Piszę, Rankiem, Słowo i ciało, Odpoczynek oraz inne wiersze

Kategoria: poezja Opublikowano: piątek, 01, styczeń 2010 Drukuj E-mail


Borysław Bednarski


PISZĘ

Winda staje.
Wracam do domu.

Zdejmuję kaptur w przedpokoju,
rozpinam kurtkę i paruję przez chwilę.

Potem siadam przy biurku.
Przygotowuję kartki, wyciągam długopisy.

Otwieram ostrożnie muszlę,
małże płatów czołowych.

Przesypuję spokojnie w dłoniach
długoziarnisty ryż słów.

Zwracam się do Boga.
Obraca się już w głowie
powolna myślikostka...

Oto ja do Ciebie
na wysokościach -
mieszkaniec wieżowca.

 


RANKIEM

Jeszcze w pidżamie, z kubkiem gorącej herbaty
stałem przy półce z książkami
dotykając palcami
grzbietów starych mistrzów.

Rozdzielałem stare wargi
łuszczące się otrębiasto,
kartki ze słonymi śladami kaszlu
i pasmami lśniącej żółto siwizny.

Jakbym słyszał stukanie młotków,
śpiew w warsztacie
i szaleństwo zatracenia się.

Te uderzenia piór o blaty stołów,
te napięte pochylone karki.

I moją obecność zawartą
w klekocie ich myśli,
w klekocie ich żeber -
pustą, próżną, wspaniałą...

 


SŁOWO I CIAŁO

Panie,

Ty usypałeś ziemię, skropliłeś morze
i na tym tle dałeś wyrosnąć
nieświadomej swobodzie roślin,
która rozdarła silny uścisk nasion.

A przemieszanie oddechów
w zasobnych płucach ptaków
i wylizywanie ran u zwierząt -
to prawie zanikanie śmierci...

Ja nie jestem dla ciebie zagadką.
Może pytaniem,
bez istotnej odpowiedzi. I ty także
niekoniecznie musisz istnieć.

Zresztą znam Cię słabo -
tylko raz
szukając w Ciemnościach -
zupełnie przypadkiem

włożyłem ręce w Twoje boskie ciało,
włożyłem ręce w Twoje ciało

i załopotało.



ODPOCZYNEK

Potrzebuję trochę czasu,
więcej, jeszcze więcej ciemności
i muzyki, muzyki przyciśniętej szczelnie do uszu.

Teraz mogę przestać się uśmiechać
słyszeć jak odrywają się drzazgi głosu -
i piskliwie, i ochryple.

Mięśnie już wypuściły wstrzymywany oddech,
i syczą kości - to we krwi musuje wapń,
a na skórze piszę palcem: cisza.

Z mroku powoli wychodzą proste kształty -
szary płat ściany, zarys obrazu z okrętem,
kontury mnie samego - a kim ja jestem?

I słyszę szmer, szum porozumienia tętnic,
nieustanny ruch krwi, szelest powietrza w gardle
i tykanie zegarka, a wyżej

w głuchym pudle mózgu
pamięć -
szyderczy mój instrument pojękiwań.

To miejsce, gdzie czekam
i trochę umieram
żując suche śliwki żalu.

 


KIŚĆ OWOCÓW

Jadłem winogrona szarpiąc chciwie gałąź
wyrastającą wolno spomiędzy zielonkawych bąbli.
Słyszałem rybie poruszenie żołądka, biegnący od wpustu
dźwięk, jakby piszczałkowaty odgłos delfinów.
No, więc dawałem mu jeszcze czekając,
aż przestanie się szarpać w niewygodnych skurczach
i oddali w mazi, by w kożuchowatych więzadłach
odnaleźć uśmiechnięte nasycenie, narządową nieświadomość.

Jadłem więc winogrona i nie obchodziło mnie wcale
czy je zabijam, czy były martwe od chwili kiedy je zerwano
i wystawiono na sprzedaż w plastikowych skrzynkach.
Nie mam warg nimfomanki świecących tłusto jak brzuch królowej pszczół.
Przeraża mnie z grubsza tylko ludzka śmierć,
a moja skóra jest w kilku miejscach nieuleczalną półpustynią.
Dziesiątki oczu pozostaje zamkniętych.

Nawet dzisiaj, gdy wyleguję się w łóżku z dziewczyną
i patrzę na bułkowaty pośladek wystający spod prześcieradła
i myślę o ryżowatości jej języka – wiem,
że wszystko się zwęgli lub zeschnie na wiór.
Mógłbym rozsunąć oczy, wślizgnąć się do umysłu
i wyśledzić w nim płynny proces zanikania.

Żyje w przerośniętym mgnieniu oka,
z perspektywą wielką jak obcięty paznokieć
i zastanawiam się, niczego nie zmieniam.

