Chaczyk, czyli świat pod kreską

Kategoria: eseje i szkice Opublikowano: niedziela, 12, luty 2012 Drukuj E-mail

Jacek Syski

 1.
 To czysta przyjemność, że mogę tu rzec słów kilka o twórczości Marka Chaczyka. Tym bardziej, że okazję stwarza „Latarnia Morska”, a więc pismo, w którym artyści tacy jak on winni czuć się jak u siebie w domu, wśród swoich.
– Czy grafik nie jest także poetą przestrzeni? Czy poeta nie jest także grafikiem wielkiego krajobrazu słowa? – To nie liryzm, lecz wieloletnie doświadczenie i obserwacja.
– Prawdziwy artysta zawsze stwarza własny język, a dotyczy to oczywiście nie tylko obszaru słowa, także muzyki i sztuk plastycznych. W pewnym momencie swej drogi twórczej – przemienia oto w swym dziele coś, co dotychczas było ważne tylko dla niego, lecz niepotrzebne, nieznane lub nieoczekiwane przez nikogo – w wartość przez innych uznawaną i oczekiwaną, albo przynajmniej w obecność zauważalną dla niej samej i akceptowaną z tegoż powodu.
 Nie ma tu żadnego przepisu ani recepty. Także dziś, w czasach kultury masowej, coraz brutalniej atakującej tradycyjny etos i wartości sztuki – w obszarze tzw. Sztuki wysokiej wielu jest może powołanych lecz niewielu wybranych, i nie pomoże tu żadna reklama ani marketing. Tych niewielu to ci, którzy w owej wieży Babel, jaką jest sztuka współczesna, są akceptowani i uznawani właśnie z racji swej odrębności, która objawia się innym jako wartość...

 2.
Wygląda na to, że Chaczyk należy właśnie do takich „wybrańców szczęścia". (Czy to nie brzmi jak dowcip?)
 Nikt go nie lansował, nie reklamował, nie powoływał specjalnej nagrody aby go lepiej sprzedać czy „wypromować”.
 I oto, „nagle” (po dwudziestu paru latach), okazało się, że Chaczyk jest świetny, że jest mistrzem, i że jest „wszędzie”, bo wszędzie go chcą. Ponoć skrupulatni naliczyli ponad dwieście tytułów z którymi współpracuje lub współpracował artysta...
 Stwierdzam z przyjemnością, iż na początku tej długotrwałej a owocnej drogi twórczej, wieńczonej teraz triumfami była „Literatura”. To do nas trafił wówczas zaaferowany debiutant (nie on jedyny zresztą), i już wtedy wiedziałem, że to będzie, że to jest KTOŚ.
 Z pewnością, ten start w „Literaturze” pomógł mu na początku. Ale przecież nie on go stworzył. Stworzyła go – jak wszystkich wielkich – wyłącznie wielka pasja i całkowite poświęcenie się własnej pracy oraz dążenie do perfekcji, które przywodzi mi na myśl chyba średniowiecznych mnichów poświęcających całe życie dla swej idei Dobra lub Piękna.

 3.
Jest oczywiste, że w tym kontekście właściwie nie można go nazwać „rysownikiem prasowym”, jak określają go często (zresztą z życzliwością) nawet uznani krytycy.
 Nie dajmy się zwieść pozorom. Tej zaaferowanej minie, na poły uśmiechniętej, a na poły – jakby – przepraszającej... jego wszechobecności na łamach prasowych tytułów, jego uniwersalności...
– Chaczyk to artysta, który w istocie tworzy wyłącznie dla siebie. Prasa jest dla niego tylko oknem wystawowym, tylko gościńcem, który umożliwia mu demonstrowanie swojej sztuki.
– I podobnie jest z książkami, z tzw. ilustracjami do książek. Oczywiście, że jest on świetnym „grafikiem książkowym”, jeśli ktoś chce go tak nazwać. Ale przecież on niczego wprost nie „ilustruje”. Jego grafika jest doskonale eksterytorialna wobec każdego tekstu.
– Aczkolwiek – powiedziałbym – istnieje tu jakby synergia: może semantyczna i emocjonalna, a może metafizyczna pomiędzy jego rysunkami a wieloma rodzajami tekstów wśród których mogą one znaleźć dla siebie bezpieczne miejsce. Bezpieczne, a więc takie, które nie będzie powodować dysonansu między tekstem a rysunkiem, lecz pozwoli im współgrać ze sobą.

 4.
Jego osobliwością jest redukcja kształtu i sensu do najprostszej formy, którą ostatecznie często staje się u niego już tylko pojedyncza linia czy kreska jako taka – lecz linia i kreska jakże pełne wyrazu.
 Czy widzieliście kreskę zatroskaną lub płaczącą, albo przeciwnie, uśmiechniętą; kreskę nie dłuższą niż dwa centymetry a otwierającą przed wami otchłań rozpaczy i bólu, a może tylko niepewności, bądź przeciwnie: nadziei i euforii?
– To jego specjalność. Nie ma chyba dzisiaj nikogo, kto potrafiłby w świecie kreski wyrazić tak wiele tak „prostymi środkami”.
 Jego chef-d’oeuvres to twarz czy raczej twarze. – Nieobecne, zamyślone, skonsternowane, zafrasowane, bolesne, zagubione. Rzadziej – naznaczone wściekłością czy obłędem jak w głośnym cyklu „Opium” inspirowanym tekstem J. Cocteau.
 Nawiasem mówiąc, grafiki Chaczyka przerosły moim zdaniem literacką inspirację: tekst Cocteau ma dziś raczej wartość muzealną czy antykwaryczną...
 Dla Chaczyka cykl „Opium” jest może znaczący o tyle, że wprowadza pewien nowy klimat w perspektywę jego twórczości, co widać już na poziomie warsztatu.
– Nerwową kreskę „egzystencjalnej nostalgii” z jakiej utkana jest większość jego TWARZY – w „Opium” zastępuje agresywna krecha gwałtu, rozkładu czy obłędu – zaś „bohaterem” cyklu jest nie człowiek, którego portretuje Chaczyk w całej swej dotychczasowej twórczości, lecz to, co owemu człowiekowi zagraża – na zewnątrz albo w nim samym.
 Nie bagatelizując tego doświadczenia, które niewątpliwie pokazuje nowe możliwości artysty – nie wyolbrzymiałbym go jednak – jak to robią niektórzy krytycy, zauroczeni chyba ciągle nazwiskiem Cocteau...
 Tak czy inaczej – myślę i mam nadzieję – że dobrze nam znany człowiek Chaczyka, portretowany wciąż od nowa w jego TWARZACH będzie nam jednak nadal towarzyszyć: niemy lecz wierny świadek czasu mijającego dookoła i w nas samych.
 W każdym razie tego życzyłbym nam wszystkim i Autorowi, co w międzyczasie wyrósł nam na Mistrza, przed którym tylko przyklęknąć, jak to drzewiej bywało...

                                                           Jacek Syski


Latarnia Morska 3 (7) 2007


Obejrzyj też rysunki i grafiki Marka Chaczyka w dziale "galeria plastyczna"