Louise Bourgeois i ja - tajemnicze pokrewieństwo

Kategoria: eseje i szkice Opublikowano: czwartek, 02, luty 2012 Drukuj E-mail

Karolina Żyniewicz


Kiedy człowiek odkrywa w drugim człowieku analogię do siebie, czuje się usprawiedliwiony i zagrożony zarazem. Świadomość, że ktoś jeszcze myśli podobnie i przeżywa podobne problemy dodaje otuchy i pozwala wytłumaczyć siebie samego. Zagrożone jest natomiast w tym wypadku poczucie indywidualności, dążenie do oryginalności.
Taka właśnie ambiwalencja uczuć towarzyszy mi w związku z osobą  Louise Bourgeois. W jej twórczości odnalazłam wiele wątków, które są mi bardzo bliskie i obecne w moich działaniach plastycznych. Wykonane przeze mnie do tej pory prace nie były nią inspirowane. Tym ciekawsza wydaje mi się zbieżność wielu poruszanych przez nas obie wątków, deklarowanych powodów tworzenia, wykorzystywanych tworzyw.

EGOIZM TWÓRCZY

Całe dzieło artysty polega na tworzeniu autoportretu . Życie i sztuka Bourgeois stanowią nierozerwalną jedność. Artystkę tą cechuje swoisty egoizm twórczy. Sama dla siebie jest naczelnym tematem, problemem artystycznym. Tworzenie postrzega jako metodę na przetrwanie we wrogim świecie. Często określana jest jako spadkobierczyni teorii Freude, z racji ciągłej analizy struktury  własnego „ ja ”.
Podobnie jest ze mną. Wszelkie pomysły, jakie mi się nasuwają, wynikają z obserwacji siebie, autoanalizy. Sama dla siebie jestem najłatwiej dostępnym tematem, modelem  a nawet tworzywem. Nie muszę nikogo prosić o zgodę na wykorzystanie  wizerunku.  Taki sposób myślenia może się wydawać pójściem na łatwiznę, jednak ciągłe „ grzebanie ”w sobie nie jest wcale łatwe.

TWORZENIE ZE STRACHU

Sztuka jest niezastąpionym lekiem na wszelkie dolegliwości ( psychiczne i fizyczne), „ gwarancją zdrowia ”. W przypadku L. Bourgeois i w moim jest to zagłuszanie strachu.
Podpisuję się pod jej wyznaniem: Boję się wszystkiego, absolutnie wszystkiego. Praca twórcza pozwala wykorzystać strach jako materiał. Emocje związane ze strachem skutecznie napędzają działanie, ciągłą ucieczkę.
Bourgeois zamyka swoje lęki w klatkach, tnie je, rozszarpuje, by z ich szczątków zbudować nową wartość. Sensem moich działań natomiast jest dekonstrukcja człowieka, głównego źródła mojego strachu. Sztuka zezwala mi na deformację, zniszczenie, zemstę.
W moim życiu identyfikuję się z ofiarami. W mojej sztuce ja jestem mordercą. Jako artystka jestem osobą pełną władzy. W życiu czuję się jak mysz za piecem. Kontakt z realnym światem, codziennym życiem dostarcza mi złej energii. Oczyszczam się z niej poprzez sztukę. Tylko w świecie mojej wyobraźni i pracy czuję się bezpiecznie, bo ja wtedy panuję, mogę wszystko i nic nie muszę. Podobnie jak dla Bourgeois najważniejszy jest dla mnie proces tworzenia, dzieło finalne natomiast jest źródłem kolejnego lęku. Kończy się bowiem proces niosący ukojenie i jeśli szybko nie rozpocznie się kolejny, strach weźmie górę. Gotowa praca krzywdzi mnie więc, odbiera mi to, co najważniejsze. Tak jak dziecko, które przez długi czas wykorzystuje matkę, by w pewnym momencie się od niej odciąć i żyć własnym życiem.

AUTSAJDER ABSOLUTNY

L. Bourgeois osiągnęła sukces ( w znaczeniu bycia znaną i cenioną) w wieku 70 lat. Jej tworzenie dla samej siebie zainteresowało też innych (w początkowej fazie zwłaszcza ruchy feministyczne). Przetrwała niemal wszystkie style i kierunki sztuki XX w., wykorzystała je nie przynależąc do żadnego. Nigdy nie deklarowała chęci zmieniania swą sztuką świata, wpływania na bieg historii. Jej celem nie było też moralizowanie, wygłaszanie nowatorskich teorii. Zawsze chodzi jej jedynie o autoterapię.
Podobnie jak Bourgeois nie postrzegam swoich działań artystycznych jako misji dziejowej. Zależy mi na wykrzyczeniu bólu i oczyszczeniu się z toksyn. Jest to w znacznym stopniu gwarancja ciągłości działania, bo nawet jeśli nie znajdę odbiorców to i tak zawsze będę tworzyć dla siebie.

