Żarty

Kategoria: felietony Opublikowano: sobota, 26, grudzień 2009 Drukuj E-mail

Lech M. Jakób

Dobry żart tynfa wart – powiada stare przysłowie. Bo żart pociąga między innymi urokiem dworowania sobie z nazbyt solennej powagi. Ujmuje także intencjonalnym brakiem agresji, co jest niezbywalną cechą markowego humoru. Nikogo nie rani. Poza tym, umiejętnie skrojony, rozładowuje stres. Dostarcza zdrowej witaminy śmiechu. I zwyczajnie bawi (a czasami i... uczy). Już nie wspominając o tym, że dobrze świadczy o inteligencji żartodawcy. Dlatego żarty, nawet mniej udane, zawsze miały, miewają i będą miały powodzenie.
Co oczywiste, również pisarze nie stronią od żartów. W końcu nie wszyscy są ponurakami czy tylko ludźmi statecznymi i do przesady powściągliwymi. A niektóre ślady aktywności na tym polu utrwala literatura.
Jednak zapisy żartów nie zawsze są jednoznaczne, gdy idzie o intencje autora. Bywa, że opowiadana historyjka, posiadająca znamiona żartów, odebrana będzie przez czytelnika za grubą przesadę lub tylko zwyczajne kłamstwo. Bo właśnie tu bluff, fantazyjność, łgarstwo i ostentacyjna blaga najczęściej jest „paliwem”.
Na przykład jak potraktować opis Marka Twaina potyczek z czerwonoskórymi, gdy dowiadujemy się, że jeden z pionierów Dzikiego Zachodu tak był podziurawiony strzałami, że niemożliwe było karmienie postrzelonego, bo jedzenie wylatywało dziurami?
A „reportaż” Odrowąża-Pieniążka „Ucieczka z ciepłych krajów” - z peregrynacji, których nie doświadczył? A niektóre opowieści Chryzostoma Paska? Tu rzeczy ewidentnie ocierają się o blagę, jednak w odbiorze przyjmowane z przymrużeniem oka, także jako żart lub przynajmniej o żart zahaczające.
Ten melanż intencji autorskich, a też ich interpretacji, rzeczywiście potrafi wprowadzić zamęt. Przeto dla ilustracji podam przykłady żartów „czystych”, to znaczy z intencji jednoznacznych.

Pierwszy przywołuje „Karafka La Fontaine'a” M. Wańkowicza - cytowanego już w jednym z wcześniejszych felietonów. Historia miała miejsce w 1923 roku. E. Kozikowski wspólnie z E. Zegadłowiczem (tak, tym od „Zmór”) nakładem oficyny drukarskiej Franciszka Foltyna w Wadowicach opublikowali „Antologię poezji murzyńskiej Niam-Niam” - z grafikami E. Porządkowskiego. Nie trzeba tu chyba dodawać (a właściwie trzeba), że wiersze „murzyńskie” autorzy wymyślili sami. Jak informował później publicznie E. Kozikowski, był to typowy apokryf, któremu nadaliśmy pozory autentyczności, opatrując go nawet wstępem o charakterze naukowej dysertacji.
Starannie, z premedytacją i nakładem dużego wysiłku przygotowany żart się udał. Jeszcze przed książkową publikacją cztery z „murzyńskich” wierszy wydrukował łódzki dziennik „Republika”. Książkę rozesłano do redakcji pism i do profesorów uniwersytetów. Prawie nikt z profesorskiego grona nie zakwestionował autentyczności antologii. Nadeszły listy – wspomina E. Kozikowski - od szeregu profesorów: Józefa Kallenbacha, Juliusza Kleinera, Aleksandra Brüknera, Jana Łosia, wyrażające uznanie dla tłumaczy za podjęte trudy... Tylko jeden jedyny Tadeusz Sinko poddał w wątpliwość oryginalność tekstów „murzyńskich”.

Druga ilustracja tyczy czasów współczesnych. Opowiedział mi o tym mój podkowiański przyjaciel - Piotr Müldner-Nieckowski, też niezły facecjonista.
Piotr, na on czas (druga połowa lat sześćdziesiątych) początkujący poeta i student medycyny, szukając zarobku, za pośrednictwem studenckiej spółdzielni trafił wspólnie z kolegą na ulicę Koszykową (w Warszawie) – do Władysława Kopalińskiego. Praca miała polegać na alfabetycznym porządkowaniu fiszek z hasłami przyszłego „Słownika mitów i tradycji kultury”. Lecz już na początku dochodzi do zgrzytu. W. Kopaliński konfiskuje im torbę z piwem. Chcąc się „zemścić” na pracodawcy, uknuli plan. Polegający na wprowadzeniu do kartoteki fiszki z hasłem własnym. Jak pomyśleli, tak zrobili, podrabiając ręczne pismo leksykografa.
Autor słownika rychło połapał się na dowcipie, lecz – pewnie doceniając rangę żartu – dopisane hasło... zostawił. I do dziś, w licznych wznowieniach, owo hasło można odszukać na końcu litery „b”. Przytoczmy.
„Bzik - fiś, chyś, fiksum-dyrdum, szmermelek, kręciek, fiksacja, fioł(ek), klin, konik, mania, pasja; dziwak, cudak, ekscentryk, oryginał; ze zdrobn. od bot. bez, analogicznie do fioła i fiołka, także oznaczających ‘kręćka, manię’.”
Lecz nie był to koniec przygód tego żartu. Po trzydziestu paru latach wrócił upamiętniającym echem w „Wielkim słowniku frazeologicznym języka polskiego” (2003) – autorstwa PMN właśnie, dziele prawdziwie fundamentalnym dla rodzimej mowy. Na końcu litery „B” ku upamiętnieniu dawnych zdarzeń pojawiło się hasło „bździny w papilotach”, równie idiotyczne i niepasujące do słownika tak jak kiedyś ów „bzik”.

Oba żarty są pyszne i świetnie świadczą o inwencji twórczej ich autorów. I czasami żal, że tej miary zabaw w literaturze krajowej - gdzie dominuje nadmiar solennej powagi – jest mało.
Dla mnie – admiratora wszelkich przejawów puszczania (wysokich inteligentnie) „fang”, za mało. I chyba nie tylko dla mnie, prawda?

Latarnia Morska 2 (10) 2008