Raskolnikow, pizda Wołodyjowski i inni

Kategoria: felietony Utworzono: wtorek, 14, styczeń 2014 Opublikowano: wtorek, 14, styczeń 2014 Drukuj E-mail

Sławomir Majewski

Pan Marek Jastrząb z Bydgoszczy, poeta, prozaik i felietonista, w zgrabnie ułożonym felietonie wykłada zasób swoich wątpliwości a propos sztuki translacji. Wątpliwości a propos translacji miewa prawie każdy myślący czytelnik. Czytelnik myślący to dla mnie ktoś, kto nie tylko rozumie czytany tekst i zamieszczone doń obrazki bez podpisu, ale głównie człowiek dowolnej płci, który zastanawia się nad literackim warsztatem, którym jakiś autor uczęstował czytelnika.

Jestem fanem Fiodora Dostojewskiego i tego, co napisał. A skoro jestem fanem całej jego twórczości, to nie ma sensu zaznaczać przez wyliczanie, że np. Zbrodnię i Karę stawiam na miejscu X a Biesy na miejscu Y. Żeby było jasne: Zbrodnię i Karę stawiam na miejscu drugim, gdyż pierwsze miejsce przyznałem Potulnej (albo Łagodnej). I proszę nie pytać, dlaczego. Zbrodnia i Kara to... Nie, nie mam najmniejszego zamiaru streszczać; przeglądarki internetowe tyle miejsca poświęcają tej powieści, że nie mam zamiaru ani jej streszczać, ani omawiać, natomiast mam zamiar oświadczyć kategorycznie, iż czytanie Zbrodni i Kary w oryginale pozwala skonstatować fakt dla literatury polskiej niezbyt dobry.

Zbrodnię i Karę należy natychmiast, bezzwłocznie, już, zaraz a najlepiej - dziś jeszcze, ponownie przełożyć z języka rosyjskiego na polski! A w ślad za nią, postąpić analogicznie ze wszystkimi dziełami Mistrza. I z dziełami Turgieniewa, prozą Puszkina, hrabiego Tołstoja, komediodramatami Gribojedowa i innych, wielkich rosyjskich autorów. Jednym zdaniem: ponownie przełożyć wszystkich, którzy swoje pisarstwo zakończyli przed powstaniem WKP (b) *

Droga przez Mękę Aleksieja Nikołajewicza Tołstoja, Cichy Don Michaiła Aleksandrowicza Szołochowa a już na pewno - Mistrz i Małgorzata Michaiła Afanasjewicza Bułhakowa repetytorium z tłumaczenia nie wymagają, bowiem wyżej wymienieni pisarze, oraz tłumacze ich dzieł pracowali w czasie stosunkowo nam bliskim.

Czytanie Zbrodni i Kary w każdym z możliwych przekładów na język polski jest dla mnie niewysłowioną i rozkoszą i torturą zarazem. Jestem jak ten sadomasochista, który wkręcając penis w imadło doznaje rozkoszy orgazmu i tortur bólu. Mnie fizycznie bolą anachronizmy, jak ten wielokrotnie powtarzający się wykrzyknik byłego studenta prawa, posiadacza żwawych acz jakościowo wątpliwych teorii moralnych, siekiery i psychicznie słabej konduity, Rodiona Romanowicza Raskolnikowa:

"- Pan wszystko to kłamie!"

Skierowany do przebiegle indagującego go policjanta, Porfirego Pietrowicza. Zwrot przetłumaczony jest absolutnie poprawnie, więc? Poprawnie i owszem, ale co w języku rosyjskim XIX wieku było żywe i poprawne, to czytane w języku polskim od drugiej połowy XX jest żałośnie smutne, o ile nie śmieszne.

Prawdą jest, że Fiodor Michajłowicz Dostojewski żył w latach 1821-1881. Jest prawdą, że pisarz i Rosjanie w ogóle, za życia Dostojewskiego tak budowali zdania i taki był ich język codzienny. Ale nie jest prawdą (jak usiłują nam wmówić współcześni polscy wydawcy), że tak prezentowana składnia przekładu była (i nadal jest) właściwa dla współczesnego języka polskiego. Nie, nie i nie! W Polsce XIX wieku nikt takim, jak w tłumaczeniach Zbrodni i Kary językiem nie mówił. A jeżeli mówił, to był to zrusyfikowany polski.

