O umieraniu racjonalistów, kocie ogólnym i znaczeniu świata

Kategoria: eseje i szkice Opublikowano: niedziela, 21, listopad 2010 Drukuj E-mail

Wojciech Czaplewski


Cyprysy mówią, że to dla Julietty
że dla Romea ta łza znad planety
spada i groby przecieka
C. K. Norwid

1.
Jakieś czterysta lat temu urodziła się nowożytna filozofia. Noworodek przybrał postać racjonalizmu – systemu, który stawiał na czyste, wolne od autorytetu, niepodparte dogmatami myślenie. Jednym z kłopotów, z którymi racjonalizm musiał się zmierzyć, był tak zwany problem substancji (substancja to coś, z czego zrobione jest wszystko, co jest). Pierwszy racjonalista, Kartezjusz, ogłosił, że substancje są dwie: umysł i ciało, przy czym fundamentalną cechą umysłu jest myślenie, a ciała – rozciągłość, czyli zajmowanie pewnego miejsca w przestrzeni. Sam Kartezjusz ujmuje to tak: rozciągłość wzdłuż, wszerz i w głąb konstytuuje naturę substancji cielesnej; a myślenie konstytuuje naturę substancji myślącej, i dalej dodaje, że jest to oczywiste dla każdego, kto na tym skupi uwagę. Zaś problem w tym przypadku polega na tym, jak te dwie, istotowo różne substancje mogą na siebie wzajem oddziaływać. Jeżeli, jak uważa Kartezjusz, każde działanie polega na nacisku jednego przedmiotu na drugi, to jakim cudem przyczyną działania może być nierozciągły, niematerialny umysł? Jak myśl, dajmy na to: „zimno mi”, może spowodować, że moje materialne ciało ruszy na poszukiwanie rozciągłych kapci? Kartezjuszowi zwróciła na ten problem uwagę duńska królowa Małgorzata i zaprosiła filozofa do siebie, oferując mu przy tym, jako nadwornemu filozofowi, niezłą gażę. Kartezjusz dał się skusić, na własne nieszczęście, bo opuściwszy słodką Francję, na źle ogrzewanym kopenhaskim dworze przeziębił się i umarł.
Inny wielki racjonalista, Żyd z Amsterdamu, Baruch Spinoza, stwierdził, że istnieje tylko jedna substancja, objawiająca ludzkiemu poznaniu swe rozmaite aspekty. Stąd wielość dających się zaobserwować zjawisk świata. Substancję tę Spinoza zamiennie nazywał Bytem, Umysłem, Bogiem lub Naturą, co spowodowało, że amsterdamska gmina żydowska uznała filozofa za heretyka i bluźniercę, obłożyła go klątwą i obcięła mu finansowe wsparcie. Zmuszony do zarabiania na życie, Spinoza został szlifierzem szkieł, po czym, w trakcie konstruowania swej matematycznie dowiedzionej nauki o szczęśliwym życiu, nawdychał się szkodliwych opiłków i umarł.
I wtedy (zresztą mniejsza o chronologię) na arenę dziejów filozofii wkroczył Gottfried Leibniz, racjonalista niemiecki, odkrywca rachunku różniczkowego i autor słynnego metafizycznego pytania: Dlaczego jest raczej coś niż nic?. Leibniz wpadł na nowy, osobliwy sposób rozwiązania problemu substancji. Wymyślił, że substancji jest wiele, bardzo wiele, może nawet nieskończenie wiele. Każda rzecz, będąca osobnym bytem (ja, ty, ta kartka papieru) to osobna substancja. Substancjom w ten sposób wykoncypowanym Leibniz nadał nazwę monad. Monady to byty bez okien, doskonale od siebie wzajemnie odizolowane, osobne, w sobie zamknięte. Jednocześnie monady to substancje tak zmyślnie przez dobrego Pana Boga zaprogramowane, że wzajemnie do siebie pasują, w harmonii współistnieją, tworząc najlepszy z możliwych światów. Czym jest więc ten najlepszy z możliwych świat rzeczywisty? Bytem składającym się z bilionów monad, samotnych wirtualnych światków pogrążonych w matriksie*.

