Pieśni koszalińskie i kołobrzeskie

Kategoria: poezja Opublikowano: środa, 01, luty 2012 Drukuj E-mail


Johan Ernst Benno


PIEŚNI KOSZALIŃSKIE I KOŁOBRZESKIE
Przełożył Andrzej Lam


BUKOWO NAD JEZIOREM

To mi się śniło: jak gdyby głos dzwonu,
Zacichający w niebieskiej oddali;
Błyskały blado już ostatnie gwiazdy
Przez smętne chmury sunące w przestworzu.

I huk straszliwy, jakby odgłos walki,
Którą olbrzymy między sobą toczą,
Przeniknął niebo, głuche echa grzmotu
Niosły się zewsząd w powietrzu porannym.

Potem nad brzegiem złoty blask ujrzałem,
Świt zróżowiony świeżością młodzieńczą,
Cicho wznoszony przez łagodne fale.

I kraj się dźwigał, rozkwitał zielenią,
Ślady spustoszeń ledwie dostrzegałem,
I jęki burzy ucichły nad ziemią.




KRZYŻ BARNIMA*

Ballada

Jutrzenka budzi ciemny las dębowy,
Nad skalnym gniazdem sokół wolno krąży,
 Myśliwych wrzawa niesie się przez bór,
 I grają psy, i brzmi donośnie róg.

Husz i hu-ha! już słychać zewsząd krzyki.
Spłoszony jeleń biegnie do gęstwiny,
 Sarenka szuka bezpiecznej lewady,
 Lecz wróg wytropi wszędzie świeże ślady.

Nie daje spocząć pan tych łowów szybki,
Przestrasza, goni, jak na polu bitwy,
 Po grzbietach koni płyną strugi potu
 Od bystrej jazdy i szalonych skoków.

A panem tym był książę w kraju znany,
Barnima syn, powszechnie Drugim zwany;
 Wyczyniał chętnie psoty rozmaite,
 Nie pytał nigdy, czy są przyzwoite.

I kiedy wieczór rozsnuł wokół mgłę,
Rozpoczął szatan swoją niecną grę,
 Szepce mu: niedaleko, łatwy szlak,
 Judyta mieszka w zamku Vogelsang.

O, Vogelsang! to słówko nieźle brzmi,
W żonie rycerza wre szał młodej krwi,
 Małżonek (co doń miłe chęci czuła)
 Wyruszył w drogę do polskiego króla.

Barnima syn pozdrawia ją pospiesznie.
Ten piękny młody gość jest przecież księciem –
 Lecz gdy mu puchar niesie przy wieczerzy,
 Poznaje rychło, co ten wzrok jej wieści.

Omotał zdradnie tę panią cnotliwą
Słóweczek słodkich gęstą pajęczyną,
 Uległa czysta. – Syn Barnima w ranek
 Opuszcza żonę rycerza i zamek.

Rycerski mąż spoczynku nie zna w drodze,
Bo za ojczyzną ciągle tęskni srodze.
 Judyta płacze, nie chce dłużej żyć;
 Musi mu zaraz wyznać grzeszny czyn.

Rycerz nie wyrzekł ni jednego słowa,
W milczeniu patrzył; myśl o zemście chował.
 Synu Barnima, ja to krwią obmyję;
 Honoru nie ma, kto swą hańbę kryje!

I znów rozbrzmiewa ciemny las dębowy,
Nad skalnym gniazdem sokół wolno krąży,
 Myśliwych wrzawa niesie się przez bór
 I grają psy, i brzmi donośnie róg.

Nie daje spocząć pan tych łowów szybki,
Przestrasza, goni, jak na polu bitwy,
 Po grzbietach koni płyną strugi potu
 Od bystrej jazdy i szalonych skoków.

W półmroku jeszcze jeden łowca idzie,
Nieznany tutaj, w tej leśnej gęstwinie;
 Na czarnym koniu, oszczep w ręce trzyma
 I tak się zwraca do syna Barnima.

„Judyta!” rzecze; „zamek Vogelsang!
Weź teraz, łotrze, należny ci dank!”
 I z dziką złością wbija ostry rdzeń,
 Zimne żelazo w jego młodą pierś.

