Kino, jezioro i co dalej?

Kategoria: eseje i szkice Opublikowano: niedziela, 12, luty 2012 Drukuj E-mail

Konrad Liskowacki

Raz do roku, przeważnie na początku sierpnia, niewielkie miasteczko nad Jeziorem Ińsko ożywa. Liczniej zjeżdżają się turyści, pojawiają się festiwalowi goście, a właściciele lokali gastronomicznych i kwater cieszą się, że chociaż na chwilę sezon nabierze barw. Tak jest zawsze, kiedy zaczyna się Ińskie Lato Filmowe, jedna z najstarszych imprez filmowych w Polsce, licząca sobie już ponad trzydzieści lat (w 2006 r. odbyła się XXXIII edycja ILF), ale jednocześnie, poza nielicznym gronem fachowców, bardzo mało znana. Dlaczego coroczne spotkanie ze sztuką filmową w malowniczym, położonym nad jeziorem Ińsku nie cieszy się odpowiednią renomą?

Początki ILF sięgają wczesnych lat 70. XX wieku, kiedy to Donald Paszkiewicz, szczeciński animator kultury i długoletni szef m. in. Dyskusyjnego Klubu Filmowego w Szczecinie, wprowadził Ińsko na filmową mapę Polski po raz pierwszy. Wtedy jeszcze w zupełnie innym kształcie, niż ma to miejsce dziś: impreza miała charakter przeglądu filmów komediowych i pewnie niewielu z jej uczestników mogło zakładać, że stanie się długoletnim, cyklicznym przedsięwzięciem, które – mimo problemów – przetrwa tyle lat. Złożyło się na to wiele czynników: pięknie położona miejscowość, wierna i wyrozumiała publiczność, a także, a może przede wszystkim, osobiste zaangażowanie Paszkiewicza, który w pewnym momencie poczuł, że w Ińsku można zrobić coś więcej, niż tylko pokaz zabawnych komedii, coś  naprawdę nietuzinkowego – festiwal z prawdziwego zdarzenia, z cyklami filmowymi, nagrodami, gośćmi ze świata kina. Do pewnego stopnia projekty udało się zrealizować. Im dłużej ILF trwało, tym ciekawszy stawał się jego program, pojawiały się w nim pokazy przedpremierowe i klasyka kina, stworzono stałe, a także okazyjne cykle fimowe; widzowie przyjeżdżali chętnie i licznie, podobnie jak zapraszani przez organizatorów goście. Wszystko to przerwała przedwczesna śmierć Dolanda Paszkiewicza, na niedługo przed XXX, jubileuszowym Ińskim Latem Filmowym. Niektórzy spodziewali się, że z tego powodu ILF przestanie istnieć, a jednak  – w roku śmierci twórcy i pomysłodawcy - dzięki wysiłkom organizatorów i Gminy Ińsko, kolejny festiwal się odbył.

Mimo to nie sposób nie zauważyć, że śmierć Paszkiewicza wiele zmieniła, choć z pozoru zachowana została ciągłość całego przedsięwzięcia. Pierwszy festiwal bez niego, będący jednocześnie swego rodzaju hołdem, do najlepszych z pewnością nie należał, czemu zresztą trudno się dziwić; najważniejsze było wówczas, że w ogóle udało się go zorganizować. Niewątpliwie jednak od swojej XXX edycji ILF znajduje się wyraźnie na rozdrożu, paradoksalnie również... dzięki temu, że jego sytuacja jest obecnie o wiele lepsza i pewniejsza, niż to było parę lat temu. Od niedawna przecież organizacją przedsięwzięcia zajmuje się - korzystając z pomocy Gminy Ińsko - Internetowy Serwis Stopklatka; w ubiegłym roku znalazły się pieniądze na remont i  efektowne unowocześnienie wysłużonego kina „Morena”.
Z zewnątrz mogłoby się więc wydawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, jednak problem ILF leży znacznie głębiej i niełatwo do niego dotrzeć bez poruszania drażliwych kwestii. Problemem tym jest tożsamość Ińskiego Lata Filmowego. Już wcześniej zaznaczałem, że mimo wieloletniej tradycji i ambitnego repertuaru, ILF nie może poszczycić się takim prestiżem i zainteresowaniem mediów jakie były i są udziałem nowych i popularnych festiwali we Wrocławiu, Kazimierzu, Zwierzyńcu. I nie jest to tylko kwestia nienajwiększych, w porównaniu z pozostałymi festiwalami funduszy, jakie mają do dyspozycji organizatorzy ILF. W innych miejscowościach zdecydowanie postawiono na promocję ważnej, ambitnej imprezy filmowej o wysokim poziomie artystycznym. Natomiast, jeśli chodzi o Ińskie Lato Filmowe, to tak naprawdę do końca nie wiadomo, czym ono jest. A zwłaszcza – czym powinno być.

