarii

 

z siwymi lecz wciąż zakręcanymi na wałki włosami

czeka na swojego malarza

 

będzie gotować mu déjeuner

badać palcami fakturę obrazów

i co noc umierać z rozkoszy

na wymoszczonej gołębim puchem kościelnej wieży

 

 

 

BLOK V (II)

 

Przebudziły mnie

zabrudzone przez ptaki

szpitalne parapety

noworodki układane równo

w piwnicznym składziku

zjedzie pani na minus jeden

tam przy toalecie

wisi kartka

 

i ta mała z krzesełka obok

uparcie przystawiająca

do wyschniętej piersi

sto dekagramów

Szczęścia

Hanna Dikta


portal LM, styczeń 2014

 

 

 

Przeczytaj też w dziale "proza" opowiadania H. Dikty, a także recenzję jej debiutanckiego zbioru wierszy Stop-klatka (Zeszyty Poetyckie, Gniezno 2012) pióra Wandy Skalskiej („port literacki”)