Orson Welles - „Obywatel Kane”

Kategoria: eseje i szkice Utworzono: wtorek, 01, kwiecień 2014 Opublikowano: wtorek, 01, kwiecień 2014 Drukuj E-mail

Sławomir Majewski

Wiele dni temu napocząłem esej o Orsonie Wellesie i jego genialnym filmie Obywatel Kane. Umęczyłem się pisaniem. Temat zdawałoby się prosty jak koromysło: siadasz, piszesz, wstajesz, idziesz na panienki. Nic z tego. Po pierwsze dlatego, że Welles był Ojcem nowoczesnego kina. Zatem jego pozycja wymagała, by esej był co najmniej hagiograficzny. A  ja mam gdzieś wystawianie laurek.

Zacząłem tak: „W roku 1940 Orson Welles usiadł przy drewnianym stole i wespół z Hermanem J. Mankiewiczem napisali scenariusz. Przyszły film nazwano Obywatel Kane, poza dialogami pomieszczając w nim takie nowości w sposobach realizacji obrazu, że ówczesnym filmowcom i producentom czaszki zadymiły jak indiańskie ogniska wojenne w górach Sierra Madre.

Obywatel Kane wszedł na ekrany w roku 1941 roku i natychmiast krytycy uformowali jednolity chór śpiewający jednolicie: ARCYDZIEŁO! Obraz (i twórców scenariusza) nominowano do Oscarów aż w dziewięciu kategoriach, choć w finale otrzymał statuetkę za „najlepszy scenariusz oryginalny.” Jednak amerykańscy statystyczni Smithowie byli zdania, iż arcydzieło nudne jest jak flaki z olejem a w dodatku - nie wiadomo po co nakręcone. Afery i hucpy z prawnikami

Zacząłem tak i utkwiłem. Wówczas postanowiłem sobie:

- O nie, chłopaczku. Tak to my pisać nie będziemy! Napiszemy to inaczej.

Po pierwsze: Obywatel Kane oglądany pierwszy raz kilkadziesiąt lat temu wrył się w moją pamięć dlatego głównie, że wedle ówczesnego mnie, rolę główną zagrała szklana kula z wirującymi płatkami śniegu. Wypadając z dłoni umierającego pana Kane, toczy się po dywanie, wtacza na schody, opada ze stopnia na stopień, pękając. Dobra metafora śmierci...

Po drugie dlatego, że do dziś dreszczem przejmuje mnie ujęcie na którym toporne, dziewiętnastowieczne sanki zawiewane są śnieżycą. A dokoła niezrozumiała bo niewidoczna wszechobecna pustka. Metafora samotności...

I wreszcie, last but not least - słowa umierającego Kane: Rosebud... do dziś będące poszukiwanym świętym Graalem Wellesa. Bo można z filmu wyrozumieć, iż owo „Rosebud” tyczyło tej lub tamtej osoby. Ale ja wiem, że Rosebud to nie kobieta o wdzięcznej kibici, choć William Randolph Hearst, amerykański magnat prasowy na którego Welles naciągnął skórę filmowego Kanea, posiadał ich bezliku. Rosebud to nie jakaś mityczna Shangri La czy inna Arkadia, gdzie wszyscy są piękni młodzi, zdrowi i bogaci a szampan i seks o każdej porze, nie. Nawet czas utracony na gromadzenie (i trwonienie) niewyobrażalnej fortuny czy budowę bajkowego pałacu Xanadu nie były dla Kanea w agonii najważniejsze. To jego dzieciństwo – biedne ale szczęśliwe i porzucone gdzieś w odmętach wspomnień, zaśnieżone sanki i zagubiona w przestrzeni czasu utraconego szklana kula pełna płatków śniegu... Oto Rosebud. A Xanadu miało być rekompensatą Raju Dzieciństwa Utraconego. Czy można powrócić tam, skąd się wyszło nie rozumiejąc, że nigdy nie powrócimy bo  piasek zapomnienia zatarł wszelkie ślady po nas? Marcel Proust w Poszukiwaniach Straconego Czasu wrócił ale – wybaczcie miłośnicy Mistrza – cóż to  za powrót...

Co trzeba dodać młodemu, nieobeznanemu z klasykami filmu Czytelnikowi? Kilka prostych zdań na początek: scenariusz: Herman J. Mankiewicz i Orson Welles; reżyseria: Orson Welles („Wspaniałość Ambersonów”, „Intruz”, „Dama z Szanghaju”, „Makbet”, „Otello”, „Dotknięcie zła”, „Proces” , „Falstaff”). Zdjęcia: Gregg Toland („Grona gniewu”, „Najlepsze lata naszego życia.”) Występują: Orson Welles, Dorothy Comingore, Joseph Cotten, Everet Sloane, Ruth Warrick i inni. Miłośnikom linków dodaję link:

http://www.youtube.com/watch?v=EqwdJ74E5R8http://www.youtube.com/watch?v=EqwdJ74E5R8

Po kiego ja ten esej piszę, skoro na temat i Orsona Wellesa i Obywatela Kane napisano tyle książek i artykułów prasowych i tyle nakręcono dokumentów, że ich objętość wystarczyłaby na zapełnienie półek powiatowej biblioteki? Cóż... I ja mam swoją Rosebud. A jest nią tęsknota za filmami na takie wyżyny się wspinające, jak filmy Griffitha, Wellesa, Vittorio de Sica, Antonioniego, Godarda, Felliniego czy Viscontiego. Ktoś powie, a Lelouch czy Polański? Oczywiście - Lelouch i Polański także...

