Śmierć

Kategoria: felietony Opublikowano: środa, 31, październik 2012 Drukuj E-mail


Lech M. Jakób

                                 Śmierć to jedyny egzamin, którego nie można oblać.
                                                                                        Paul Claudel

W surowym i pięknym obrazie filmowym Ingmara Bergmana „Siódma pieczęć” rycerz Antonius Block gra ze Śmiercią w szachy. Stawką dla Blocka jest odwleczenie śmierci własnej – tej ziemskiej, doczesnej. Na szalach ważą się: tajemnica wszechrzeczy i życie.
Śmierć. Biologiczny kres żywota. Obok miłości tylko ona tak napędza ludzką namiętność, głównie ona z ogromną siłą tłoczy twórczą krew w dzieła sztuki. Przesycona jest też nią literatura.
Bo dopiero w obliczu śmierci, dopiero w jej kontekście głębszych znaczeń nabiera to, kim byliśmy, w co wierzyliśmy, o czym marzyliśmy, jak kochaliśmy i co zrobiliśmy; a też kim jesteśmy, w co wierzymy, o czym marzymy, jak kochamy i co czynimy – jeszcze w trakcie marszu od narodzin do przystani Drugiego Brzegu.

Dzieła dziełami (tam „tylko” ekspiacja twórczych wizji), lecz ciekawy jest też osobisty stosunek do śmierci samych twórców. Jak się z nią potykali i czym w ostatecznym rozrachunku dla nich się okazywała.
Tu rozmaitość wszelka, gdy o „sposobach” odchodzenia mowa.
Z grubsza dają się wyłonić dwie kategorie.
Za pierwszą uznajmy tych, co odeszli nie z własnej woli - pokonani przez choroby, losowe wypadki lub zwyczajną starość. W ten sposób z życiem rozstała się większość twórców. Na przykład Ezop (strącenie ze skały), Anakreont (zadławienie się pestką winogrona), Eurypides (pożarcie przez bezdomne psy), Miguel de Cervantes (śpiączka cukrzycowa), Emil Zola (zatrucie tlenkiem węgla), Arthur Rimbaud (mięsak kości), John Keats (gruźlica), Oscar Wilde (owrzodzenie mózgu), Boris Vian (obrzęk płuc), Aleksander Puszkin (śmiertelna rana odniesiona w pojedynku), Heinrich Heine (zapalenie rdzenia), Cyrano de Bergerac (uderzenie belką w głowę),  Jean Jacques Rousseau (apopleksja), George Byron (malaria), Guillaume Apollinaire (grypa hiszpanka), Ernst Hoffmann (syfilis), Andre Breton (atak duszności), Tadeusz Boy Żeleński (rozstrzelanie), Krzysztof Kamil Baczyński (postrzelenie w walce), Albert Camus (wypadek samochodowy) czy Bernard Fontenelle (ustanie czynności życiowych w wieku 99 lat) lub Louis Aragon (podeszły wiek).

Druga grupa, nie tak obszerna, lecz bardziej spektakularna, obejmuje pisarzy, którzy własną śmierć przyśpieszyli sami. Świadomie i z różnych powodów – nie zawsze światopoglądowych.
Strzałem z rewolweru w usta życie zakończył, miewający zresztą myśli samobójcze od dzieciństwa, Romain Gary (a właściwie Romain Kacev), przedtem pozostawiając pożegnalny list. Natomiast ani słowa wyjaśnienia nie zostawił Ernest Hemingway, podobnie jak R. Gary używający broni palnej.
To znamienna historia. Motywy drastycznego aktu fizycznej samozagłady powtarzają się u wielu pisarzy. Ogólnie rzecz ujmując decydującym elementem jest tu świadomość niemocy twórczej, twórczego wyczerpania. W przypadku E. Hemingwaya dochodziły jeszcze przypadłości zdrowotne: nadciśnienie, marskość wątroby, cukrzyca, osłabienie wzroku, impotencja. Co w życiu liczy się dla człowieka? - zastanawiał się głośno kilka tygodni przed końcem. - Być zdrowym, dobrze wykonywać swoją pracę, jeść i pić w towarzystwie przyjaciół, zabawić się w łóżku. Mnie już nic z tego nie pozostało.
Samobójczą śmiercią skończyli też Arystoteles, Petroniusz, Seneka, Chamfort, Thomas Creech, Drieu La Rochelle, Heinrich von Kleist, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Jan Lechoń, Jerzy Zawieyski, Rafał Wojaczek,  Yukio Mishima,  Henry de Montherlant, Edward Stachura, Jerzy Kosiński i wielu wielu innych.
Tak naprawdę większości motywów samobójstw nie poznamy nigdy. To sfera często intymna, powiązana z emocjami; rzadziej rozumowo wykalkulowana i chłodna. Lecz - cokolwiek o tym nie sądzić – zadając sobie śmierć, zabijamy człowieka, jak powiedział święty Augustyn.

Tylko jedno w tym wszystkim pewne: śmierci nie da się rozpatrywać w kategoriach moralnych. Jest nieuchronnością, faktem. I jedynie głęboko wierzący widzą w niej bramę ku wiecznemu życiu. Reszcie cóż pozostaje? Nicość. Ale – pytał trochę przekornie Schopenhauer - Czy nicość po śmierci nie jest stanem, do którego byliśmy przyzwyczajeni przed życiem? Ha!
Śmierć – po hebrajsku mareth, po grecku thanatos, po łacinie mors.  Doprawdy, nawet największych mocarzy pióra potrafiła i potrafi sprowadzić do duchowego parteru…

Lech M. Jakób



Felieton pochodzi z przygotowywanej do druku książki „Poradnik grafomana”, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa FORMA


portal LM, listopad 2012