Stare książki i przyroda

Kategoria: eseje i szkice Opublikowano: wtorek, 17, listopad 2009 Drukuj E-mail

Remigiusz Okraska

 

Lektura wyłącznie współczesnych autorów wysusza mózg
Nicolas Gomez Davila

O oddzieleniu człowieka od przyrody świadczą nie tylko widoczne gołym okiem spustoszenia ekologiczne. Nie tylko statystyki ze skumulowanymi liczbami tyczącymi się tego, co niewidoczne. O dokonanym rozbracie z duchem natury dobitnie przekonuje mnie co zupełnie innego i rzadko dostrzeganego przez wszelkiej maści "ekologów". Tym mniej popularnym, ale równie znamiennym świadectwem jest język, w jakim formułujemy swoje wypowiedzi o przyrodzie. Uwidacznia on wielką i głęboką przepaść, która dzieli nas od lasów, pól, łąk, jezior i rzek. Od orła i puchacza, wilka i susła, dębu i wiązu, storczyka i dziewięćsiła.
Nasze słownictwo dotyczące przyrody przypomina albo quasi-naukowy bełkot, albo techniczno-eksploatatorski żargon, albo jakąś wydelikaconą new age'ową nowomowę. Nie potrafimy już oddać słowami tego, co istotne w naszym odbiorze przyrody. Nasz język wyraża nie ducha, lecz literę. Jesteśmy ubożsi o umiejętność wyrażania emocji powstałych na styku człowieczego wnętrza oraz tchnienia królestwa flory i fauny.
Dlaczego sądzę, że utraciliśmy coś, co kiedyś posiadaliśmy? Skąd o tym wiem? To proste: ze starych książek. Nie ma już wśród nas ludzi, którzy pamiętaliby czasy silnego, niemal intymnego związku z przyrodą. Nie ma tych, którzy mieli swój język, rządzący się własnymi prawami i wyrażający to, co zagubiliśmy w świecie asfaltu i drapaczy chmur, w otoczeniu lśniących blach samochodów i szumu włączonego komputera. Są jednak stare książki. Są drzewa zamienione w papier, lecz mimo to mówiące do nas własnym głosem – głosem, który kiedyś był powszechnie rozumiany.
W starych książkach spotykamy inny język. Język jedności i głębokiego związku. Dzisiaj już niemal nikt tak nie pisze i nikt tak nie mówi. Sami obrońcy przyrody nie znają tej mowy, którą niegdyś można było napotkać nawet u poślednich pisarzy. Ich język był językiem naznaczonym obcowaniem z nieprzekształconą naturą, z jej urokiem i tajemnicą. Czasami, gdy już nie mogę wytrzymać brzmienia potoków słów wypływających z ust dzisiejszych ludzi, gdy już nie mogę słuchać siebie i innych, sięgam na półkę. Biorę do ręki “Księgę puszczy” Tytusa Karpowicza, “Lato leśnych ludzi” Marii Rodziewiczówny, “Puszczę Jodłową” Stefana Żeromskiego, “Błogosławieństwo ziemi” Knuta Hamsuna, “A lasy wiecznie śpiewają” Trygve Gulbranssena, “Lasy i ludzi” Ernsta Wiecherta lub jeszcze inną z wielu pozycji równie zajmująco mówiących o przyrodzie, choć przecież nie zawsze wybitnych pod względem literackim. W tych książkach można jeszcze poczuć zdolność wyrażania emocji związanych z przyrodą, jaką posiadał dawny język.
Mówię “stare książki”, ale przecież nie są one bardzo stare. Pochodzą w większości sprzed raptem 40-60 lat. Tak niewiele czasu było potrzeba, byśmy zatracili umiejętność posiadaną przez naszych przodków. Wystarczyło kilkadziesiąt lat wielorodzinnego budownictwa, radiowo-telewizyjnego szumu informacyjnego, powszechnego szkolnictwa z jego ohydnym podręcznikowym żargonem, gigantycznych miast i blaszanych klatek do podróżowania, wciąż węższych specjalizacji zawodowych. Wystarczyło kilkadziesiąt lat kulturalnych mód, racjonalnego światopoglądu, “sprywatyzowania” emocji i przekucia ich na język obwieszczeń o obniżce cen. Zabrano nam język – i nawet tego nie zauważyliśmy.
Narzucono nam sposób wyrażania się (i myślenia – wszak myśli formułujemy w konkretnym języku), a ci, którzy piszą książki nie są już “ludźmi lasu”, nie potrafią z nim rozmawiać – i pisać o nim tak, by można było usłyszeć szum liści czy krzyk mewy gdzieś w oddali. Współcześni pisarze i poeci są antropocentryczni aż do bólu. W ich języku nie słychać już tętna przyrody. Potrafią pisać tylko o ludziach, o ich rozterkach i złudzeniach, o ich rozmyślaniach i wymysłach. O ludziach, którzy – tak jak i twórcy ich książkowych losów – nie potrafią już przekroczyć granicy między światem kultury i natury. To nie ich wina – kiedyś ta granica była płynna, niestrzeżona, wnikająca w przestrzeń ludzkich siedzib, dzisiaj zaś przypomina potężne zasieki.
Stare książki są spłatą długu zaciągniętego przez człowieka w świecie przyrody. Ich edycja to wiele ściętych drzew, lecz przewracając w ciszy i skupieniu owe karty możemy usłyszeć szum dawnych mieszkańców lasu. Czyniąc to samo z książkami współczesnych twórców możemy usłyszeć coś zupełnie innego: warkot motorowych pił i echo upadających sosen, buków, jodeł, dębów, świerków i jesionów.
