Dałem sobie urlop

Kategoria: felietony Opublikowano: niedziela, 12, luty 2012 Drukuj E-mail

Janusz Korbel

Dzisiaj dałem sobie urlop. Nie odbieram telefonów, nie włączyłem komputera. Jedząc śniadanie z czosnkiem, który dała mi Kasia ze swojego ogrodu, myślę o nas. Bardzo bym nie chciał zostawiać złych śladów. A ślady odciskają się wszędzie, nie tylko w śniegu czy na piasku. Jedynie śnieg pada bez echa – jak mówi poeta…
Dwa dni temu, nocą, po nostalgicznym koncercie naszego białoruskiego przyjaciela, który tym razem śpiewał wiersze samobójców, siedzieliśmy na ganeczku, w przedjesiennym, chłodnym czarnym powietrzu, przepojonym graniem świerszczy i posłodzonym kroplami miodu.  Księżycowa poświata i migoczące z oddali gwiazdy przypominają, że wszystko jest na swoim miejscu. Wielki Porządek od wieków kpi sobie z ludzkich myśli, zmartwień, kłopotów i tragedii. A my staramy się niezdarnie układać rozsypane kawałki... nic tutaj nie pasuje, nic nie jest na swoim miejscu - ani w przestrzeni, ani w czasie. Tylko czasami potrafisz się zapatrzeć z zachwytem w świetlną plamę poruszaną cieniem liści na kuchennych drzwiach i wtedy wszystko jest na swoim miejscu.
Odbite światło z przeciwnej strony domu, znalazło swoją drogę pod wiązanką wrotyczu wiszącą na oknie. Czasami, choć to nieprawdopodobne, w oknie pędzącego z naprzeciwka pociągu, udaje się – przez niewyobrażalny ułamek sekundy – dostrzec czyjąś twarz.

Biorę ciężki koc z taboretu i idę na łąkę nad Rzekę, pod pachą mam książkę przyjaciela... Jak czule owiewa wiatr w promieniach ciepłego słońca. Szeleści delikatnie listkami brzozy. Posadziłem ją kilka lat temu a dzisiaj już takie piękne, duże drzewo, i takie rozgadane! Mała, czerwona mrówka  przedziera się przez włosy na mojej ręce, jak przez gąszcz traw. Z góry dobiega popiskiwanie orlika. Oglądam go przez lornetkę. Poluje tu od kilku dni. Wyczynia jakiś cudowny taniec pod obłokami, jak z waty cukrowej. Wiruje, obraca się, robi małą pętlę i składa skrzydła, by poderwać się za chwilę pionowo w górę i nagle, koszącym lotem spada na łąkę.

Mam otwartą książkę przyjaciela, byłego myśliwego. Czytam, któryś raz z rzędu jego wspomnienia. Za każdym razem są komentarzem do nowych okoliczności. Po koncercie w hotelowej restauracji do naszego stolika podszedł kelner, także sygnalista, grający na myśliwskiej trąbce. Chwilę stał niepewnie i kiedy wskazałem mu ręką wolne krzesło, z zadowoleniem się dosiadł.
- Co słychać? Widziałem pana w telewizji...
- A, co u pana?
- Dzisiaj strzeliłem mojego pierwszego kozła. Po pracy jadę dzisiaj do M., żeby to uczcić. Jestem młodym myśliwym. ... Padł w ogniu. ... Nawet nie wiedział, co się stało... Pan jest przeciwnikiem myśliwych... ...
- Żal mi zabijanych zwierząt. Bardzo.
- Hm, jak zagrałem na jego śmierć, żeby go pożegnać, to powiem panu, łzy mi napłynęły do oczu. Ale, tak na tym świecie jest. ... My za to dokarmiamy zwierzęta ... tyle się trzeba napracować...
Urwał i zamilkł, chyba zrozumiał, że to nie ma sensu. ... Wstajemy z Kasią od stolika, żeby pogonić białoruskiego przyjaciela, udzielającego obok jakiegoś wywiadu. Już późno, koncertowi goście wyszli i ta restauracja nie jest dobrym miejscem do pozostawania... Sygnalista jeszcze chwilę siedzi nieruchomo, sam przy stoliku, w swoim dziwnym kelnersko-myśliwskim mundurku. Wieś śpi, nocna uliczka prowadzi nas w chłodnym mroku zamkniętym perspektywą wielkiego lasu.

Zbliża się świt. Leżymy mocno wtuleni, jakby chcąc w ten sposób trochę uporządkować te rozsypane części najbliższego otoczenia.
- Wiesz, mój tata, gdyby przestał polować, byłby całkiem innym człowiekiem. Bardzo go kocham.

Patrzę w stronę słońca, gdzie kilkanaście metrów nad dachem chaty zawisł na moment kruk i odezwał się swoim mocnym, potwierdzającym głosem: Krra.
Dzisiaj rano usłyszałem w radio, jak jakiś słuchacz chwalił się, że jadąc z namiotem na wakacje zabiera ze sobą kosiarkę do trawy.

Janusz Korbel


Latarnia Morska 3 (7) 2007