2.
 Jak znaczą słowa? – oto pytanie, które należałoby sobie zadać, jeśli się chce słów używać do czegoś więcej niż siema jak leci. (Tym czymś więcej miałoby być mówienie z sensem i komunikowanie spraw ważnych). Chciałoby się, żeby każde wyrażenie języka odnosiło się do czegoś, o czym wiemy, że jest, tak jak na przykład wyrażenie „Wojciech Czaplewski”, „Mikołaj Kopernik”, „jezioro Śniardwy” czy „ta oto kartka, na której tym oto długopisem piszę ten oto tekst”. Używając pojęć z dziedziny nauk o znaczeniu, powiedzieć należałoby, że wyrażenia typu „Mikołaj Kopernik” czy „ten oto tekst” mają w świecie realnym swoje desygnaty, czyli konkretne przedmioty, których są nazwami. Co jednak począć z wyrażeniami składającymi się na zdania ogólne typu: „człowiek jest miarą wszechrzeczy” czy „najlepszym przyjacielem kobiety są diamenty”? Czy w świecie realnym można palcem wskazać coś, o czym wiemy, że jest, do czego odnoszą się te wyrażenia? Innymi słowy – czy „człowiek” albo „kobieta” z powyższych zdań mają swoje desygnaty?
 Pytania, które przed chwilą zadałem, zdają się nie brzmieć szczególnie poważnie, a jednak wokół nich przez całe stulecia toczył się gorący spór filozoficzny. Na przykład w wieku dwudziestym w ramach tego sporu słynny filozof Ludwig Wittgenstein rzucił się z pogrzebaczem na równie słynnego filozofa Karla Poppera. Najwyrazistszą postać, może dlatego, że z daleka nie widać szczegółów, spór ten, zwany sporem o uniwersalia czy też powszechniki (czyli właśnie desygnaty pojęć ogólnych), przybrał w średniowieczu.
 Średniowieczni realiści, niemający zresztą nic wspólnego z dzisiejszymi realistami, wierzyli w świat realnie (stąd nazwa) istniejących desygnatów pojęć ogólnych, czyli w coś rodzaju pozazmysłowej przestrzeni platońskich ideałów, gdzie można znaleźć takiego ogólnego człowieka, kobietę czy na przykład kota. I owe idealne byty – powszechniki – są czymś realniejszym, prawdziwszym (rzec można: bardziej są) niż obserwowalne zmysłowo obiekty typu Mikołaj Kopernik, Marylin Monroe czy na przykład moja Murka.
 W świecie poezji wiara w powszechniki widoczna jest na przykład w wielu wierszach Wisławy Szymborskiej. Kiedy w słynnym utworze "Sto pociech" autorka pisze o człowieku: Zachciało mu się szczęścia, / zachciało mu się prawdy, / zachciało mu się wieczności, / patrzcie go!, to jest to o człowieku ze świata idei (w ostatniej linijce utworu Szymborska wyraża się o nim: istny człowiek), na niepokojącym poziomie ogólności. Dająca się tu poczuć sympatia do człowieka jakoś mnie też niepokoi, bo odnosząc się do „człowieka ogólnego” rodem z teorii średniowiecznych realistów, jakoś nie bardzo dotyka mnie czy ciebie. Wyrażenie patrzcie go, trzy razy użyte w wierszu, nie ma nic wspólnego z używaniem wzroku, bo nie odnosi się do zmysłowego konkretu, lecz do pojęciowej abstrakcji. Nieprawdą jest, jakoby poezja noblistki była czysto intelektualna, z emocjonalnym dystansem. Emocje są, lecz adresowane w stronę świata uniwersaliów. Liczba pojedyncza nie oznacza konkretu, lecz absolutyzację. Rzadka obecność jakiegoś ja, jakiegoś ty, jakiegoś tego oto – choćby fikcyjnego – człowieka. Innymi słowy Staś Tarkowski jest czymś konkretniej istniejącym, niż temat wiersza Sto pociech, Nienawiść, Urodziny czy Cebula. Wybór wierszy Szymborskiej mógłby się nazywać „Wiersze na temat” albo „Instrukcja obsługi pojęć”. Ale dość tej dygresji. Wracamy do kłótni o powszechniki.

