O siedzeniu na murku, lewych stronach porównań i użytkownikach cisz

Kategoria: eseje i szkice Opublikowano: czwartek, 01, grudzień 2011 Drukuj E-mail

Wojciech Czaplewski
 

Żył sobie kiedyś w Szczecinku pan Adam Giedrys, co nie dosłyszał na jedno ucho, najsłynniejszy polski astronom-amator. Zrobił na strychu obserwatorium, obkleił mapami gwiazd i zdjęciami sputników (rzecz się dzieje na ogół w wesołych latach siedemdziesiątych). Przychodziły do niego grupy młodzieży i dzieci, przyjeżdżały wycieczki szkolne. Sława Adama Giedrysa dotarła aż do dalekiej Ameryki, skąd pewnego razu przyszło do Szczecinka zaproszenie – i tak pan Adam został gościem agencji lotów kosmicznych. Na Florydzie miał okazję zapoznać się z programem Apollo i metodami treningu, uprawianego przez kosmonautów wybierających się na księżyc. Z tego, co pan Adam o tym opowiadał, największe wrażenie zrobiła na mnie komora ciszy, chociaż spędził w niej czas dużo krótszy niż poddani treningowi kosmonauci. Kiedy wchodzisz do komory ciszy, gdzie głośność tła wynosi zero decybeli, słyszysz najpierw przerażające nic, potem, jakby zewsząd naraz, ogłuszające piszczenie w uszach, a później nie tylko bicie własnego serca, ale jeszcze gwizdanie miechów płuc, szum krwi, pracę nerek, całe bogactwo bulgotów, mlaskań, skrzypów i chrobotań, przeraźliwą kakofonię maszynerii ciała. 
 
Podobnie na medytacji: odłącz się od wszystkich źródeł bodźców, wszystkich tych dżojstików, interfejsów, słuchawek, ludzi, zwierząt i ekranów i pozostań sam na sam z własnym bezruchem. Milczenie odsłania wtedy jazgot myśli, wyobrażeń, wspomnień, artykułowanej i nieartykułowanej zawartości czaszki. Cisza zdziera maski i obnaża prawdę, cisza otwiera przepaście.
Cisza stanowi społeczne zagrożenie, powszechne użytkowanie ciszy przeszkadza manipulacji, utrudnia kontrolę i sprawowanie władzy. Twórcy światów szczęśliwych i społecznych rajów, teoretycy i praktycy Utopii, wiedzą o tym. Dlatego wypełniają rozrywką i edukacją każdą wolną sekundę Utopian. Głośna lektura budujących czytanek. Zbiorowe ćwiczenia gimnastyczne na świeżym powietrzu. Seanse nienawiści. Seks grupowy. Zebrania partyjne i fabryczne wiece. Oklaski, oklaski bez końca. Nieustający monstrualny wytrysk terabajtów informacji.
Z ciszą jest jak z nudą, o której pisał Błażej Pascal. Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku, bez namiętności, bez spraw, rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, próżnię. Bezzwłocznie wyłoni się z głębi jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal, rozpacz. (...) Szukamy spokoju zwalczając jakieś przeszkody; kiedy je przezwyciężymy, spokój staje się nie do zniesienia. Cisza uświadamia człowiekowi czczość świata i własną jego nicość. Dlatego zagadujemy ją, zakrzykujemy, zaszumiamy.

Z dwóch powodów trudno jest mówić o milczeniu. Po pierwsze opiewając ciszę nieuchronnie wpadam w samozaprzeczenie: skoro lepiej jest milczeć, to z jakiej racji opiewam? I nic nie wskazuje, abym miał zamiar szybko przestać? No cóż – w gruncie rzeczy nic wielkiego. Najwyżej ktoś wytknie mi błąd, obśmieje, puknie parę razy palcem w czoło albo dobrnąwszy do niniejszego zdania przestanie czytać. Świat się nie zawali. Prawdziwym problemem jest to, co po drugie.
I właśnie w związku z tym, co po drugie, oświadczam co następuje:
Zbyt często ci, którzy powiadają „milczenie jest złotem”, w istocie nabierają wody w usta, zatykają uszy i odwracają się tyłem. Tyle złota w takim milczeniu, ile heroizmu w sercu zajęczym. Ponury bohater wiersza Ewy Lipskiej "Egzamin", zwycięski kandydat na króla (ten, któremu wręczają naród oprawiony w skórę), odpowiada z historii ze świetnym wyczuciem milczenia. Nie mówiło się wtedy o Katyniu, o żołnierzach wyklętych, o Czerwcu, o Grudniu. I to nie była dobra cisza. W czasach Bieruta był nawet taki plakat. Pamiętacie? – duża twarz, szeroko otwarte oczy, palec na ustach.
Mam pisać o zaletach milczenia, ale wiem, że są chwile, gdy przystoi grać larum, nie zapominam, że są mury Jerycha, które się burzy krzykiem, są sprawy, o których trzeba wołać na rynkach i dachach, żeby zasłużyć na elementarny szacunek do samego siebie. Nie tylko wtedy, za komuny, ale także teraz, w dzisiejszych czasach, kiedy dziecko, które krzyczy „król jest nagi!”, dostaje klapsa, knebel i zakaz spotykania się z kolegami.
(Zaniepokojonym Czytelniczkom wyjaśniam, że powyższa gniewna tyrada nie dotyczy tego, co obrałem za temat niniejszych rozważań. Właściwie można jej było w ogóle nie czytać, gdyż jest tylko inauguracyjną dygresją, niezbędnym wstępnym zastrzeżeniem. A teraz zapraszam do dania głównego).