Odjechał, zemsta spełniła się sroga.
Barnima syn nie wyrzekł ani słowa,
 Patrzy w milczeniu, i wzrok mu się śćmił,
 Słania się, chwieje i opada z sił.

A gdzie on zginął, gdzie padł pokonany,
Krzyż stoi tam, Barnima krzyżem zwany,
 I widać, kiedy puchacz jeszcze woła,
 Mściciela – czarna okrywa go zbroja –

Jak z mocą depcze leżące tu zwłoki
I krzyczy w głos: bliźniego nigdy żony
 Uwodzić nie śmiej! Zdjęty trwogą świętą
 Gościnność szanuj, chowaj dawną wierność!

______________________
* Na błoni u Wkryujścia (Ueckermündesche Heide). Zdarzenie to miało miejsce w 1295 roku. Zob. Archiwum Pomorskie, t. I, s. 98; Kaznow, t. I, ks. 6, s. 279.





WIDOK Z GÓRY KOŁO KOSZALINA

 Dokoła świat się budzi w jutrzence,
zielone łąki jaśnieją;
z dąbrowy płyną dźwięki przyjemne,
leśne się ptaki weselą;
dech życia wokół i zapach boski
wioną łagodnym powiewem wiosny.

 Tu, na górze wyniosłej wśród drzew
swobodny wiatr napowietrzny
szumi koło mnie, jak duchów wiew,
od świata ziemskiego odległy.
Tak blisko z niebem spoufaloną,
oko ogląda czystość cudowną!

 Na horyzoncie, wieńcząc skraj ziemi,
ciemnieją lasy wysokie.
Nad nimi późna gwiazda się świeci,
drży, zawieszona w kosmosie,
i blednąc w jasnym lazurze, z dala
posyła ziemi znak pożegnania.

 Siejąc promienie światło złociste
nad purpurowym zarzewiem
śmiało opony przenika mgliste;
w triumfie wznosi się niebem –
i swym miłosnym płomiennym żarem
świetli wzburzone na wschodzie fale.

 Niby płynące szeregiem łabędzie
na toni bielą się żagle;
oddech dalekich indyjskich wybrzeży
niosą ze szlaków dawnych;
suną lekko nad morską głębiną
i gdzieś za mglistym oparem giną.

 Na horyzoncie majaczą wyspy,
mocarną wsparte skałą;
wydmy chronią na brzegu bliskim
spokojną wieś rybacką –
i już promienna słońca strzała
na dach chatynki cichej pada.

 Wzbija się w błękit nieba wysoki
skowronek, pieśń swą nieci;
bocian łąką rosistą brodzi;
ptactwo nad trzciną leci.
Srebrem bystre potoki się mienią,
błądząc cienistych brzegów zielenią.

 Miasta podnoszą swą siwą głowę,
pradawnych murów blanki,
gdzie bluszcze gęstym kryją oplotem
skruszonych bram ułamki.
Gotyckich śmiałych łuków siła
niszczącym czasom się sprzeciwia.

 Już się rozpływa pasmo mgły –
i oczy blask oślepia.
Tam ma swe gniazdo stary gryf,
potężny orzeł mieszka!
Ta twierdza, co z wierności słynie,
Wciąż służy sławie i ojczyźnie.*

 Król Nordlandii, władzy syty,**
płaszcz odrzucił purpurowy;
Darłowo mu wystawiło
po latach grobowiec godny.
Książęcy zamek opustoszał;
herbowy gród w ruinę popadł.

 Zakolami się Grabowa
wije jakby srebrna wstęga,
miły kraj w żyzności chowa,
gdzie wilgotnym darem sięga.
Nie grozi więcej bliski bór;
tam kiedyś łotr się krył i zbój.

 Więc śmiało obierz tę ścieżynę
przez jar cienisty w lesie!
Wnet zajdziesz drogą tą w krainę,
która ci światło niesie;
jaśnieje gwiazda tam na blankach,
ojczyzna wita cię przyjazna.

