Filozofia powrotu, czyli o tym, że wszystko zaczyna się i kończy

Kategoria: eseje i szkice Utworzono: poniedziałek, 24, marzec 2014 Opublikowano: poniedziałek, 24, marzec 2014

Wojciech Czaplewski

Nie ustaniemy w poszukiwaniach,

A kresem wszelkich naszych poszukiwań

Będzie dojście do punktu wyjścia

I poznanie tego miejsca po raz pierwszy

T.S. Eliot "Cztery kwartety"

1.

Chwila pełna nieokreślonych smutków. W Rosji jest taki ładny obyczaj, że się przed odjazdem, przed rozstaniem siada na chwilę i wspólnie milczy, ci, co jadą, i ci, co zostają. Potem się wzdycha, ech, i dalej w drogę, w ruski bezkres. Dostojewski pisał o tym tak: Trakt – to coś długiego, długiego, coś, co nie ma końca jak życie ludzkie, jak ludzka tęsknota. U nas, po naszemu, nie zasiada się do rozstania, inny jest polski obyczaj. U nas wkłada się lewą stopę w strzemię – i wtedy Jan podaje kieliszek, i pije się strzemiennego, po czym się wsiada i jedzie, od razu galopem. Żeby za sobą mieć tę chwilę nieokreślonych smutków.

Albo jeszcze inaczej: zimnego i mokrego wieczoru idziesz pod wiatr na dworzec, ulica pusta, wszyscy za oknami, za ścianami, zimnymi od tej strony, ciepłymi od tamtej. I po zatrzaśnięciu drzwi od razu ukłucie tęsknoty. Od tej strony bolesny, od tamtej kojący blask żarówek. Dojmujące poczucie bycia na zewnątrz. I jakaś taka świadomość bezpowrotności. Potem, gdy już siedzisz sama w przedziale, nad czmychającymi szynami, gdy czoło oparte o szybę przestaje czuć chłód, z łapczywych oczu znikają ostatnie znajome ulice i domy. Smutek i trwoga.

Szybko to znika, ten ból. Przychodzi ciekawość nowości, fascynacja obczyzną, obznajomienie, przyzwyczajenie, zadomowienie w bezdomności. Spotykasz ludzi, którzy też tak jak ty są w drodze, mówicie sobie, skąd jedziecie, kim jesteście, dokąd zmierzacie. Uważaj! Mówiąc spotkanemu, skąd jesteś, ujmujesz swój dom w słowa. Miejsce, skąd jesteś, zamykasz w zdaniach, w mówieniu, tak jakbyś brała w niewolę czy w nawias. W końcu twój dom tylko słowem się staje. Opowiadasz, opowiadasz i znowu opowiadasz, i w końcu pytana o przeszłość nie pamiętasz już przeszłości – lecz tylko słowa, które trzeba powiedzieć. Przebijanie się przez słowa – uwagą, innym słowem, milczeniem – by się dokopać, dogrzebać się domu (tego prawdziwego miejsca, skąd naprawdę jesteś), jest jak rozgrzebywanie grobu. Boli. I tylko wtedy jest owocne, kiedy jest wyrazem autentycznej potrzeby, prawdziwego głodu.

Odnajdywać w sobie tę drogę, po to, żeby szukać miejsca, skąd jestem – domu, łona, gleby, tego co przed początkiem, przed pierwszym krokiem, przed tym kieliszkiem, westchnieniem, ech, pierwszym krzykiem – szukać ukrytego, uprzedniego, pierwszej części rozwiązania. Skąd przychodzimy?…­­­

2.

Jednym z głównych wątków skandalizującej telenoweli pod tytułem Historia filozofii jest tocząca się od dwóch i pół tysiąca lat batalia o powrót, o źródło, o (ujmując to w języku Narodu Poetów i Myślicieli) zurück. Na przykład w pierwszym odcinku tej telenoweli występował Tales z Miletu, który powiedział, że “arche to woda”, co można rozumieć: “wszystko jest wodą”, albo: “na początku jest woda”. A tym, co sprawia, że Tales to filozof, nie jest wcale jego zamiłowanie do wody, lecz założenia, bez których nie dałoby się tego zamiłowania  tak wyrazić. Owe założenia, które w logice nazywają się presupozycjami, to sądy np. takie: “wszystko jest czymś Jednym”, albo: “można wiedzieć coś, czego się nie widzi”, albo: “był jakiś Początek”. Tales zakłada możliwość powrotu, to znaczy poznawalność tego, co jest na początku.

