Autorytet

Kategoria: felietony Utworzono: czwartek, 17, kwiecień 2014 Opublikowano: czwartek, 17, kwiecień 2014 Drukuj E-mail


Lech M. Jakób

W świecie współczesnym, wobec rosnącej erozji wartości kulturowych i społecznych, panuje niezaspokojone łaknienie autorytetu. Przy czym nie zawsze idzie tu o autorytet wynikający ze sprawowania (lub posiadania) władzy, a raczej o coś, co może być między innymi związane z szacunkiem dla wybitnej umysłowości, czy też kogoś, kto budzi podziw na przykład stroną etyczną.

Łaknienie autorytetu, do którego czasem chcemy się odwołać, jest zrozumiałe. Ludzie niezmiennie potrzebowali wyraźnego odnośnika dla własnych zamysłów, rozważań lub czynów. Taką rolę pełnią zwykle osobnicy w swych dziedzinach wyspecjalizowani lub przywódcy różnych społecznych grup na rozmaitych poziomach.

I tak autorytetem zawodowym dla robotnika jest brygadzista, dla kierowników poszczególnych działów dyrektor firmy, dla młodszego dzieciaka rodzic, dla studenta profesor uczelni, zaś dla członka sekty jego guru.

Albo inne przykłady. Dla społeczeństwa, z racji umocowania politycznego, autorytetem może być prezydent. Dla chrześcijan (a zwłaszcza dla katolików) autorytetem moralnym i religijnym będzie papież.

Naturalnie założenie takie wymaga spełnienia określonego warunku. Ktoś, w kim chcielibyśmy postrzegać autorytet, musi być znaczącym probierzem w swojej dziedzinie. Przewyższać innych wiedzą, talentem, władzą, gruntownym wykształceniem lub czymkolwiek, co autorytet czyni rzeczywistym.

Inaczej przedstawia się sprawa z autorytetami urojonymi, sztucznymi lub w przypadku mieszania znaczeń. A z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w szczęśliwie umarłym blisko ćwierć wieku temu poprzednim systemie politycznym naszego kraju.

Na on czas, o czym zapomnieć nie sposób, pojęcie autorytetu bywało nadużywane lub wykrzywiane. Często monopolista władzy uchodził za mentora i znawcę jednocześnie rozmaitych dziedzin życia. Najpośledniejszy aparatczyk pouczał uzależnionych maluczkich co i jak mają robić, o czym myśleć. Politycy bezkompromisowo wypowiadali się o sposobach produkcji masła i sznurka do snopowiązałek, a lada fachowiec od ekonomii uświadamiał nas moralnie.

Najdziwniejsze i równocześnie najbardziej niepokojące było jednak to, że przeciętny „autorytetobiorca” godził się z tym. A nawet chyba gorzej: zdawał się nie dostrzegać w podobnych praktykach niczego nagannego.

Wiadomo jak systemy totalitarne demolowały mentalność obywateli. Wiadomo też, że długotrwała indoktrynacja pozostawia ślady w każdym indoktrynowanym. Lecz sprawą myślącego człowieka jest obronić to, co obronić się daje i od nowa budować rzeczy zawalone.

Dlatego śmiesznie dziś wygląda hodowca drobiu zawłaszczający rolę (i autorytet) specjalisty od kultury, żałość budzi elektryk strofujący naród z pozycji właściciela wszystkich rozumów, zniesmacza socjolog pouczający pracownika produkującego gwoździe.

Autorytetami w rozmaitych dziedzinach (by chociaż zechcieli poprzestać na własnej!) usiłują też być niektórzy pisarze. Sporo w mediach mądralińskich literatów wypowiadających się ex cathedra o polityce, religii, władzy czy pieniądzach. Wciąż wydaje się im, że mogą uchodzić za wszechwiedzących intelektualistów, nauczycieli i proroków. Co więcej, demonstrują rozgoryczenie i frustrację, jeśli tylko jako autorytety-kombajny nie są postrzegani.

A z faktu, że istotnie zdarzają się pisarze będący równocześnie na przykład filozofami lub moralistami, wynika jedynie to, iż właśnie oni - mimo predestynacji - na ogół wymądrzania publicznego się nie imają. Jeśli już, cechuje ich powściągliwość. Ciekawe, prawda?

Lech M. Jakób

 

 

Felieton pochodzi z przygotowywanej do druku książki Poradnik grafomana, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa FORMA