Z Drzeżdżonem na Przełęczy Szpiglasowej

Kategoria: eseje i szkice Utworzono: poniedziałek, 21, marzec 2016 Opublikowano: poniedziałek, 21, marzec 2016 Drukuj E-mail


Janusz Termer

1.

Pisarskie początki Jana Drzeżdżona, przypadające na lata 70., nie były usłane różami. Dużo wody musiało spłynąć Wisłą do Bałtyku, nad brzegiem którego urodził się i mieszkał, nim stał się pisarzem znanym i cenionym nie tylko przez krytyków literackich – początkowo nielicznych zresztą. Ma dzisiaj wielu swoich „fanów” zarówno pośród czytelników zawodowo związanych z literaturą, jak i zwykłych jej miłośników i odbiorców. Z różnych już i z wielu kolejnych generacji. Wiem, bo spotykam się często z pytaniami o jego osobę i twórczość ze strony tych, co młodszych zwłaszcza miłośników literatury (są tacy jeszcze, na szczęście są), odkrywających w latach 90. i ostatnich jego prozę.

Ba, poszukujących po bibliotekach i antykwariatach jego utworów, istotnie będących dzisiaj prawdziwymi księgarskimi i antykwarycznymi rarytasami, mimo iż ich nakłady miewały (w latach 70. i 80.)  niebagatelne, bo dwudziesto- i trzydziestotysięczne cyfry widniejące w ujawnianej wtedy (dziś to sprawa zazwyczaj wstydliwa) tzw. stopce wydawniczej książki. A i niejednokrotnie bywały wówczas wznawiane, co wszystko to nota bene dziś nieosiągalne, często nawet dla autorów obecnie uznawanych za literackich szczęściarzy, pisarzy-sukcesu, niemal wyłącznie z zakresu pop-literatury! Takie czasy obecnie nam nastały...

2.

Pamiętam, że po raz pierwszy zetknąłem się z prozą Jana Drzeżdżona w roku 1974, kiedy to dostałem z Wydawnictwa Poznańskiego do recenzji wstępnej, tak zwanej wewnętrznej (dzisiejsi edytorzy nie zawracają sobie na ogół tym głowy), maszynopis jego debiutanckich opowiadań Upiory. Tom tekstów zaskakująco stylistycznie złożonych, niezwykłych. Nie tylko jak na standardy obowiązujące w ówczesnej młodoliterackiej prozie polskiej, bo bliskich poszukiwaniom pisarzy iberoamerykańskich z kręgu „realizmu magicznego” - jeżeli już porównywać - czyli poetyce nowej i wkrótce stającej się modnym wzorem i nawet manierą. Ukuto nawet z tej okazji pojęcie „boomu”.  Nie wiedziałem wtedy, że te opowiadania Drzeżdżona miały już kilka negatywnych i ostrych recenzji krytycznych (z wyjątkiem opinii Henryka Berezy), a sprawa ich publikacji wisiała na włosku. Rzeczywiście nie była to lektura ława i przyjemna, bo to wówczas jeszcze jawiła się poetyka niezbyt „oswojona”, niekoniecznie czytelnikowi przyjazna, bo wymagająca życzliwej uwagi, zrozumienia i współpracy! Moja bardzo pozytywnie zachęcająca wydawnictwo do publikacji recenzja też nie pomogła. Opowiadania Drzeżdżona ukazały się jednak, rok później, w innym wydawnictwie. Skontaktowałem się od razu z autorem, o którym nie wiedziałem wówczas nic, i poprosiłem o zgodę na publikację na łamach miesięcznika „Nowy Wyraz”. Była zgoda i była publikacja w tym piśmie, którego od paru miesięcy dopiero przedtem zostałem redaktorem naczelnym. Był to też i jego debiut literacki (jeśli nie liczyć publikacji opowiadań i szkiców Jana Drzeżdżona pisanych po kaszubsku). Drukowaliśmy też w „Nowym Wyrazie” jego szkice o literaturze kaszubskiej. Zostało mi to przez niego zapamiętane! Bo gdy wkrótce potem poznaliśmy się osobiście, to odtąd spotykaliśmy się często w różnych, niekiedy w mało oczekiwanych miejscach i sytuacjach!