I to właśnie, to powracanie do początku, który jest wszystkim, to właśnie nazywamy “filozofią pierwszą”. Kilka wieków później, za sprawą dość nieszczęśliwego zbiegu okoliczności (ale o tym opowiem może innym razem) filozofię pierwszą zaczęto nazywać “metafizyką”. Potem zaś metafizyka, uznawszy się za teorię bytu, wyemancypowała się, to znaczy wyzwoliła z obowiązku bycia pierwszą, co zresztą źle się dla niej skończyło (została zgwałcona i zamordowana przez empirystów z pozytywistami). Klasyczna metafizyka rozważała kwestie bytu i bycia oraz kwestie wynikające z tych kwestii. Doprowadziwszy te rozważania do sensownych konkluzji, należało się zająć tym, co uznawano za właściwy cel filozofowania, a celem tym była etyka, to znaczy dająca się zastosować w praktyce odpowiedź na pytanie: “jak żyć?”.

Jednym z powracających motywów naszej telenoweli jest zabieg przestawiania rozmaitych teorii i koncepcji z głowy na nogi i z powrotem. Na przykład Emmanuel Levinas był filozofem, który zadał sobie pytanie, czy (i jaka) filozofia jest możliwa po Auschwitz i Kołymie. Bo dotychczasowa filozofia nie zapobiegła ani Auschwitz, ani Kołymie. Nie tylko nie zapobiegła, ale nawet je uzasadniła, przygotowała i spowodowała. Emmanuel Lévinas mówi, że jeżeli na początku drogi klasyczna metafizyka jest filozofią pierwszą, a etyka – dopiero drugą, to na końcu tej drogi otwierają się drzwi komory gazowej.

Skoro tak, to trzeba odwrócić porządek. Lévinas postuluje i ustanawia etykę jako filozofię pierwszą, jako od nowa pomyślaną metafizykę. Nowym arche, nowym punktem wyjścia jest spotkanie. Bo czy może być coś przed spotkaniem? (W końcu czym, jeśli nie spotkaniem, jest poczęcie?). Spotkanie, które jest pierwsze, to, od którego się zaczyna, spotkanie “źródłowe”, musi być spotkaniem z Innym. A etyczne, czyli sensowne, jest wtedy, gdy otwieram się na Innego jako Innego. Nie zawłaszczam, nie zabijam, nie czynię Tym Samym. Przyjmuję za Innego odpowiedzialność, aż do gotowości oddania życia za niego. Spotkanie, twoje ze mną, to za każdym razem początek, który jest wszystkim. Chyba że chcesz mnie ominąć, zniewolić lub zabić.

A teraz parę słów o dwóch projektach, których zasadniczą treścią jest  zaczynanie od nowa, czyli szukanie punktu wyjścia, czyli wspinaczka do źródła (zauważ, że ludzie z nizin tacy jak my, do źródła mają zawsze pod górkę), czyli powrót. Dwa razy zurück, zurück Heideggera i zurück Wittgensteina.

3.

Niemiecki filozof Martin Heidegger w tekście "Koniec filozofii i zadanie myślenia" twierdzi, że ta historia, historia metafizyki, jest zamknięta. Koniec metafizyki, tej rozumianej jako teoria bytu, teoria arche, możliwych podstaw, zasad czy gruntów – już nastąpił, ciąg dalszy możliwy jest już tylko w postaci epigonalnych kontynuacji i nawiązań. Nie będzie już nowych odcinków serialu, najwyżej remiksy starych, na nowo pomontowanych.

Filozofia kończy się, w naukowości społecznie działającego człowieka, na ostatecznej nauce podstawowej – cybernetyce, rozumianej jako pragmatyczna i efektywna teoria sterowania ludźmi i ich wytworami. Czyżby to już naprawdę był koniec? Heidegger ufa, że nie. Odpowiada przecząco i prorokuje przemianę cywilizacji, jej wyzwolenie się ze swej techniczno-naukowo-przemysłowej postaci. Cóż więc ma począć myśl, uwięzła w bezruchu? Heidegger powiada, że począć trzeba od nowa, przy czym to “od” dotyka czegoś uprzedniego wobec początku. Czegoś wcześniejszego niż “najpierw”. Ponieważ po końcu już nic nie może być, trzeba wrócić przed początek. Sednem poszukiwań Heideggera jest prawda, którą nazwać można przedustanowioną. Prawda przedustanowiona, czyli wcześniejsza niż ustanowienie, wcześniejsza niż prawo, w jakimś sensie wcześniejsza od samej siebie.

Aletheia, nieskrytość, greckie słowo. Pamiętasz Lethe – podziemną rzekę, której wody dają zapomnienie duszom zmarłych? Aletheia, greckie słowo, które zwykliśmy tłumaczyć jako ‘prawda’, jako prawda myślane już przez Platona i Arystotelesa, ba, używane tak już u Homera – jeszcze u Parmenidesa jest czymś mniej i czymś więcej niż prawda. Czymś mniej, bo jest czymś przed prawdą, czymś więcej, bo jest warunkiem jej możliwości. ‘Prawda’, która zaczyna się od przedrostka a-, od negacji! Sercem aletheia (‘nie-skrytości’) jest skrytość, która zaczyna odkrywać się, a raczej odkrywać to, co skryte. Jest zatem aletheia prześwitem. Jak kiedy wędrując przez las doświadczamy jasności wśród przerzedzających się drzew.

