Przekraczanie totalne

Kategoria: eseje i szkice Opublikowano: środa, 27, czerwiec 2012 Drukuj E-mail


Leszek Żuliński

Pisałem w cyklu „Przekraczanie granic” jak w trakcie ewolucji epok, tradycji, form i mód literackich padały rozmaite kanony estetyczne i obyczajowe, co otwierało pole do popisu i prawo do istnienia nowym modom i formom. Dzisiaj, po tych doświadczeniach, wiemy aż za dobrze, że nie ma jednej koncepcji literatury, jednego kanonu i że powstawanie wciąż nowych jest wpisane jakby a priori w ten mechanizm.
W tym odcinku cyklu chciałbym opowiedzieć, do jakiego punktu doszliśmy, bo doszliśmy do czegoś, o czym „się filozofom nie śniło”, a mianowicie do Wieży Babel, czyli do „epoki bez kanonu”, bez „obowiązującego” języka.

Wszelki klasycyzm „organizował” sztukę i stał na straży jej reguł. Zasługą było jego doskonalenie, a nie jego obalanie, choć to ostanie wymuszał bieg czasu i zmiany powszechne, jakie czas za sobą pociągał. W rezultacie doczekaliśmy się „rewolucji totalnej”. Można jej efekty łagodnie nazwać postmodernizmem, a mówiąc językiem potocznym: „wolną amerykanką”, i ciekawe, co musiałoby się stać, by ją powstrzymać jakimś neoklasycyzmem? Jest to, moim zdaniem, związane ze zjawiskami szerszymi, a przede wszystkim z poszerzeniem wolności człowieka, który z coraz większą chęcią wybiera własne formuły życia i ekspresji, a nie te „skanonizowane”.

W literaturze ten wybuch wolności rozpoczął się na dobre na przełomie XIX i XX wieku. Nagle pojawili się impresjoniści, kubiści, abstrakcjoniści, surrealiści, dadaiści, w muzyce osobliwy „kociokwik” (Debussy, Schoenberg itd.) zastąpił „rapsody i serenady”, a w literaturę spadł desant różnych apollinaire’ów, tytusów czyżewskich, przybosiów, peiperów, genetów, robbe-grilletów, białoszewskich, karpowiczów, cummingsów i wszelkiej innej maści outsiderów zastanego kanonu.
O ile jednak w życiu rewolucje stają się z dnia na dzień, o tyle w sztuce mają one charakter „pełzający”. Co rozpoczyna jedno pokolenie, rozumieją w pełni dopiero następne. Toteż w „naszych czasach” żyliśmy długo między jednym a drugim. Wychowywaliśmy się na skamandrytach, ale i na awangardystach, czytaliśmy w szkole Broniewskiego, ale i Białoszewskiego, na studiach Grochowiaka, ale i Karpowicza. Już sam Grochowiak to było swoiste „ogniwo przejściowe”, bo przecież ani klasyk, ani „reformator”... A więc ta ewolucja miała swoją nieustającą drogę i dziesiątki „pośrednich odcieni”, które nie wiedzieć kiedy w końcu odmieniły imaginarium niemal wszystkich sztuk.
W jakim punkcie znajdujemy się teraz, na przełomie XX i XXI wieku?
Wydaje się otóż, że szala przemian się przeważyła. To znaczy: stuletni ruch nowatorstwa radykalnego osiągnął przewagę.
Proszę zauważyć, co się stało w poezji (bo nią w tym cyklu posługuję się jako podstawowym exemplum). Po pierwsze przestała być ona utożsamiana z  wierszem rymowanym i sylabotonicznym. Odchodzi on do lamusa, jakkolwiek nadal umie być piękny i wzruszający. Wiersz nieregularny, biały i „sprozaizowany” wdziera się wszędzie, jak chwast – ale za chwast już od dawna nie uchodzi. Zyskał wszelkie „prawa obywatelstwa” i „przejął władzę”. Po drugie: tym samym upada pojęcie gatunków lirycznych, metrum i stóp akcentowych, klasycznej wersyfikacji oraz wielu innych klasyfikacji z zakresu teorii poezji.
 Lata pobiegną do przodu, wraz z nimi kolejne pokolenia i „za chwilę” formuła wiersza nieregularnego i nierymowanego stanie się czymś nieodwracalnie podstawowym i oczywistym (a może już jest?).