 Czym życie jest? Podnosisz wzrok
na wszechświat niezmierzony!
Zatraca się twój mały los
jak krzyk we mgle zgubiony.
Ziemską pychę, zmysłów szał
poskromi jasny słońca blask.

 Wspaniała wiecznie boża moc,
twoje są przestrzeń, czas!
Dokoła ciebie światów sto;
twoja świątynia ta!
Katedry Jego gmach się wznosi
w eteru bezmiar nieskończony!

 Ciebie zwiastuje hufiec gwiazd
świecących w głębi nieba!
Dla ciebie w morzu poszum fal,
dla ciebie rosy perła!
Tobie się toczy burzy grom,
tobie skowronka jasny ton!

 Miłością darzysz, czułą troską
naturę dobrą, wielką;
i słabych ręką swą ojcowską
na ścieżkę wracasz świętą. –
A kiedyś, Ojcze! po bólu i śmierci
nam Twoja wieczna jutrzenka zaświeci.

________________
* Twierdza Kołobrzeg, widoczna w dobrą pogodę z wierzchołka Góry Chełmskiej.
** Król szwedzki Eryk XIV porzucił tron i postanowił żyć w Darłówku jako człowiek prywatny.





GÓRA CHEŁMSKA

Fantazja

Cóż patrzysz w górę, w dalekie mgły,
Jakbyś się chmurom żaliła,
Co płyną, mijają, giną jak sny –
Jak czasu gonnego prawidła.
 Wzbite do góry z mglistego oparu,
 Pędzi je burza przez fale eteru.

Kiedyś twą głowę lesistą wieńczyła
Kaplica z ołtarzem i chórem;
I płynął zapach wonnego kadzidła,
Gdzie obraz cudowny był w górze,
 I cisi pielgrzymi, z krajów dalekich,
 Zbawiennej łaski czekali skruszeni.

Nocą w miejscu tym świętym migało
Od wschodu światełko święte.
Czcigodni kapłani tam odprawiali
Wysokie obrządki dzienne;
 I uroczyście, z naw sklepionych,
 Płynęły Sanctus srebrzyste tony.

Z góry poważny, głęboki głos dzwonu
O pańskim dniu przypominał;
Pątnicy, z bliska i z dala, po zboczu
Wchodzili, skupieni w modlitwach.
 Mógł tu, przed tronem łask pochylony,
 Grzesznik zbolałe serce ukoić.

Tam cmentarny grobowiec krył,
Snopów dniowi święcony,
Owiany wonią kwitnących lip,
Zmarłych śmiertelne szczątki.
 Słaniają się cienie w wieczornym świetle,
 Gdzie godłem zmarłych są barwne wieńce.

Górą, gdzie pnie się ku niebu wieża,
Odbita w morzu wzburzonym –
Lśni żeglarzowi, co sztormu się lęka,
Zbawczy nadziei płomień.
 Śmiało żegluje skroś nocne dziedziny,
 By ujrzeć brzegi gościnne ojczyzny.

Patrzysz ciekawie i bystro w dół,
Na chaty ciche w dolinie,
Na omywany falami grób,
W górze niebieskie promienie.
 Życie, dziecinną wiarą owiane,
 Minęło, w kształtach niewyczerpane.

Ścigała z zewnątrz duchowa moc
Te niby przeżyte już znaki.
Pochodnia rozbłysła w ciemną noc,
Jej blaski ku chmurom sięgały. –
 I znikły dawne postacie dostojne,
 Potęgi zmogły je obce i groźne.

Lampa się śćmiła. I światło wieczne
Zagasło w zniszczonym ołtarzu.
I pielgrzym cichy nie składał już więcej
Ofiary pokutnej ni datku.
 Sklepienia runęły; kolumny upadły;
 Przez puste nawy świeciły gwiazdy.

Tak wieki mijały, zimne, nieswoje
Obok tych ruin wyniosłych.
Lecz padły i resztki, przez tępe moce,
Tej świętej, prastarej budowli;
 Na ojców grobach zapadłych w ziemię
 Więdnąca trawa kołysze się smętnie.