Pamiętam jedno z takich spotkań. Był sobie oto pewien ładnie zapowiadający się, po kilku dniach deszczu, wrześniowy poranek w Tatrach, gdzieś z końcówki lat 80. XX  (jeszcze) wieku. Postanowiliśmy z B. wybrać się z tej okazji na solidną dłuższą wędrówkę „górską”,  przynajmniej gdzieś w okolice Morskiego Oka. Autobusy zakopiańskie chodziły wtedy rzadko - i niezbyt chętnie - więc trzeba było uruchomić naszego wysłużonego malucha. Na wieść o tym zabrało się z nami dwu kolegów z zakopiańskiej literackiej „Astorii” przy Drodze do Białego, gdzie mieszkaliśmy, czyli dwaj pisarze z Wybrzeża: Gdańszczanin: Zbigniew Żakiewicz, który był mi  wdzięczny za „wnikliwą” recenzję jego debiutanckich opowiadań, Chłopiec o lisie twarzy z „Twórczości” i Władysławowianin Janek Drzeżdżon. Pierwszy z nich pochodził wprawdzie z przedwojennego zaścianka  białorusko-litewskich kresów z okolic Mołodeczna, ale się na Wybrzeżu znakomicie zaadoptował (patrz jego szkice Gorycz i sól morza. Gdańskie Smorgonie, 2000). Ale drugi z nich to autentyczny Kaszub  „z dziada pradziada”...

Pomknęliśmy chyżo drogą przez Bystre i Zazadnią w stronę parkingu na Polanie Białczańskiej, gdzie dalej szosą asfaltową, zamknięta już wtedy dla samochodów, per pedes apostolorum do schroniska nad tym legendarnym górskim jeziorem, owianym jak wiadomo wieloma fantastycznymi opowieściami i mającym ponoć nawet, według starej góralskiej legendy, swoje tajemnicze podziemne połączenie z morzem! Co obu pisarzy, mieszkańców nadmorskiego wybrzeża mocno zaintrygowało... Tamże, po krótkim odpoczynku (i małym żywieckim na tarasie schroniskowym), mieliśmy pójść we trójkę przez Świstówkę do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Zbyszek Żakiewicz jednak oznajmił, tonem stanowczym i zamykającym wszelką dyskusję, że on owszem, poczeka tu nas łaskawie, ale nie ma zamiaru nigdzie dalej chodzić, bo jest co nieco podmęczony, łatwo tu o cień, a w ogóle to tutaj mu całkiem dobrze. My z Jankiem Drzeżdżonem, mimo owych, wcale nie tak łatwych do odrzucenia w czasie upalnego dnia w górach leniwie ponętnych i chłodnych pokus, poszliśmy dalej ową trudną, meandrycznie wijącą się, kamienistą i wyboistą percią pod górę...

Ale potem zmieniliśmy plany, zamiast schodzić w dół ze Świstówki do owych poniżej  połyskujących w słońcu :srebrzystą falą” stawów, wyłaniających się co i rusz zza kolejnego zakrętu i skalnego załomu dróżki usłanej pachnącym wrześniowym „kwieciem rozmaitym”, zgodnie postanowiliśmy nieco jeszcze nadłożyć drogi i przejść do Doliny Pięciu Stawów inną, dalszą nieco ścieżyną, wypatrzoną w znakomitym skądinąd przewodniku Józefa Nyki (sporo w nim odwołań literackich), czyli żółtym szlakiem prowadzącym przez Szpiglasową Przełęcz: Od schroniska nad Morskim Okiem 2 godz. Przełęcz powstała w strefie dyslokacyjnej, która w dalszym przebiegu odcina od grani głównej stożek Mnicha. Na pn. odsłania się widok na skalną krainę Pięciu Stawów Polskich – z grzbietem Orlej Grani w tle. Tak, takie widoki – i takie nazwy - to było coś dla nas warszawskich mieszczuchów, nie mówiąc już o naszym współtowarzyszu mozolnej wędrówki, Janie Drzeżdżonie, mieszkańcu owego nadmorskiego Władysławowa... Szliśmy więc uparcie i podziwialiśmy w milczeniu ciągle zmieniające się „zapierające dech w piersiach skaliste widoki”. Nie przestraszyła nas nawet, też wyczytana u Nyki, informacja, że zejście z Przełęczy Szpiglasowej na północ jest nieprzyjemne: krucha skała, umiarkowane trudności, częste oblodzenia lub niebezpieczny śnieg.