Pamiętam, jak przyłapany przez dyrektora szkoły, czerwonego kołobrzeskiego „kopernika”, na jakiejś wołającej o pomstę do nieba czynności (powiedzmy że było to siedzenie na murku), usłyszałem najpierw rozkazujące: „Czaplewski, nazwisko!”, a potem, kiedy usiłowałem użyć głosu, delikatnie się prawować, domagać jakiejś racji, rozkazujące jeszcze dobitniej: „Milcz jak do mnie mówisz!”.
Taka sobie ot historyjka. A dlatego opowiedziana, bo przypomniała mi się w związku z inną, lepiej ludzkości znaną. Wszyscyśmy słyszeli tę opowieść o człowieku sprawiedliwym, który żył szczęśliwie, chwaląc Pana, o człowieku, na którego z Pańskiego dopustu spadły wszystkie nieszczęścia: nędza, opuszczenie, hańba i ból. A przecież to samo co ja usłyszał Hiob, człowiek sprawiedliwy, kiedy od Dyrektora Wszystkich Dyrektorów domagał się racji, pociechy czy chociażby wyjaśnienia, za co go tak nie lubi. (Tymczasem szatan, reżyserując wypadki w taki sposób, aby na Hioba spadło maksimum cierpienia, pozbawił go majątku, dzieci, godności i zdrowia, ale zostawił żonę i przyjaciół. Ona mówiła mu: „Nie wierz, pluń na Niego i warcz”, oni mówili mu: „Kajaj się, proś o litość i płacz”. Ona, że Bóg jest zły. Oni, że grzeszny jest ten, kto cierpi. Czy doszukujemy się winy w cierpiącym dlatego, że chcemy, żeby było sprawiedliwie, czy też po to, by zwolnić się z obowiązku miłosierdzia? A oni mu gadali, gadali, gadali, każdym słowem mnożąc ból...). I Hiob grzecznie ucichł. Położył uszy po sobie (odwołuję, co powiedziałem, kajam się w prochu i popiele). Dopiero wtedy, wyrzekłszy coś w rodzaju sakramentalnego: „Żeby mi to było ostatni raz!”, Pan Bóg mu wynagrodził – większym majątkiem, ciałem oczyszczonym z trądu, nowymi lepszymi dziećmi.
 
