Księgarnie

Kategoria: felietony Utworzono: piątek, 13, luty 2015 Opublikowano: piątek, 13, luty 2015 Drukuj E-mail


Lech M. Jakób

Droga dzieła literackiego od twórcy do czytelnika nie jest krótka. To proces złożony – jeśli na myśli mamy efekt ostateczny w postaci publikacji zwartej, czyli książki. Drogę znaczą kolejne etapy. A każdy jest na swój sposób dla twórcy ważny.

Oczywistym jawi się punkt wyjścia, czyli konkretny utwór (np. powieść, tomik, zbiornik opowiadań). Bez napisanego dzieła nic się dalej nie dzieje. Gdy autor uzna dzieło za gotowe, przekazuje wydawcy. To etap drugi. Tu opracowuje się rzecz edytorsko i rozmnaża w planowanej ilości egzemplarzy. Trzecim etapem są hurtownie. I dopiero czwartym sieć księgarń.

Dla pisarza właśnie księgarnia jest miejscem szczególnym, jeśli nie magicznym. Wszak tutaj, opuszczając kolebkę wydawniczą, trafiają jego dzieła. Tu właśnie czytelnik ma szansę po raz pierwszy zderzyć się z nowymi (lub wznowionymi) książkami.

Świeżo opublikowana rzecz trafia na regał, stelaż, ladę, witrynę. Czasem towarzyszy temu ulotka reklamowa lub plakat. Jednak nowoprzybyłe tomy nie zawsze „rozpychają się łokciami”, atakują wizualnie. Niektórym wystarczy dyskretne wśliźnięcie się za księgarską rubież. Są świadome swej wartości. Bez niepokoju czekają na mającą sięgnąć po nie czytelniczą dłoń.

A ileż emocji kryje się w autorach nawiedzających księgarnie! Obserwują jak ich książki są traktowane. Czy aby księgarze należycie je eksponują; czy do wypieszczonych dzieł jest przykładana odpowiednia waga.

I tu – jak powiadał Wieniawa-Długoszewski – kończą się żarty, a zaczynają schody. Wysokie schody. Okazuje się bowiem, że w przytłaczającej większości księgarń handlujących tymi szczególnymi wytworami kultury niewiele obchodzi, co sprzedają. Dostarczane nowości traktowane są jak zwykły towar – porównywalny do bułek, wody gazowanej słodkiej, straganowych biustonoszy lub wykałaczek. Zaś jedynym kryterium wartości tego „towaru” jest – jak usłyszałem na własne uszy w pewnej pomorskiej książnicy – „sprzedajność”. Byle obrót szedł, byle płynęła gotówka.

Traktowanie wytworów ludzkiego ducha niczym mięsa w jatce szczególnie boli ich autorów. Ale nie tylko autorów – w końcu jest ich tylko garstka w stosunku do reszty nabywców. Bulwersuje każdego, komu dobro książki choć trochę leży na sercu.

Z jednoczesnym kurczeniem się ilości placówek księgarskich w kraju nastąpiła niesłychana wręcz erozja prestiżu - szlachetnej niegdyś - profesji księgarza. Jeszcze niedawno zdarzało się spotkać za ladą sprzedającego z kierunkowym (tj. księgarskim) wykształceniem, kogoś przynajmniej książki przeglądającego, a nawet czasem księgi kochającego. Taki księgarz znał  nazwiska autora, tytuły, potrafił błąkającemu się klientowi doradzić, podsunąć odpowiednią lekturę. Ba, bywało (sam tego doświadczałem), że w zaprzyjaźnionej księgarni poczęstowano herbatą lub kawą i znajdował się czas na rozmowę o nowościach.

By oddać sprawiedliwość powiedzmy, że nadal spotkać można przyjazne księgarnie z kompetentnym personelem; szybko reagujące na zapotrzebowanie i traktujące książkę z należnym jej szacunkiem. Zwłaszcza w niektórych większych miastach. Lecz to wyjątki siermiężnej księgarskiej rzeczywistości.

Często nawiedzam księgarnie – nie tylko jako pisarz, ale także jako zawołany czytacz – i wiem, co mówię. Rozmowy w większości księgarń bywają żenujące, a personel absolutnie przypadkowy. Choćby w czterech księgarniach najbliżej mego miejsca zamieszkania. Jedna panienka z zagadkowym uśmiechem przeszła tu „od guzików” (poprzednio sprzedawała w pasmanterii), druga prosto z „pośredniaka”, młódkom zalecono wykazać się stażem pracy gdziekolwiek i wybrały księgarnie „bo tu przynajmniej ładnie pachnie i ludzie nie krzyczą”. Panienki paradują między regałami i pięknie kręcą kuperkami.

Lecz nie daj Bóg, by sklepowy komputer się zaciął, bo wówczas panika: żadna nie wie, co na półkach ma, gubi się w nazwiskach, latach wznowień, wydawniczych seriach. Więcej. Niemal żadna z tych ubogich umysłowo istot książek nie czyta!

„Bo po co? – jasno i z uderzającą szczerością wytłumaczyła mi pewna handlarka w średnim wieku, szczerząc porcelanowe ząbki. – Czy jak sprzedaję kaszankę i cynaderki, to muszę kosztować  k a ż d ą  kaszankę i   k a ż d e  cynaderki?”

I tak pointa felietonu o księgarskiej rzeczywistości napisała się sama…

Lech M. Jakób

 

Felieton pochodzi z przygotowywanej do druku książki Poradnik grafomana, która już wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa FORMA