Fragmenty dziennika

Kategoria: eseje i szkice Utworzono: poniedziałek, 09, listopad 2015 Opublikowano: poniedziałek, 09, listopad 2015 Drukuj E-mail

Marian Lech Bednarek


środa, 13 luty 2013

Gdy ogołocony spojrzałem na drogę, zobaczyłem ciemny pasek, pasemko, jakbym jechał śladem czyjegoś długiego warkocza. Ta głowa ciemności ciągle przede mną, ciągle mnie wyprzedza. W tym mieściło się wszystko, bez żadnego przeciwieństwa à la “nic”. Jechałem z pracy do domu, w zimową noc. Zabrano mi wszystko. Nagi w samochodzie zgrzytałem zębami. Ogołocony jednak waży więcej niż ubrany. To inna wartość, inny ciężar gatunkowy.

 

czwartek, 14 luty 2013

“Zagubiony”, to najuczciwsze w stosunku do mnie słowo, muszę przyznać, może i też najtrafniejsza definicja człowieka? Choćbym więc robił cyrki z tymi literkami, grzebał w strukturach językowych, podłączając się pod cały pochód zagubionych z innych powodów, to nie zamaskuję tego stanu ducha, być może jedynej prawdy o sobie, wstydliwej, ale może taka właśnie jest kondycja Homo sapiens? Muszę więc rzucić się na ten głęboki ocean mojego zagubienia, by dosięgnąć jego dna. Nie mam pojęcia co to jest? Ale nie mam też wyjścia, jeśli mam wyjść na prostą. Gdziekolwiek nie stanę, wszędzie ten sam ocean pustki, wśród swoich, wśród zwałów śniegu aż po horyzont, i wśród innych zwałów.

Głucha noc, ujadanie psów w oddali, wolno płynie czas na słupach energetycznych. Ich czarne sztywne piony przypominają strażników więziennych w szczerym polu. I  ja jak na wygnaniu. Moje białe ślady to

dowody zagubienia. Nadeptałem dookoła mojej chałupy kilka wąskich ścieżek. Potem wsiąkną w ziemię, będzie inne zagubienie.

Ale co ja tu robię? Co mnie wyznacza? Nie znam tego, który to pisze. Całe lata rozmowa przez  mur tajemnicy, jakkolwiek by to zwał. Najbardziej sam sobie daleki jestem. I stąd to moje zagubienie, aż padam ze zmęczenia, bo już pierwsza w nocy.

Czy dać się komuś we znaki?, by poczuć własne żądło, jak się wyraził w swoim dzienniku Gombrowicz przed przyjazdem do Paryża, by wytknąć Francuzom ich sztuczność i ośmieszyć  wypacykowanego Prousta brzydkim Sartrem. A więc mistrzostwo reklamy według mnie, to tak opisać księżyc, by go wreszcie ukradli. Czy to jest żądło?  Powiedział co wiedział. W każdym razie ja już dawno gdzieś wyjechałem i jedynie przeciw własnej ciemności muszę się zbroić.

Czy w fajerwerkach życia zagubienie jest mniej dotkliwsze?  Morzy mnie sen. To najbardziej organiczne zagubienie. Nic się za tym nie kryje, a przynajmniej nic wyraźnego, wtedy czuję się jak prawdziwy ślepiec, dotykam tylko materialności istnienia. Jedyny maszt świadomości na tym rozległym oceanie, to szczoteczka do zębów przycumowana w łazience. Już się porusza, huśta i wygina w mojej ręce. I już po wszystkim. Kładę się i gaszę światło.

 

14.03.2013

Czy dłużnik bankowy zalicza się jeszcze do żywych?, zwłaszcza dłużnik przez duże D. Muszę przyznać, że na moim cmentarzu trzaski kości są głośniejsze, niż wtedy, gdy żyłem jeszcze na wolności, a pory roku to ciężka praca liści, żadne tam zefirki relaksu podróżującego po świecie pięknoducha. Biorę siekierę i wbijam ją w samo serce ziemi. Nadchodzi kolejna wiosna jak ja za kratkami długów próbuję sprecyzować plan ucieczki. Moja luba jest coraz słabsza i ja też, ale jeszcze walczymy. Szkoda mi jej, bo musi robić rzeczy, które nie powinna robić. Miała mi być piękną towarzyszką życia i muzą, a jest  tylko zmęczoną kobietą. Siedzimy za kratami własnego nieszczęścia, naszego domu i próbujemy się uśmiechać. Więzienne słońce grzeje inaczej. Mówi że  na krzewach są już małe pąki.

 

15.03.2013

Zacząłem w sobotę moją nową robotę. Spakowałem kanapki i dyla jak po promilach, bo chyba trzeba być wstawionym, by na taką robotę się rzucić, handlowanie pieniąchami, pukając od drzwi do drzwi, włazić w te ciemne, biedne, zaludnione nory, ja odludek i esteta.

Gdy wyhamowałem na parkingu, już czekał na mnie mój anioł różowy, chudy i wysoki, z mieczem uśmiechu, by mnie podszkolić  jak mam brykać po tych zaułkach dłużników, jak pukać do nich, gdzie wchodzić, jak rozmawiać, jak nie rozmawiać, a przede wszystkim jak liczyć siano by biedaka nie spłoszyć, tylko wręcz zachęcić, by spłacił co wziął i zaciągnął następną pożyczkę.

