Lep

Kategoria: felietony Utworzono: piątek, 02, maj 2014 Opublikowano: piątek, 02, maj 2014 Drukuj E-mail

Lech M. Jakób

Słów kilka o kontaktach z mediami. To dziedzina grząska, niczym bagno. I łatwo dajemy w medialnym bagnie pogrążyć. My, pisarze. Czasem nieświadomie, czasem przez wyrachowanie, a bywa iż przez naiwność.

Wiadomo co nami powoduje. Myśl o tym, że nagłośnienie przynosi szansę zwiększenia popularności, a przynajmniej wzmoże zainteresowanie naszymi płodami. Bywa przecież, że po marszu przez szpalty (lub telewizyjne okienka) rośnie sprzedaż książek. Częściej zapraszają nas na spotkania, łaskawszym okiem popatrują wydawcy. Słowem oczekiwanych profitów sporo.

Nie wspominając o zaspokojeniu – nie krygujmy się! - miłości własnej. I wyłączam tu, z powodów oczywistych, kategorię hołdujących zasadzie „źle czy dobrze, byle z nazwiskiem”.

Czyta (lub ogląda, lub słucha) później jeden z drugim i nie może uwierzyć, iż tak się zbłaźnił. Wypowiedź okrojono, przekręcono, poszatkowano lub przez dodanie niekontrolowanych kontekstów zmieniono sens. I zaczyna się zgrzytanie zębami lub płacz. „Jak mogli? Na kompletnego durnia wyszedłem! W jakim świetle!? Ze wstydu chyba pod ziemię przyjdzie się zapaść!”

Wiem, co mówię. Świadczą o tym i moje grzechy. Popełnione z telewizją szczecińską, z Teleekspresem, z rozgłośniami radiowymi. Niestety, sporo ich było. A ledwie wczoraj nowa pokusa. Telefonowano z telewizji krakowskiej. Ponoć szykują program o środowisku artystycznym Kołobrzegu. Głos w słuchawce radośnie i słodko tokuje, tokuje, wreszcie pytanie: „Może przeczytałby pan coś swojego przed kamerą, podobno pan pisze?” Z powodów obyczajowych nie przytoczę mojej odpowiedzi...

Zatem warto uświadomić sobie cel takich kontaktów. Ale cel widziany z drugiej strony. Waszym rozmówcom, jakże często deprecjonującym zawód dziennikarza, nie idzie o prezentację Waszej sylwetki czy Waszej twórczości. Porzućcie złudzenia. Na ogół w nosie mają rzetelność później prezentowanego materiału. Pragną zrobić program lub wywiad dla zaspokojenia własnej wizji. Zwykle sprowadza się to do gromadzenia ciekawostek i efektownych bon motów. A będzie jeszcze lepiej, gdy „sprzedamy” choć odrobinę „mięsa” - czyli sensację jaką lub skandal. Gdyż jesteś tylko pretekstem. Chcą zabłysnąć cudzym kosztem. Twoim kosztem.
Nie mówię tu o prawdziwych dziennikarzach, bo i takich spotykałem. Ale to tylko garstka dla okrasy.

Dlatego, chcąc uniknąć wmanipulowania w niesmaczną sytuację, zawsze sprawdzaj. Pamiętając o przynajmniej kilku podstawowych zasadach.

Zasada pierwsza:
dowiedz się z kim rozmawiasz, kogo lub co dziennikarz reprezentuje. Nie musisz zaraz połykać każdy podstawiony mikrofon.

Zasada druga:
ustal jaki jest temat i do czego będziecie zmierzali.

Zasada trzecia:
nie daj się zwieść mętnymi grepsami i obietnicą gruszek na wierzbie. Pytaj o termin i miejsce emisji (lub druku) przygotowywanego materiału. Zastrzeż także sobie możliwość wycofania się, gdybyś uznał później, że gra nie warta jest świeczki.

Zasada czwarta:
sprawdź czy zabierający ci czas jest do rozmowy  przygotowany. Czy choć ogólnie zna Twoją twórczość. By nie dopuścić do żenującej wymiany zdań w rodzaju: „- Co pan ostatnio nowego napisał?  - A co starego ostatnio pani czytała?

Zasada piąta:
nigdy nie wymądrzaj się i nie udawaj innego, niźli jesteś.  Żartować można, a nawet trzeba. Jednak pajacowanie zostaw showmanom.

Zasada szósta:
nie daj wymusić na sobie zachowań lub opinii budzących Twój wewnętrzny opór.

Zasad siódma:
zawsze żądaj adiustacji tekstu przed drukiem. Lub kopii nagrania rozmowy.

Przynajmniej od jakiegoś czasu tych zasad się trzymam. I nie najgorzej na tym  wychodzę. Jeśli spuścimy miłosierną zasłonę na moje niegdysiejsze samoośmieszenia.

Tak, tak, na medialnym lepie nigdy nie zabraknie złapanych much. I jeszcze niejeden gorzko zawoła: sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!

Lech M. Jakób

 



Felieton pochodzi z przygotowywanej do druku książki Poradnik grafomana, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa FORMA