Równo z górki

Kategoria: felietony Utworzono: poniedziałek, 12, sierpień 2013 Opublikowano: poniedziałek, 12, sierpień 2013 Drukuj E-mail


Wojciech Czaplewski

 Zgodnie z nagłówkiem będzie dzisiaj mowa o pięknej idei równości. Najstarszym znanym mi świadectwem jej realizacji jest mitologiczna opowieść o niejakim Prokruście, przytaczana również, w pięknym wierszu, przez Zbigniewa Herberta. Damastes zwany Prokrustesem skonstruował mebel zwany prokrustowym łożem, a następnie łapał każdego, kto mu się napatoczył, i przymierzał go do owego mebla. Ten, kto był za duży i coś mu poza krawędź łoża wystawało, był przez Prokrusta przycinany do odpowiedniego rozmiaru. Zaś tego, kto był za mały, Prokrust wydłużał, na ogół urywając to i owo. Ostatecznie rozstał się z tym światem po spotkaniu z innym mitologicznym osiłkiem – Tezeuszem, który miał dość mocy i wsparcia bogów, aby z kolei jego przymierzyć do łoża (okazało się za małe).

 W demokratycznych antycznych Atenach uznano równość za zjawisko polityczne, to znaczy będące wytworem „polis” – czyli greckiego miasta-państwa – w obrębie którego, na mocy prawnego ustanowienia, obywatele otrzymują dar równości wobec prawa i w dostępie do władzy. Dlatego nikt nie widział sprzeczności między demokratyczną formą rządów a panującym wówczas niewolnictwem. Po prostu w świetle prawa obywatelami byli wyłącznie ludzie wolni, płci męskiej, urodzeni w Atenach. Rewolucyjne teorie nowożytne uznały równość za zjawisko przedpolityczne, prawo natury, przysługujące każdemu z nas na mocy faktu, że się urodził człowiekiem. Stąd problem, jaki miała z niewolnictwem młoda demokracja amerykańska.

 Nowożytne myślenie o równości to dzieło i ideał oświecenia. Głosił ją między innymi (rzekłbym nawet: przede wszystkim) Jan Jakub Rousseau – wróg konwenansu i cywilizacji, piewca szlachetnego dzikusa, wolnej miłości i umowy społecznej, autor rozprawy o zgodnym z naturą sposobie wychowania dzieci. Podczas gdy cała postępowa Europa roniła łzy nad losami bohaterów „Nowej Heloizy”, jej autor Jan Jakub Rousseau praktykował swe idee oddając pięcioro swoich dzieci do sierocińca. Nie był w tym zresztą odosobniony. W 1772 roku czterdzieści procent paryskich dzieci spotkał ten sam los, podczas gdy sentymentalne damy ukrywały ciążę pod krynolinami. Z punktu widzenia dzieci pocieszający może wydawać się fakt, że o wiele mniej powszechna niż dziś była aborcja. Ale czy to naprawdę pocieszenie? Rocznik 1772 osiągnął wiek poborowy akurat na początku kampanii napoleońskiej i mógł spokojnie oddać życie za ideały oświecenia na polach Waterloo czy stepach Rosji.

 I tu, myślę, mamy rozwiązanie zagadki równości. Bo niby czym ona jest? Równość jako stan natury nie może być równością wobec prawa ani w dostępie do władzy, bowiem w stanie natury nie ma ani władzy, ani praw. Pod jakim więc względem jesteśmy równi? Pod względem inteligencji, urody, charakteru lub siły? Może zamożności? A może wzrostu? Otóż jesteśmy równi wobec śmierci, bo wszyscy umrzemy, jednako nadzy i wobec niej bezbronni. Jesteśmy równi wobec innych spraw ostatecznych, o ile są inne sprawy ostateczne. A wpadło na to wcale nie postępowe oświecenie, lecz zacofane średniowiecze. Średniowieczne obrazy zwane „dance macabre” przedstawiały taneczny korowód: królów, mnichów, żebraków, biskupów, chłopów, ladacznic, prezesów, dyrektorów, hipisów, maklerów, hiphopowców, komunistów, taksówkarzy, kibiców, kinomanów, wędkarzy, kombatantów, emerytów, akcjonariuszy i czytelników felietonów. A na czele korowodu – naczelny wyrównywacz, szczerząca zęby zakapturzona panna z kosą.

Wojciech Czaplewski




Felieton literacki z przygotowywanej do druku książki W. Czaplewskiego Pochwała niezrozumiałości, która ukaże się nakładem Bałtyckiego Stowarzyszenia "Sieciarnia" (w ramach biblioteki "Latarni Morskiej") w 2013 r.