Kilka granic wstecz?

Kategoria: eseje i szkice Opublikowano: piątek, 02, grudzień 2011 Drukuj E-mail

Leszek Żuliński       
                                                                          Stanisławowi Chyczyńskiemu

 Ten odcinek mego cyklu będzie poniekąd kontynuacją odcinka poprzedniego [patrz: "Pod prąd!", LM 1-2 (11-12) 2009 / 1 (13) 2011 - przyp. red.], w którym pisałem o odwadze powrotu do wiersza rymowanego, sylabotonicznego, co dzisiaj jest uznawane za pewną ekstrawagancję. Będzie to także w dużej mierze odcinek autotematyczny – czyli o mnie. Nie wpadłbym na ten pomysł, gdyby nie recenzja Stanisława Chyczyńskiego z mojego ostatniego tomu wierszy, napisana dla gdańskiego „Autografu”. I Chyczyńskiemu zawdzięczam tę inspirację...

 Otóż na początku roku 2010 wydałem tomik pt. Rymowanki. Jaki? – sam tytuł wskazuje. Za chwilę będę się na Chyczyńskiego kilkakrotnie powoływał, opuszczają skromnie fragmenty jego tekstu, w których mnie chwali. Tu chodzi jednak o coś więcej – o arcyciekawy pogląd, jaki poeta z Kalwarii Zebrzydowskiej wyłożył w swoim tekście.
 Otóż przekraczanie granic jest „czynnością” nieomal codzienną. Bierzemy paszport i jedziemy sobie na Ukrainę, do Berlina, do Ameryki czy na Sycylię. Dziś – normalka! Ale potem wracamy – to znaczy przekraczamy te same granice „wstecz”.

 Czy w poezji można, czy wypada przekraczać granice wstecz? Właśnie o tym pisałem w odcinku piątym. Chyczyński uświadomił mi jednak dodatkowe aspekty tej kwestii i dlatego to jemu dedykuję ten tekst.
 Chyczyński jest ortodoksyjnym realizatorem poetyki sylabotonicznej i wiersza regularnego, co przekuł w swój program, w credo. W swojej recenzji z moich Rymowanek słusznie przypomina, że zjawisko „klasycyzowania” i trzymania się tradycji jest zauważalne także w innych sztukach. Pisze o „programowym pokrzykiwaniu” nowatorów w plastyce, którzy wmawiają nam, że figuratywne malarstwo umarło na wieki, bo liczą się tylko instalacje, performance i happeningi. A przecież, niczym diabełek z pudełka, stale wyskakują nowe talenty (Waniek, Siudmak, Yerka, Świder etc.) jako tradycjonaliści z wyboru. Podobnie jest w poezji – poemat „Imago mundi” Wencla jest tego najlepszym przykładem. Padają też inne przykłady współczesnych poetów, którzy „nie wstydzą się” rymu. To m.in.: Szymon Babuchowski, Anna Błachucka, Anna M. Mróz, Wojciech Łęcki, Henryk Rejmer, Jerzy Utkin; ja koniecznie dorzuciłbym od siebie Adama Kawę czy Krystynę Konecką.

 Pytanie Chyczyńskiego brzmi: czy rymując, idziemy do przodu, czy do tyłu? Odpowiedź: wszak to tylko kwestia mody. Co ciekawe: Jeżeli ktoś (mniej lub bardziej jawnie) naśladuje Różewicza lub O’Harę, to jest pełnoprawnym poetą, a jeśli ktoś czerpie z Nowaka lub z Eliota, to jest imitatorem lub epigonem. Gdzie tu logika??? I tu tkwi rozszyfrowanie swoistego fałszu, pod dyktat którego się poddajemy. A więc jeśli będziesz „pisał Różewiczem”, to wszystko zostanie ci wybaczone; zaliczą cię do poezji nowoczesnej; jeśli będziesz „pisał Nowakiem” – zaliczą cię do tradycjonalistów, a nawet naśladowców czy epigonów. Tak, jest w tym pewna hipokryzja, uzus i powierzchowność ocen.

