Wydawanie

Kategoria: felietony Utworzono: niedziela, 17, sierpień 2014 Opublikowano: niedziela, 17, sierpień 2014 Drukuj E-mail


Lech M. Jakób

Na spotkaniach autorskich, ale i listownie, czytelnicy pytają o rozmaite sprawy. O proces twórczy, o tak zwaną wenę, o sposoby przekuwania pomysłów w słowo wiązane, o techniki literackie. Często też ich ciekawi jak wygląda droga od gotowego maszynopisu (dziś komputeropisu) do książki. Niektórzy imaginują sobie, że sprawa jest prosta: autor przekazuje pracę wydawcy, a ten, powierzywszy dzieło maszynom, rozmnaża je w odpowiedniej ilości egzemplarzy, by niezwłocznie wystawić w księgarni.

To wyobrażenie raczej naiwne.

Choć owszem, bywa tak właśnie. Bywa. Ale rzadko. Na ogół książki miewają wydawnicze perypetie. Czasem zabawne, czasem męczące lub wręcz irytujące. Czytelnik nie wie o tym, bo nie musi.

Przedstawię to na własnych przykładach dwóch książek dla odbiorców młodszych: zbiorze opowiadań „Zwykłe przygody” oraz powieści „Fil, ty wredny kłamco!”

Pomysł „Zwykłych przygód” wysiadł ze mną z pociągu relacji Wrocław – Kołobrzeg. U początku lat osiemdziesiątych. Obserwując wzrastanie moich, małych podówczas, dzieci napisałem 12 opowiadań. I złożyłem maszynopis w Wydawnictwie Morskim. Propozycję przyjęto, recenzenci rzecz zaaprobowali i przypuszczać należało, że książka opublikowana zostanie lada czas. Jednak nic z tego. Minął rok, potem drugi i mimo włączenia książki do  planów publikacji oficyny wciąż cisza. A to zmieniali się ludzie w dziale literackim, a to wyskakiwały oficynie pilniejsze zadania.

Zniecierpliwiony rozsyłam opowiadania do radia i prasy. Radio wyemitowało dziesięć, „Świerszczyk” – tygodnik dla dzieci młodszych – też opublikował prawie wszystkie, później niektóre powtarzając.

Wreszcie nadeszła korekta opowiadań. Niby drgnęło, ale skład w drukarni wyszedł nie tak i znów ślimaczenie.

W międzyczasie (kolejny rok) jedno z opowiadań opublikowało czeskie pismo „Matevidouska”, inne weszło do antologii „Czy pan nie widział rudego chłopca?” (Wydawnictwo Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek).

A książki nadal nie ma.

Wreszcie skład skończono. Ale wyskoczył kłopot z ilustracjami. To były graficzne knoty. Nie mogłem ich zaakceptować. Zlecono ilustrację innemu plastykowi. I mijają kolejne miesiące...

Dość powiedzieć, że książka ukazała się dopiero w 1988 – po kilku latach od złożenia maszynopisu.

I przykład drugi. Powieść dla młodzieży „Fil, ty wredny kłamco!” To jeszcze bardziej skomplikowany przypadek wydawniczy.

Rzecz powstała na przepompowni ścieków, gdzie wówczas znalazłem zatrudnienie. Ledwo rękopis przestukała maszyna, a maszynopis na strzępy rozszarpał dopiero co przygarnięty pies (Filip młodziakowi dałem na imię, jak bohaterowi powieści). Chyba już wtedy powinno było dać mi to do zrozumienia, że z losem tego tekstu będzie coś nie tak...

Ponownie przestukany maszynopis złożyłem w Wydawnictwie Poznańskim. Jakiś czas tam dokował. I wycofałem  rzecz dla świeżo wtedy powstającego wydawnictwa w Kołobrzegu. By wspomóc oficynę. Po składzie w drukarni korekta. Wszystko idzie jak po maśle, lecz... wydawca po niespełna roku działalności pada.

Kawałkuję powieść i fragmenty rozsyłam do kilku oficyn w głębi kraju. Część nie reaguje w ogóle, ktoś nadsyła zdawkowe podziękowanie, dwaj wydawcy (telefonicznie) pieją z zachwytu. I na pianiu się kończy.

Trochę zniechęcony odkładam rzecz na 3 lata, by złożyć ofertę pewnej szczecińskiej oficynie. Dochodzi do podpisania umowy wydawniczej. W międzyczasie, poświęcając lato, skracam powieść i szlifuję. Lecz mija przeszło rok, a wydawca... milczy. Nie tylko książki nie wydaje, ale brak jest odpowiedzi na listy. Gdy cierpliwość się wyczerpała – wobec niedotrzymania warunków – jednostronnie zrywam umowę.

Maszynopis znów jest wolny. I wędruje na półkę. Nie wysyłam go nigdzie – jakieś fatum nad nim ciąży!

Aliści przyniósł ktoś ogłoszenie konkursu na powieść dla młodzieży wydawnictw Media Rodzina i Muza S.A. – opatrzony hasłem „Uwierz w siłę wyobraźni”. Widzę, że „Fil...” mieści się w przedstawionych kryteriach. I decyduję się wysłać. Powieść, na blisko 200 nadesłanych, zostaje wyróżniona w 2002 roku. Lecz przełożenia na książkowe wydanie zabrakło.

Wreszcie zryw jeszcze jeden – 4 lata później. Kolejny konkurs – tym razem warszawskiego wydawnictwa Telbit. Powieść, pod zmienionym już tytułem („Filip Szalony”), zdobywa nagrodę główną i w kilka miesięcy pojawia się na księgarskich półkach...

Kłopoty ze znalezieniem wydawcy pisarze miewali zawsze. Są udokumentowane przypadki, że niektóre teksty odrzucało kilkanaście i więcej  oficyn. A ekstremalną ilustracją niechaj będzie historia maszynopisu mikropowieści „Mewa” Richarda Bacha, dziś słynnej i uznanej. Nim książka wyszła odrzuciło ją przedtem 80 (!) wydawnictw.

Widać zatem z powyższych przykładów, że losy powstających książek bywają rozmaite. I nie zawsze ich ścieżki wiodą prosto do czytelnika.

Lech M. Jakób

 

 

Felieton pochodzi z przygotowywanej do druku książki Poradnik grafomana, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa FORMA