Prozaik spoza szablonów

Kategoria: eseje i szkice Opublikowano: czwartek, 08, styczeń 2015 Drukuj E-mail


Leszek Żuliński

7 stycznia zmarł Tadeusz Konwicki (1926-2015).

*

Patrzę na okładkę Pamfletu na siebie: Konwicki leży w centrum Warszawy na stercie piachu niczym na plaży, za nim rozpościera się wspaniała, dumna sylwetka Pałacu Kultury. Pałac jest jednym z bohaterów tej książki. Konwicki na stronie 63 pisze: I ja wznoszę swój pałac kultury z moich książek. Budowałem go z różnych elementów powtarzających się w innych wariantach, lepiłem go z własnego budulca, zniesionego z kraju dzieciństwa i z miast, w których się potem tułałem.

Wszędzie, w piwnicach, na parterze i w szpikulcu iglicy są linie papilarne moich pełnych mozołu, raptownych zniechęceń i krótkotrwałego zapału. Jest to budowla w pewnych fragmentach pokraczna, nieudała, nawet rozpadająca się w gruz.

Warszawiacy nazywają Pałac Kultury koszmarnym snem cukiernika. Wygląda na to, że podobną ewolucję przeszła automatyczna ocena Konwickiego. Jego pałac śnił mu się po nocach; widzę oczyma wyobraźni, jak pisarz budził się z krzykiem i łapał krzywą wieżę własnych książek, która leciała na niego. Tak przynajmniej wynika z Pamfletu na siebie.

Co się stało? Odpowiedź na to pytanie może dotykać dramatu pisarskiego jednego największych powojennych polskich prozaików, ale i dramatu prozy w ogóle.

Przemysław Czapliński, autor monografii o Konwickim, twierdzi: Konwickiemu udało się w twórczości literackiej pogodzić dwie żywotne tradycje polskiej prozy: tradycję Żeromskiego i Witkacego. Temu pierwszemu zawdzięcza Konwicki łatwość w przechodzeniu od liryzmu do patosu, skłonność do introspekcji i ukazywania przemian społeczeństwa poprzez dzieje jego świadomości oraz przeświadczenia o konieczności podejmowania przez literaturę funkcji mediacyjnej i ostrzegawczej w życiu społecznym. Z kolei od Witkacego zaczerpnął Konwicki – i twórczo wykorzystał – niewiarę w sztukę, szydercze kompromitowanie iluzji powieściowej i tendencję do przekształcenia narracji w rozpisany na epicki głos spór światopoglądowy oraz problem naczelny: ocalenie indywidualność wbrew regułom stanowionym przez zbiorowość. Nic dodać, nic ująć.

Te dwie tradycje literackie, na które polski czytelnik ma szczególnie wyczulone ucho, wykorzystał jednak Konwicki – to podkreślmy – do wyrażenia dylematów własnego pokolenia i kreślenia obrazu współczesnej Polski; obrazu, w którym posługiwał się tyleż stylistyką Matejki, co Picassa.

W wielkim skrócie można by ewolucję tych zmagań opisać następująco: zaczynał Konwicki, co typowe dla jego generacji pisarskiej, od obłaskawiania szoku, jakim było przejście od destrukcji wojny ku konstrukcji nowej rzeczywistości. Rojsty (1948) i Na budowie (1950) to były książki wyrosłe z doświadczenia metamorfozy społecznej, ukazujące, jak bardzo przestała liczyć się przeszłość i w jakim nowym świecie budzą się polscy bohaterowie. Zmienieni przez wojnę, muszą uciekać od siebie, zrywać z przeszłością stawać się kimś innym. Powieść Władza (1954) to była Konwickiego własna wersja Popiołu i diamentu – próba przyswojenia nowych czasów i reguł gry społecznej. Dopiero w Godzinie smutku (1954) i w Z oblężonego miasta (1956) pisarz jakby się ocknął – zaczął pytać o konieczne granice przemian, o wierność samemu sobie, o sens nazbyt radykalnych wyborów; dostrzegł dramat pozbywania się siebie, dramat traconej tożsamości. I o tę tożsamość rozegrała się wspaniała bitwa w następnym etapie tego pisarstwa, głównie w trzech powieściach: w Senniku współczesnym (1963), Wniebowstąpieniu (1967) i Nic albo nic (1971).