 Spointowałbym ten spór o dylematy narosłe wokół awangardyzmu i tradycjonalizmu w kilku punktach:
1. Nowa kultura, nowy język, nowa forma, nowa formuła (w tym nowy model wiersza) – to symptom każdych nowych czasów. Język musi się zmieniać, bo zmienia się świat i jego wizja, nasze odczuwanie, nasz sposób patrzenia, a co za tym idzie, nasz sposób ekspresji. Nie da się dzisiejszego świata i człowieka wyrazić językiem Mickiewicza czy Staffa – to oczywiste. Gdyby sztuka nie poszukiwała nowych środków wyrazu, stałaby się martwym szablonem. Stąd zarzut epigoństwa nie jest wyssany z palca i radzę na niego się nie narażać. Tzw. nowe paradygmaty to nic innego niż nowe modele nie tylko mówienia, ale i porządkowania oraz wartościowania rzeczywistości; ogromnie zmiennej rzeczywistości... Ewolucja sztuki jest z tego punktu widzenia czymś pożądanym i cennym.

2. Z drugiej strony złudzeniem jest, wręcz mirażem, że nowa sztuka rozpocznie się od nas. To po prostu niemożliwe. Modyfikujemy ją, lecz tym samym wpisujemy się w oczywisty łańcuch form i wizji, odbijamy się od czegoś, aby dojść do czegoś. Czy robimy to „rewolucyjnie” (Białoszewski), czy „aksamitnie” (Herbert) – to inna sprawa, jednak nie jest prawdą, że nie mamy wzoru. Nawet negacja wzoru jest jego uwzględnieniem. Zrównoważony „balast” między tradycjonalizmem a awangardyzmem uważam za rzecz normalną, a nawet ciekawą.

3. Unikajmy szablonowych klasyfikacji. To nie rym cię dyskwalifikuje! Dyskwalifikuje cię rym nieporadny, toporny lub naśladowniczy (to ostatnie nie dotyczy świadomego pastiszu!). Sukces nie w tym, żebyś odwrócił się od tradycji, tylko w tym, żebyś umiał „przeciągnąć ją na swoją stronę”. Co to znaczy? Po prostu: napisz wiersz, któremu nikt nie zarzuci, że jest kalką z Gałczyńskiego, tylko wiersz, który nawet mając jakieś koneksje z genre’m Wielkiego Ildefonsa, będzie Twoim niepowtarzalnym wierszem. Właśnie Chyczyńskiemu czy Utkinowi to się udało. Oni tworzą SWOJĄ poezję i świadomie demonstrują swoją wiarę w nieskończony potencjał wiersza regularnego. Są w swoim tradycjonalizmie jednak oryginalni, we wzorzec zastanej formy wpisują swój własny świat, własną ekspresję i własne do niego komentarze. To wystarczy.

4. Pisz w formule, jaka „ci leży”. Np. sonet jest niezwykle skodyfikowaną formą, ale nie ma takiej możliwości, aby nowy, wspaniały sonet nie był już możliwy do napisania. Wbrew pozorom twórcza kontynuacja tradycji to sprawa trudniejsza niż mechaniczne trzymanie się „formy współczesnej”. Nie dajmy się więc zwariować dyktatom, mechanicznym wymogom i „klauzuli nowoczesności”.

5. Żyjemy w dobie tzw. postmodernizmu. Cytuję z Wikipedii: Postmodernizm w literaturze uzyskał swoją nazwę na gruncie anglosaskim i jest rozumiany jako skutek wpływu na literaturę twórczości „nowoczesnej” – eksperymentalnych dzieł Jamesa Joyce’a, Marcela Prousta i innych. Ta „nowoczesna” literatura po raz pierwszy osiąga pewien stopień samoświadomości, eksperyment pokazuje odległość poszczególnych konwencji literackich od prawdy. Tym samym cała dotychczasowa sztuka zostaje podana w wątpliwość, jako nieprawdziwa. Dopiero mając świadomość konwencji i co jakiś czas przypominając o niej odbiorcy można stworzyć coś bliskiego istocie rzeczy. Jedną z cech postmodernizmu jest zatem zabawa konwencją i eklektyzm form... To by znaczyło, że eklektyzm, potocznie postrzegany jako niedopuszczalny, jest dopuszczalny, a nawet twórczy.
Po tysiącach lat uprawiania literatury nagle dostrzegliśmy, że znaleźliśmy się w Wieży Babel. Stare i wciąż inne języki mieszają się z nowymi – ale z tej wieży nie da się nikogo wyrzucić, raczej należy się zastanowić, jak te języki wprowadzić w dialog.

 Literatura – chcemy tego, czy nie – zachowuje ciągłość. Jedni ją gloryfikują, inni wolą ostre cezury. Pamiętajmy w tym wszystkim, że ciągłość wyraża prawdę uniwersalną, cezura – prawdę danego czasu. Ta ostatnia prawda jest zawsze przejściowa. Jestem za uniwersalizmem.


Latarnia Morska 2 (14) 2010 / 1 (15) 2011