Debiut

Kategoria: felietony Utworzono: sobota, 25, styczeń 2014 Opublikowano: sobota, 25, styczeń 2014 Drukuj E-mail


Lech M. Jakób

We wspomnieniach jednego z rosyjskich poetów (bodaj Andrzeja Wozniesieńskiego) znalazłem onegdaj wzruszający opis przeżywania debiutu. Tenże poeta wykupił w pobliskim kiosku wszystkie egzemplarze gazety z debiutanckim wierszem, następnie w domu - zasławszy rozłożonymi gazetami podłogę - z radości… tarzał się po nich.
Taka reakcja jest emocjonalnie zrozumiała. Bo publikacja prasowa (czy radiowa, internetowa) pierwszego utworu to dla autora wielkie święto.

Przecież akurat objawia się światu, publicznie demonstruje swoje ja. Podobna chwila już nigdy się nie powtórzy. Także cofnąć jej nie można, jak cofnąć się nie da między skorupy jajka dopiero wyklutego pisklaka.
Debiutant otrzymuje pierwsze w życiu honorarium, styka się z reakcjami czytających (początkowo znajomych i przyjaciół), odbiera gratulacje, snując plany następnej publikacji. Dominuje uczucie satysfakcji, triumfu. W podobnej chwili nawet woda ma smak wina.

Jednak debiut bywa okupiony sporym wysiłkiem, a też i lękami. Paraliżuje przede wszystkim świadomość publicznej konfrontacji. Bo, wbrew pozorom, nie jest proste „obnażyć się” na oczach widowni (chyba że jest się ekshibicjonistą). Nie jest psychicznie łatwo przejść od statusu „biorcy” do „dawcy”. Zmieniają się relacje, zmienia się optyka.
Z jednej strony gnębi początkującego obawa przed brakiem akceptacji lub wręcz odrzuceniem, z drugiej zaś ciąży ledwo rozpoznawany zalążek myśli o odpowiedzialności za twórcze słowo. Gdyż tylko niedojrzałym, komercyjnym hucpiarzom oraz kiepom droga do debiutu wydawać się może bezproblemowa. Mówimy tu o starcie talentów prawdziwych.

I wystartował autor pierwszym utworem (np. wierszem lub opowiadaniem). Lecz wie o tym, że pojedynczy utwór to ledwie preludium, jakby przedbieg. Liczy się przede wszystkim debiutancka książka. A ta zwykle (jeśli to nie powieść) składa się z utworów wielu. Tu nie ma miejsca na przypadkowy fajerwerk: dłuższe dzieło albo ciąg krótszych potrafi bezlitośnie odsłonić słabości warsztatu lub mielizny umysłowe. Szybko demaskuje mistyfikatora i grafomana.
Dlatego próba pierwszej książki jest tak istotna. Dlatego mądrzy wydawcy przywiązują do debiutów szczególną wagę. Dbając między innymi o solidne recenzyjne sito.

Debiut książkowy. Autor pieści okładkę egzemplarza sygnalnego, kartkuje z rozdygotanym tętnem. Tyle trudu, tyle nadziei zmieściło się między okładkami! Wydaje się debiutantowi w przypływie euforii, że świat legnie u jego stóp. Że podbije serca czytelników. A jeśli nie serca, to chociaż umysły.
Jednak myślenie życzeniowe rzadko przemienia się w rzeczywistość. Do książki, obok zwykłych czytelników, dobierają się recenzenci i krytycy. Jedni chwalą, drudzy ganią, a jeszcze inni kąsają. Bywa, że książka w ogóle jest przemilczana. To dla autora chyba najgorsze ze wszystkiego. Zwłaszcza dla debiutanta. Czasem dusi się wzgardliwą ciszą. Nie śpi po nocach. Paznokcie zagryza z bezsilności. „Jak to? – zdaje się w duchu wołać. – Ja tu żyły wypruwam, a wy nic!?”
Zresztą, pułapek czyhających na debiutantów jest bez liku. Niektórych dosięgnie śmierć przez zagłaskanie, część da się zakrzyczeć. Co piątemu lub co dziesiątemu woda sodowa uderzy do głowy. Zdarzą się i tacy, którym niespodziewanie talent uschnie.

Jeśli jednak debiutant przetrwa owe próby ognia i wody, jeśli nie ulegnie medialnej presji (lub milczeniu), a ma silną świadomość tego, co i jak chce tworzyć, niechaj nie ogląda się za siebie. Gdyż debiut - w gruncie rzeczy - jest tylko wyzwaniem na ubitą ziemię, gdzie w potykaniu się ze światem znaczenie będzie miał dopiero oręż książek drugich, trzecich i następnych.

Lech M. Jakób





Felieton pochodzi z przygotowywanej do druku książki Poradnik grafomana, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa FORMA