Moją Rosebud są także literatura i sztuka twórców, którzy wniosą swoją pracą ożywcze tchnienie nowości. Którzy poza stylem i formą zapoznanymi przez wieki, postarają się powiedzieć nam to samo co zawsze, tylko inaczej; bardziej twórczo. Słowo „twórczo” znaczy dla mnie, że pisarz, malarz, filmowiec czy rzeźbiarz, choć praca ich polega na tym samym od wieków działaniu, w istocie t w o r z ą  a nie powielają bezmyślnie. Najgorsza rzecz w literaturze i sztuce – epigoni. Stąd zalew „remake'ów”, „przeróbek” i „adaptacji” a we współczesnej literaturze polskiej – natłok „neo-Żeromskich”, piszących stylem i formą dziadunia Stefana. O filmie polskim ani szepnę...

Zdawać by się mogło, że na temat kondycji kultury polskiej bezsensownie zapaskudzono wystarczająco dużo papieru gazetowego i stron internetowych, by temat zamknąć odetchnąwszy z ulgą. Kasandr ci u nas dostatek a wszystkie rwąc szmaty głoszą, iże ona, kondycja znaczy, jest zła, rozpaczliwa, tragiczna i w agonii.

Głos w sprawie przedwczesnej śmierci kultury zabierają: pisarze, muzycy, poeci, rzeźbiarze, malarze, linoskoczkowie, piosenkarze, cyrkowcy, bandurzyści suwnicowe i tokarze, prestidigitatorzy, tancerki Go-go, stomatolodzy, geolodzy, alpiniści i Zbigniew Hołdys w mudżahedińskiej donicy na głowie. Bo Polak, poza tym że jest „milijon i cierpi za miliony”, zna się na  wszystkim. I choć naprawdę „statystyczny Kowalski” zna się na niczym, to jakże mógłby się NIE wypowiedzieć? Albowiem prawo do swobodnej wypowiedzi, to przyrodzone prawo obywatela naszego wolnego kraju, choć jest on (kraj) kondominium Niemców, Amerykanów, Francuzów i, oczywiście, Żydów sprzężonych z jezuitami (oba jednako obłudne i podstępne).

Ze statystyk wynika, że „statystyczny Kowalski” nie czyta książek, nie chadza do oper, filharmonii i nie ogląda baletów. Do kina idzie na chłamy made in Hollywood a przed telewizorem zasiada by kontemplować „Plebanię”oraz „X-Factor”, na przemian z ”Tańcem z gwiazdami” Bo „TVP Kultura” ma głęboko w tyle. Podobnie jak książki.

Bo są dla Polaka rzeczy dalece ważniejsze od kultury i sztuki: Facebook, GG, Skype i gołe, niemożebnie rozfiglowane  panienki w Internecie. Pogański to kraj, pogański w nim obyczaje... Najwięcej w tym szlochaniu troski o kasę. Że MKiDN nie daje forsy na wydawnictwa, które by szlochającym wydawało wierszyki o pszczołach miodnych i Grunwaldzie oraz ich powieści o upadku polskiej kultury. Zapomnieli nieszczęśnicy, iże kulturę i sztukę się robi z potrzeby ducha a nie z potrzeby kasy. Choć kasa zawsze się przyda, choćby na panienki i wódę.

Tak więc „W roku 1940 Orson Welles usiadł przy stole drewnianym i wespół z Hermanem J. Mankiewiczem napisali scenariusz. Przyszły film nazwano Obywatel Kane, poza dialogami pomieszczając w nim takie nowości w sposobach realizacji obrazu, że ówczesnym filmowcom i producentom czaszki zadymiły jak indiańskie ogniska wojenne w górach Sierra Madre...”

Kiedy moja czacha zadymi na widok polskich, wspaniałych, genialnych, niedoścignionych książek czy filmów? Malcolm Lowry, podobnie jak G. G. Marquez, Giuseppe Tomasi di Lampedusa czy Umberto Eco, to ludzie jednej książki i cokolwiek napisali po niej, kiepskie to było i komercyjne. Ale tę jedną jak oni napisali!

Daj mnie, dobry Boże doczekać chwili, w której idąc na film polski, biorąc do ręki książkę polskiego prozaika czy poety, powiem ze wzruszeniem

- Rosebud...

Sławomir Majewski

 

 

 

Przeczytaj też opowiadania S. Majewskiego w dziale „proza”, wiersze w dziale „poezja”, a też recenzję jego książki Mój Gdańsk. Ruda i inne opowiadania (2013) pióra Szymona Prowackiego w dziale „port literacki”