O Henryku Banasiewiczu

Kategoria: pisarze nieobecni, książki zapomniane Opublikowano: środa, 30, grudzień 2009 Drukuj E-mail

Artur D. Liskowacki


Kiedy Henryk Banasiewicz (ur. w styczniu 1957 roku) pojawił się w szczecińskim, ale bardzo już wtedy ambitnie ogólnopolskim wydawnictwie Glob z propozycją opublikowania swojej pierwszej książki - był to bodajże rok 1984 - miał w dorobku arkusz poetycki Penetracje (Koło Młodych ZLP, 1979), a za sobą - Technikum Nukleoniczne w Świerku, mieszkał w Goleniowie i poza wąskim środowiskiem młodoliterackiego Szczecina pozostawał twórcą praktycznie nieznanym. Ale ów przyniesiony do Globu tomik Słona rzeka - który stał się niebawem (1985) jego debiutem - wywołał spore poruszenie wśród krytyków. Pracujący wówczas w Globie, w redakcji literatury współczesnej, Józef Krzyżanowski wspominał niedawno w Książnicy Pomorskiej, że niektórzy redaktorzy węszyli nawet jakiś podstęp - sądząc, że ktoś chce im zrobić żart; tak dojrzały debiut zupełnie nieznanego autora uznali za nieprawdopodobny.
Późniejsze książki Banasiewcza opublikowane przez Glob - Autoportret z Bestią (1987) i Obłoki pełne popiołu (1992) nie wywołały już wprawdzie tak zgodnego uznania, a nawet rozczarowały niektórych krytyków, spodziewających się innego kierunku rozwoju tej poezji - zarazem jednak ugruntowały pozycję autora. Banasiewicz pisał dużo, wydawał sporo, współpracował z PR Szczecin (jego poetyckie słuchowiska realizował m.in. W. Modestowicz), a także szczecińskimi teatrami - lalkową Pleciugą, Teatrem Polskim i Operą na Zamku. Pisał teksty piosenek do spektakli, dokonywał adaptacji sztuk dla dzieci i operetkowych librett.
Do roku 1997 opublikował dwanaście tomów wierszy - ostatni, Apsara, ukazał się w 1997 r. (Książnica Pomorska). Po drodze były jeszcze: Pieśni miłości i pocieszenia (Szczecin, Wolna Strefa, 1991), Gudea (Poznań, SPP, 1993), Tartessos (Szczecin, Książnica, 1994), Kidepo (Szczecin, Książnica, 1996) oraz książki dla dzieci: Wiersze na dobranoc (Gdańsk, Wydawnictwo Morskie, 1985), Pogodne wiersze na pochmurne dni (Szczecin, KAW, 1989) i Tyle światła wokół (Szczecin, Ottonianum, 1995).
Przez sześć ostatnich lat życia nie wydał żadnej książki. Nie udało mu się opublikować Wierszy miłosnych, ostatniego ze swoich poetyckich projektów.
Zmarł jesienią 2003 roku; niespodzianie, nie chorował wcześniej, a wśród bliskich i znajomych był znany z zawsze mocnego zdrowia i manifestowanej powszechnie witalności. W cyklu żartobliwych wierszyków, którymi portetowałem środowisko szczecińskich literatów był i dystych o Nim: "Banasiewicz - tors, śmiech, luz - widać, kto wybrańcem Muz” ("Pogranicza" nr 3, 2003). Słowa te uderzają dziś we mnie - i nabierają zgoła innych znaczeń...
Serdeczny, ciepły, uśmiechnięty, lubiany przez wielu - zwany często Heniem - przez wiele lat jawił się w środowisku jako pełen entuzjazmu i chęci do pracy: działał w ZLP, SPP (poznańskim, potem szczecińskim), prowadził Piwnicę Literacką w Zamku Książąt Pomorskich. Doceniany oficjalnie (m.in. nagroda wojewody, potem - poznańskiego "Czasu Kultury”), otoczony młodzieżą, której poświęcał sporo uwagi działając w różnego rodzaju klubach poetyckich - zdawał się jednak odczuwać pewien niedosyt wobec swej twórczości, jej spełnień i recepcji. Odsuwał się powoli od życia literackiego, od pisarskiego środowiska, prawie nie publikował, mówił, że teraz więcej czyta niż pisze, że może potem...
Zrażony opiniami części krytyki, która - jak sądził - niesłusznie etykietkuje Go i umieszcza w szufladkach poezji kulturowej, dekoracyjnie post-Herbertowskiej - a i zniechęcony do literatury w ogóle (choć o jednym i o drugim głośno starał się nie mówić) - szukał własnych, nowych, a w istocie bardzo codziennych dróg. W 1999 r. podjął studia historyczne na Uniwersytecie Szczecińskim. Sporo podróżował, starał się uporządkować swoje życie osobiste. Wierzył, że ma czas, by zrealizować wiele planów. Kusił go film, będący formą poetyckiego przekazu, miał pomysły związane z teatrem, wciąż czuł się niezrealizowany pisarsko.
W jakim stopniu zdążył się zrealizować - jako poeta?
Piotr Michałowski tworząc hasło Banasiewicz w encyklopedycznej Literaturze na Pomorzu Zachodnim do końca XX wieku (Szczecin, Kurier-Press, 2003) pisał m.in. tak.: "Świat poezji B. osadzony w historii i kulturze, nacechowany jest silną fascynacją starożytnością, a zwłaszcza jej obszarami słabiej znanymi niż kultura grecko-rzymska. Język poetycki B. charakteryzuje klasycznie brzmiąca i dyskretnie archaizowana fraza, nasycona patetyczną retoryką i sensualistycznym obrazowaniem, głównie o funkcji mimetycznej. Dominuje wiersz biały, niekiedy zbliżony do regularnego; częste są stylizacje na pieśni (...) w dwuwartościowym kontrapunkcie rozwijają się też przeciwstawione tematy: erotyczne i batalistyczne, reprezentujące antagonistyczne energie: Erosa i Tanatosa (...) B. szuka nie tyle dowodów na ciągłość tradycji, co śladów ponadkulturowej tożsamości człowieka”.