Mróz  ciął po nogach, bo nie wziąłem zimowych butów, tylko półbuty wyglądające wiosny. Gdy dojechaliśmy na jakieś ponure zadupie, jedna taka starowinka wyszła w krótkim rękawie, zahartowana może. Nie wpuściła nas na posesję, tylko wylazła na zimową drogę. Musiałem wyjść z czinkłusia by ona mogła się tam wpakować i podpisać świstek i dać kasę. Różowy anioł wypisał pokwitowanie, wziął siano a starowinka przyrzekała że już płacić będzie regularnie. Stałem na drodze przy otwartych drzwiach anioła, śledząc proces mojej nowej pracy. Różowawy długopis anioła skakał po świstkach jak sprytny wykładowca. Pod koniec zostałem przedstawiony jako nowy anioł w tej branży, że to ja będę teraz się nią opiekował i przyjeżdżał po raty. Odjechaliśmy. Po drodze chrupałem firmową czekoladę z orzechami i słuchałem dalszych wskazówek mojej instruktorki. Tylne wybite amortyzatory tak hałasowały jakby jakiś trup turlał się po bagażniku.

Inni byli inni, ale podobni w sprawach portfela. Obłaziły nas psy, małe szczekające bączki i żaliły się że ich pani nie ma pieniędzy, a miseczka pusta. Spokój tych biednych ludzi wyciągał w końcu jakieś ostatnie grosze i wizyta się kończyła. Jednych nie było w domu, drudzy, bardziej bogatsi, byli. Wszędzie jakieś zakrętasy, zakamarki, lochy, ciemne korytarze i obskurne ściany, drzwi, które nie chciały być drzwiami.

Podziwiałem spryt różowego anioła, który w tej ciemnej krainie umiał się zwinnie poruszać już półtora roku, dociskając biednego klienta do muru wywiązywania się, do muru obowiązku, bo jak pożyczył, to musi oddać.

Z jednym spotkaliśmy się poza domem, co jest wbrew regulaminowi polityki firmy. Czekał już na nas w samochodzie. Było to przy starym, odrapanym, zamkniętym sklepiku. Wokół szaro, ponuro i zimno. Klient ukrywał zaciągniętą pożyczkę przed żoną, co w tej branży zwie się “tajemnicą”. “Tajemnica” w roboczym ubraniu wyszła z samochodu, wyciągnęła sumkę i z zadowoleniem zapłaciła za to, że jest nadal tajemnicą. To był mój ostatni klient tego dnia.

 

4.04.2013

Sam już jeżdżę po klientach. Wpuszczają mnie do swych zapyziałych nor, czasem tak ciasnych, że nie mogę się obrócić. Mało płacą, kręcą. Myślą że im wierzę. Myślą że uciekną przed płaceniem. A tu windykacja i komornik nad nimi wiszą jak topór. Jeden jest bez nóg, ale za to całkiem w porządku, nie dość że regularnie płaci z biednej renty, to jeszcze się uśmiecha i nie jęczy jak ci niby „zdrowi”.

 

8. 04.2013

Parę dni temu rozliczyłem się z mojej ostatniej zbiórki pieniędzy a dziś mam wieczór autorski i performance “Piosenka Ajajaj”. Wysłałem  esemesa do kierownika firmy, że na 2 tygodnie muszę zawiesić działalność, bo nie podołam. Muszę zorganizować festiwal teatralny, bo to jednak moja praca zasadnicza. Kierownik był oburzony i wściekły, ale czekał na mój powrót. Przed samym festiwalem rozpadł mi się samochód. Musiałem oddać go na złom. Zawiadomiłem o tym kierownika i oświadczyłem że na razie odchodzę, bo bez samochodu nie da się tej roboty wykonywać. Klienci ciągle dzwonili, wysyłali esemesy a ja milczałem. Tak zakończyła się moja przygoda w firmie udzielającej  szybkich pożyczek

.

21.04.2013

Byłem dzisiaj z obrazami. Wieszałem je na sznurku, na płóciennej ścianie namiotu. Potem tymi obrazami huśtał wiatr. Nie wiem czy kogoś obrażały te moje obrazy, czy nie?, bo nic się nie sprzedało w tym dniu. To była obraza obrazu według mnie. Najlepsza była kąpiel w słońcu. A marazm sennej niedzielki, który rozłożył szacowną imprezę targów budowlanych na łopatki, odrzuciłem w dalekie otchłanie mojej pogardy, bo było to coś gorszego niż prawdziwa pustynia.

Teraz już u siebie całą moją mądrość próbuję oddać gofrowi w śmietanie z malinami. Na niebie biała krecha pruje na południe. Samolotu nie widać, ale długa krecha leci. Może z 200 głów kryje się w  tej kresce pędzącej, kto wie?  Kotłuje się tam tysiące myśli, a większość pewnie o tym żeby nie pierdolnąć gdzieś, tylko normalnie wylądować. Ale wiadomo, krechy są różne. Nigdy nie liczyłem ile głów ma moja poetycka kreska z wiersza. Może tylko jedną? Bo w styczniu tego roku za wiersz “Kreska” zdobyłem pierwszą nagrodę w ogólnopolskim konkursie poetyckim.  Ale 200 zł z tego poszło na mandat za przekroczenie prędkości 60 km/h, gdy już wracaliśmy do domu. To była prawdziwa obraza ten pieprzony mandat. Oto obraz polskiej biedy drogowej, rzecz ciemno-jasna. Kto wystawi mu godną cenę?

Marian L. Bednarek

 

 

Przeczytaj też inne teksty M.L. Bednarka w działach “felietony” i “proza”, a także recenzje jego książek – zbioru próz Sianoskręt (2012) – pióra Agnieszki Narloch oraz tomu wierszy Rozmowa z ptakiem (2014) – pióra Jolanty Szwarc