Aliści, jakby powiedział sam Jerzy Waldorf, potwierdziło się jednak po raz kolejny stare i znane w górach turystyczne porzekadło, że pogoda w Tatrach bywa zmienna i kapryśna „jak kobieta”. Nagle bowiem wyłoniły się, nie wiedzieć wcale skąd, białe i szarobure chmury, a słońce zaczynało co chwila przygasać; a i stawy połyskujące w Dolinie Pięciu Stawów gdzieś się nagle pochowały... Postanowiliśmy więc po krótkiej naradzie, i łyku herbaty z termosu, znowu zmienić plany i wracać tą samą, czyli bliższą drogą - w dół od razu do Morskiego Oka... Tak się i stało. Zbyszek Żakiewicz był na swoim posterunku, zadowolony po epikurejsku i szczęśliwy nie tylko dlatego, że smakował mu wyjątkowo tutaj, jak wyznał, napój chmielowy, ale i jak podejrzewam dlatego, że nas ujrzał wkraczających na taras schroniska Morskiego Oka całych, zdrowych, a i w niezłej formie, więc z realną perspektywą powrotu, chociaż chętnie by tu jeszcze z nami posiedział (a może to wtedy obmyślał owe „górskie”  fragmenty z paru swoich powieści...). Czas jednak najwyższy był na odwrót, bo zaczął wiać ciepły, łagodny początkowo wiatr – zapowiedź niechybna halnego... W lasach, a zwłaszcza na odkrytych terenach, i już do samego miasta, duło całkiem zdrowo; maluch sprawował się jednak nadzwyczaj dzielnie, chociaż na szosie od Łysej Polany i od wysokości Toporowej Cyrhli na znacznie mniej osłoniętej górami przestrzeni, po zakopiańską Jaszczurówkę, przydrożne smreki zaczynały już nie na żarty wycinać wzdłuż drogi te swoje po-wietrzne „góralskie tańce” i inne coraz groźniej wyglądające hołubce...

3.

Nie chcę jednak przez te wspominki powiedzieć, ani nawet dawać między wierszami do zrozumienia, że te nasze wspólne wędrówki z Jankiem Drzeżdżonem po tatrzańskich wertepach, „chmurach i górach”, w jakiś tam sposób wpłynęły na kształt jego literackiej wyobraźni i odcisnęły tam swoje wyraziste piętno w jego prozie. Nie byłaby to całkowita prawda, bo był on przecież już wcześniej życiowo i artystycznie ukształtowany, a  „zaprogramowany” został przez zupełnie inne realia i odmienne codzienne warunki żywota oraz duchowe kaszubskie i nadmorskie imaginarium... Bo jako dziecię, syn - było nie było - kaszubskiego kowala, uformowany w naturalny sposób bowiem został twórczo i artystycznie przez tamtejszy świat przyrody leśnej i rybacko-morskiej gospodarki, odmienny mimo wszystkie pokrewieństwa z polszczyzną język oraz kształtowaną przez wieki oryginalną kulturę tego swojego wspaniałego rodzimego ludu, jak też i – dodać wypada także – poprzez późniejsze rozliczne, bardzo rozległe lektury literatury i eseistyki polskiej oraz europejskiej (nota bene sam widziałem kiedyś Janka siedzącego na tarasie w zakopiańskiej „Astorii” i czytającego Heideggera – po niemiecku!).

Wydaje się, że cała proza Drzeżdżona powstawała w efekcie tego wewnętrznego napięcia, podejmowanych ciągle na nowo prób łączenia tych różnorodnych elementów w spójną narracyjną całość. Jest zapewne zatem swoistą sumą rozmaitych czynników: elementów czystej i swobodnej gry wyobraźni, form filozoficzno-eseistycznych, autobiograficznych czy wręcz laboratoryjnie czystych pomysłów autotematycznych. Pisał słusznie Krzysztof Rutkowski, że pisarstwo Jana Drzeżdżona “ma naturę paradoksalną: z jednej strony jego utwory nie są jakby powieściami, z drugiej zaś jawią się jako coś niesłychanie literackiego - są literaturą doprowadzoną do swych ostatecznych granic. Być może ujawniony w twórczości Jana Drzeżona paradoks jest sygnałem bardziej ogólnej, a zarazem bardzo istotnej opozycji między prozą a resztą literatury. Powieści-niepowieści Drzeżdżona są wyrazem tej opozycji, znakiem kryzysu literatury - są  l i t e r a t u r ą   k r y z y s u”.