I teraz pielgrzym, co lasem wędruje,
Zwraca od drogi wśród cienia
Kroki ku górze groźnej i dumnej,
Ścieżkę samotną wybiera,
 By patrzeć poza wybrzeże strome
 Na morskiej toni fale wzburzone.

I saga idzie z czasów tych biednych:
Że mury świątyni prastarej,
By bohaterów uczczić poległych,
Powstaną w blasku i sławie –
 I do potężnych sklepień tej nawy
 Późnych potomków ruszą gromady.

 


DAWNA PIEŚŃ O POLSKIM KSIĘCIU BOLESŁAWIE

Przedśpiew

Nad morzem, pośród wzgórz niewysokich,
gdzie fale z szumem u brzegów się czubią,
leży prastary kraj pomorski,
z którego Niemcy żartować lubią.
Lecz ciągle wierność trwa tutaj dawna,
niezłomna cnota, rycerska odwaga.

Niejeden w pysze szalonej pomyśli:
Cóż o nim wyśpiewasz wzniosłego? –
Ej, miły! zobacz, co mówią kroniki;
tam chlubną kartę znajdziesz niejedną
i po niedługiej przekonasz się chwili,
jak twoje myśli cię jawnie zwodziły.

Odwaga ojców się sławą okryła;
wieść o tym drzemie w zapomnianych sagach. –
Śpiewaka wabi ta chluba rodzima;
więc niech nie zwleka, niech o niej powiada;
niech ku krzepiącym się zwróci naukom
i pieśń zaśpiewa zasłuchanym wnukom.
               ___________

W tysiącznym setnym siódmym roku pańskim
szedł tu Bolesław, silny polski książę,
po łup obfity i po wieniec sławy,
ze swoim licznym i potężnym wojskiem.
A stowarzyszył się z nim układami
król Niklot duński z ludem i statkami.

Niejedną bitwę stoczono okrutną!
Brzmiał róg wojenny buczeniem posępnym!
W noc wieczną mężów pokładło się mnóstwo –
legli skrwawieni w zapale bitewnym.
I drżała Gryfa chorągiew wyniosła,
gdzie powiał gniewny znak Białego Orła.

Ach, czemu, dumna chorągwi, się chwiejesz?
Co żenie hufce w obawie i trwodze?
Chronią cię zamki i wieże potężne;
tych starych murów zwycięzca nie zmoże.
Dumnie się wznoszą ponad strome wały;
żelazna krata ocali twe bramy.

„Musisz głęboko pogrążyć się w ziemi;
Miecz błyskający dopadnie cię wszędzie!” –
Tak szalał książę z groźbami strasznymi,
ufny, że wszystkie grody kraju weźmie.
Rozkruszył bramy i wieżę rozwalił;
runęły mury w ataku zuchwałym.

Szedł pod Białogard, ten gród okazały,
wały szturmował, na śmierć i na życie.
Lecz dzielnie bronią się wierni mieszkańcy:
by się nie poddać, ślubują niezbicie.
„Już odejdź, odstąp! O książę ty polski;
opór będziemy ci świadczyć niezłomny!”

A wtedy książę zagniewał się srodze;
on tak postanowił! to udać się musi!
Widzi, szlachetny, tę dzielną obronę
i ufa, że słowo łaskawe ich skusi.
Więc śle im z tarczą podwójną posłańca,
a ten poselstwo w tych słowach ogłasza:

„Woje odważni! Męże znakomici!
Słuchajcie, co książę przekazać wam pragnie:
Po cóż tę ziemię krwią cenną wam sycić,
łudzić się kraju straconym sztandarem? -
Wszak pogrążyły go boje gorące,
przed naszą siłą się ostać nie może.

Dwie tarcze ślemy, białą i czerwoną –
i zważcie dobrze, co każda wam niesie!
Biała to łaska, śmierć znaczy czerwona;
wybierzcie, kończcie te walki daremne.
Weźcie tę pierwszą; ochronę wam daje;
ta druga ogniem i mieczem ukarze!”