3.
 Na przeciwnym niż realiści skraju średniowiecznego sporu znaleźli się nominaliści, którzy uważali, że „człowiek”, „kobieta” czy „kot” nie są nazwami żadnych rzeczy. To jedynie dźwięki mowy, które my – użytkownicy języka – przyczepiamy do tego czy owego obiektu. Kiedy na przykład mówię: „moja Murka jest kotem”, w istocie nie orzekam niczego o Murce, komunikuję jedynie, że obiektom takim jak Murka postanowiłem przyporządkować wyrażenie językowe „kot”.
 Tryumfujący nominalizm zbliża nas do współczesnych teorii języka. Amerykański antropolog i językoznawca Benjamin Whorf, posługując się między innymi badaniami nad językiem Indian Hopi, ogłosił, że rzeczywistość, w jakiej żyjemy i się poruszamy, jest budowana i kształtowana przez język, jakim się posługujemy. Jest więc niejako odwrotnie, niż to podpowiada nam tak zwany zdrowy rozsądek**. A światów jest tyle, ile języków (Ludwig Wittgenstein powiedział: granice mego języka są granicami mojego świata). Strukturalista Ferdynand de Saussure opisał język jako system wzajemnie uwarunkowanych relacji, niemających żadnych odniesień do rzeczywistości pozajęzykowej. Znaczeniem słowa są inne słowa, nie żaden obiekt spoza języka. A postmodernista i dekonstrukcjonista Jacques Derrida zauważył, że procesem rozmowy rządzą „różnica” i „opóźnienie”, czyli że między intencją tego, kto mówi, wypowiadanym słowem, jego znaczeniem i rozumieniem przez tego, kto słucha, sterczą niepokonywalne ściany. Prawdziwa komunikacja między tym, kto mówi, a tym, kto słucha, okazuje się niemożliwa, bo każdy komunikuje się co najwyżej sam ze sobą (a i to jest mocno wątpliwe). Język okazuje się być systemem samowystarczalnym jak perpetuum mobile i zamkniętym na rzeczywistość jak Leibnizowska monada.
 Czy możliwa jest w takim języku poezja? Otóż tak, co widać na przykład w wielu wierszach Tadeusza Różewicza: jeszcze raz zabiorę się do roboty / tak! będę się uczył chińskiego / czy warto / oczywiście; na piaskach / moich słów / ktoś nakreślił znak;  wiersz rwie się / jak stare sznurowadło; pijane prostytutki / na dworcu / seplenią szepcą / mistrzu mistrzu;  pięć koszy / wypełnionych słowem / słowo się stało papierem;  poeci w celofanie / słowa szeleszczą; tam się wiersz biały / nagi / przemienia / w popioły. Świat nieporozumienia. Słowa, które odbijają się od ludzi, od siebie nawzajem. Monady słów, mikrokosmos bełkotu, języki chaosu. Spokojna (przez co jeszcze bardziej rozpaczliwa) rozpacz z powodu rozpadu języka.

