Gonzo, Broken scene, Gdybyśmy pisali takie wiersze

Kategoria: poezja Opublikowano: czwartek, 18, luty 2010


Konrad Ciok

 

GONZO

Z tego miejsca najbliżej jest w dół, mimo wszystko.
Z boku gąszcze, chaszcze i reguły. Gumowe zabawki;
zielone, czerwone, ja się już nie bawię. Rzekłem.
Cynkowane życie, którym w sumie łatwiej żyć.
Przyszło, zostało. Tafla lśni, są tresowane łabędzie,
pukle rudych włosów. Truskawki, słońce, telefon. Och.
Morze wyszumiało szum. Hałas już był, przyszło
świdrujące potem; braki w zanadrzu, toteż. Dlatego
chociaż zbieramy się wieczorem, cytrynowi, toffi,
to wciąż układamy przed sobą wyprane kartki jak terakotę,
(druga klasa, odpad, już nie ta świeżość.)
Niech tak zostanie. Niech będzie. Gwiazdy przeboleją,
księżyc to przetrzyma. Dostałem kompas;
busolę w trzech osobach, na tysiącu stron,
w twardej oprawie, z płytą cd i przepaską na biodra.
(Jedna z nich śpi, druga pisze, a trzecia daleko.)
Pisać, spać. Żagle na wiatr. Za ścianę, przez ogród,
za trzy, cztery stawy. Pan zza granicy niech się zamknie
i słucha za ścianą, ogrodem, czterema stawami,
gdzie małe dziewczynki czekają latami, a usta wilgotne
szukają, szukają, zwinięte w błagalne... Jezu cichy
i serca pokornego, uczyń serca nasze wg serca swego
Do zmian, do wniosków, trzeba perspektywy, kwitnienia,
może jakiejś wykwintnej butelki. Efektownego rzygu,
młodych kartofelków z sosem czosnkowym.
By zmienić perspektywę trzeba się położyć. Zgrzytamy.
Zziajani, poruszeni, cali w tym sosie i bezsilni. Spóźnieni.
Na przystanku pks, dystans nabieramy jak wodę w usta.
Mdleję. Dosyć wieszczenia, wstążeczka na szyi
zdejmuje uroki, cyrk na boisku jest jakąś okazją; wyłącznie
ludzie, tylko poprawność, samiuśka klasyka, trampolina,
szacunek dla błogosławionego życia. Z tego miejsca będzie
jakieś, z resztą, nigdy nie liczyłem, podpalam wodę,
siadam. Na fakturze są szczegóły, ale wam nie podam.




BROKEN SCENE

Dla J. W.
Deszcz tnie drogę na pół. Terytorium
ptasich ciał i chudych wiewiórek.
Zdążyliśmy na pół piwa i kłótnie na moście.
Chociaż to niezdrowe tak słuchać -
słuchamy.
A nieba są niebieskie, bardzo niebieskie.
Pan pozwala pogłaskać psa, robimy to
i jeszcze zdjęcia. Trochę czekam
na telefon, przypominam jak się śnił
testament Zadury. Ziemia pulsuje,
woda pulsuje, serce pulsuje, ale
co z tobą, bo nie wiem? Świat twardnieje,
matowieje, mówisz. A potem?
Nie szykuje się zmiana natężeń
ani barw, wiedziałbym, akurat
to bym poczuł.
W małym, ciepłym, zielonym pokoju.
Stuknij mnie, kieliszku. Stań mi na drodze,
zepnij włosy wyżej. Wrócimy późno,
rozedrgani, spoceni. Po to tylko,
by mówić o wysokiej wodzie, o falach odbitych?




GDYBYŚMY PISALI TAKIE WIERSZE

Nie wiem, nie wiem, ten pogłos
wytrącił ze mnie marzenie, hm, zamierzenie
przebycia kilku kolejnych tygodni
(miesięcy?) w spokoju.
Oni nie wiele wnoszą: rażące orty i wiele,
wiele literówek. Jeśli już musimy bawić się w ludzi,
to jaki jest powód, by to robić tutaj?
No, zobacz, katatonicy pod parasolem drzew,
majówka jakaś, kapliczka połatana mieszaniną
wosku i starych kwiatów.
A może warto wybrać jakiś większy sklep,
albo szatnię w miejskim domu kultury,
jest przecież cała masa kościołów, gdzie bywa
dostatecznie szaro. I mdło. Natura tych miejsc
mogłaby wypełnić tuzin wierszy,
gdybyśmy chcieli takie wiersze pisać. Słabo
się rozglądasz, malutka. Pełna okolica,
pełne kosze, najbardziej wypaśna wersja błękitu,
pozostałości po zaginionych cywilizacjach,
zaginione cywilizacje. Oni (jednak łatwiej używać zaimków)
uprzejmie pozdrawiają nas i starają się mówić
w naszym kierunku, naszym dialektem.
Może kalkuluje się tu przystanąć, motylku;
stolik dopiero nakryty, starszy brat
wychodzi po soki, dlatego, wskazując pustą przestrzeń
za twoim ramieniem (na szczęcie za tobą jest okno)
przyciskam aparat do twarzy,
jakby istniała chociaż kałuża szansy - że wyczaruję
jakąś elektryczność, bąbelki - no, coś godnego uwagi,
coś nienaturalnie pięknego, co pozwoliłoby uciec
choćby na kwadrans.
Kiedy nauczysz się notować dokładniej,
podyktuje ci ten trudny fragment o fińskich drwalach,
co mieszkali za rzeką. O ukrytych gniazdach,
perkozach i o tej miłości. - pełno. Napchani
niezłymi ujęciami, nieudanymi próbami werbalizacji
uczuć, zapiekankami z dworca, idziemy.
Pobożni i cisi jak norwescy mnisi.


Latarnia Morska 3/2006