Odszedł Przyjaciel

Kategoria: felietony Opublikowano: czwartek, 01, grudzień 2011 Drukuj E-mail

Lech M. Jakób

Czas wyrywa spośród nas przyjaciół, niczym kartki z kalendarza. Ustawicznie wyrywa, wytrąca, przenosi na Drugi Brzeg. Coraz ich tam więcej. A tu, pośród żyjących, rosną pola pustki.
Teraz do pochodu odchodzących dołączył Leon Zdanowicz. Ledwo kilka miesięcy minęło od pogrzebu, a wciąż nie mogę się z tym pogodzić. Brakuje mi Go. Brakuje mi Jego nerwowych e-maili, telefonów, sardonicznego śmiechu. Brakuje mi wzajemnych wizyt, sporów o poezję, godzin przesiedzianych przy wodzie ognistej. Brakuje mi Jego zadziornego spojrzenia, zaraźliwego entuzjazmu.
Znaliśmy się z okładem dwadzieścia lat. Początkowo nic nie zapowiadało silniejszych więzi. Ot, był dla mnie jednym ze znajomków parających się piórem. Lecz z miejsca ujęły Jego wiersze. Odbiegające poetyką od dotąd znanych. Niby nieporadne, chropawe, pełne neologizmów, a jednocześnie niosące dobry twórczo niepokój. Dopiero z czasem pojąłem, że inne być nie mogły. Tak po prostu miał. Z takim zębem poetyckim przyszedł na świat.

Szybko jednak nasze losy splotły się trwalej. A to za przyczyną powołanej przez Niego do życia Żebraczej Inicjatywy Wydawniczej. I "Łabuzia" - kwartalnego pisma, które po latach przeszło do środowiskowej legendy. Właśnie Leon, wsparty grupą znajomych, je stworzył. Od podstaw. Prowincjonalny Okazjonalnik Literacki (jak głosił podtytuł) o regionalnym charakterze, kładący nacisk na lokalność, na korzenie.
Kilka pierwszych listów Leona z prośbą o współpracę, przyznaję, zignorowałem. Jednak pokonała mnie jedna z charakterystycznych cech Leona: upór. Tak długo drążył, że dopiął swego. I specjalnie dla "Łabuzia" powstał esej o Don Kichocie. Nie ukrywam, że pisząc ten tekst, miałem na myśli samego Leona. Czy się w tym połapał? Nie wiem. Nigdy o tym później nie rozmawialiśmy. Być może tak. A jeśli tak, świadczyłoby to o Jego kolejnej cesze: dyskrecji. Nigdy bowiem nie był za wylewny w okazywaniu uczuć. O sobie i swoim wnętrzu zwykle mówił mało.

Później poszło jak po sznurku. Przysyłał dziesiątki książek do recenzowania, napierał o kolejne odcinki powieści „Drapieżcy” (którą wtedy poprawiałem), o nowe felietony, dzielił się pomysłami związanymi z ulepszeniem swojego pisma. A kamieniem milowym naszej komitywy okazało się spotkanie w pewnej świdwińskiej knajpce, gdzieśmy wespół z Piotrem Müldnerem-Nieckowskim – przy okazji jurorowania w ogólnopolskim konkursie poetyckim im. Jana Śpiewaka - siedzieli przy koniaku. Wymusił wtedy na nas publikację korespondencji literackiej w "Łabuziu". Przypadkowo będąc świadkiem drobnej kłótni z PMN o nie właśnie. Tu więc ujawniła się jeszcze jedna cecha Leona: dar perswazji. Oraz konsekwencja w dochodzeniu celu. Bo pierwotnie stawialiśmy mu razem z PMN opór. I proszę - na czym stanęło? Korespondencja ukazywała się na łamach pisma Leona blisko dziesięć lat, by wreszcie zamknąć się w wydaniu książkowym. Ponadtrzystustronicowy tom, zawierający kilkadziesiąt listów, zadedykowaliśmy z PMN Leonowi. I pewnie teraz, patrząc na to z zaświatów, śmieje się z naszych niegdysiejszych wątpliwości. Oraz czerpie satysfakcję z faktu, że postawił na swoim.
Podobnych obrazów z przeszłości - związanych z Leonem - dotyczących lat osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, a też pierwszej dekady bieżącego mam wiele.