Jan Drzeżdżon to prozaik, którego nowatorski dorobek, kryjący niezwykle złożony świat jego własnej pisarskiej wyobraźni, z trudem, początkowo zwłaszcza, przedzierał się przez opory krytycznych oraz naszych czytelniczych konwencjonalnych przyzwyczajeń literackich. Jest on autorem kilkunastu zbiorów opowiadań i powieści, z których tylko część znalazła jak dotąd życzliwych wydawców. Jest wśród nich m. in. tom wczesnych opowiadań Upiory, złożony z trzech tekstów zapowiadających już wyraźnie i zdecydowanie oryginalność stylu, charakteru i całą złożoną znaczeniowo problematykę prozy sygnowanej nazwiskiem Jana Drzeżdżona. Prozy odwołującej się nie wprost do realiów rzeczywistości określonego czasu i miejsca, ile do realiów świata wewnętrznego osobowości autorskiej i jego prostych bohaterów, najczęściej poprzez baśniowo-poetyckie, oniryczne, symboliczne i metaforycznej natury elementy narracji, z wykorzystaniem form groteski, głębszej ironii i szczególnego rodzaju fantasmagorii o całkiem jednakże realistycznym podkładzie w swej ogólnej wymowie i kulturowych kontekstach. Dobrym wprowadzeniem w świat wyobraźni i znaczeń prozy Drzeżdżona jest też jego powieść-niepowieść Leśna Dąbrowa, której wydarzenia i realia sytuuje autor w odrealnionej historycznie i społecznie, na poły arkadyjskiej i sielankowej rzeczywistości, pełnej jednak podskórnie czającego się okrucieństwa. Tak w ludziach. mieszkańcach wsi, jak i w samej głuszy śródleśnej, wplatając w narrację różne przypowieści, jak Studnia z cudowną wodą. Tutejszy nauczyciel, rodzaj alter ego autora, bierze udział w życiu i pracach mieszkańców wioski; uczestniczy w czynnościach zwyczajnych i rytualnych: pieczenie chleba, strzyżenie owiec, a koniec w ścinaniu drzewa starej jabłoni, z której wyrabia się wielką kołyskę dla dzikich gęsi. Powstaje, jak pisał Henryk Bereza, “sensowno-bezensowna akcja i sensowno-bezsensowna fabuła powieści o społeczności Leśnej Dąbrowy. W każdym ich odcinku zasada istnienia sensu w bezsensie jest jedna i ta sama, całość należy jednak rozumieć jako utwór o niezniszczalności sensu w bezsensie... Bezsens, skoro istnieje, musi mieć dostęp do języka, w języku trzeba go uchwycić i w języku zdemaskować”.

