Śmieć medyczny

Kategoria: felietony Opublikowano: niedziela, 13, grudzień 2009 Drukuj E-mail

Anatol Ulman

Jestem literatem czyli ekonomicznym nędzarzem - le misérable... Bieda takich w Polszcze ma długą, bo oświeceniową już tradycję (vide Chudy literat Naruszewicza). Nie mylić nędzarzy z nędznikami, ci ostatni bowiem, na szczytach władzy w rozkoszach żyjąc, żrą tłustości ze złotych koryt. No, ale oni nie muszą ani czytać, ani pisać (choćby ustaw sensownych), ani mówić poprawnie, a to kosztuje. Bytowanie w nędzy ma jednak tę dobrą stronę, że się dobrze rozumie większość społeczeństwa i pozwala wyrażać jego sytuację i potrzeby. Nędznicy potrzeb takich nie mają, dlatego nie dopuszczają nędzarzy do kasy.
Oczywiście bycie biedakiem jest raczej dokuczliwe. Na przykład w sferze medycyny, kiedy nędzarz musi się leczyć, więc korzystać z filantropii (władza tak to odczuwa) NFOZ. Do usług medycznych czuję się uprawniony, bo przez całe pracowite życie zabierano mi na to pół (zawsze niezależnie od ustroju) nędzarskiej wypłaty. Kim się staje nędzarz dostając się w tryby tej radykalnie uzdrawiającej machiny ?
Mówią mądrze dobrzy ludzie, że gdyby lekarz chciał współczuć każdemu pacjentowi, to by mu się z wysiłku mózg od czaszki odpuknął, co z reguły uniemożliwia wykonywanie zawodu. Bo wyobraźmy sobie: współczuwać kilkadziesiąt razy dziennie (a bywa dziennie tylu upierdliwych chorych w kolejce po poradę)! Toż to człowiek pozbyłby się wszelkiej wilgoci empatycznej.
No i za te śmieszne pensje! A słyszałem od telewizora, że dla na przykładu obywatel murarz wyciąga lekko dwa i pół miesięcznie na łapę. Lekarz zaś tysiąc dwieście. Nie lekceważę pracy murarzy. Nie dlatego, że mam niesłuszne pochodzenie społeczne (robotnik i chłopka, czyli ci, co niewolę narodu zaprowadzili, a prawdziwych patriotów zmuszali do picia octu, jedynego pożywienia na sklepowych półkach). Sam byłem przez kilkanaście lat budowniczym: murowałem, tynkowałem, piłowałem dechy i krokwie, gwintowałem i skręcałem wodociągowe rury. Umiejętności tych można się nauczyć w kilka dni z podręczników do zawodówek plus parogodzinna praktyka. Lekarz zaś na początek studiuje lat pięć, potem przez dwa przebywa na stażu i składa tyle egzaminów, że trudno zapamiętać nawet ich nazwy. Żeby uzyskać stopień doktora, musi dodatkowo się uczyć. Ponadto do końca pracy zawodowej winien przeglądać doniesienia naukowe ze swojej specjalności. I jego robota warta jest potem pół murarza! Bo tak wymyśliła najdenniejsza ciemnota mająca legitymację do rządzenia od matołów i żywiąca pogardę dla umysłu ludzkiego. Ta pogarda skierowana jest zresztą przeciwko wszystkim inteligentom: lekarzom, nauczycielom, prawnikom, twórcom. Najwyraziściej artykułuje ją w imieniu swoich szefów wybitny grafoman, były policmajster, a obecnie wicekról na Rzeczypospolitej partyjnej.
Uważam, że tak lekarze, jak nauczyciele oraz pozostałe wykształciuchy nie tylko powinni, ale muszą otrzymywać właściwe wynagrodzenie za swoją robotę cięższą umysłowo, a często i fizycznie, niż kładzenie cegieł na zaprawie murarskiej. Do tego jednak postulatu jestem zmuszony dołożyć nie tylko osobisty wynikający z moich doświadczeń jako klienta społecznej służby zdrowia. Konkretnie, aby z programu studiów medycznych skreślono ten przedmiot (nie znam jego nazwy), na którym przyszli lekarze kształcą obojętność wobec pacjentów NFOZ. Ten sposób traktowania chorego jak przedmiotu. Tę skrywaną irytację, że jakiś dziadyga zamierza dalej żyć niszcząc społeczne finanse. (Na szczęście wielu studentów medycyny olewa tę część wykształcenia i pozostaje ludźmi).
Żeby nie było takich, jak pewien drewniany chirurg. Nieco spróchniały, osadzony w krześle nieruchomo niby pień, obojętny, oschły, niewrażliwy, drewno. Bez żadnej mimiki, odrobiny zainteresowania, nawet ruchu. Mający pacjenta głęboko. Tylko nauczycielskie doświadczenie w odpytywaniu opornych pozwoliło mi wydobyć z tego kloca trochę informacji dotyczących mojej dolegliwości.
I nie on jeden z nieczułego drewna, które skraca chorym życie.
U takich w gabinetach odczuwam jedno: nie jestem człowiekiem, jestem medycznym śmieciem.
Bo gdyby chociaż trochę udawali, że zamierzają pomóc, że mają do czynienia z osobą ludzką, jakąś tam (nawet jeśli byle jaką) indywidualnością wartą ich troski, to zdrowych by przybyło i nie musieliby się denerwować wielką liczbą obolałych. Tak właśnie traktowany jest człowiek chory w klinikach prywatnych, czego doznałem dzięki przyjaciołom. Tyle że jestem le misérable, więc nie mogę się tam leczyć.
Sprawa wydaje mi się prosta: zamiast przedmiotu "Olewanie medycznych śmieci" wprowadzić na akademiach medycznych obligatoryjnie krótki kurs: "Chory jako człowiek". Gdyby brakowało wzoru pozytywnego medyka, proponuję moją ulubioną lekarkę rodzinną. Jej dane personalne prześlę na każde żądanie.

Latarnia Morska 4 (8) 2007 / 1 (9) 2008