 Ostatnie dekady w poezji polskiej przyniosły kolejne zmiany, które ten proces przyśpieszają. Proszę zauważyć: wiek XX w całej Europie, także u nas, był epoką grup programowych. W Polsce formowali się m.in. futuryści, autentyści, awangardyści (Awangarda I i II), po wojnie socrealiści, neoautentyści, Orientacja Poetycka Hybrydy, Nowa Fala, Nowa Prywatność, by nie wymieniać już długiej listy innych, mniej spopularyzowanych programów. Jeszcze nawet po wstrząsie i przemianach 1989 roku próbowano wrócić do tego modelu (grupy skupione wokół fanzinów, artzinów itp.), ale właśnie wtedy szybko okazało się, że żadna wspólność nie jest już możliwa. U nas miało to ścisły związek z przełomem polityczno-generacyjnym. Młodzi poeci dorastający w dekadzie lat 80. i w atmosferze gorącego konfliktu politycznego swoich rodziców, nie chcieli już żadnej ciągłości, nie utożsamiali się z duchem zastanej poezji ani modelem życia literackiego, mniej lub bardziej świadomie, mniej lub bardziej intuicyjnie odrzucali świat „strasznych ojców”. W sukurs przychodziła fala liberalizmu z Zachodu i tamten model kultury, coraz mniej obarczony programami, ideami, a już na pewno dogmatami stylistycznymi.
 A na dodatek coraz częściej ogłaszana była idea i formuła postmodernizmu. Cytuję za polską Wikipedią: Termin używany przez historię i krytykę sztuki do nazywania różnorodnych, czasem nawet przeciwstawnych stylistyk. W znaczeniu potocznym oznacza przede wszystkim tyle, co poawangardowy, zdystansowany w stosunku do awangardy, ale niekoniecznie z nią sprzeczny. Postmodernizm może być również rozumiany jako sprzeciw wobec koncepcji racjonalnego charakteru kultury i jej liniowego rozwoju. Nie jest zwartym, jednolitym, planowo wykreowanym ruchem artystycznym, jest to wspólna przestrzeń konfrontacji różnych tendencji i koncepcji, których wspólnym mianownikiem jest krytyczny stosunek do monolitycznej, homogenicznej wizji świata, i nieustanne podważanie dominacji eurocentrycznej i patriarchalnej kultury Zachodu.

 Mówiąc językiem wprost: postmodernizm oznacza zanegowanie fundamentalnych zasad, na których wspierała się kultura przed nim. Ruguje wszelkie dogmaty, resetuje dotychczasowe wzorce i mody, w swym założeniu ma polifonię i kakofonię tak idei, jak i form. Innymi słowy, postmodernizm był odbudowaniem Wieży Babel, gdzie liczne i różne języki mają prawo obywatelstwa, są dopuszczalne i równorzędne.
 „Kocia muzyka” jest najpiękniejsza i to właśnie ona – użyjmy tej metafory – zagłuszać zaczęła zharmonizowane i ujęte w gotowe partytury nuty.
 Proszę zauważyć, co w ostatnich dwu dekadach stało się w polskiej poezji. Z impetem zaczęły wkraczać do niej nowe roczniki, które już nie formowały się w grupy i nie formułowały programów. Grupy – owszem – nadal istnieją, ale mają zupełnie inny charakter; są raczej „klubami poetyckimi” , wspólnotami o charakterze „hobbystycznym”, a nie ideowo-twórczym.

 Dzisiaj, obecnie, mamy u nas problemy z obiegiem poezji i czytelnictwem, ale nie z jej żywotnością. Poetów ci u nas dostatek, a na dodatek wielu, wielu świetnych... Ale czy dzisiaj mówi się o nich: „ten jest postherbertowski”, ten „postróżewiczowski”, ten „postbiałoszewski itd.? (nie chodzi mi o to „post”, tylko o afiliacje stylistyczne, żywotność mistrzów, formuł, światopoglądów...).
 Otóż mówić się będzie coraz rzadziej, ponieważ zerwana została pewna ciągłość. Nie ma już „schedy”, nie ma już tradycji.
 Co więc jest? Wydaje mi się, że alternatywą, ba, fetyszem stała się OSOBNOŚĆ. Wiersz biały i nieregularny, wiersz sprozaizowany daje ogromne możliwości różnych wariantów stylistycznych, nastrojowych, ekspresyjnych itd. Można w nim łatwiej zbudować tzw. NOWĄ DYKCJĘ, czyli rozpoznawalną frazę, zasób leksykalny, ekspresję, topikę, czyli osiągnąć to, co w sztuce się ceni: niepowtarzalność, odrębność, indywidualność. To ostatnie słowo szczególnie ważne, bo przecież do niego sprowadza się wyjątkowość poety. Mamy dziś sporo poetów, których nie daje się ze sobą porównywać, kojarzyć, wiązać, ponieważ oni na słońcach swych jeśli nie przeciwne, to na pewno osobne bogi. Wtajemniczeni zaś wiedzą, że ów postmodernizm nie ułatwia zadania. Bo wymyślić swoją osobność, uczynić ją wyrazistą, narzucić ją czytelnikom, utkwić w ich głowach – to zadanie tak samo trudne, jak kiedykolwiek. Nie jest więc prawdą, że młoda poezja idzie na łatwiznę czy uproszczenia; w tej Wieży Babel łatwiej było się stać słyszalnym w „grupie etnicznej” niż w samotności.

 Oczywiście, czasy spowodowały też, że wymarły dawne cele ideowe liryki. To sprawił kontekst historyczny i pokoleniowy. Różne ideologie i toposy zbiorowe zostały za nami, sięgamy więc po „czysty egzystencjalizm” i wydaje mi się, że teraz to on doczekał się czasu dla siebie. I wolę to niż wspólnotę artystycznych celów, taką, jaką np. romantykom dały czasy zaborów lub rówieśnikom Baczyńskiego – czasy powstania warszawskiego. Także ateizacja współczesnej rzeczywistości, jej liberalizacja i demokratyzacja z samej swej natury umiejscawiają życie, czyli główny temat poezji i jej aksjologii w in-nych systemach skojarzeń i odniesień, w języku innych sensów i w innym języku.

 Czy mamy więc przełom totalny? Na to mi wygląda. I – co więcej – sądzę, że on będzie trwał długo i radził sobie żywotnie w tych „nowych okolicznościach przyrody”. Choć prorokiem być trudno – meander czasów, świata i sztuki bierze często zakręty, o jakich się nawet wspomnianym już filozofom nie śniło.

Leszek Żuliński


portal LM, czerwiec 2012