O Jerzym Pachlowskim

Kategoria: pisarze nieobecni, książki zapomniane Opublikowano: wtorek, 19, luty 2013 Drukuj E-mail

 Artur D. Liskowacki

 MARYNARZ MORSKI I PRZYMORSKI 
     
 Dla szczecinian, a i dla wielu czytelników w kraju, stanowił synonim pisarza marynisty, choć nie był człowiekiem morza w tym sensie, jaki się zwykle pojawia, gdy o marynistyce mowa. Nie ukończył morskich szkół, nie żeglował, nie sprawował funkcji kapitana, a choć pływał na statkach (lata 1958-1964) jako rybak dalekomorski, marynarz i świetlicowy na statku-bazie, trudno rzec, by jakoś szczególnie ukochał morze, i szukał go wokół siebie. A przecież stało się ono dlań tym żywiołem, z którego wywiódł całe swe pisarstwo. Można nawet rzec, że nie byłoby Pachlowskiego-pisarza, gdyby nie marynistyka.

 Krępy, rudawy blondyn obnosił się zresztą ze swym wizerunkiem Człowieka Morza i na co dzień. Szorstki w obejściu, zarazem brat-łata, czasem z fajką, zawsze z jakąś opowieścią na ustach, stylizował się na matrosa - otaczał aurą dalekich rejsów i słonej bryzy... Nawet długo po tym, jak przestał pisać i publikować, spotykałem w kraju ludzi, w tym także innych pisarzy, przekonanych, że był zawodowym marynarzem.
 Do Szczecina, który w Polsce postrzegany jest niemal od zawsze jako miasto nadmorskie (choć do morza stąd ponad 100 km), wiodła go zresztą droga wcale nie oczywista.
 
 Jak podaje słownik „Literatura na Pomorzu Zachodnim": urodził się w roku 1930 w Krakowie, jako syn Jana Pachlowskiego, robotnika, i Anny z domu Skokoń. Wcześnie osierocony wychowywał się samotnie w okupacyjnym Krakowie, a po wojnie przebywał w domach dziecka na Śląsku. Maturę zdał w 1950 r., ale dopiero jego dalsze wykształcenie - Instytut Literacki im. M. Gorkiego w Moskwie (1955) - wyróżniało go z grona młodych adeptów pióra, którzy pojawili się w połowie lat 50. w Szczecinie. Stanowiło też przyczynek do sporów, czy bycia pisarzem można się nauczyć; zwłaszcza w Moskwie.
 Sam początkowo chętnie się na ten fragment życiorysu powoływał, z czasem jednak tego zaniechał. Choć dziś, w dobie komercjalizacji i rzemieślniczej profesjonalizacji sztuki słowa, kursy i szkoły literackie stały się czymś zwyczajnym, nie rażą i nie dziwią. Ale Moskwa to... Moskwa. No i wciąż pozostaje rzeczą do dyskusji, czy takie szkoły są w stanie wykreować prawdziwego pisarza. A Pachlowski swe pisarstwo - wiążącą się z nim rolę społeczną i związaną z nią odpowiedzialność, wobec społeczeństwa, kraju, kultury - traktował niezwykle serio. Był, jak to mówią, człowiekiem społecznym, aktywnym politycznie - choć nie w polityce. Rzeczywistość polityczna w Polsce ulegała zmianie, ale on się pod tym względem nie zmieniał: lubił żyć rzeczywistością. Był zarazem kimś osobnym; postacią barwną, indywidualistą, preferującym swój styl bycia. W swoim pisarstwie czuł się w swojej roli. Do życia codziennego nie przykładał dużej wagi.

 Zamieszkał w Szczecinie w 1956, szybko wchodząc w tutejsze środowisko literatów i dziennikarzy; pracował m.in. w tygodniku „Ziemia i Morze", który stał się po krótkim, burzliwym okresie swego istnienia, legendą szczecińskiego Października. Współpracował z PR Szczecin. Debiutował jako prozaik opowiadaniem „Garbus" w almanachu „Szczecin literacki" (1958). Ale jego pisarstwo - mimo efektownego początku, jakim był książkowy debiut Delfiny idą po wiatr (1963) - rozwjało się stosunkowo wolno.

 Do szczecińskiego oddziału Związku Literatów Polskich przyjęty został dopiero w roku 1969, bo też na swe kolejne po debiucie książki kazał czekać stosunkowo długo. Również z tej przyczyny, że nigdy nie był - a i nie stał się - pisarzem, jak to się mówiło, lekkiego pióra; tworzył bez pośpiechu, można by rzec: z pewnym oporem, nie pozostawił więc po sobie dużego dorobku.