4.
 Nie dajmy się jednak przekonać filozofom, którzy głoszą monady i matriksy. Strukturalistyczne i postmodernistyczne światy zamknięte na prawdę i porozumienie traktujmy z należytą powagą, jak ostrzeżenie z bocianiego gniazda, jak przestrogę mędrca. Światy bez okien? Przypomina mi się opowieść Aleksandra Wata o tym, jak w trzydziestym dziewiątym schwytany przez komunistów siedział w zamarstynowskim więzieniu we Lwowie, a w sąsiedniej celi zamknięty był Władysław Broniewski, poeta i więzienny wyga, co kiblował już nieraz wcześniej, za sanacji. I o tym, jak stukali do siebie przez ścianę więziennym alfabetem***. Więc nawet ściana może być oknem! (Takim właśnie stukaniem w ścianę duszyczki uwięzionej jest dla mnie poezja Różewicza).
 Komunikacja musi mieć okna, inaczej nie byłaby komunikacją. Żeby do komunikacji dojść mogło, potrzebny jest ten, kto mówi, ten, kto słucha, i to, co się mówi (fachowiec powiedziałby: nadawca, odbiorca i tekst; no ale ja nie jestem fachowcem). O warunkach, jakie spełniać powinien nadawca, aby do komunikacji doszło, sporo do powiedzenia mają personaliści (jak Mounier i Maritain) i filozofowie dialogu (jak Levinas, Buber czy nasz świętej pamięci Józef Tischner). Rzecz sprowadza się, w dużym uproszczeniu, do tego, że nikt nie jest samotną wyspą, że konieczne jest otwarcie na Innego, że Ty ważniejsze jest od Ja, że etyka wiedzie prym przed ontologią, a mówiąc po naszemu i bez ogródek: trzeba miłować bliźniego swego.
 Ja jednak, zgodnie z duchem niniejszego wywodu, pragnę przyjrzeć się warunkom, jakie w akcie komunikacji spełniać powinien tekst. Juliusz Słowacki ujął to tak: Chodzi mi o to, aby język giętki / Powiedział wszystko, co pomyśli głowa. Jak to jednak osiągnąć, skoro mój język składa się z kilkunastu tysięcy słów i parudziesięciu reguł gramatycznych, a tego, co może pomyśleć głowa i poczuć serce, jest nieskończenie wiele? Innymi słowy: jak język, który składa się z ograniczonej ilości znaków, może komunikować nieograniczoną ilość treści? Ano po pierwsze tak, że owe znaki łączą się ze sobą w praktycznie nieograniczoną ilość kombinacji. Ale po drugie i ważniejsze: słowa na szczęście nie są przymocowane do swych znaczeń jak etykietka do towaru. Relacja między słowem a jego znaczeniem jest skomplikowana i jednocześnie płynna, rzekłbym: niezobowiązująca. Na przykład zdanie „Zimno mi” może znaczyć: 'czuję, że wokół mnie panuje niska temperatura', ale może też znaczyć: 'no przytul mnie wreszcie'. Zjawiskiem, które najpełniej pokazuje, jak dzięki płynności znaczeń słowo może komunikować nieograniczone bogactwo treści, jest poetycka metafora.
 W jednym ze swoich najbardziej znanych (bo śpiewanym przez Ewę Demarczyk) wierszy wojenny warszawski poeta Krzysztof Kamil Baczyński zwraca się do swej ukochanej Basi takimi słowami: Jeno wyjmij mi z tych oczu / szkło bolesne, obraz dni, / który czaszki białe toczy / przez płonące łąki krwi. Słyszymy informację, że osobie mówiącej te słowa patrzenie na wojnę sprawia ból. Ale nie tylko to. Użycie metafory „szkła w oku” umożliwia czytelnikowi wyobrażenie sobie, intensywne poczucie zmysłowego, niemal fizjologicznego bólu. Metaforyczny obraz w dwóch końcowych linijkach fragmentu – owe czaszki, płomienie i krew – plastycznie wyobraża tryumfującą śmierć, sedno i istotę wojennej grozy. Ale nie tylko to, bo przez kulturowe skojarzenia wywołuje obrazy apokalipsy, stając się przedstawieniem zagłady świata i, być może, ukrytej eschatologicznej nadziei. Ale i na tym nie koniec: białe czaszki na łąkach krwi to jeszcze plastyczna i apokaliptyczna, lecz także historiozoficzna, a może nawet mesjanistyczna – flaga Polski. A archaiczna forma spójnika, od którego fragment się zaczyna, nadaje tekstowi wymiar podniosły, przenosi go w sferę mowy wysokiej, zarezerwowanej dla spraw o randze mitu, odwiecznych i uniwersalnych. Męski rym jednosylabowych słów z mocą wskazuje na to, co w tekście najważniejsze. Jest tu jeszcze błaganie, jest jeszcze przeciwstawienie słowom poprzedzającym ten zacytowany fragment... czy myślisz może, że powyższe rozważanie wyczerpało do dna ukryte metaforyczne sensy słów Baczyńskiego? Nigdy w życiu! Udana metafora nie ma dna. A Baczyński był mistrzem udanych metafor.

