Przeznaczenie?

Kategoria: felietony Utworzono: poniedziałek, 22, luty 2016 Opublikowano: poniedziałek, 22, luty 2016 Drukuj E-mail


Magdalena Tarasiuk

Profesor Ł. katowała nas „Dziadami” Mickiewicza. Miała zupełnego fioła na punkcie romantyzmu. Dla zasady, czyli jej na przekór, nie znosiliśmy „Dziadów”.

Ponieważ byłam lojalna w grupie przyszłych lekarzy, jedyna wśród nich humanistka, współnienawidziłam, aczkolwiek zachwycała mnie metafizyka dramatu – wywoływanie duchów, cudowna melodia powtarzających się fraz, wyimaginowane dymy, zapach kadzidła i wszystkie te rekwizyty z didaskaliów.

Część tzw. „polityczna” już mniej mnie poruszała, bo trzeba było znać historię, zagłębić się w konteksty, zrozumieć niuanse. I ten niełatwy, archaiczny, jak na lata siedemdziesiąte, język. Trzeba było być profesor Ł. by przymykać oczy z zachwytu, czytając fragmenty, cytując najważniejsze dla dzieła wersy.

Dla nas było to na tyle zabawne, egzaltowane i cudaczne – ta jej niemal ekstaza, że traktowaliśmy ją jak niegroźną dla otoczenia wariatkę. Cóż, różnica i ewidentny konflikt pokoleń. Profesor Ł. była w istocie potworem, choć nadejdzie kiedyś czas, że odnajdę w niej człowieka.

„Dziady” zaczęły za mną łazić jak dziady od czasów licealnych, chyba za „namową” profesor. Nie pamiętam inscenizacji Dejmka w Teatrze Narodowym, miałam wtedy osiem lat. Nie wiedziałam, że stały się manifestacją polityczną, protestem przeciwko Związkowi Radzieckiemu i rządzącej w Polsce partii komunistycznej. Dowiedziałam się o tym znacznie później i w zupełnie innych okolicznościach – to było świadome poszukiwanie historii Dziadów wg Dejmka. I tu wpadłam w dramat jak śliwka w kompot. Gustaw Holoubek w roli Gustawa-Konrada mówił Wielką Improwizację, pierwszy raz bez skrótów. Mogłam to obejrzeć w archiwaliach Teatru Telewizji, a może Polskiej Kroniki Filmowej. Pamiętam, że robiło to wstrząsające wrażenie – absolutna asceza scenograficzna i jego głos o genialnej dykcji. I z opisów, wspomnień – oklaski, nieustające przerywanie i wyklaskiwanie „cara” – symbolu ucisku. A potem marzec 1968 i haniebna, antysemicka karta historii, moczarowsko-gomułkowska nagonka na inteligencję Polską, wyjazdy wybitnych postaci kultury, nauki polskiej. Jedna z najczarniejszych dekad.

Kolejne przedstawienie, którym się interesowałam „z daleka” – to Swinarski w Teatrze Starym w Krakowie z Trelą w roli głównej. Po nowatorsku, a więc dla mnie wtedy – fascynująco, bo inaczej, bo po nowatorsku właśnie. I te nazwiska! Poza tym naturalizm przeważał tu nad romantyzmem, czyli według moich ówczesnych kryteriów – tak jak być powinno, ale może niekoniecznie według Mickiewicza. Brak konwencji to przywilej młodości. Fantastycznie podążało się za kolejnymi miejscami akcji, by wpaść w sam środek rozgrywającego się obrzędu. Przedstawienie kończył Konrad mówiący tekst „Do Przyjaciół Moskali”

Nie będę omawiać dwukrotnych inscenizacji „Dziadów” Jerzego Grzegorzewskiego, bo pewnie widziało i pamięta je wielu. Jerzy Radziwiłowicz jako Konrad to najlepsza rekomendacja.

Ponad wszystko ukochałam „Lawę” Tadeusza Konwickiego – na podstawie „Dziadów”. Najbardziej, śmiem stwierdzić, dramat rozreklamował Kazik Staszewski, śpiewając cudownie „Baranka”.

Na dniach Teatr Polski we Wrocławiu dał „Dziady” bez skrótów – pierwszy raz w całości, w reżyserii Michała Zadary. Przedstawienie trwało 14 godzin. I stało się wydarzeniem na skalę, jak sądzę, światową, a na pewno – europejską. Zaproszeniem dyrektora Krzysztofa Mieszkowskiego wzgardził  obecny prezydent RP, minister kultury, oraz przedstawiciele Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Pozostali goście i widownia dopisali. Bilety i wejściówki wyprzedano na wiele miesięcy przed premierą.

A widzowie znów reagowali na słowa, na niuanse, na odniesienia do aktualnej, niełatwej sytuacji w kraju. Spektakl stał się wyrzutem sumienia, jak kiedyś, gdy był pisany – wygwizdywano zaborcę;  gdy wytupywano narzuconą Polsce przyjaźń z sowietlandem.

Teraz również reagowano w odpowiednim momencie na słowa będące oskarżeniem i wołaniem o opamiętanie.

*

Swoista klamra, której nigdy nie wymyśliłabym, a której na pewno użyję w którejś z moich książek. Przez miesiąc odbywałam codzienne pielgrzymki do szpitala – naprzeciwko mojej matki leżała kobieta, której twarz zdawała mi się znajoma. Leżała pod tlenem, czasami podawano jej inhalacje. Na kilka godzin uwalniano ją  od wspomagania oddechowego i gdy się odezwała, rozpoznałam w niej profesor Ł. Wymagała stałej opieki lekarsko-pielęgniarskiej, choć umysł miała równie jasny, krytyczny i bystry jak w liceum, gdy katowała nas Mickiewiczem. Za dużo by mówić o naszych rozmowach przez ten miesiąc.

Ale jedną, dyskusję właściwie zakończyła z bólem:

Nasz naród jak lawa

Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa

Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi

Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi...

Zakrztusiła się. Pielęgniarka podała tlen.

 

Magdalena Tarasiuk

 

 

Przeczytaj też inne teksty M. Tarasiuk niżej,  w dziale „proza” , a także  w "porcie literackim" omówienia jej książek: Tara (2011) autorstwa Wandy Skalskiej oraz I nie mów do mnie Dżordżyk (2014) pióra Jolanty Szwarc