 W roku 1971 ukazał się tom opowiadań Ryba i słońce (książka miała być początkowo wydana już w roku 1966, pod tytułem Człowiek odarty ze skóry, lecz Wydawnictwo Poznańskie odstąpiło od umowy i ukazała się dopiero po czterech latach w Ossolineum), a potem była jeszcze tylko powieść Wołanie horyzontów (1977). Następne książki - choć wzbogacane o pojedyńcze nowe teksty - stanowiły wybory i kompilację z poprzednich. Rok 1977 przyniósł Opowiadania morskie, a dopiero po latach ukazał się zbiór Na krawędzi wody (1991).

 Skromność tego dorobku nie przeszkodziła jednak Pachlowskiemu w uzyskaniu znaczącej pozycji literackiej. Tom opowiadań Delfiny idą po wiatr (którego tytuł przekręcany bywał nagminnie na Delifiny idą  p o d  wiatr), chwalony przez krytykę, przyniósł mu wiele wyróżnień, m.in. nagrodę im. M. Zaruckiego (1966), a Ryba i słońce prestiżową nagrodę im. J. Conrada (1970).
 Tadeusz Brzozowski, autor hasła Jerzego Pachlowskiego w Literaturze na Pomorzu..., pisze, iż wartość [jego] pisarstwa polega głównie na autentyzmie i biorącym się zeń poznawczym walorze. Dyskutuje też z tezą, iż motyw ciężkiej, monotonnej pracy, występujący u Pachlowskiego, to świadomie budowany przezeń antymit morza egzotycznego. Jego zdaniem jest inaczej: Pachlowski pisze o pracy, bo pracą wypełniony jest cały niemal czas rybaka, zagadnienia pracy natomiast [Pachlowski] właściwie nie problematyzuje.
 Jakkolwiek by było - można się zgodzić, że lektura prozy Jerzego Pachlowskiego - mającej, zwłaszcza początkowo, charakter literackiego parareportażu, czerpiącego z własnych doświadczeń, a z czasem metaforyzującej opowieści o człowieku na morzu i wobec morza - daje dwie perspektywy poznawcze.
 Pierwsza: to obraz surowego, brutalnego, odartego z romantyzmu życia marynarzy i rybaków, druga: to wyłaniająca się zza tego obrazu przestrzeń egzystancjalna, duchowa. Może właśnie dlatego kusząca, że na ogół widziana jako cel, wymarzony, daleki. Ukazujący się zresztą dopiero po przekroczeniu tej bariery, jaką tworzy na morzu trudna, mozolna codzienność, niełatwe relacje jednostki z grupą, oraz własne słabości. Przyniesione na wodę z lądu, własnego losu, z którym muszą zmagać się bohaterowie tej prozy. Często ponosząc porażkę.

 I właśnie ów ludzki wymiar tych tak pozornie „męskich" opowieści, zda się być najtrwalszym walorem tej prozy. Co podkreślał m.in. w swej historii polskiej literatury współczesnej (tom IV, Proza od 1956 r.)  Piotr Kuncewicz, pisząc w rozdziale „Morze i przymorze": Bo w istocie przy wszystkich marynarskich, niekiedy dosadnych realiach Pachlowski bardziej opisuje ludzki świat wewnętrzny aniżeli cokolwiek innego.

 Książki Pachlowskiego były czytane bardzo chętnie. Dowodem choćby Złote Exlibrisy przyznane pisarzowi za Delifiny idą po wiatr i Wołanie horyzontów przez czytelników Książnicy Szczecińskiej. Za swą twórczość otrzymał też Nagrodę Miasta Szczecina (1980).
 Popularność jego morskich opowieści wynikała i stąd, że dobra marynistyka - a za taką uważano jego pisarstwo, podejmujące też wątki egzotyczne (Afryka), lecz wykraczające poza tanią konwencję „podróżniczą" - wyrażała wówczas wiele marzeń Polaków. Osaczonych przez siermiężną, zamkniętą na świat rzeczywistość PRL, i tęskniących za konfrontacją z dalekimi „horyzontami", choćby była to konfrontacja wymagająca utraty, a nawet niosąca klęskę.

 Dzisiejszy zmierzch polskiej marynistyki wynika zaś po części z tego właśnie, że okazję do takich konfrontacji daje nie tylko morze. Nie ma już właściwie - nie licząc autorów różnego rodzaju reportaży, które o tematykę morską potrącają - pisarzy dużej rangi, o których by się mówiło, że są marynistami. Choćby tylko od święta. Tradycja Jospeha Conrada nie znajduje kontynuatorów, a i rynek czytelniczy ich nie chce, więc nie kreuje. O ile jeszcze literatura spod znaku żagli przechowała w sobie (skądinąd nie w beletrystyce, a w relacjach z samotnych rejsów dookoła świata i innych żeglarskich wypraw) mit morskiej przygody, symbolikę rejsu - jako losu, podróży życia, oraz morza - jako żywiołu, który jest dla człowieka najgroźniejszym i najpiękniejszym wyzwaniem - o tyle ta, której kanwą jest dola marynarza, niemal zamilkła. I od dawna już nie próbuje odzyskać głosu.

