Marmur oddam za darmo

Kategoria: felietony Utworzono: wtorek, 05, maj 2015 Opublikowano: wtorek, 05, maj 2015 Drukuj E-mail


Krzysztof Kwasiżur

Tuż przed wybuchem II wojny światowej Winston Churchill zebrał swoich doradców, by określić dalszy tok postępowania i powiedział do nich:

- Panowie, wojna z nimi jest nieunikniona; musimy wygospodarować jakieś oszczędności!

- To może obetniemy wydatki na kulturę?

- Ależ panowie! W takim razie o co będziemy walczyć?

Chociaż potrzeby związane z kulturą znajdują się na samym szczycie piramidy Maslova, jako ostatnie do realizacji i ostatnie, jakie się u nas odzywają, gdy już inne zostały zaspokojone, to są one tak samo odnawialne, jak głód, pragnienie, czy… nie! Seksualność jest instynktem!

To dlatego – każdy z nas, bez względu na status społeczny – od czasu do czasu odczuwa przemożną potrzebę obcowania ze słowem pisanym (choćby z gazetą, czytaną w ubikacji), muzyką (zapraszam do filharmonii, lub koncert discopolowy). Nawet wrażeń wizualnych pragniemy z tego właśnie powodu; zaspokojenia potrzeby estetycznej. Te ostatnie, wbrew pozorom – wcale nie tak łatwo zaspokoić, bo muszą się wiązać z przeżyciem estetycznym.

Zatem (niestety)  w celu zaspokojenia wrażeń estetycznych nie wystarczy striptiz (choć wiąże się z niewątpliwym przeżyciem, ale raczej niekoniecznie natury estetycznej), czy widok tęczy, choć ten ostatni nas pozytywnie nastroi i doda energii.

Najmocniejsze działanie, tak ukierunkowane będą miały świadome wytwory ludzkie stworzone w celu bodźcowania estetycznego.

Zbyt pokrętnie napisane? Prościej mówiąc; jeśli coś nie jest stworzone specjalnie po to, by zachwycać – jeśli nawet zachwyca, to mniej od tego, co jest wytworzone w celu wzbudzania zachwytu.

Zatem, należy się domyślać, że Alpy, skonstruowane sztucznie przez człowieka, oferowały by piękniejsze widoki, od tych naturalnych? Pewnie tak, skoro do budowy zaprzęgnięto by od razu wizażystów, psychologów reklamy i innych takich…

W dobie internetu obcowanie ze sztuką (zaspokajanie doraźne tych potrzeb) jest niezwykle proste i często jest ograniczone jedynie przepustowością łącza, przez które pobieramy muzykę, filmy, e-booki.

To nas nic nie kosztuje, więc gasimy pragnienie u źródła – zdawało by się niewyczerpalnego i danego nam przez naturę.

I tu się zaczynają schody, bo o ile wszyscy mamy świadomość, tego, że aby powstał marmurowy pomnik – trzeba zainwestować (choćby w marmur, który tani nie jest), o ile siedząc na widowni, podczas spektaklu – czujemy i mamy świadomość, że aktorzy wykonali pracę, przygotowując się do sztuki i trzeba im ten trud zrekompensować, kupując bilety, o tyle przy korzystaniu z dóbr kultury, udostępnianych przez internet – już takiego przemożnego poczucia nie mamy!

Po części dlatego, iż obok artystów profesjonalnych (zawodowych) w tym samym internecie – zdarza się, że na tej samej stronie, czy portalu – prezentowani są artyści amatorscy, którzy tworzą li tylko hobbystycznie i żadnych profitów, oprócz satysfakcji, nie oczekują. Po części dlatego, że FIZYCZNIE nikt najczęściej nas nie zmusza do płacenia za korzystania z tych dóbr.

Pierwszy powód sprawia, że wszyscy artyści, prezentujący swoje nagrania, czy inną twórczość wydają nam się hobbystami, bez chęci zarobkowania.

Drugi – powoduje dobrze znane podobieństwo do postkomunistycznej spuścizny: „jeśli coś należy do wszystkich – nie należy do nikogo”. A internet jest dobrem ogólnoludzkim i ogólnospołecznym!

Nie ma tu co zrzucać  winy na wysokie koszty oryginalnych filmów, płyt, czy książek w Polsce, bo w państwach, gdzie te koszty (w stosunku do zarobków) są o niebo niższe proceder piractwa internetowego jest także rozwinięty, tyle że w mniejszym procencie (skala piractwa: Polska – 54%, Francja – 39%, Belgia – 25%).

Niedawno świętowaliśmy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, ustanowiony przez UNESCO promujący ochronę własności intelektualnej. Nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć, że ten dzień powołano do życia głównie po to, by zwrócić uwagę na problem, jakim się stało nieprzestrzeganie Praw Autorskich (i Pokrewnych – jak głosi tytuł odpowiedniej ustawy).