Do wymienionych już cech Leona trzeba dorzucić następne. Otwartość na innych ludzi, na nowe idee, ciekawość świata, a przede wszystkim literatury. I co rzadkie, potrafił słuchać. A jego słuchanie w żadnym razie nie przypominało kurtuazyjnego sterczenia przy mówiącym. Przeciwnie. W Jego oczach pojawiało się żywe zainteresowanie, zadawał pytania.
Czy nie miał słabości lub wad? Oczywiście, że miał. Kopcił jak komin, dawał się powodować emocjom, nieraz pochopnie sądził, klął. Wszak nie był świętym. I przy ostrej świadomości przyśpieszonego przemijania nie chciał nim być.
Tak - przyśpieszonego. Bo przy tym wszystkim nie można zapomnieć o traumie Leona. O chorobie, która podstępnie i systematycznie niszczyła Jego ciało. Ostatnimi laty słabł coraz szybciej, tylko swoją wiarą, siłą woli i pracą przeciwstawiając się nieuchronnemu.
Niepokorna dusza - powiada się o takich. Niepokorna, na własny sposób heroiczna i twórcza.
Fakt, twardy gość. Nie dawał się robić w trąbę. A jednocześnie ufał ludziom, nieraz nawet wbrew im samym. Bywał częściej wyrozumiały, niźli zgorzkniały. Nie przywiązywał zbytniej uwagi do dóbr doczesnych. Więcej. Potrafił wytłumaczyć mi na czym polega samotność i jakie z niej można wywieść korzyści.

Tłoczą się, migają ułamki wspomnień. Widzę Leona o lasce, gdy z trudem wspina się krętymi schodami na Basztę Czarownic świdwińskiego zamku, by tam, na szczycie, wyrecytować z pamięci jeden z Jego ulubionych wierszy Andrzeja Bursy. Widzę Leona podczas odwiedzin w Jego skromnym mieszkaniu na Rapackiego w Łobzie - pochylonego nad korektą opowiadania jednego z autorów "Łabuzia" i wyrażającego wątpliwości związanych z przyimkami. Widzę Leona w towarzystwie łobeskich przyjaciół: Lidii i Czesława Szawielów, Ludwika Cwynara, Agnieszki Wesołowskiej oraz Bogdana Idzikowskiego - którzy na rozmaity sposób Go wspierali. Skusił mnie wtedy rzekomymi szczupakami w pobliskim jeziorze, a skończyło się na winnej fecie...
Przyjaźń nasza była kostropata, ale mocna. Choć nie brakowało po drodze napięć i kwasów, dużo wzajemnie sobie dawaliśmy. Teraz nagła cisza. Jak nożem uciął.

Stoi na moim biurku fotografia ze stycznia 2006 roku - wykonana w kołobrzeskiej latarni morskiej. Na tej focie Leon z Ludwikiem Cwynarem w tle. Przyjechali na promocję pierwszego numeru magazynu literacko-artystycznego "Latarnia Morska". Leon, z charakterystycznie pochyloną głową i cieniem uśmiechu na ustach przygląda się fotografującemu, czyli mnie. Cały czas widzę w jego oczach błysk aprobaty. I wciąż czerpię siłę z tego spojrzenia.
Gdy piszę te słowa jest listopad. Noc, za oknem deszcz, wietrznie i zimno. Ale rozgrzewają mnie myśli o Leonie.

Przyjacielu Drogi, pozostało po Tobie nie tylko ponad tysiąc listów tradycyjnych i elektronicznych, nie tylko książki z dedykacjami, ale przede wszystkim pamięć - wspierana wdzięcznością za Twoją obecność.
A przedwczoraj przyszedł list od Bogdana, brata Leona, mieszkającego w Krakowie. Czytam, że zrodził się pomysł pośmiertnego opublikowania Leonowej spuścizny.
Widzisz, Uparciuchu? Wciąż jesteś i będziesz z nami. I przypuszczalnie - co na swój sposób zabawne - dzięki planowanej książce zyskasz też przyjaciół nowych, którzy poniosą Twoje imię w głąb kultury. Nie tylko lokalnej.


Latarnia Morska 2 (14) 2010 / 1 (15) 2010