 A morał z tego taki, że przewlekłym procesie, wytoczonym Bogu w przedmiocie zła w świecie, świadkowi oskarżenia – człowiekowi – przystoi milczeć. No ale człowiek, jak to człowiek, nie zawsze robi co przystoi. Stąd wziął się wielki temat europejskiej kultury – teodycea. Hiobowy dyskurs. Prawowanie się z Bogiem w kwestii niezawinionego cierpienia. Krzyk protestu i szukanie usprawiedliwień. Starożytny herezjarcha Marcjon ogłosił, że Stworzyciel świata jest zły. Nowożytny racjonalista Leibniz z matematyczną precyzją wykazał, jak Wszechmogący i Miłosierny Bóg stworzył Najlepszy z Możliwych Światów. Potem Leibniza wyśmiał jego hałaśliwy oponent Wolter. Kłamca, kto Ciebie nazwał Miłością. A z kolei rumuński filozof, syn popa Emil Cioran napisał, że Bóg nie tyle jest zły, ile nieudolny i słaby na umyśle. Po prostu partacz, któremu nie wyszło stworzenie świata. W całym tym targowisku idei, na tym wrzaskliwym sejmiku teologów, filozofów, poetów, heretyków i wariatów warto dosłyszeć głos Immanuela Kanta, jego votum separatum w temacie teodycei: skoro człowiek nie jest równy Bogu, to jego dialog z Najwyższym nie jest oparty na porządku prawowania się, logiki i dawania racji – lecz na porządku pokory, miłości i nadprzyrodzonej łaski. Dlatego spieranie się, prawowanie, natrętne indagowanie, wszelkie prokuratorskie i adwokackie przemowy – są tu nie na miejscu.
Bohater Dostojewskiego, Iwan Karamazow, rzucił Bogu w twarz cierpienie niewinnych, te torturowane małe dziewczynki, ohydnie upokarzane dzieci. Otóż tamtejsi Turcy z wyjątkową rozkoszą przysparzają cierpień dzieciom, poczynając od wyjmowania ich sztyletem z brzucha matki, a kończąc na podrzucaniu do góry niemowląt i łapaniu ich na ostrza bagnetów w obecności matek. Obecność matek to właśnie dla nich największa rozkosz tego okrucieństwa – opowiadał Iwan swemu szlachetnemu bratu Aloszy. „Huzia!” – wrzasnął generał szczując na niego całą sforę myśliwskich psów. Rzuciły się na dziecko na oczach matki, rozszarpały je na kawałki!...  Warto w tym miejscu wyjaśnić, że Dostojewski czerpał te opowieści nie z własnej chorej wyobraźni, lecz z codziennych gazet. Natomiast Iwan Karamazow kończy swoją gawędę wizją powszechnego zbawienia ludzkości: A kiedy matka rozszarpanego przez psy dziecka obejmie mordercę syna i wszyscy troje zawołają ze łzami: „Sprawiedliwe są zrządzenia Twoje, o Panie”, wówczas nastąpi zwieńczenie poznania i wszystko się wyjaśni. I w tym właśnie sęk, że ja takiego rozwiązania przyjąć nie mogę.
Bóg (a także szlachetny Alosza) wysłuchawszy tej przemowy nie umiał czy nie chciał się bronić. Tylko coś milczał do Iwana. I wtedy przyszedł wielomówny diabeł. A wolny od Boga Iwan Karamazow spojrzał w lustro – i zobaczył ojcobójcę. Parafrazując Agnieszkę Osiecką, chciałoby się powiedzieć: taki, co milczeć nie umie, przegra, choć wszystko rozumie.

Nasz polski mistrz milczenia urodził się wśród piasków Mazowsza, we wsi Laskowo-Głuchy. Modlił się tak: Przez wszystko do mnie przemawiałeś, Panie (...) Panie, ja nie miałem głosu / Do odpowiedzi godnej – i milczałem... Umiejętność posługiwania się mową składa się z umiejętności mówienia i – o czym przeważnie nie chcemy pamiętać, prawda? – z umiejętności słuchania. I co? I co w tej ciszy wtedy słyszę?
Na przykład jedną z najwznioślejszych cisz: chrobot żwiru pod podeszwami żałobnego konduktu, kroki zmierzające do miejsca pochówku.

Słynny Norwidowy "Bema pamięci żałobny-rapsod", wiersz o pogrzebie wcale nie cichym (Trąby długie we łkaniu aż się zanoszą (...) / Chłopcy biją w topory pobłękitniałe od nieba, / W tarcze rude od świateł biją pachołki służebne (...) / Chorał ucichł był nagle i znów jak fala wyplusnął (...) W bramy bijąc urnami, gwizdając w szczerby toporów, / Aż się mury Jerycha porozwalają jak kłody...), kończy się tak: Dalej – dalej – – 
Urwany heksametr, myślniki... Cisza napiętego oczekiwania. Wiersz otwiera się na nieskończony ciąg dalszy. Pusta przestrzeń aż po widnokrąg niknący we mgle.
 Ale jest też inne Norwidowe milczenie, cisza niedopowiedzenia, jak wtedy, gdy ktoś skończył mówić i patrzy na ciebie, leciutko jakby się uśmiechając, a ty sobie myślisz: „żartował? czy serio mówił?”. Ten rodzaj milczenia jest na końcu wierszyka "W Weronie", pamiętasz?

 Cyprysy mówią, że to dla Julietty,
 Że dla Romea ta łza znad planety
 Spada – i groby przecieka.

 A ludzie mówią, i mówią uczenie,
 Że to nie łzy są, ale że kamienie
 I – że nikt na nie nie czeka! 

Cyprysy mówią? ludzie mówią? W tej kłótni cyprysów z ludźmi kto ma rację? Norwid milczy w tej sprawie, tylko jakby mrugając porozumiewawczo.

