Poeta moralnego niepokoju

Kategoria: eseje i szkice Utworzono: piątek, 26, grudzień 2014 Opublikowano: piątek, 26, grudzień 2014 Drukuj E-mail


Leszek Żuliński

26 grudnia zmarł w wieku 68 lat Stanisław Barańczak. Cierpiał od lat na chorobę Parkinsona. Poniżej zamieszczam artykuł, który napisałem osiem lat temu, gdy ten wybitny poeta, krytyk i tłumacz kończył 60 lat. W tekst wprowadziłem bardzo nieliczne poprawki.

*

Jestem jednym z tych, którzy pamiętają jego debiut, którzy dorastali razem z jego twórczością i żal teraz myśleć, że już, że tak prędko staliśmy się starszym pokoleniem literackim. Barańczak to jakieś, niezbyt radosne, memento dla ludzi pióra urodzonych już po wojnie. Dlaczego? Dlatego, że i oni nie uniknęli potyczek z historią, która ich pokiereszowała. Tamte roczniki są do dziś poranione i podzielone – głównie stosunkiem do PRL-u i tzw. etosem, który wtedy ich dzielił i teraz ich dzieli.

Czy wypada w ten artykuł wplatać politykę? Tak, akurat w przypadku Barańczaka, wypada. Bo on, z krwi i kości pisarz, był sztandarowym przykładem twórcy uwikłanego w politykę, o czym niżej.

Stanisław Barańczak był poznaniakiem, absolwentem polonistyki na UAM. Debiutował w wieku 19 lat we wrocławskiej „Odrze”. W 1967 roku został członkiem redakcji miesięcznika „Nurt” (było to wtedy zupełnie ciekawe, liczące się pismo kulturalne) oraz członkiem... PZPR. Zaczął pracować na wydziale, który ukończył (jako jeden z kolegów znanego już wtedy i cenionego Edwarda Balcerzana), co było naturalną konsekwencją jego wybitnych zdolności literaturoznawczych. W zasadzie w tym samym okresie (1968) ukazał się jego pierwszy tomik pt. Korekta twarzy. Wtedy trudno było przewidzieć literacką erupcję Barańczaka – do dziś wydał około 30 książek autorskich, ponad drugie tyle książek, które przełożył, głównie z angielskiego i rosyjskiego, że nie wspomnimy o jego bardzo poważniej publicystyce prasowej (np. w paryskich „Zeszytach Literackich”; w periodykach krajowych), wykładach, odczytach itd. Dorobek ogromny i niemożliwy do zbagatelizowania chyba nawet przez jego dawnych (i obecnych, jeśli takich ma) przeciwników. Tak, Barańczak był właścicielem wielkiego talentu i tytanem pracowitości (może to geny rodzinne? – siostra pisarza, Małgorzata Musierowicz, jest przecież od lat pierwszorzędną autorką książek dla dzieci).

Biografia twórcza Barańczaka dzieli się na dwa etapy. Pierwszy, polski, i drugi, amerykański – w 1981 roku poeta wyjechał do Bostonu, na Harvard Universtity, gdzie objął, na slawistyce, katedrę po prof. Wiktorze Weintraubie (1908-1988). Miał wtedy zaledwie 35 lat i był niekwestionowanym następcą tego sławnego polonisty.

Ale wróćmy do Polski. Proszę zwrócić uwagę, że pojawienie się Barańczaka w „przestrzeni publicznej” przypadło na lata 1965-1969. To był schyłek Gomułki. Wydarzenia 1968 roku były przełomem; początkiem kształtowania się opozycji twórczej, co w następnych latach przyniosło rozwój podziemia literackiego (drugi obieg; pismo „Zapis” itd.), KOR-u i wielu innych „instytucji oporu”. Barańczak już w 1969 roku wystąpił z PZPR i wybrał opozycję.

Zaczęło się od grupy poetyckiej „Teraz” (m.in. Wit Jaworski, Krzysztof Karasek, Julian Kornhauser, Ryszard Krynicki, Adam Zagajewski), która zapoczątkowała ruch Nowej Fali. Była to już o wiele szersza formacja poetycka, która demonstrowała poezję polityczną, walczącą z peerlelowską nowomową, z fasadowością języka i fałszem komunikacji społecznej. Poeci ci mówili wprost w swoich „publicystycznych” wierszach o tamtej Polsce. „Mówienie wprost” urosło do rangi programu i metody. Drugi tomik Barańczaka pt. Jednym tchem (1970) był manifestacją tego programu. W trzecim – Dzienniku porannym (1972) – czytamy: głowa jest po to, żeby myśleć, tu / trzeba z głową, panowie, z głową / lekko wzniesioną. I głowy podnosiły się coraz wyżej.

Barańczak w swoim pokoleniu urósł do rangi papieża buntu i czystego sumienia. Zaangażował się zresztą niezwykle mocno w działalność opozycyjną, m.in. był członkiem-założycielem KOR-u i wielu innych „ciał podziemnych”, za co płacił wieloma szykanami.