Czy ILF to poważny festiwal filmowy ze starannie dobranym repertuarem i rzeczowymi dyskusjami o filmie? Czy tylko wakacyjna impreza towarzyska, podczas której między zjedzeniem smażonej ryby i kąpielą w czystym jeziorze wpadnie się obejrzeć jakiś film i porozmawiać na luzie z reżyserem, który też jest w Ińsku na krótkim urlopie i nie przyjechał walczyć o prestiżowe nagrody? A może jedno i drugie? Szkopuł w tym, że współcześnie bardzo trudno jest te dwa, jakże różne oblicza ILF połączyć w odpowiadającą wszystkim całość. W świecie dzisiejszych mediów, żyjących z gorących newsów, przekazujących informacje o rekordach frekwencji i gwiazdach kina kroczących w błysku fleszy po czerwonym dywanie, festiwal nad jeziorem nie ma żadnych szans by zaistnieć naprawdę. Inną sprawą jest, czy rzeczywiście trzeba do tego na siłę dążyć. Można przecież pozostawić festiwal w aktualnej formule. Wtedy jednak trzeba wyzbyć się przesadnych ambicji, co nie jest chyba łatwą sprawą. Zwłaszcza, że organizatorzy ILF niejednokrotnie wykazali, iż takich ambicji im nie brakuje. Starali się i starają nadal, by repertuar był atrakcyjny i na wysokim poziomie, zapraszają znane  i cenione osobistości ze świata kina ( w ostatnich latach gościli w Ińsku m. in. Marek Koterski, Leon Niemczyk, Andrzej Chyra, Jan Jakub Kolski). Co prawda Ińskie Lato Filmowe jest hermetyczne w tym sensie, że pozostaje wciąż imprezą dla ludzi z zewnątrz, mieszkańcy miasteczka nie bywają na ogół jej uczestnikami, mimo iż z wielu powodów jest ona dla nich ważna (apogeum sezonu turystycznego, ożywienie sennej miejscowości). Tego jednak zmienić się raczej nie da, bo z pewnością inne są kinowe oczekiwania większości Ińszczan, a inne tych, którzy na festiwal przyjeżdżają  raz do roku. Rozsądnym kompromisem wydaje się tu więc być zapoczątkowane niedawno wyświetlanie popularnych filmowych pozycji w tzw. kinie plenerowym przy molo, a także bezpłatne pokazy dla dzieci i młodzieży z Ińska i okolicznych wsi i małych miejscowości.

Pewne decyzje trzeba jednak niewątpliwie uznać za strzał do własnej bramki. Sądzę, że właśnie w ten sposób należy określić rezygnację (oby czasową) z Przeglądu Kina Ukraińskiego, który to cykl z roku na rok zajmował w programie ILF coraz mniej miejsca, aż wreszcie wypadł z niego zupełnie. Nie będę twierdził, że był to najważniejszy, czy tym bardziej najlepszy element Ińskiego Lata; większość filmów, które widziałem w ramach cyklu pozostawiała wiele do życzenia pod względem artystycznym, niektóre zaś trzeba określić mianem zwyczajnie nieudanych. Ich wartość polegała jednak na tym, że były inne od wszelkich pozostałych. Wszak ukraińska produkcja filmowa jest praktycznie w Polsce nieobecna i, co za tym idzie, niemalże nieznana ( przypominam sobie jedynie dwa ukraińskie filmy wyświetlone w polskiej telewizji od końca XX w. do dziś), i ILF stanowiło świetną okazję do zapoznania się z nim. Może jeszcze ważniejszą kwestią było znaczenie jakie owemu cyklowi przypisywała mniejszość ukraińska, dość licznie zamieszkująca Ińsko. W ten sposób ludzie ci mogli obcować z rodzimą kulturą w miejscu swojego zamieszkania, w niewielkim ińskim kinie, niedaleko domu. Teraz Panoramy Kina Ukraińskiego w Ińsku nie ma, przestali przyjeżdżać otwarci i życzliwi polskiej publiczności twórcy z Ukrainy, a jednocześnie na filmowych pokazach przedstawiciele mniejszości ukraińskiej są w zdecydowanej mniejszości właśnie. Poczuli się urażeni? Być może. Ale istotniejsze jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, dlaczego filmy ukraińskie przestały być w ILF obecne. Tym bardziej, że w całej sprawie ważny jest również element marketingowy, a fundusze na tak pomyślaną imprezę łatwiej byłoby pozyskać.