Bohaterowie Konwickiego budzą się we mgle życiowego zagubienia, mają za sobą wojnę, zbrodnię, krew, poczucie winy, źle zainwestowane biografie i fatalnie popłacone rachunki – są wyobcowani, pełni kompleksów i ran, przeżywają zapaść i właściwie miotają się od poszukiwania samych siebie po chęć zapomnienia o tym, kim naprawdę są. W naszej powojennej prozie mało kto tak jaskrawo i tak przejmująco ukazywał psychomoralny portret straconego pokolenia, losy ludzi wychowanych z karabinem w dłoni w lesie, oszukanych przez stalinizm i przebudzonych w pustce lat 60. Nie każdy miał sposób na zagospodarowanie tej pustki. Ale Konwicki znalazł wyjście dla siebie, co uzyskało wyraz w cyklu powieści wileńskich (Dziura w niebie, 1959; Zwierzoczłekoupiór, 1969; Kronika wypadków miłosnych, 1974) – cały ból i absurd istnienia znalazły ukojenie w zmitologizowanej Arkadii dzieciństwa, w krainie sennego marzenia nad modrą Wilejką, w innym wymiarze losu, który istnieje, jeśli tylko odwrócić głowę do tyłu. Było to też jak gdyby symboliczne odnalezienie tożsamości, powrót do najczystszych źródeł, inicjacji, intencji, i wyborów.

Ale lata 70. nie pozwalały na pławienie się w tym litewskim Macondo. Konwicki jakby na nowo poczuł się wyrzucony w polskość, i to z jakąś gombrowiczowsko-orwellską siłą. W dramatach codzienności dostrzegł szyderczy grymas historiozofii. Świadczyły o tym głównie dwie sławne groteski polityczne: Kompleks polski (1977) i Mała apokalipsa (1979) – zjadliwe i bolesne krzywe zwierciadła gościńca. Książki te były jak gdyby ostatnim poderwaniem się do boju. Protestem. Buntem. Kpiną. Odmową. Konwicki na chwilę odłożył na bok cały swój mitobiografizm – zarówno w wersji arkadyjsko-wileńskiej, jak i pokoleniowo-historycznej. I właściwie jako obywatel i jako pisarz obudził się po raz któryś z rzędu w nowej rzeczywistości. Tym razem w tej – jak należy przypuszczać – oczekiwanej, spełnionej, wywalczonej fechtunkiem słów i pisarską misją.

Wkraczał w tę rzeczywistość w apogeum sławy. Był żywym i zasłużonym świadkiem własnego pokolenia, ostatnim z Kolumbów, którzy do końca walczyli o przejście na drugi, lepszy brzeg. Jednocześnie umiał swą biografię widzieć i opowiadać w zupełnie innych barwach. Nie był ortodoksyjnym niewolnikiem historii, nie był ascetycznym ideologiem – był hedonistą, sensualistą, smakoszem prywatności, epikurejskim koneserem pejzażu i przyrody, z jakimś żmudzkim dystansem patrzył na życie i dostrzegał w nim inne, dalsze wymiary.

Jeszcze jedno doświadczenie artystyczne Konwickiego doprowadza nas do tego momentu. Są to jego sylwy, których sławny cykl otworzył Kalendarz i klepsydra z 1976 roku. Potem były Wschody i zachody księżyca (1982), Nowy Świat i okolice (1986) oraz Zorze wieczorne (1991). Te poczytne zapiski na mankietach to była demonstracyjna ucieczka od rozkazów historii, ucieczka w prywatność, plotkę, antyliteraturę, ucieczka od romantycznych etosu polskiego pisarstwa, antidotum na nieskuteczność prozy pisanej sumieniem i krwią. Była w tym wszystkim i kpina, i nonszalancja, i autoironia, i antypatos, i zmęczenie złudami kreacjonizmu, i odkrycie, że zmienia się język sztuki, że sztuka opuszcza świątynie. Konwicki w wielu wcześniejszych książkach miał za sobą znakomity trening techniki synkretyzmu warsztatowego – mieszał gatunki, języki, style i konwencje z prawdziwym mistrzostwem. Miał też za sobą ogrom życiowych rozczarowań oraz pierwszą falę pożegnań – jakże gorąco na przykład żegnał się w Bohini (1987) ze swą ukochaną wileńską mitologią.

