Pieśń pochwalna, Pieśń rozkoszy i krwi II, ***(Nie byliśmy wolni...) i inne wiersze

Kategoria: poezja Opublikowano: wtorek, 12, styczeń 2010 Drukuj E-mail


Elżbieta Juszczak

 

PIEŚŃ POCHWALNA

Pochwalone nich będą góry i doliny
i stolice, do których złoto statkiem płynie.
Pochwalone niech będzie jasne czyjeś imię,
ból i rozpacz i zachwyt, co nigdy nie minie.
Pochwalone wstawanie, do snu układanie
i przekleństwo, i miłość w południe i z rana.
Pochwalona niech będzie złota twoja suknia
i torebka na kołku i barłóg i hamak.

Pochwalone Monaco i Ryczywół w poście,
talia kart i etola, i błysk flesza w wieczór.
Chłop co psi żywot wiedzie swój na sznurku,
wroni skrzek i słońce, które niczym ryba
w to samo miejsce co dzień o wschodzie wypływa.
I konto w banku, i księgowa w zielonym kostiumie.
Aktor, co ma sławę, choć niewiele umie. I pisarz dobry,
co ze zgryzoty codziennie umiera.

Pochwalony niech będzie sędzia, ksiądz dobrodziej
i polityk ze złotym brelokiem na brzuchu.
Student i artysta, co z głodu umiera,
królowa angielska i bitny generał.
Pochwalony sejm, senat, głupie, dobre rządy,
pochwalone te, tamte i owamte czasy.
I w niebie dzwon wielki, co się dźwiękiem toczy,
choć nikt nie wie, co on tutaj znaczy.

 

 

PIEŚŃ ROZKOSZY I KRWI II

Pragnęliśmy rozkoszy
w pubie Londynu, Wilnie, Nowym Jorku.
W holenderskiej wsi Jamno, pod rozłożystą jabłonią.
Byliśmy tacy sami, pożądliwi i chętni do zabawy.

W kufrze leżała historia.
Zmurszały skarabeusz, noc Babilonii,
długie pochody wojsk, półnadzy tkacze.
Rynsztokami płynęły odchody.

Nie mogliśmy być dziećmi. Otaczały nas banki,
a długie dni kariery więziły jak wąwozy.
Mnożyli się zbawiciele, graliśmy na giełdzie.
Młodzież gubiła się w narkotycznych snach lub wędrówkach do Boga.
Ziemia nie spoczywała, a w jej wnętrzu buszowały złe moce.

 


* * *

Nie byliśmy wolni,
byliśmy spętani.
Przemierzając setki kilometrów
trzymała nas w rękach stugłowa hydra.
Wiliśmy się w konwulsjach
odpowiadając na pytania, uśmiechając się wokół.
Nie byliśmy wolni,
oglądaliśmy z samochodu balsamiczne łąki,
w gardłach uwiązł nam zachwyt dla małej Europy.
Spacerowaliśmy po jej parkach i pastwiskach
z toporem słońca w plecach.
Chcieliśmy wolności, skały i źródła,
powtarzaliśmy za Homerem pieśni miłości
i za Baudelairem pieśni obrzydzenia.
Kochaliśmy źródło i skrzydło porsche na włoskiej autostradzie.
Ale Europa przestała być słodka,
a Ameryka nie przyniosła mądrości.
Chodziliśmy śmieszni, pożądliwi i pełni zgiełku.
Nie było dla nas zbawienia,
czekały kotły ze smołą i czarci ogon.


Latarnia Morska 1 (5) 2007





SPOTKANIE


Me porty i kolędy, wszystkie baśnie świata
zalśniły mi w tęczówce twych zielonych oczu.
O Egipt, wonne liście, Bakczysaraj w nocy
i gęsty śmiech twój, skok w rozgrzaną topiel.

Zaświtały mi porty i pirackie statki
skarbami wymościły śmiercionośny pokład.
Złoczyńcą byłam lub pogromcą stad,
kiedy nad nami noc rozsnuła baśń.

Z wonnym kadzidłem ty arabski szejku
po wodę mi jeździłeś na płowym wielbłądzie,
gdy ja tu stałam w cekinowym kwefie
z gwiazdą spuchniętych i skrwawionych warg.

Twe oczy takie lepkie jak z wszechpasiek miód
mieszały słodycz z aromatem kaw.
I znowu bez się wczoraj rozkrzyczał pod dachem
i słońce tu wjechało bryczką z wiejskich dróg.

 

 

KRAJOBRAZ Z WĘDZIDŁEM

Na czole zasiadł anioł z twoich niedomyśleń.
Spojrzał w dół, gdzie oczy zapłonęły żagwią.
I uleciał nad skronią i nozdrzy urwiskiem.
I cień przemknął, a usta sczerwieniały różą.

I weszłam w dolinę latoroślnej szyi,
gdzie zdrój i słońce siedzi okrakiem na niebie.
Zadrżały skrzypce krtani i kareta sunie
w głąb snu, lasu i losu i kryje się w cieniu.