 To, że i Pachlowski zamilkł w latach 90. jako pisarz - a potem wycofał się w zasadzie z życia literackiego w mieście, które przecież było dla niego tak ważne - ma w tym kontekście wymowę znaczącą. I również, w jakieś mierze, symboliczną.
 Zwłaszcza, jeśli zważyć, że był wcześniej postacią aktywną środowiskowo i - jak już wspomniałem - obywatelsko. Jego tubalny głos towarzyszył wielu dyskusjom i sporom, dotyczącym nie tyle już samej literatury, co kultury w ogóle, a z czasem życia społecznego i polityki.
 Sporą rolę odegrał w tym szczeciński Grudzień 1970. Pachlowski należał do tych, nielicznych wtedy ludzi kultury, dla których Grudzień stanowił doświadczenie nie tylko osobiste (sam był w Stoczni), ale i szczególnie ważne. A na pewno ważące na jego dalszych wyborach.

 W latach 1976-1981 sprawował funkcję prezesa szczecińskiego oddziału ZLP, w latach 80. (uczestniczył w Kongresie Kultury Polskiej 12 grudnia 1981, przerwanym przez ogłoszenie stanu wojennego) brał czynny udział w podziemnym życiu kulturalnym i literackim. W 1989 został członkiem założycielem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich; do roku 1993 pełniąc funkcję prezesa szczecińskiego oddziału. W roku 1996 przyznano mu tytuł honorowego prezesa SPP. Choć trzeba tu dodać, że odsuwał się od - zorganizowanego przez siebie - młodego środowiska szczecińskiego SPP, skłócony z nim i rozgoryczony.

 To rozgoryczenie towarzyszyło mu też w relacjach z nową władzą. Bo choć współtworzył Obywatelski Komitet Porozumiewawczy, to czuł się odsunięty na margines przez tych, z którymi było mu kiedyś po „solidarnościowej" drodze. Do kolejnych władz Szczecina po roku 1989 - bez względu na przynależność partyjną sprawujących urzędy - miał też pretensje o zaniedbywanie szczecińskiej kultury.
 Bo miał wobec innych wymagania wysokie, i z trudem godził się na zmianę statusu i obniżenie rangi kultury, zwłaszcza literatury, w nowej, dziko kapitalistycznej rzeczywistości. 
 Zapalczywy w dyskusji, pełen pasji w dowodzeniu swych racji oraz żarliwy w obronie spraw, które uważał za ważne i słuszne, a przy tym przeświadczony do końca o wysokiej randze pisarstwa i etosie pisarza, był szanowany i lubiany, ale też traktowany z rezerwą, a i traktowany niechętnie - przez tych, których do siebie tą zapalczywością zraził.

 O Szczecinie, o którym mówił zawsze z wielkim zaangażowaniem - odnosząc do niego metaforę „miasta pełnego światła" wywiedzioną z tekstów  wybitnego, a jeszcze dawniej zapomnianego reportażysty, Franciszka Gila, oraz symbolikę „miasta dialogu kultur" - pisał szkice i artykuły; do końca planował publicystyczno-eseistyczną książkę mającą być jego osobistym rozrachunkiem z tym miastem.
 Współpracował z Archiwum Państwowym w Szczecinie, czego plonem było kilka publikacji, w tym ostatnia - wydana w roku 2010 na jubileusz 80-lecia pisarza, stanowiąca wybór jego tekstów (a także tekstów Lecha Bądkowskiego) drukowanych niegdyś w „Ziemi i Morzu".
 Sporadycznie zajmował się tłumaczeniami z rosyjskiego. Jako redaktor (z żoną Heleną, tłumaczką i poetką) i autor wstępu wyboru opowiadań pisarzy łotewskich nadał mu tytuł jakże wymownie brzmiący - Zielone żagle złudzeń (1979).

 Jego proza, zaetykietkowana jako „marynistyczna", zniknęła przed laty ze świadomości czytelniczej. Warto by ją stamtąd wydobyć, żeby sprawdzić czy faktycznie nie może się obyć bez gatunkowej etykietki. A jestem pewien, że nie tylko może, ale i czułaby się bez niej lepiej. W najlepszych swoich tekstach był bowiem Jerzy Pachlowski autentyczny, szczery. A im dalej od opisywanych przez niego sytuacji, tym bardziej się one metaforyzują, stanowiąc przejmującą niekiedy zapis surowych i trudnych doświadczeń, danych tym, co wyszli w morze, a potem zeszli na twardy ląd, ale rozpoznawalnych i odczuwalnych bez względu na to, czy zdarzyło się nam być w życiu marynarzem.

 Artur D. Liskowacki



portal LM, luty 2013