KLĄTWA PRZESZŁOŚCI – WIECZNE DZIECIŃSTWO

W większości wypowiedzi Bourgeois podkreśla, jak wielkie znaczenie dla jej życia i sztuki ma przeszłość: (…) codziennie człowiek jest zmuszony pozostawić za sobą swoją przeszłość ale i ją zaakceptować. Ten  kto nie może jej zaakceptować zostaje rzeźbiarzem. Artystka nie może pozbyć się traumatycznych wspomnień z dzieciństwa. Ciągle patrzy na świat oczami małej, skrzywdzonej dziewczynki. W domu rodzinnym narodziły się wszelkie lęki, które naznaczyły całe jej życie. Pod  maską idealnej, szanowanej rodziny kryły się dziwne, wręcz patologiczne związki uczuciowe oparte na zdradzie, kłamstwie. Obserwowała romans ojca z guwernantką i przyzwolenie na niego ze strony matki, w celu zachowania pozorów. Stanowiące znaczną część jej dorobku cele - komórki obrazują właśnie tą sytuację. Artystka wykorzystała wieloznaczność słowa komórka: podstawowy budulec organizmu, skrytka, schowek, rodzina – podstawowa komórka społeczna. Zaczęła być architektem swojego świata. Dom, w którym wyrosła, był chorą komórką we wszystkich znaczeniach. Brak poczucia bezpieczeństwa i niepewność uczuciowa na stałe wpisały się w osobowość Louise. Bardzo dobrze pokazuje to, chyba najbardziej znana z jej prac, „ Mama ”- wielki pająk – hiperbolizacja lęku. Bourgeois podkreśla, że strach dostała od rodziców i przejął on właściwie ich rolę. W jego wielkiej sieci znalazła sobie bezpieczne, oswojone miejsce. Kolejno powstające pomieszczenia – instalacje były miejscem zamieszkania dla poszczególnych lęków. Artystka zadbała o nie tak, jak dba się o członków rodziny.
Problem rozciągnięcia etapu dzieciństwa na całe życie  nie jest mi obcy. Doskonale wiem, że dom może być uczuciowym potrzaskiem, lukrowaną klatką, w której pełno jest wzajemnych pretensji, wyrzutów, gdzie wszystko  robi się na pokaz. Nie brakuje w nim niczego prócz ciepła, miłości i akceptacji. Znacznie utrudnia to budowanie relacji z innymi ludźmi, zwłaszcza na poziomie uczuciowym.
Jednym z wielu lęków Bourgeois jest lęk przed samotnością. Z tego też względu założyła własną rodzinę.
Innym  sposobem „ udostępnienia ”siebie ludziom są niedzielne  korekty, które Bourgeois organizuje w swoim domu. Dla licznych grup młodych ludzi jej zdanie stanowi swoistą wyrocznię. Spotkania te są jakby powrotem do tradycji salonów artystycznych. Być może przedsięwzięcie to wynika z poczucia utraty sił i obawy przed brakiem kontynuacji swoich twórczych idei. Przeglądy mogą być traktowane jako swoisty casting na godnego następcę artystki.
 W moim przypadku lęk przed drugim człowiekiem jest znacznie silniejszy od wszystkich innych, najlepiej czuję się we własnym świecie, wśród dziwnych wytworów swojej wyobraźni.