Podobnie rzecz się ma z niepolską składnią tytułu powieści Ignacego Krasickiego p.t. Mikołaja Doświadczyńskiego Przypadki. Tu gramatyka języka niemieckiego bije po oczach i ma tyle wspólnego z językiem polskim, co "język staroszlachecki", zastosowany przez Henryka Sienkiewicza w Trylogii, na czele z osławionym zwrotem "Kiep waść jesteś", którym mości Zagłoba wielokrotnie częstuje pułkownika Wołodyjowskiego.

Pro publico bono niezbędne jest wyjaśnienie, iż w XVII-wiecznej Polsce słowo "kiep" było nader treściwym określeniem tej części żeńskiego ciała, którą dzisiaj zwiemy równie mięsistym słówkiem "pizda" i że takim epitetem, żaden szlachcic nawet po przyjacielsku nigdy nie nazwałby drugiego szlachcica.

O, jakże uciesznie jest mi dzisiaj wyobrażać sobie nasze dziewiętnastowieczne, czarno odziane stateczne matrony, powstańcze Matki-Polki, te wszystkie omdlewające, niewinne panienki z dworków, dobrych domów i pensjonarki-dziedziczki, które kochały się na zabój w sienkiewiczowskim pułkowniku-piździe Wołodyjowskim.

Ad rem: Pan Marek Jastrząb sieje wątpliwości. Ma rację; Prousta, Shakespeare'a, Gide'a, Poego i in. powinno się czytać w oryginale. Powinno się czytać w oryginale, żeby rozumieć, co się czyta i nie dać się wpuścić w literacki kanał żadnemu niedouczonemu "tłumaczowi" W ogóle, gdyby Dobry Pan dozwolił każdemu z nas posiąść szlachetną sztukę rozumienia i czytania w każdym z języków świata, trzeba by czytać w oryginale wszystko, co napisane nie po polsku. Ot, chociażby po to, by zrozumieć, dlaczego pewien pluszowy miś znany u nas pod przydomkiem Kubuś Puchatek, nie był żadnym Kubusiem ani misiem rodzaju męskiego, tylko samiczką, niedźwiadką o wdzięcznym imieniu Winifreda, którą autor A. A. Milne nazwał Winnie-the-Pooh czyli onomatopeicznym imieniem z przydomkiem od dźwięku, jaki rzeczona Winifreda wydawała zdmuchując piórko z noska. O straszliwych, pierwszych tłumaczeniach na język polski np. Alicji w Krainie Czarów nie chcę wspominać. Pokój duszom nieszczęsnych translatorek, które zasłużenie niechaj nadal smażą się w Piekle!

Pan Marek Jastrząb na zakończenie swoich słusznych wywodów napisał:

"Więc gdyby nie było Boya, Słomczyńskiego czy Chądzyńskiej, kto wie, czy nie dziwiłbym się, czemu robi się tyle hałasu o nic."

Czym niedwuznacznie sugeruje, że Boy, Słomczyński i in. prawdopodobnie "napisali lepiej" dzieła tych, których tłumaczyli na polski język. Teza nader ryzykowna acz niepozbawiona krzty racji. Sęk w tym, że geniusz wynalazcy tkwi w geniuszu wynalazcy i nawet najbardziej okrągłe koło ze współczesnych tytanu czy grafitowych spieków, nie będzie "bardziej" kołem od tego, wyciosanego tysiące lat temu z kamienia. Natomiast, z całą pewnością, będzie kołem wyglądającym inaczej.

Sławomir Majewski

 

 

Przeczytaj też opowiadania S. Majewskiego w dziale „proza”, wiersze w dziale „poezja”, a też recenzję jego książki Mój Gdańsk. Ruda i inne opowiadania (2013) pióra Szymona Prowackiego w dziale „port literacki”