A w najlepszym swym wierszu opowiada, jak rosyjskie żołdactwo wyrzuca przez okno na ulicę fortepian Chopina, sprawiając, że szlachetny instrument zamilknie na zawsze. Jednak spadając fortepian uczynił rzecz niebywałą: wydobył dźwięk z milczących kamieni. Ziemia przemówiła! Ciesz się, późny wnuku! / Jękły głuche kamienie, / Ideał sięgnął bruku. A Norwid znowu nie dopowiada. Bo kiedy nam każe się cieszyć (bośmy właśnie późne wnuki), to serio mówi? Czy ironizuje?
Cyprian Norwid jak wiadomo był poetą osobnym i zamkniętym (choć początkowo chciał inaczej – jako gwiazda warszawskich salonów ruszył na podbój Paryża). Nadużywał myślników i wielkich liter. Numerował wiersze. Chciał wstąpić do klasztoru. Pewnego razu napisał wiersz z numerem 54 (na ogół uważany za erotyk), pod tytułem Jak, który cały jest połową porównania. Pierwsza zwrotka zaczyna się słowem Jak..., druga też zaczyna się: Jak..., tak samo trzecia i czwarta. A potem padają słowa: ...tak... / lecz nie rzekę nic, bo jest mi smętno. Czytelnik zostaje z połową porównania, z jego lewą stroną, która w czterech odsłonach (w tym moja ulubiona): 

  Jak gdy akacją z wolna zakołysze,
  By woń, podobna jutrzennemu ranu,
  Z kwiaty białymi na białe klawisze
  Otworzonego spadła fortepianu)


pokazuje, do czego jest podobne to, o czym jest ten wiersz. No właśnie – CO? A może nie CO, lecz KTO? No właśnie – KTO? Piękna nieznajoma o fiołkowych oczach? (Księżyc wplątany we włosy, kilka niezobowiązujących słów i przeczuwana w nich niewypowiedziana obietnica, nagłe przyspieszenie tętna, poczucie dotkliwej utraty czegoś, nie wiadomo czego...).

Prowansalscy trubadurzy też śpiewali dla swojej ukochanej – a ona okazywała się żadną tam panienką z okienka, tylko nadprzyrodzoną Sophią, pełną blasku tajemnicą Boga. Nie żebym posądzał Norwida o gnostycyzm – wręcz przeciwnie – tam, gdzie gnoza zaczyna składać swoje hałaśliwe deklaracje, tam u Norwida zapada pełna szacunku cisza. W gramatyce Norwida milczenie jest częścią mowy, bodaj czy nie najwymowniejszą. To, o czym milczy Norwid, nie da się inaczej niż milczeniem wypowiedzieć. 

Ludwig Wittgenstein w swoim słynnym Traktacie Logiczno-Filozoficznym, w ponumerowanych akapitach, w sześciu rozdziałach, demaskuje nonsens całego filozoficznego dyskursu, dwóch i pół tysiąca lat agory, łącznie z nonsensem zawartych w tymże Traktacie... rozważań. Filozofia jest terapią, której celem jest wyleczyć z samej siebie. Rozdział siódmy Traktatu... składa się z jednego tylko zdania: O czym nie można mówić, o tym należy milczeć. Filozofia to uzurpacja języka, wkraczanie butami w tajemnicę, mowa bezczeszcząca milczenie.
 
W tym samym czasie co Cyprian Kamil, po drugiej stronie oceanu żyła poetka, którą lubię sobie wyobrażać jako jego siostrę z drugiej strony lustra. Pustelnica z Amherst (zdaje się gdzieś niedaleko Bostonu), Emilia Dickinson. Jeszcze bardziej niż Norwid monastyczna i hermetyczna. Też nadużywała myślników i wielkich liter, i numerowała wiersze. Też robiła w lewych stronach porównań: 

  Tak jakbym o Jałmużnę zwykłą
  Prosiła – a Nieznajomy
  Wcisnął w niepewną dłoń Królestwo,
  Żebraczkę oszołomił –
  Tak jakby Wschód, gdy o Poranek
  Pytam go jak o łaskę – 
  Podniósł Zapory purpurowe
  I zdruzgotał mnie Brzaskiem!

Prawda, że Emily Dickinson milczy co innego niż Norwid? A może to samo, tylko w inny sposób? Obdarowana czymś, co przerasta granice mowy, wobec czego kapituluje język, o czym jedynie milczeć wypada.