I zeszłam jeszcze niżej, gdzie piersi wzdychają
i kryją zastęp diabłów albo stu aniołów.
I wulkan drzemie, z którego gwiazdy wypadają
i srebrny pył ronią dookoła ciebie.

I wtedy mnie objęły mocno dwa ramiona,
a ja nie wiedząc, czy to niebios skrzydła
wypłynęłam pod żaglem w przestwór oceanu
i leciałam w noc głuchą .



TWOJE IMIĘ

Na wszystkich dworcach świata, na polanach i drogach asfaltowych.
Na mapach podróżniczych i raportach sztabu.
Na wieżach triangulacyjnych i na wieżach ciśnień.
Wargach, włosach, rękawach, na jasnej powłoce nieba.
Na rzęsie stawu, w igle sosny i zaułku kreta.
Na lasach, drzewach, krze lodowej, dziuplach, rybich łuskach.
W garnkach, chlebakach, w napoju orzeźwiającym.
W samochodzie dostawczym, tirach transgranicznych.
W upale i piekielnym zimnie, w nocy, w południe, a nade wszystko rankiem.
W domu, za oknem i w korytarzu powietrznym.
W snach Boga i gangstera, w puchu żurawia i w sierści lisa.
Na kołnierzu, tablicy rozdzielczej, na moich spierzchniętych wargach.
Tam, gdzie naród pobożny krzyczy nam hosanna.
W bogobojnym oszustwie dyrektora banku.
W śnie urzędnika, ucznia, na czerwonym łepku nieznanego ptaszka.
Na wszystkich rynkach świata i w wielkich fontannach.
W nędznych sikawkach miejskich i wężach strażackich.
W Meksyku, Peru i w kurzu Teksasu. W śnie świnki morskiej i w ponurym świcie.
Tam gdzie święci wiodą swój kamienny sen.
Za płotem samobójcy, w blasku siekier, słońc.
W cerkwiach, wigwamach, w tłuszczu foki arktycznej.
Na korach dębu z sercem wyrzeźbionym. W pięknym okrzyku: kocham Edka.
W każdym dniu cyklu, w krwi miesięcznej, chrzczonej.
W usłużnym skłonie poborcy podatków.
Tu, tam, jeszcze dalej.
Tędy, owędy, zawsze i nie tylko.
Z powodu nadania i przesłania, ponieważ ja jestem twoim posłańcem.





CIESZYŁY MNIE

Cieszyły mnie sukienki w kolorze błękitnym lub ekri
buty ze skóry węża i takież torebki
wzory etniczne pomiędzy Europą  i Afryką.

Mogła to być niewolnica Izaura, jakiś pochód
kobiet pięknych w barwnych kapeluszach
z wypukłymi czołami i przepaską na biodrach.

Cieszył mnie widok jałówek porykujących zaganianych
ku wieczornym oborom. Niebo rozdarte
lub podziobana słońcem rzeka marząca o pstrągu.

Cieszyło mnie jezioro, łódka i łagodne zbocze,
z którego zeskakiwał zbójca z nożem w zębach.
No i o co szło? O fletnie, o piszczałki, o taniec faunów,
pełne teatry i trotuary na wysypisku świata?

Świat był stary, niepojęty i brakowało mu formy,
ziemia  rozorana, woda zatruta, powietrze morowe.
A pośród tego miłość, gżdżenie się i nagie ramię.

 


WIARA

Wodospad włosów, krwi, tatarskie policzki.
Byliśmy ślepi i nadzy jak w dziecinnym pokoju.
Chwaliliśmy Pana, jego mądrość i dobroć.
To on stworzył krokusy i żonkile, błogosławił żurawiom,
dał nam świetliste ciała, obłoki, drzewa i dreszcz szczęścia.
A jeśli świat był dziwny, nie winiliśmy go.
Wierzyliśmy ptakom, ziemi i żonkilom.



Latarnia Morska 1-2 (11-12) 2009 / 1 (13) 2010



RÓŻA

Różo Północy, naga Różo śniegu,

która w kaskadach spływasz między drzewa.

Różo Polarna z magnetycznym okiem,

tańczysz nam na lodowej krze.

Kto całuje twe oczy, promień czy nadzieja?

Różo Pogody, Różo Huraganu,

szkarłatna Różo na białej pościeli.

Kto o zmierzchu zamyka twe oczy

tęsknoty większej niż śmierć?

Senna różo oddechu lżejszego od powietrza,

piąstko, szeleście, płatku, nawiasie istnienia.

Pąsowa Różo pachnąca naftaliną,

rycerska Różo herbarza, szermierko. Różo paziów i króli.

Pani naszych włości, łuczniczko nadziei,

głupi kwiatku, ścięty jednym ruchem

pamiętający słoneczne ogrody.

Ścięta różo szafotu i Różo pątników, Różo ptaszników

i Różo morderców. Różo długich noży, Różo litanijna

z kościoła Świętego Marcina, gdzie kobiety umierały w męce.

Różo śniegu, piękna Różo mrozu świecącego z okna.

Różo skrojona srebrem łyżwy pod wysokim niebem.