OJCIEC

Naczelnym problemem dzieciństwa Bourgeois są relacje z ojcem. Mimo, że nosiła po nim imię, nie czuła z nim uczuciowego związku, widziała go jako niepotrzebny dla rodziny balast. Pragnęła, żeby przestał istnieć. Właśnie to pragnienie popchnęło ja ku sztuce. Poruszająca jest opowieść o pierwszej rzeźbie, jaką wykonała, była to sklejona z chleba figurka ojca, którą rozszarpała na części i zjadła. Od tego momentu jej działania opierają się właśnie na niszczeniu, cięciu, przetwarzaniu.
Ojciec jako typowy pragmatyk i rodzinny despota gardził artystami, więc sam wybór drogi artystycznej był aktem buntu wobec niego, jednak zanim nastąpił  oficjalnie, Bourgeois studiowała matematykę i geometrię. Jak twierdzi, skłonność do przedmiotów ścisłych wynikała w jej przypadku z obserwacji nieścisłości związków damsko – męskich ( dokonanych głównie w domu rodzinnym). Myślenie matematyczne pomaga jej w budowaniu architektury pamięci.
Swoje mordercze wizje zrealizowała w licznych pracach opatrzonych tytułem
„ Dekonstrukcja ojca ”. Pierwsza z nich powstała 23 lata po śmierci ojca. Było to wnętrze z ołtarzem, na którym leżały obiekty przypominające narządy. Bourgeois określiła tą pracę ostatnią wieczerzą, oczyszczającym egzorcyzmem. Symbolicznie powtórzyła pierwszy akt twórczy z dzieciństwa. Kolejną
 „ Dekonstrukcją ” było  gumowe wnętrze wykonane z odlewów części ciała zwierząt przyniesionych z rzeźni. Prace te można uznać za swoiste kanibalistyczne rytuały.
Dla mnie ojciec również ma wielkie znaczenie. Jest ono jednak zupełnie inne niż w przypadku Bourgeois. Zawsze czułam silną więź z ojcem, dużo większą niż z matką. Mimo, że często mnie karał, zawsze stawałam po jego stronie, usprawiedliwiałam go. Najgorszą rzeczą w mojej wyobraźni jest jego brak. Zawsze go rysowałam, malowałam, moją pierwszą rzeźbą był jego portret.
Podobnie jak Bourgeois mam dziwną skłonność do niszczenia, „ zabijania ”. Fascynuje mnie biologia śmierci, ludzka fizjologia. Jednak mięsność moich prac wynika głownie z pogardy wobec człowieka, chęci zdarcia z niego maski kultury. Denerwuje mnie kult ciała, wszelkie zabiegi kosmetyczne, zdrowy tryb życia, a zwłaszcza to, że sama daję się w to wciągnąć. Nie widzę w tym sensu w świetle wiedzy o biologii organizmu i jego ciągłym obumieraniu. Podświadomie dążę do wydobywania całej brzydoty ludzkiej egzystencji, zwierzęcości.
Być może jest w tym pewne dążenie do bycia taką, jak ojciec, silną, odważną, męską, twardą.

KONSTRUKCJA Z DEKONSTRUKCJI

Działania twórcze L. Bourgeois cechuje wyraźna ambiwalencja. Artystka łączy dwa skrajne procesy: niszczenia i budowania. Rozbija pewne struktury, ćwiartuje, by potem je zszywać w nowym porządku.
Pierwszy etap ma oczywiście związek z kanibalistycznymi zapędami wobec ojca. Stosowanie elementów ciała lub form na nich wzorowanych – biomorfów także wynika z przeżyć dzieciństwa. W sąsiedztwie domu artystki znajdowała się rzeźnia, poza tym, kiedy ojciec był ranny podczas I wojny światowej, Luise często przebywała z matką w szpitalach polowych pełnych rannych z amputowanymi kończynami. Ciało stało się w jej świadomości materiałem, tworzywem plastycznym.
Mój stosunek do ciała jest podobny. Codziennością mojego dzieciństwa było zabijanie zwierząt, dzielenia mięsa na porcje i przerabiania go na żywność. Ważnym i bardzo trudnym dla mnie doświadczeniem była choroba dziadka. Obserwowałam jak wielki guz (czerniak) narasta na jego nodze, żyje własnym życiem, zmienia wielkość, kolor, wreszcie pęka obnażając mięso i kości. Towarzyszył temu straszny zapach gnijącego ciała. Właśnie wtedy chyba zaczęłam patrzeć na człowieka jak na masę mięsa. Jednocześnie zrodziła się we mnie fascynacja procesami, które w niej zachodzą. Znalazłam w nich niepowtarzalne efekty plastyczne.
W twórczości Louise po etapie zniszczenia zawsze następuje etap odrestaurowania – nawyk z dzieciństwa, kiedy to pomagała rodzicom w naprawianiu gobelinów.
Dla mnie szycie, dziergania jest jakby drugim torem działalności. W moim domu rodzinnym zajmują się tym wszystkie kobiety a ojciec pracuje w zakładzie krawieckim. Jednak moje dzierganie jest czymś dziwnie odrębnym od działań artystycznych. Stanowi rodzaj chwilowej ucieczki od brutalnego, bezlitosnego świata biologii. W sztuce jestem mężczyzną ( jak ojciec) a jakby w krótkich chwilach poza nią, kobietą ( jak matka).