5.
 I prawie na pewno na tym można by zakończyć – skoro się okazało, że słowo poetyckie, nawet jeśli jest monadą, to ma okna, otwarte jest na komunikację, na bliskie spotkanie jakiegoś prawdziwego Ja z jakimś prawdziwym Ty. Ale zachodzi jeszcze jedna okoliczność, której przemilczać nie wypada.
 Zacznę od tego, że tradycja znana już starożytnym rozróżniała trzy sposoby czytania czy raczej interpretowania świętych tekstów. Interpretacja dosłowna pozwalała rozumieć Pisma jako relację o faktach historii naturalnej czy historii ludzkości. I nie chodzi tu o dosłowność sensu stricto, łopatologiczną, jako że wiadomo, iż święte teksty przemawiają językiem symboli i metafor. Wyżej jest interpretacja alegoryczna, wskazująca na związek owych faktów z innymi faktami – innymi słowy historia naturalna czy historia ludzkości sama staje się tekstem, odsyłającym do znaczeń ukrytych. Przejście przez rozstępujące się wody Morza Czerwonego to na planie dosłowności opowieść o ucieczce Izraelitów z Egiptu, inspirowanej i wspomaganej przez Boga. Na planie alegorycznym to zapowiedź wód chrztu, które przeprowadzają człowieka ze śmierci do (wiecznego) życia. Ale na interpretacji alegorycznej się nie kończy. Jest jeszcze interpretacja anagogiczna, w której mocą wiary i łaski czytelnik świętych pism doświadcza żywej obecności ich ukrytego autora – Boga.
 Nauką, która na najwyższym poziomie ogólności pisuje świat, w którym żyjemy, jest współczesna fizyka. W pierwszych dziesięcioleciach dwudziestego wieku stworzyła dwie wspaniałe teorie: ogólną teorię względności i mechanikę kwantową. To nic, że Einsteinowska teoria względności burzy klasyczne wyobrażenia na temat czasu i przestrzeni. Nic, że zasada nieokreśloności, dotycząca zjawisk kwantowych, czyni przypadkowość i prawdopodobieństwo własnością fizyczną. Ale obie te teorie świetnie objaśniają zjawiska kosmosu. Każda z nich jest spójna, elegancka i potwierdzona tysiącami doświadczeń i obserwacji. Mają tylko jeden mankament: wykluczają się nawzajem.
 Od czasów Einsteina i Heisenberga minęło kilkadziesiąt lat. Fizyka przez ten czas nie stała w miejscu. Poszukując jednolitej teorii wyjaśniającej świat (zwanej czasem ogólną teorią pola, czasem kwantową teorią grawitacji, czasem M-teorią, a czasem – skromnie – ogólną teorią wszystkiego), naukowcy mówią o parujących czarnych dziurach, o jednowymiarowych superstrunach drgających w jedenastowymiarowych przestrzeniach, o przestrzeniach, w których odbywają się procesy, mimo że nie płynie w nich czas, o algebrach, w których „a razy b” nie równa się „b razy a”, o czarownych kwarkach i pianie kwantowej.
 Z pewnością język, jakim mówi do nas świat (stop: świat jest tekstem; tym kto mówi, jest Ktoś inny), to język metafory raczej niż literalności, raczej poezji niż empirycznego dyskursu.
Świat – ta niechybnie zapisana palcem Boga księga, w której najskromniejsza róża jest komentarzem naszej ziemskiej wędrówki****… Świat przemawia. Uczestniczy w dialogu. Ale kto z kim rozmawia? Co mówi? I po jakiemu?
W sławetnej Wielkiej Improwizacji Mickiewicz oświadcza, że jedynymi godnymi go partnerami do rozmowy są Bóg i Natura. Albo kiedy staję na Kozich Wierchach i patrzę na wschód, na Granaty, czuję wtedy, że ten pejzaż do mnie przemawia, jakoś wręcz woła. Albo tęcza – podpis Boga pod aktem Przymierza. Albo cedry, brzozy, dęby – drzewa, które bardziej znaczą, niż po prostu są. Cyprysy mówią, że to… No właśnie: świat ma sens, rzeczy świata tego nie tylko są, ale i znaczą. A w takim razie prawda nie jest tylko wartością logiczną sądów orzecznikowych, nie tylko jest własnością zdań – bytów językowych. Bo i świat jest zdaniem, czymś więcej niż zdaniem: tekstem, opowieścią, która ma sens dosłowny, jak życie i śmierć, alegoryczny, jak krążenie planet i krótki żywot gwiazd, i anagogiczny jak miłosne spojrzenie Boga.


---------------------------------------------
*Czytelnikom zainteresowanym tą kwestią wyjaśnbiam, że Leibnitz też umarł. Zresztą wszyscy umrzemy.
**Im bliżej naszych czasów, tym bardziej niektórych naukowców, a zwłaszcza filozofów, charakteryzuje niepowstrzymana chęć dokonywania "przewrotów kopernikańskich", przestawiania rzeczy z głowy na nogi i odwrotnie.
***Zainteresowanych odsyłam do znakomitego Mojego wieku - mówionej książki Aleksandra Wata.
****To mój ulubiony cytat z Imienia róży, oczywiście.


Latarnia Morska 1-2 (11-12) 2009 / 1 (13) 2010