Różo chłopca skaleczonego miłosnym spojrzeniem.

Różo warg napiętych do bólu,

Różo żagli rozpiętych między jeziorami.

Różo snu, lasu, ogrodu, wiejskiego wyrębu.

Różo pogrzebowa rzucona na piasek.

Arcyróżo dumna jak katedra. Morska Różo wiatrów,

zapomnianych kochanków, ich pocałunków,

które porywa huragan Kioto. Podkówko ust skaleczonych.

 

 

 

KTO SADZIŁ RÓŻE?

 

Kto nocą sadził róże w rzece mojej krwi,

co mnie opływa niczym serdeczna męka?

 

Kto na polanie sadził krzak dzikiej róży,

by dawał schronienie ptactwu niebieskiemu ?

 

Kto wyjednał śpiew słowika nocą,

który rano spada do nóg zwęglony?

 

Kto wstrząsnął ławicą pstrągów zielonookich

i rozdzwonił potok?

 

Kto nazwał się Bogiem w zatoce mojej krwi

i podjął szept stuletnich dębów?

 

Kto podniósł różę, włożył między zęby

i smaga mnie jak pański bicz?

 

 

 

JASNA I CIEMNA GWIAZDO

 

Miłości ciemna, co obracasz gwiazdę mojej krwi

i na polanie chwalisz jasny dzień. Stoisz pod moim oknem.

 

Miłości naga, jak wodospad pod promiennym niebem

opływasz mnie, niczym bystronoga pływaczka.

 

I jak linoskok rozpięty między przęsła mostów

zanurzasz się w powietrzu, co gryzie i kąsa.

 

Jasna i ciemna gwiazdo, kości z mojej kości

w dreszczu słońca, pod ciemną ulewą.

 

Pojawiasz się nagle jak Archanioł z nieba,

uginasz trawy i mieszasz rozumy.

 

Co noc wynosisz mnie ponad doliny

i strącasz z urwiska na pastwę głodnych psów.

 

Pływaczko, Muzo, Tancerko, podziemna Eurydyko,

kto cię poznał, błądzi jak ognista pochodnia.

 

 

 

BOSONOGA TANCERKO

 

Bosonoga tancerko o stopach lekkich i krągłych,

wytańczyłaś nam miłość o świcie i o zmierzchu.

 

Przesunęłaś białą dłonią po rozpalonych czołach

przed wejściem do banków i biurowców.

 

Bosonoga tancerko pod hejnałem z wieży ratuszowej

zatańczyłaś nam miłość na słonecznych brukach.

 

Zostawiłaś światło i tarasy trawników

w dzielnicy niewidomych.

 

Zaśpiewałaś przęsła mostów, szelest wody,

tańczący wiatr i podniebny areoplan.

 

Zaśpiewałaś polanę, gdzie fauny dmą w piszczałki,

gonią ważki i wstaje miedziane słońce.

 

 

 

PYTANIA  I

 

Kim jest ten, kto zapala nasze dłonie

i z gór sprowadza jasność?

 

Kim jest ten, kto rozdaje blask twarzy

nic w zamian nie żądając?

 

Kim jest ten, którego lampy płoną

w świątyni i w górach?

 

Kim są ludzie, istoty z gliny i z promienia,

mistycy albo dyrektorzy banków?

 

Dlaczego Aniołowie kołyszą nasze sny,

a jaskółka przecina niebo?

 

Dzwony, dzwony na wzgórzach w kościołach

w zaułkach starych miast,

 

gdy miłość bierze nas w posiadanie

przekazując w wieczność.

 

 

 

PYTANIA II

 

Dlaczego dłoń kwitnie, serdeczny palec łka,

a na polanie tańczy Róża?

 

Dlaczego plączą się węzły żył w żywej męce,

a na polanie kołuje rudy bąk?

 

Dlaczego chlusta katarakta krwi,

a na polanie wstają szkliste Anioły?

 

Dlaczego wzywa nas saksofon krwi,

a statek płynie i zmierza do portu?

 

 

 

PYTANIA III

 

Kim jest ten, kto wyzłaca pola,

ukrywając się za zasłoną drzew?

 

Kim jest ten, kto dotyka korzeni mchu

ustanawiając banki i parlamenty?

 

Kim jest ten, kto tańczy w stratosferze

nie wyjawiając nikomu przyczyny?

 

Kim jest ten, kto jak Róża Dawida

zstępuje w środku dnia na polanę?

 

Kim jest ten, kto ustala światłość dnia

i dotyka ważkę zachwyconym spojrzeniem?

 

Kim jest ten, kto rozdaje śmierć i miłość,

i obuwa trzmiela na kamiennych polach?

 

Kim jest ten, kogo dotykam we śnie,

choć modlitwa moja wyższa ponad górę?

 

Kim jest ten, kto chadza po niebieskich rozłogach

pozostawiając rzeki w twardych łożach snu?

 

Kim jest ten, kto dotyka mnie wiatrem, pozwem

i goni galopującymi suchotami?

 

Elżbieta Juszczak



portal LM, sierpień 2015