Sprawa kina ukraińskiego dobitnie obrazuje poruszony przeze mnie problem tożsamości ińskiego festiwalu i to, że nie do końca wiadomo, do kogo ma być on adresowany i jaka ma być jego rola w Polsce. Świadczy o tym również fakt, że pojawiający się na Ińskim Lecie Filmowym krytycy filmowi, przyjeżdżają w celach bardziej urlopowych niż zawodowych. Nie piszą na bieżąco poważnych recenzji do równie poważnych gazet i czasopism. Może i w związku z tym niemal każdy aktor czy reżyser zaproszony do Ińska w związku z pokazem swojego filmu, odnosi się do widzów z dużą sympatią, życzliwością i otwartością. Wie, że tłumy dziennikarzy i krytyków nie czekają na jego potknięcie, że nie znajdzie się pod pręgieżem słusznej – bądź nie – krytyki. Podda się jedynie ocenie widzów, bywa, że weźmie udział w poprojekcyjnej dyskusji, nie omieszkając wspomnieć, iż to zdanie publiczności właśnie jest dla niego najważniejsze. W Ińsku ktoś taki jak ów aktor czy reżyser jest przede wszystkim gwiazdą, kimś kogo rzadko ma się okazję zobaczyć na własne oczy. I on dobrze o tym wie. W kawiarni przy kinie „Morena” będzie przyciągał wzrok, przyjechał przecież z daleka aż do Ińska. Czy może t y l k o do Ińska? Bo dla niego Ińsko to Ińsko właśnie, nie Cannes, Berlin i Wenecja, ale także nawet nie Gdynia, Warszawa czy Kazimierz, albo i Koszalin. I choćby nie wiadomo co mówił i nie wiadomo jak zarzekał się, że Ińsko uwielbia i postara się przyjechać za rok, to będzie je traktował inaczej niż wyżej wymienione miejsca; jako coś przyjemnie innego, gdzie można odpocząć w filmowej atmosferze, ale mniej ważnego jednocześnie.
Na wielu innych festiwalach nasz przykładowy reżyser bądź aktor stoi przed niebezpieczeństwem niechcianego zniknięcia w tłumie, przytłoczenia przez tych, którym zdarza się grywać w popularnych telenowelach. Tutaj na Ińskim Lecie Filmowym przez pewien czas jest jedną z najważniejszych osób, zaproszonym Gościem, w dodatku bez szczególnych zobowiązań. I chociażby to odróżnia ILF od tych festiwali, którym chce ono dorównać.

W żadnym wypadku nie chciałbym być źle zrozumiany: nie jestem przeciwnikiem festiwalu w Ińsku. Wręcz przeciwnie, jest to jedyna tego typu impreza w regionie, pozwalająca ciekawym dobrego kina widzom obcować z bogatym dorobkiem X Muzy. Jednak trzeba na coś postawić, podjąć pewne decyzje, ponieważ  dzisiejsza formuła tej imprezy jest niewyraźna. Bo przecież naprawdę nie trzeba się ścigać z innymi, próbować doszusować do konkurentów, na co nie ma środków finansowych i możliwości organizacyjnych. Trzeba tylko się na to zdecydować, uznać, że ILF jest wspaniałe, bo jest inne, takie ińskie właśnie, stwierdzić, że na tym polega jego wielkość, a nie na symbolicznych nagrodach Złotej Rybki, czy zapraszanych gościach specjalnych, których rzeczywista liczba jest nota bene zawsze niższa, niż ta prezentowana w okolicznościowym katalogu.

W tym roku XXXIV ILF; miejscowość znów ożyje, zapełnią się nieliczne lokale, położone nad jeziorem kino „Morena” otworzy swe podwoje przed widzami znudzonymi amerykańską papką serwowaną w wielkomiejskich multipleksach. Po tygodniu z kawałeczkiem festiwal się zakończy, minie sezon wakacyjny i w Ińsku życie wróci do normy, czyli spokoju, ciszy i braku szerszych perspektyw. Ale właśnie ILF sprawia, że Ińsko ma po co żyć przez ten czas zastoju. I dla jego mieszkańców nie jest najważniejsze czy o festiwalu piszą w „Filmie”, „Kinie”, mówią w telewizji. Ważne, iż ten festiwal po prostu jest i odbywa się od tylu lat, bo w dzisiejszej Polsce często łatwiej przychodzi nam zaoranie czegoś - bez pomysłu, co w tym miejscu posadzić, niż pielęgnowanie tego, co już mamy i o co warto dbać.

Konrad Liskowacki


Latarnia Morska 2 (6) 2007