PŁEĆ

Doświadczenia dzieciństwa wpłynęły na zainteresowanie Bourgeois płcią, jej fizjologią a także przypisywanymi jej rolami. W wielu pracach pojawiają się elementy kojarzące się z narządami płciowymi. Dodatkowo często są one wykonane z lateksu, materiału kojarzonego ze sferą seksualności. W jednym z
wyreżyserowanych przez artystkę spektakli – performance „ Bankiet/Pokaz mody części ciała ” mężczyźni przyodziani byli w lateksowe kostiumy z atrybutami kobiecymi a kobiety „ przymierzały ” atrybuty męskie. W ten sposób Burgeois podkreśliła umowność wszelkich podziałów płciowych. Z tej też racji wiele z jej działań uznawanych jest za feministyczne.
Swój ironiczny stosunek do tematu płci wyraziła trafnie pozując do zdjęcia
 R. Mapplethorpe’go z Fillette – wykonanym z lateksu i gipsu fallusem. Wygląda na nim jak mała dziewczynka z maskotką, dziecko z atrybutem „ dla dorosłych ”.
Dla mnie seksualność jest jedną z wielu funkcji organizmu, interesuje mnie jako proces biologiczny. Nie widzę powodu, żeby wyróżniać go z pośród innych. Przeraża mnie cała dobudowana wokół tego otoczka kulturowa.

ANTYESTETYKA W ŚWIECIE ESTETYZACJI

Wszystko, co przypomina człowiekowi o jego małości, nietrwałości jest
 odrzucane jako obrzydliwe, szokujące. Nic dziwnego, że L. Bourgeois przez tyle lat pozostawała nie zauważona. Jej prace odnoszą się do cielesności bez woalu duchowości. Zastosowanie mięsa, kości, płynów wewnętrznych zbyt dosadnie obnaża prawdę, dlatego większość ludzi określa to mianem patosu i dosłowności. Taka sztuka nie pasuje do świata „ przereklamowanego ” piękna.
Pokazanie ciała od środka, odbiera sens wszelkim zabiegom upiększającym.
Decydując się na podobną do Bourgeois „ medycynę artystyczną ”, jestem świadoma, że to co robię nie będzie się podobać, co więcej nie chcę tego. Sukces na miarę tego, który odniosła L. Bourgeois nie jest moim celem. Byłby jedynie przyczyną kolejnych lęków, wymagając wyjścia „ do ludzi ”. Pragnęłabym jednak zawsze mieć tyle siły życiowej i twórczej, co ona.

***

Powyższy tekst napisałam dwa lata temu, po pierwszym bliższym zetknięciu się z twórczością Louise Bourgeois. Powstał on pod wpływem pierwszej wielkiej nią fascynacji. Obecnie moje emocje z tym związane są nieco inne, powiedziałabym, że dojrzalsze. Nadal odnajduję wszystkie opisane wcześniej analogie między nami. Powiedziałabym nawet, że odkrywam nowe, jak na przykład skłonność do symetrii, analitycznego myślenia i porządkowania. Podchodzę do tego jednak nieco spokojniej, bez ślepego uwielbienia i chęci naśladownictwa. Nakreślenie mojego obecnego punktu widzenia wydało mi się potrzebne zwłaszcza w obliczu niedawnej śmierci Louise. Nie chcę, by ktokolwiek pomyślał, iż chcę silić się na bycie jej kopią czy choćby kontynuatorką. Zawsze będę miała gdzieś w sobie jej idee ale chce je traktować wyłącznie jako niewidoczne zbrojenie fundamentu własnej twórczości. Bliskich mi duchowo artystów jest wielu (nic mnie tak nie cieszy, jak ich odkrywanie), jednak Luise chyba już zawsze pozostanie tą pierwszą.

                                                                                                                          Karolina Żyniewicz


Latarnia Morska 2 (14) 2010 / 1 (15) 2011


Powyższy tekst jest wypowiedzią autorską artystki, której prace plastyczne (instalacje, rzeźby i rysunki) opublikowaliśmy w tym samym numerze.