 


JEZIORO

żagiel na zimnym jeziorze
w górze uwikłanie chmur

silniejszy niż zwykle podmuch
unosi na cienkiej burcie
ciała dwóch kobiet

a łódź się kłoni
w stronę toni

 


OSTATNI POŁÓW

A kiedy twoje noce
polarne, długie
rozepną swoje futra,
kiedy bóle i pojękiwania
rozplączą słone supły
i przetną pępowinę sinych,
od lat stojących myśli -
umrzesz.

Wypluje cię własne łowisko
odkaszlnie wiatr.
Oczom swej sieci
nie uwierzysz
jak mały byłeś.

A na żelaznej, rdzą pokrytej platformie
spękany szlauch opłucze
grymas parujący z twojej twarzy.

Usłyszysz jeszcze głos człowieka.
A na pożegnanie
uchwycisz się wełny jego swetra
i ciepła jego przekleństw.

A potem
w dół z wodą
ślizgając się spłyniesz.
Wypuścisz z ust życie.

Krzyk nic nie da.
Za słaby,
choć rozedrze krtań.

Łzawy krzyk.
Krzyk wrybogłosy.


Latarnia Morska 2/2006

Od redakcji: Powyższe utwory weszły w skład zbioru wierszy Biały gubernator, który wyszedł nakładem wydawnictwa MINIATURA (Kraków 2007)




Prezentowane utwory pochodzą z przygotowywanego do druku zbioru Srebrny spinacz.


CISZA

pochylony
stukam w klawisze

lecz  tak naprawdę milczę
gdy pytają mnie o odpowiedź

ja tylko piszę
Bóg jest w tym wszystkim
Wszystkim

mnie nie pytajcie
jest wtedy ciszej



LIŚĆ

każdy liść jest bytem
ten, który rozsadził pąki na drzewie
i  który tarza się w kałuży jak stary pijak

ten
któremu gdy go zerwać
żyły widać

i który na szypułce
przemierza świat

pielgrzym parków
dyszący, odpoczywający na ławkach
suchy jak piach



TUNEL

wchodzę na tory
z ciemnego tunelu
jak pociąg pędzą słowa

czuję wtedy obłęd w palcach
i strach przed śmiercią

w bieli katolickiej kartki
w jej zagiętych kołnierzykach
modlę się, piszę

czuję mokre
dreszcze krzyża na grzbiecie

drżenie przebitych dłoni
wstrząsy ciała

ołówek zaczyna ruszać skrzydłami
chce stąd odlecieć

słyszę już w głowie
nieuchronne
spotkanie życia ze śmiercią



AUTOBUS

był zimny poranek
czekaliśmy na autobus
przerzucając ciężar ciała
z jednej nogi na drugą

w płaszczach
jak pestki dyni w swych skorupkach

nieskończoność tego czekania
ciągłe spojrzenia na zegarek
tak czeka się na raj
choć może śmierć jest tylko przejazdem

wreszcie
wykopałem fajkę z pudełka
jak wiernego psa
który rozumie
takie brutalne odruchy miłości



ZAGUBIONY

wiara była jak podmuch silnego wiatru
który ciągnął mnie przez chwilę
a potem ucichł i zostawił w samotności

łódź się kołysze
i nie wiadomo dokąd płynę
na morzu, na brzuchu bożym

ufam tylko, że Bóg
czy wierzę w niego czy nie
jest wszystkim i wie, że tu jestem

bo jest rybakiem, rybą i morzem
które bez siebie istnieć nie mogą



SZTORM

wrzeszczy  w głowie sztorm
zalewa kark morze
pluje w twarz pianą

piszę, wylewam z siebie
potok słów

rano patrzę obojętnie
na złamane drzewa
i poprzewracane domy
w moim umyśle

leżą spokojnie
jak mężczyzna na kobiecie
po pierwszej nocy
długiej rozłąki

czytam swoje zapiski
na burcie wyłamanej kości
skreślam prawie wszystko

zaciskam w dłoni
tylko garść słów
które cudem ocalały
na pomiętych kartkach

strzepuję z nich żrącą sól



(portal LM, czerwiec 2010)


Borysław Bednarski
– ur. 1975 r. w Szprotawie. Od 1976 r. w  Kołobrzegu. Ukończył Pomorską Akademię Medyczną w Szczecinie. Aktualnie  mieszka w Warszawie z żoną Beatą, gdzie pracuje jako lekarz. Debiutował w 2006 r. utworami poetyckimi na łamach „Latarni Morskiej”, w której również opublikował krótkie prozy. Ukazały się dwa jego tomiki wierszy: Biały Gubernator (2007) oraz Pejzaże duszy (2008).