„Możnego księcia pozdrówcie słowami:
Jeśli stchórzymy, okryje nas hańba;
myśmy na sztandar z Gryfem przysięgali,
z tarcz obu żadna nie będzie wybrana.
Nie sprostać z lęku świętej powinności? –
Tak dzielnym mężom czynić nie przystoi!”

Jak brzmi odważnie to słowo dumne,
głos, co z zamierzchłych czasów dochodzi.
Książę zgniewany miasto szturmuje –
skrwawionych trupów piętrzą się stosy.
Wał już przebyty; brama otwarta;
w uliczkach walka się toczy zażarta.

Bruk miejski krwią się wszędzie czerwieni;
jacyż wojowie padli wspaniali!
Śmiercią zaszczytną legli zmożeni –
żale okrutne się niosą i skargi.
Co żyją jeszcze, wśród krwawej zamieci
chronią swym ciałem niewiasty i dzieci.

Tu wytrwać pragną, mężni i wierni;
walczą niezłomnie na śmierć i życie.
Cierpieć niewoli nie chcą szlachetni;
klęsk tysiąc raczej zniosą cierpliwie! –
I patrząc na te nierówne zmagania,
tak wódz waleczny do nich przemawia:

„Dumni mężowie! Porzućcie oręż!
Po cóż wam piętrzyć skrwawione ciała?
Wyście walczyli wiernie, z honorem;
to wam na wieczną sławę wystarcza!
Na własną zgubę gdzież gnacie, ślepi,
w sieroty mieniąc niewinne dzieci?”

Książęca mowa serca porusza;
Spoczęły miecze; walka skończona.
Czego przewagi siła nie wzrusza,
wraz wielkoduszne słowo dokona;
a że wytrwali w walce ci wierni,
ceni ich za to przeciwnik dzielny.

O ty, w dolinie miłej miasteczko!
Tak przed wiekami ojce czynili;
i tak, na wiecznej chwały świadectwo,
mówią pomorskie stare kroniki;
stąd czerpał śpiewak wiernie i szczerze,
by w proste wiersze zamknąć te dzieje.




SUCHODOLSKI*

Gdzie rząd pałaców nad nurtem Newy,
cerkiew przy cerkwi dumnie połyska
złotą kopułą w promieniach słońca,
szedł Suchodolski, malarz znajomy.

Młody, wysoki, bardzo przystojny;
zanurzał pędzel w ognistym żarze,
kolory pieścił żywym oddechem –
i oto właśnie ukończył dzieło:

Ów obraz bitwy, jakże prawdziwy,
 o bohaterskiej przeszłości Rosji
 (co z najlepszymi równać się może)
 chce cesarzowi skromnie przedstawić.

Cesarz nań patrzy wytrawnym okiem,
 chwali artysty pracę udaną,
 „A teraz maluj wiernie, naocznie
 zwycięstwo w bitwie pod Ostrołęką!”.

Tu Suchodolski podszedł w milczeniu
 i się głęboko skłonił przed władcą,
 potem się podniósł i tak przemówił:
 „Nie, mój cesarzu, tego nie zdołam. –

Niejeden polski żołnierz tam leży,
 ja, Polak, na tym polu walczyłem,
 i tam też braci dwóch mi zabito;
 a ci wszak na was oręż podnieśli;
 więc jakąż burzę poczułbym w piersi,
 gdybym to z sercem miał namalować!”

Cesarz popatrzył bacznie na śmiałka,
 jakby chciał jego myśli przeniknąć,
 i wielkodusznie tak mu powiedział:
 „Nam obu zaszczyt niosą twe słowa,
 pochlebca rzec by ich się nie ważył;
 więc inny jakiś obraz namaluj:
 zwycięską bitwę pod Navarino!” –
 Z obdarowanym hojnie się żegnał.

__________________
January Suchodolski (1797-1875), malarz batalista, oficer wojsk polskich. Przekład białym wierszem.

                                             Johann Ernst Benno
                                             Przełożył Andrzej Lam


Latarnia Morska 2 (14) 2010 / 1 (15) 2011


Przeczytaj też (dział "szkice i eseje") esej ks. Henryka Romanika "Benno powraca w swoje strony. Po polsku"