Wydawca

Kategoria: felietony Utworzono: niedziela, 27, lipiec 2014 Opublikowano: niedziela, 27, lipiec 2014 Drukuj E-mail


Lech M. Jakób

Pewien dowcipniś powiedział: jedni wydają ludzi, inni książki – i nie wiadomo, które wydawanie lepsze. Żarty żartami, ale nie sposób wyobrazić sobie sytuację pisarza bez istnienia wydawcy. To nie „przedpotopowe” czasy, gdy bardowie włóczyli się po gościńcach z pieśniami na ustach. Gdy wieść, baśń, legenda lub zajmująca historia opowiadana była przy ognisku.

Też nie okres glinianych tabliczek, papirusowych zwojów i kopistów  pracowicie przepisujących uczone dzieła. Choć już w takim  kopiście da się dostrzec zalążek wydawcy.

Jeśli, rzecz jasna, ręczne odwzorowanie tekstów w kilku (lub kilkunastu) egzemplarzach uznamy za powielenie – z intencją dystrybucji. A uznać chyba należy.

Później, za Gutenberga i pierwszych drewnianych czcionek, dla rozpowszechniania ksiąg nastały złote czasy. I trwają do dziś, wspomagane wciąż ulepszaną techniką. Ba, więcej. Stuleciami transmitujący dzieła papier zaczyna, przynajmniej częściowo, ustępować pola innym nośnikom – przede wszystkim elektronicznym.

Lecz zostawmy historię i skupmy się na tym, co teraz. Co tu i teraz.

Jako się rzekło – nie ma pisarza bez wydawcy. Jednak i wydawca nie istnieje bez pisarza (lub dostarczyciela tekstów nieliterackich). To związek organiczny – w świecie biologii zwany symbiozą. Czyli układem, z którego obie strony czerpią korzyści. Pisarz za utwór otrzymuje honorarium, edytor zarabia na rozmnożonych egzemplarzach książki. To sprzężenie zwrotne sprawdzone i doskonale funkcjonujące.

Wydawca chce zarobić – publikowanie książek to jego fach. Szuka przeto dzieł mogących zagwarantować choćby minimalny zysk. A najlepiej dochód  jak największy. I przewidywalnie szybki. Tu miłość do ksiąg miewa marginalne znaczenie. Lub też - mimo okazywanej chęci – nie zawsze może dojść do głosu. Bo zwykle w obecnej rzeczywistości decyduje pieniądz.

Lecz zarobić wydawcy nie jest łatwo. Zwłaszcza w dobie nasilonej konkurencji. Tantiemy, koszty papieru, druku, składu, reklamy, magazynowania – to łącznie spore sumy. A ryzyko publikacji mało znanych tytułów lub mało znanych nazwisk wielkie. Dlatego edytor trzy razy zastanowi się, nim podejmie decyzję drukowania rzeczy nowej. Chyba że książkę finansuje (lub współfinansuje) ktoś z zewnątrz – na przykład fundacja lub mecenas. Albo programowo (też z powodów ambicjonalnych) któryś z nawiedzonych wydawców zechce zainwestować w potencjalnie przyszłościowego autora.

W przypadku wydawców literatury pięknej ryzyko bywa jeszcze większe. Zwłaszcza literatura współczesna jest nieprzewidywalna. Tu łaska czytelnicza na pstrym koniu jeździ. Gdyż, w gruncie rzeczy, czytelnik o wszystkim decyduje. Co prawda niejednokrotnie manipulowany mediami.

A jeszcze pod uwagę brać trzeba, gdy o wydawcach poważnych mowa, sprawę prestiżu. Wydawca, chcący uchodzić za solidnego, nie podejmie się publikacji ewidentnych knotów – nawet wobec spodziewanego zysku. Bo i marka edytora  jest  kapitałem.

Rzecz jasna odmiennie wygląda to z punktu widzenia pisarza. Niesamowite opowieści krążą nieraz w środowiskach literackich. Pomijam tu paranoiczne teorie spiskowe. A to jakiś wydawca orżnął autora na honorariach, a to zataił rzeczywisty nakład – nie dzieląc się dochodem z dodruku, a to bez przekonania promował, i tak dalej. Słowem często edytor postrzegany bywa jako hiena, a w najlepszym razie szczwany lis. Eksponuje się cechy i wydarzenia negatywne – bez względu na ich rozmiar.

Jednak, pomijając warstwę anegdotyczną, warto pamiętać, że wydawca jest sojusznikiem pisarza, nie zaś wrogiem. A jeśli wrogiem bywa, to chyba grafomanów. Choć nieraz zastanawiać może krótkowzroczność i brak wyczucia części wydawców.  Głównie komercyjnych – traktujących „produkcję” książek niczym „produkcję” mięsa w masarni.

Poza tym istnieje jeszcze jedna furtka. Dziś autor może opublikować książkę z pominięciem wydawcy, bezpośrednio w drukarni – na zlecenie. Jeśli jest przeświadczony o wartości swojego dzieła. I za wszelką cenę pragnie udowodnić swoją rację. Takie rzeczy w historii literatury się zdarzały.

Ale to już zupełnie inna bajka.

Lech M. Jakób

 

Felieton pochodzi z przygotowywanej do druku książki Poradnik grafomana, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa FORMA