Opowiadał na nie nieustannie swoją „poezją moralnego niepokoju”, taką jak np. w wierszu „Prosty człowiek mógłby, do licha”. Oto fragment: Prosty człowiek mógłby, do licha, zdecydować się wreszcie, kim jest. / Skarbnicą moralnej prawdy, czy skarbonką marnej pazerności? / sienno-pszennym oddechem Natury? odorem braku kąpieli? // kimś po królewsku gościnnym? nienawidzącym obcych? / opornie niezawisłym? idącym z pochodnią na wiec? / pełnym mądrości wieków? nie znającym się na ekonomii? // kimś, kto ściągnie ostatnią koszulę z grzbietu, jeżeli / przyjaciel w biedzie? kto ściąga przezornie buty (świadomy, / że i tak ktoś to zrobi) z nóg rannego, który zań walczył? // milczącym podmiotem historii? jej skomlącym dopełnieniem dalszym?

Spędzał godziny „przy kałamarzu”. Miał wybitne predyspozycje krytycznoliterackie, jego praca doktorska poświęcona Mironowi Białoszewskiemu (1973) była majstersztykiem analizy i syntezy. Dwie kolejne książki krytyczne – Nieufni i zadufani (1971) i Ironia i harmonia (1973) – oraz sławna książka Kornhausera i Zagajewskiego Świat nieprzedstawiony (1974) stanowiły w owym okresie manifesty „zamiany warty”. Ci młodzi, butni autorzy opisywali w nich świat literatury i świat rzeczywisty, jaki odrzucają – zwracając się, ku ideałom, które dopiero w latach 90. zaczęły stawać się realne, acz – można dziś przypuszczać, że pozostawiające nadal wiele do życzenia. Przy okazji ścielił się niezawiniony trup – właśnie Barańczak był autorem sławnej napaści na Bogu ducha winną Iłłakowiczównę; wszystko po to, by zademonstrować swoje votum separatum wobec „starego świata”.

Był też autorem tomu Książki najgorsze (1981) – zoilowskiego majstersztyku; zbioru chłost bezlitosnych. Mam w ogóle o wiele więcej Barańczakowi i jego kolegom za złe, np. bezduszną walkę przeciw starszym kolegom, czyli Orientacji Poetyckiej „Hybrydy”, która dla entuzjastów „mówienia wprost” była nagannym przykładem poezji „przeliryzowanej”, bujającej w świecie nierzeczywistym. Moim zdaniem hybrydowcy – Gąsiorowski, Górzański, Jerzyna, Waśkiewicz, Żernicki i inni – są autorami lepszego, solidniejszego dorobku niż ich krytycy. Dorobku, który doczekał się – w przeciwieństwie do Nowej Fali – swego twórczego ciągu dalszego.

Ale było, minęło. Spuśćmy zasłonę na dawne antypatie i spory. Barańczak po wyjeździe do USA powoli „ustatkował się”, co też było związane z postępem procesu demokratyzacji Polski. W latach 80. nadal wydawał swoje gorące wiersze i szkice, ale ujawniał też – tom po tomie – swój arcytalent translatorski. Dość przypomnieć, że wydał tomy przekładowe tak wielkich poetów, jak m.in. Audena, Bishop, Brodskiego, Celana, Dickinson, Eliota, Gorbaniewskiej, Heaneya, Hardy’ego, Keatsa, Larkina, Thomasa; także wspaniałe antologie, jak np. Antologia angielskiej poezji metafizycznej XVII stulecia (1982).

Barańczak zapewne przejdzie do historii literatury także jako tłumacz Szekspira. Przełożył go całego albo niemal całego – w sumie 20 tomów. To dzieło heroiczne. Ale dodajmy, że tamte lata, lata 90., były wspaniałe dla polskiej „szekspiroteki”. Żył i tworzył jeszcze prof. Jan Kott, a wielkiego dramaturga tłumaczyli również tacy translatorzy, jak Bohdan Drozdowski, Juliusz Kydryński czy Maciej Słomczyński. To była lata biesiadne dla koneserów.

I jeszcze czymś innym zasłynął. Takimi książkami, jak Biografioły, Geografioły, Zwierzęcą zajadłość czy Zupełne zezwierzęcenie, czyli książkami żartobliwymi, satyrycznymi, przesiąkniętymi lingwistycznym konceptem i specyficznym anglosaskim poczuciem humoru. Na niwie polskiej były to przeboje dla wyżej wspomnianych wykształciuchów. Ale nie tylko, bo poezja nonsensu czy limerykowej zgrywy ożywia każdego. Dla przykładu portrecik Kanta z Biografiołów: W głównym parku Królewca Immanuel Kant / Podrywał wieczorami dzierlatki, rzucając z głupia frant / Zdania typu „Niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie” / Oraz zezując na krzaki znacząco i nieprzyjemnie.

Tak, Barańczak to była kopalnia wiedzy, gejzer inwencji, wulkan talentu, tytan pracowitości i – dla wielu – legendarny już dziś sędzia polskich sumień. Był za to obficie wyróżniany, m.in. nagrodami Czerwonej Róży, Jurzykowskiego, Kościelskich itd. Ostatni na tej niwie sukces polski poety to Nagroda Nike w 1999 roku za tom pt. Chirurgia precyzyjna.

Niestety, od wielu już lat mieliśmy „coraz mniej” Barańczaka. Postępująca choroba ogranicza dramatycznie jego aktywność literacką i publiczną. W tak krótkim czasie stał się wielkim autorem i tak szybko los zaczął mu wyjmować pióro z ręki. Ale pozostał dorobek, którego nie pominie nikt opisujący trzy polskie dekady literackie, czyli lata 1970-2000.

Leszek Żuliński