Był więc B. "rozpoznany”, dość obszernie i dokładnie opisany - można by rzec: ustawiony na półce. Podobnie jak dzieła, do których sięgał, żeby tworzyć swoje - dalekie i obce, a w zamierzeniu bardzo nam współczesne, bliskie światy. Inspirował go Sumer, dawne Chiny, mroczne wieki Europy, cywilizacja grecka, lecz i neolit, Bizancjum i Indie, starożytna Persja i dawna Afryka... Ale miał przy tym świadomość, że ta poetycko-archeologiczna specjalizacja, którą mu przypisano, owo "rozpoznanie” zamyka Go i ogranicza.
Nie zdążył przełamać tych ograniczeń, zrealizować innego wariantu drogi twórczej? Czy raczej nie potrafił? A może - po prostu - już nie potrzebował?
Dla szczecińskiego środowiska pozostawał więc - paradoksalnie - bo jeszcze za życia - twórcą niejako "ukończonym”, zamkniętym w swoim dorobku. A że poza Szczecinem publikował mało, zapomniano o Nim dość szybko i tam, gdzie uznawany był - głównie w latach 80. - za bardzo obiecującą, oryginalną osobowość twórczą (Zbigniew Herbert - w prywatnym liście do B. - dziękując za przesłany tomik, pisał, że jego wiersze są "zadziwiające i piękne”).
Wiosną 2006 r. ukazała się Ekbatana - dokonany przeze mnie i wydany przez Książnicę Pomorską - z inspiracji i z pomocą przyjaciół oraz instytucji, w których pracował - wybór Jego wierszy.
We wstępie do tej książki pisałem m.in.: "Między wysokim koturnem poezji Henryka Banasiewicza, a rolą Henia, którą - postrzegany przez życzliwych mu i bliskich, jako serdeczny, uśmiechnięty, wieczny chłopiec, a przez innych obarczany tą chłopięcością na pomniejszenie, odebranie, odsunięcie - godził się na co dzień grać, rozpinała się, być może, najmocniej naprężona struna jego twórczości. Drżąca i czuła na dotyk - od pierwszych do ostatnich wierszy.” Tych ostatnich, nieznanych, nie pozostawił wiele. Ale są w nich m.in. włączone do pośmiertnego zbioru Wiersze miłosne, w których wraca - szczególnie gorzko dziś brzmiący - motyw najważniejszego, najintensywniejszego życia - "tam”, w światach, które minęły, ale istnieją. Może właśnie - istnieją tym bardziej, że minęły? W wierszu bez tytułu, który w jego dorobku pojawił się w paru wariantach, pisał: "ja prawdziwy pozostałem tam - w Ekbatanie / tu odpoczywam tylko przed życiem / czytam książki gazety / wzorem swoich przodków piszę listy i wiersze (...) Nic mnie z wami nie łączy...” A w wierszu Aleksandria Eschate, kończącym pośmiertny tom, czytamy: "Tu mnie znajdziesz - w gronie poetów i ich dziewcząt / kiedy zapada zmierzch i przychodzi pora na wino muzykę i taniec (...) Kiedyś sobie o mnie przypomnisz...”
Do jakiego stopnia jest to gra z odbiorcą, dość natrętna stylizacja, liryka maski, a w jakim stopniu - głos twórcy, który mijał się ze swoim czasem i próbował to mijanie nazwać, uzasadnić, wyrazić? Granica między jednym a drugim jest płynna, zmienna, a może - w ogóle jej nie ma.
W tomie Ekbatana (tytułowa Ekbatana - pojawiająca się często w wierszach B., jak wiele innych "minionych” imion miast i krain - to stolica starożytnej Medii) próbuję bronić postawionej przez siebie tezy, iż to życie w przeszłości, w światach zagnionych cywilizacji i umarłych kultur - było dla B. tyleż ucieczką od rzeczywistości, co i zesłaniem, rodzajem wygnania z teraźniejszości.
Czy - i w jakim stopniu - mam rację? Czy Banasiewicz zdobyłby się jeszcze na porzucenie Ekbatany? Nie tylko na nowy tom, ale i nowy ton wierszy?
Znałem Henryka blisko, być może zbyt blisko, aby mówić o tym - bez dystansu. Czy może raczej - właśnie tak - więc z dystansem.
Piękna edytorsko Ekbatana, obszerna i efektowna na tle szaro się dziś prezentujących, cienkich tomików Banasiewicza stanie się może (wciąż mam nadzieję) okazją do nowej rozmowy o Jego poezji. Do otwarcia zamkniętego już dzieła - raz jeszcze. Choć bibliofilski charakter tego wydawnictwa i ograniczony zasięg dystrybucji - każą się spodziewać, że książka pozostanie raczej pamiątką po pisarzu, niż uzna się ją za próbę Jego ponownej obecności.
Skromna promocja w gronie przyjaciół, skromne echo - już po, z powracającym wątkiem krytycznym: poety postkulturowego, zagubionego pośród masek - to pewnie właśnie tyle, ile należało oczekiwać po książce, która przyszła tak późno. Bo po życiu (czy także - po dziele?), które skończyło się nagle i zbyt wcześnie.


Latarnia Morska 1 (5) 2007