Jeśli spojrzeć na cały ten ciąg artystyczno-myślowy, to dojdziemy do wniosku, że Konwicki diagnozując dramat własnego pokolenia i dramaty Polski, doszedł do puent raczej nihilistycznych, pełnych rozgoryczenia, poczucia klęski, pustki, kruchej umowności słowa. Konwicki patrzył na swój pałac kultury i widział całą absurdalność tej konstrukcji, przerost formy nad treścią, widział budowlę, której ściany postawił ze szkła albo powietrza, czyli z nastrojów, lękliwych myśli, rozterek i niejasnych przeczuć. Ogarniało go przerażenie. Miał poczucie zbędnych szarż. Nie wierzył już w fabułę – bo nauczył się plotki. Nie wierzył w narrację – bo poznał smak dygresji. Nie wierzył w powieść – bo najlepiej szły jego antypowieści. Nie wierzył w dziejową misję literatury – bo w straszliwym błysku samowiedzy pojął, iż wszystko toczyłoby się tak samo bez jego książek. Powinniśmy w kurtuazyjnym porywie temu zaprzeczyć; powinniśmy – z grzeczności dla pisarza – powiedzieć: – Mistrzu, pan nie ma racji, pańskie książki były Polsce niezbędne i zostaną w naszej kulturze jako dokument inteligencji, sumienia, rozumu.

Konwicki stanął przed trzema smutnymi zdarzeniami losu. Po pierwsze, rzeczywiście cierpiał na niemoc twórczą. Sam siebie przepuścił przez tyle prób pisarskiego zwątpienia, relatywizmu i autodystansu, że nie był w stanie już wrócić do normalnego warsztatu. Zostały mu zapiski na mankietach i pudełkach od zapałek. Ale wyczerpały się tematy i pomysły. Konwicki zaczął przypominać mi starego pisarza, grzebiącego w koszu, który wyciąga kolejne pomięte kartki, wygładza je i kleci z tego kolejną książkę. Za każdym razem coraz mniej błyskotliwą, coraz mniej dowcipną. Książkę z odpadów. 18 grudnia 1995 roku sam nazwał TV Pamflet na siebie – antologią porzuconych namysłów. No cóż, większość tych namysłów była porzucona nie bez racji. Może funkcjonujemy na zupełnie różnych falach, ale humor Konwickiego coraz mniej mnie bawił, kot Iwan był już bardzo wyleniały, a liczne aforyzmy pisarza typu: Książka dobra czy zła jest portretem własnym autora lub Inteligencja jest matką humoru wydawały mi się mało błyskotliwe i mało odkrywcze.

Drugim smutnym zdarzeniem losu okazała się starość, do której chyba przedwcześnie pisarz zaczął się przyznawać i z której chciał zrobić jakąś figurę stylistyczno-intelektualną. Cały czas w ten czy inny sposób podkreślał, że schodzi z ringu i że dotarł do łagodnych łąk kwietyzmu. Epatował swoją rezygnacją. Manifestował także swą nieufność do rewolucji technicznej, do nowych mód i metod funkcjonowania świata, m.in. wiele miejsc poświęcił kresowi literatury w jej dotychczasowych konwencjach. Słyszałem w tym wszystkim marudzenie kogoś, kto czuje, że świat mu ucieka.

W Pamflecie na siebie Konwicki nie dławił metafizycznych pytań, które jego sytuacja i jego wiek w sposób naturalny zaczynały artykułować ze zdwojoną siłą.

Zastanawiam się, czy Tadeusz Konwicki – wielki współczesny pisarz polski – nie padł ofiarą własnej nonszalancji twórczej? Chyba lepiej w misję literatury wierzyć do końca lub udawać, że się w nią wierzy. Myślę, że lepiej do końca pozostać – jak np. Tomasz Mann – w Wielkiej Samotni i rozważyć, powiedzmy, przypadek doktora Faustusa niż przenieść się do kawiarni Czytelnika i w kółko zachwycać się pisarzem Stasiem Dygatem. Wiem, że wkraczam na śliski ścieżki, ale stawało mi się żal tego pisarstwa, które zaczynało robić byczą minę do złej gry.

Dziwny, przejmujący smutek ogarnia mnie, gdy myślę, że Tadeusz Konwicki stawał się zbyt zmęczonym, wewnętrznie spustoszonym, naprawdę zrezygnowanym pisarzem. Ale pozostanie wspaniały i wielki. Mądrze sarkastyczny. Jeden z ostatnich z tej kasty pisarskiej, która przechodzi do legendy.

Leszek Żuliński