Teraz chcę mówić o Czesławie Miłoszu, który, co tu ukrywać, bywał niepoprawnym poetyckim gadułą. Ale najpierw dygresja.
Książę Siddhartha Gautama żył otoczony luksusem. Młodość, uroda, rozkosz i wdzięk, z woli króla-ojca, stanowiły formę i treść jego codziennego doświadczenia. Aż pewnego dnia zażyczył sobie opuścić królewską posiadłość, wybrać się na miasto, prawdziwy świat zobaczyć. I zobaczył: nędzę, chorobę, starość i śmierć. Postanowił wtedy nie ustawać w trudzie, aż dowie się, jak uwolnić świat od cierpienia. Zasiadł pod drzewem i znieruchomiały milczał lat siedem. A potem obudził się  (dlatego nazwano go Buddą) i wygłosił kazanie o ogniu, który niweczy ból. Warunkiem zbawienia ma być wygaszenie świata? (Stop tej szalonej narracji, przecież miało być o Miłoszu!).
Czesław Miłosz, który, co tu ukrywać, bywał poetyckim gadułą – wszystkimi zmysłami chłonął świat z młodzieńczą intensywnością, wykrzykując swoje zachwycone „o!”. Zbliżając się do dziewięćdziesiątki, pisał tak: 

 Każdą podglądam osobno, ich tyłki i uda, zamyślony, kołysany marzeniami porno.
 Stary lubieżny dziadu, pora tobie do grobu, nie na gry i zabawy młodości.

Ale w najważniejszym, tytułowym wierszu tego swojego ostatniego tomiku wyznał, że owe 

 ...ekstatyczne pochwały istnienia
 Mogły być tylko ćwiczeniami wysokiego stylu,
 A pod spodem było TO, czego nie podejmuję się nazwać.

I dalej następuje lewa strona porównania: 

 TO jest podobne do myśli bezdomnego, kiedy idzie po mroźnym, obcym mieście.
 I podobne do chwili, kiedy osaczony Żyd widzi zbliżające się ciężkie kaski niemieckich żandarmów. TO jest jak kiedy syn króla wybiera się na miasto i widzi świat prawdziwy: nędzę, chorobę, starzenie się i śmierć.  

Kiedyś „Zeszyty Literackie” wydały płytę, na której słychać głos Miłosza czytającego ten wiersz. Czy się mylę, czy też naprawdę słychać tam, jak głos starego poety załamuje się na ostatnim wersie tego wiersza, na słowach: ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom? I nic tu nie pomoże syn króla – Siddharta Gautama, jego medytacja pod drzewem bodhi i nauka o ogniu?

Mój chudy przyjaciel, który wtedy – powiedzmy – siedział ze mną na murku, ugościł mnie potem w swoim pokoju, w domu swoich rodziców. Pokazał mi swoje monety, swoje znaczki, swoje bagnety i żelazka z duszą. Zapytałem go, co tam trzyma, pozawijane w papier, w tym pudełku z przegródkami. „Różne rodzaje rdzy” – odpowiedział. No to skoro można kolekcjonować różne rodzaje rdzy, to czemu nie różne rodzaje cisz?

Jest milczenie na tym polegające, że się zaciska zęby, żeby nie skowyczeć z bólu.
Jest niezręczne milczenie, które zapada wtedy, gdy zjawia się ten, o którym właśnie mówiło się źle.
I piękne milczenie na temat, niewymowny atak na niewypowiedziane, milczenie zgodne, oniemienie z zachwytu, o którym pisał, tak zwykle hałaśliwy, Władysław Broniewski: cisza w sercu, jakże ja łatwo / spłoszyć lub zatruć. / Weź tę chwilę w dłonie, jak światło, / osłoń od wiatru.
Jest oniemiałość ze zgrozy. Wykrzyczał ją szeptem Kurtz, bohater Jądra ciemności, kiedy do dna zgłębił ludzką naturę. 
 
Muzeum cisz. Na sprężynujących kablach dyndają słuchawki. Nakładasz i masz: stanowisko pierwsze – głuche wnętrza kurhanów, stanowisko drugie – cisza po burzy, trzecie: Cisza 4:33 Johna Cage'a, czwarte – słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie i Jedźmy, nikt nie woła!. I gromobicie ciszy na Zamarłej Turni. Odpowiedź na pytanie o sens życia.
 Cisza śmierci, w której już nie słyszysz, jak odźwierny krzyczy ci wprost do ucha: Te drzwi były specjalnie dla ciebie! Teraz odchodzę i na zawsze je zamykam.
 Czy taki będzie koniec? W ciemności – niezrozumiałych szeptów  –  echa  –  –

                                                                         Wojciech Czaplewski

Latarnia Morska  2 (14) 2010 / 1 (15) 2011