Podobną intuicję, choć dotyczącą poezji, znalazłem kiedyś u Guido Ceronettiego, który w swym eseju “Poezja jasna, poezja ciemna” pisał: “Przyroda, którą niszczymy, nie jest jak skóra tygrysa zamieniona w dywanik, ale jak tygrys, co rozszarpuje śpiącego. Będziemy coraz bardziej cierpieć na ten szczególny rodzaj szkorbutu, spowodowany brakiem krajobrazów, a poezja z dawnych lat stanie się dla nas najskuteczniejszym lekarstwem”.
Ktoś powie, że to żale nad rozlanym mlekiem. W pewnej mierze będzie miał rację. Trudno wymagać od współczesnych twórców, aby ich język był nasycony przyrodą, skoro jej samej zostało niewiele w takiej postaci, która mogłaby inspirować. Nie zainspiruje bowiem coś, co zwie się dzisiaj lasem, a co jest ustawioną w rządki plantacją sosnowych czy świerkowych desek. A jeśli nawet zainspiruje, to lasy współczesne już niewiele mają w sobie tajemnicy, poprzecinane drogami do zwózki drewna i naznaczone informacyjnymi tablicami, że tu mieszka taki i taki chrząszcz oraz kumak. Inspirują jeszcze liche resztki dawnej przyrody – Puszcza Białowieska, ostępy Bieszczadów, Bagna Biebrzańskie i kilkanaście podobnych miejsc – ale i wtedy trudno się zachwycić ich opisami, skoro autorzy są tam głównie przejazdem, na urlopowym czy weekendowym “ładowaniu akumulatorów”.
Coraz mniej starych lasów, rzecznych rozlewisk i bagiennych otchłani. Skoro przyrody dokoła ubywa lub zostaje ona “ucywilizowana”, to oczywiste jest, iż nie będzie zajmowała znaczącego miejsca w literaturze, a jej rzadkie opisy pozostaną nijakie lub też stanowić będą zaledwie tło do innych wydarzeń. Zdarzają się oczywiście wyjątki, jak od każdej reguły, lecz to nie one kształtują “główny nurt”, pozostając zaledwie ciekawostkami, może nawet chwalonymi, ale znanymi głównie w wąskim kręgu specjalistów i kolegów po fachu.
O tym, że język opiewający przyrodę stracił wiele z dawnego blasku świadczy nie tylko współczesna literatura, lecz również to, w jaki sposób opisują przyrodę jej deklaratywni obrońcy. To już nie jest taki czy inny trend poetycki i prozatorski, to po prostu zgroza – ekolodzy mówią o Naturze tak obrzydliwym, technicznym lub buchalterskim żargonem, że przypomina to rozważania o – excusez le mot – produkcji trzody chlewnej. Wydawałoby się, że im mniej nieprzekształconej, dzikiej przyrody, tym jej deklaratywni obrońcy powinni bardziej uczulać na to ocalone piękno, tajemnicę, niepowtarzalność, cudowność. Tymczasem oni czynią wręcz odwrotnie, ujmując przyrodę w statystyki rezerwatów, w wyliczenia par i osobników poszczególnych gatunków, w łacińskie nazwy i klasyfikacje. Owszem, jest to ekologia – na miarę głównej księgowej lub intendenta.
Dlatego też, przy wszystkim, co wyżej powiedziałem o rezygnacji literatury z opiewania naszego przyrodniczego matecznika, to właśnie w niej – w starych i nieco nowszych książkach – znajdziemy inspirację do refleksji nad wartością Natury. Jeśli gdzieś szukać dziś resztek wrażliwości na przyrodnicze dziedzictwo i namysłu nad jego śladem w człowieczej duszy, to nie w tych wszystkich bezradnych, nijakich grupkach “ekologów”, zajętych nieustannym przeliczaniem posiadanych aktywów i wymyślaniem kolejnych jałowych i bezproduktywnych strategii. Dopóki ekologia nie wypracuje nowego, porywającego języka, którym poruszy serca, dopóty nie wykroczy poza marginalną “sektę” coraz bardziej sfrustrowanych “działaczy”, nie mogących zrozumieć, jak to jest, że oni tak bardzo się starają, a nikogo to nie interesuje. A dlaczego miałoby interesować, skoro język ekologów jest bądź to niezrozumiały, bądź bezpłciowy, nie mający żadnej mocy oddziaływania.
Wciąż jeszcze mamy szansę nauczyć się na powrót dawnego języka i dawnych emocji. To z kolei może być – oprócz czynnej obrony ocalonych obszarów i gatunków – krokiem ku przewartościowaniu dominującego etosu, opartego na lekceważeniu przyrody i traktowaniu jej li tylko jako rezerwuaru surowców. Pomocne mogą być nam w tym stare książki, przede wszystkim jednak sama przyroda. Mazurski poeta Erwin Kruk przypomina o tym w wierszu “Wyjdź naprzeciw”:

Jeżeli pochodzisz ze starych,
Dawno wymarłych plemion,
Jeśli nie znasz języka
Ani sposobu,
Jak można to udowodnić,
Popatrz w niebo,
Nad którym zawisł jastrząb w południe,
Podnieś ziarenko piasku,
Źdźbło trawy, gałązkę jałowca,
Stań nad wodą,
W której mija twoje odbicie.
Wyjdź naprzeciw wieczoru.
Jak jasno
Pulsuje tu ciemność.


Latarnia Morska nr 1/2006