W Polsce prawa te nie tylko są nieprzestrzegane, ale wręcz łamane a ci, którzy to robią, nie czują żadnego dyskomfortu, ponieważ prawa te są łamane nagminnie.

Krótko mówiąc – istnieje przyzwolenie społeczne na NIECHODZENIE do kina, bo trendy jest wykazanie się sprytem i poszukanie tego samego filmu w sieci.

Jest przyzwolenie na NIEKUPOWANIE oryginalnych płyt, bo na płycie za 2 zł można zmieścić 120-150 utworów pirackich, a oryginalna płyta z tuzinem utworów kosztuje 35-50 zł.

Sam pamiętam, że studiując, kupiłem 2 (słownie dwie) książki; dziesiątki, albo setki ściągnąłem z internetu, lub kserowałem.

Czy wszystko, co wymieniam, podlega kategorii kradzieży?

Zastanówmy się:

W czyim kierunku powinny popłynąć pieniądze wydane na superszybkie łącza, czyste płyty, kserówki?

Uczciwie byłoby zapewne, gdyby popłynęły w kierunku autora książki, który długie miesiące zmitrężył na pisaniu tejże, nierzadko wcześniej zgłębiwszy temat, by nie przyłapano go na błędach rzeczowych.

Uczciwe by było, gdyby popłynęły one w kierunku muzyków i autorów płyty, którzy zainwestowali czas na próby, pieniądze na wynajęcie studia nagraniowego, o inwestycji w wykształcenie muzyczne nie wspomnę.

I najuczciwiej byłoby, gdyby te pieniądze popłynęły w stronę zespołu, który nakręcił hit filmowy – inwestując horrendalne pieniądze na nagranie i promocję.

A dokąd płyną?

Do właścicieli portali (nierzadko nielegalnych), do takich samych piratów, jak my, posiadających konta na przeróżnych „chomikach”, „pobieralniach” i wszystkich wirtualnych miejscach, które powstały, powstają, bądź powstaną w milionowej ilości, a instytucje, powołane w celu kontroli tego procederu, czy organizacje zarządzające zbiorowymi prawami autorskimi (typu ZAIKS) nie cieszą się dobrą sławą jako trudniące się wyłudzaniem pieniędzy od Bogu ducha winnych obywateli (sam byłem świadkiem rozmowy, w której przełożona, na pytanie podwładnej:

„Co to jest ZAIKS?” odpowiedziała: „To taka instytucja, która ściąga haracz z wszystkich, którzy w swoich barach, zakładach fryzjerskich, czy innych lokalach odtwarzają muzykę dla klientów!”.

Nie była to osoba -,jakby się zdawało – z kadry kierowniczej budowy, ale kierownik biura, zatem należy przypuszczać, iż z wyższym wykształceniem.

Zaryzykuję tu tezę, że wykształcenie ma z taką sytuacją - wrogiego nastawienia do STOARTów, ZAIKSów i innych SAWPów, czy ZPAVów – wiele wspólnego, raczej niska świadomość społeczna; co ja, Kowalski, mający swój zakład fryzjerski w Żabojadach otrzymuję (oprócz faktury), za opłacenie się tym instytucjom, kiedy dla klientów mi Mietek Szcześniak śpiewa?

Ludzie nie lubią płacić za nic, albo wtedy, gdy nie wiedzą, za co płacą, wolą już nie przyznać się do tego radia, nie zgłosić, nie wypełnić papiórka – czyli docelowo ukraść! Bo przychód do budżetu powinien być, a nie ma.

Nawet obawiam się, że artystom, którym powinno leżeć na sercu dobro, czyli propagowanie i wzrost w siłę kultury polskiej wzbraniają się jak mogą przed płaceniem, kiedy mogą nie płacić.

I to nie tylko Polak tak ma. Gérard Depardieu nie jest odosobnionym przypadkiem ucieczki od podatków i opłat, bo na stronie avazz.org zbierane są właśnie podpisy pod petycją, skierowaną do Komisji Europejskiej, mającą zmienić prawo autorskie i kompetencje ZAIKSu, STOARTu, tudzież innych SAWPów, ZPAVów i innych facetów w czerni…

Sam coraz usilniej zastanawiam się, czy ja aby jakiś nienormalny jestem, gdy za wieczór autorski dostaję 160 zł, a za licencję na podkład muzyczny odprowadzam… 180! Uczciwie!

Coraz usilniej przeliczam, czy mój spokój sumienia wart jest dwóch dych. Kiedyś zapewne stwierdzę, że nie i wtedy zacznę zarabiać…

Krzysztof Kwasiżur

 

 

Przeczytaj też inne teksty K. Kwasiżura w działach “felietony” oraz “eseje i szkice” naszego portalu