Najobszerniejszym i najbardziej bodaj typowym dla pisarskiej metody Jana Drzeżdżona jest powieść Karamoro, złożona z trzech części: Maria, Kukły i Strachy. Utwór powstał wedle autora z inspiracji krajobrazem norweskim, jak i z licznych odwołań do krajobrazów wcześniejszych jego własnych utworów. Karomoro to miasteczko leżące gdzieś nad pięknym bajkowym jeziorem pod lodową skałą. Lecz jest to, pisze Piotr Kuncewicz, “miasteczko widmowe, choć złożone z elementów realistycznych, budowane w stylu scenerii kafkowskiej. Poszczególne sceny i sytuacje przypominają niemal zwyczajne obyczajowe obrazki. W sumie jednak jest to miasteczko ludzi-marionetek, którzy którzy kultywują szczególne, często krwawe rytuały. Ginie Maria - a jej kukle zostaje wytoczony proces, gdyż samobójstwo jest tu karalne. Ginie rzeźbiarz i malarz Mikołaj, bohater części ostatniej. Krwawe ofiary są konieczne dla utrzymania istnienia miasteczka. Wszystko naprawdę jest widmowe, bardziej ze snu niż jawy... Przesłanie może nie zawsze jest w pełni czytelne, ale wizja jest imponująca”. Senne wizje, owe “wewnętrzne ogrody” wyobraźni, otwierają zdaniem pisarza (wzorem są tu zapewne zarówno surrealiści, jak i psychoanalitycy) drogę do poznawania prawdziwej i niezafałszowanej cywilizacyjnie ludzkiej natury, a przynajmniej otwierają nową perspektywę spojrzenia na świat. “Autor Leśnej Dąbrowy nieustannie poszukuje sposobu najdoskonalszego opowiedzenia świata ludzkiego, szuka dróg do istoty tych wszystkich przemian, jakie zachodzą w człowieku, i ma świadomość niemożności dotarcia do wszystkiego, co się tam dzieje” (pisał Leszek Bugajski). Całe pisarstwo Drzeżdżona porównywane jest dzisiaj często – i nie bez racji - z czołowymi osiągnięciami prozy światowej i rodzimej: Franz Kafka, Truman Capote, twórcy latynoskiego “realizmu magicznego” oraz  między innymi Bruno Schulz, Stanisław Vincenz, Wilhelm Mach, Stanisław Zieliński czy Kazimierz Truchanowski...

Jan Drzeżdżon tworzy jednakże światy własne i odrębne, wyobraźniowo bujne i potężne w nie tylko skali wizyjności, rozbudowane i złożone, odwołujące się do wielorakich filozoficznych i artystycznych i estetycznych tradycji - pytań o naturę świata i człowieka, a przede wszystkim pytania chrześcijańskiej teodycei o naturę zła istniejącego w świecie ludzkim. Autor nawiązuje do dramatycznych kwestii mrocznych teorii egzystencjalnych; pesymistycznego widzenia życia człowieka, spraw międzyludzkich, kulturowo-społecznych relacji jednostki z innymi ludźmi (Soren Kierkegaard, Martin Heidegger, Jean-Paul Sartre, teoretycy postmodernizmu). Z wieloma z tych koncepcji wdaje się Drzeżdżon w   polemiki i spory - ukryte w lirycznych obrazach, przypowieściach, wspomnieniach i rozmyślaniach bohaterów o świecie i Bogu, przyrodzie czy istocie sztuki (Twarz Boga, Twarz lodowca, Złoty pałacyk), zawsze pełne podskórnego autentycznego napięcia i egzystencjalnego dramatyzmu.

4.

To jednak, że ów „górski bakcyl” połknięty przez Jana Drzeżdżona był czymś trwale zakorzenionym w jego wyobraźni i musiał mieć jakiś wpływ na obrazowy świat oryginalnego kształtu jego prozy, zwłaszcza tej z późniejszego, ostatniego okresu życia (Twarz lodowca), nie ulega dla mnie wątpliwości. Pamiętam też jak we wspominanej wyżej  zakopiańskiej „Astorii” byliśmy świadkami takiej oto znamiennej sceny: siedzimy sobie pewnego razu w zacisznym wnętrzu oczekując na obiad, bo za oknami deszczowa plucha i wiatr, rozmawiamy o tym i owym leniwie, ciesząc się, że nie trzeba nigdzie wychodzić na zewnątrz. „Jesteśmy usprawiedliwieni przez taką pogodę, nie musimy chodzić w góry” - z właściwym dla siebie poczuciem ironicznego humoru powiedziała siedząca z nami przy wspólnym stole, a przebywająca tu jeszcze wtedy w „Astorii” przyszła nasza Noblistka, gdy tu nagle widzimy wracającego z przedpołudniowej wycieczki w góry, wkraczającego do jadalni, w całkiem przemoczonym płaszczu, zagadkowo uśmiechniętego... Janka Drzeżdżona.

Janusz Termer

 

Tekst z cyklu „Remanenty pamięci”, którego cztery inne fragmenty znaleźć można w tym dziale niżej. Przeczytaj też wywiad H. Szczepańskiej z J. Termerem w dziale „rozmowy latarni”