Prześwit jest tym, co umożliwiając ukazywanie, samo nie jest widziane, bo człowiek przebywający w prześwicie czy stający wobec prześwitu zwraca się ku temu, co się ukazuje (a nie ku samemu ukazywaniu). Doświadczone i pomyślane jest tylko to, co aletheia umożliwia, a nie ona sama. A to o nią Heideggerowi chodzi. Na nią chce patrzeć, do niej powracać. Powrót do tak rozumianego punktu wyjścia jest u Heideggera powrotem do przedracjonalności. Jest intensywnym doświadczeniem tego, co nie wymaga dowodu. Czy obstając za tym, co dowodliwe, nie zamykamy sobie drogi do tego, co jest?

4.

Zupełnie inne zurück, inny trop do początku wytycza Ludwig Wittgenstein. Ten, który powiedział, że praca filozofa polega na gromadzeniu przypomnień i że filozofia jest walką z opętaniem naszego umysłu za pomocą środków naszego języka. Nie ma różnicy między gestem i sensem, między sposobem użycia języka w konkretnej sytuacji a znaczeniem wypowiadanego wtedy tekstu. Rozumienie to nie “doświadczanie tego, co jest”. Rozumienie to umiejętność, żadna tam ogólna, lecz konkretna, np. umiejętność podania dwóch cegieł po usłyszeniu tekstu: “podaj dwie cegły” – w sytuacji używania cegieł do czegoś.

Jeżeli zaś chcemy tworzyć teorię – to znaczy abstrahujemy od konkretnej sytuacji – wówczas poszukiwana semantyka (czyli teoria znaczenia) musiałaby być zbiorem dyrektyw dotyczących sposobów użycia słów. Przy czym dyrektywa jest możliwa do sformułowania wyłącznie po, nigdy nie “przed”, nigdy nie jest na przykład narzędziem do uczenia się języka. “Jeżeli osoba A chce od osoby B otrzymać dwie cegły, to mówi do osoby B: «podaj dwie cegły»” – czy tak uczymy się języka?

Na czym polega rozumienie niniejszego tekstu? Czy na znajomości reguł gramatycznych, pragmatycznych i semantycznych? Na teorii? Raczej na czymś innym, na przykład na umiejętności powiedzenia go sobie innymi słowami, poczuwania się do zgody lub sprzeciwu w niektórych momentach czytania. W niektórych momentach powiedzenia do siebie w myślach: “acha!”, albo: “co?” i potem: “acha”. Rzeczywiście – zamiast o teorii znaczenia, gramatyce, semantyce i pragmatyce, wygodnie jest mówić o grze językowej. I że w każdej grze występują reguły. Że są, że wyznaczają granice możliwym sposobom użycia języka w danej sytuacji.

Jednakowoż – już powyższe trzy zdania to teoretyzowanie. A zdanie, które nastąpiło po nich, to teoretyzowanie na temat teoretyzowania. “Rzecz sama” ucieka z prędkością myśli. W jakimś momencie takiego myślenia wszystko staje się płynne, słowo “reguły” czy “dyrektywy” przestaje mieć sens. Nie wiadomo, czy gra jest meczem, układanką, udawaniem, loterią czy salonowcem. I w tym właśnie sensie filozofia jest gromadzeniem przypomnień: wskazuje kierunek powrotu, cofa do sytuacji, zanim reguły stały się płynne, do gry, którą znamy: podawania cegieł, wybierania czerwonego przedmiotu.

Jest to taki powrót, żeby przypomnieć. Żeby pokazać, że takie myślenie, teoretyzowanie na temat teoretyzowania, nie jest już użyciem, lecz nadużyciem języka. Racjonalność jest tu sługą, nie panem. Logika – milcząc obserwuje, nie organizuje. W ten sposób filozofia staje się terapią, której celem jest wyleczyć z samej siebie. Bardzo trudno oderwać się od takiego Wittgensteinowskiego mówienia, straszliwym ciężarem jest to ciągłe zapytywanie siebie: “co ja właściwie mówię?”, “co to jest, to, co ja mówię?”.

W ujęciu Wittgensteina problem Heideggera, a także Lévinasa, nie jest metafizyczny ani etyczny. Jest gramatyczny. Ludzie dają się dogłębnie omamić filozoficznym, to znaczy gramatycznym nieporozumieniom. Nietrzeźwość ich myślenia to świętowanie języka. Dionizje. Opętanie przez język. Język na wakacjach. “Powrót” Heideggera to obarczona nieusuwalnym błędem próba cofnięcia się do pierwotnych użyć źródłowych pojęć, do źródeł filozofii. Wittgenstein cofa się jeszcze bardziej, przed filozofię, a ponieważ ten początek, to znaczy początek języka, jest nieobserwowalny, Wittgenstein go konstruuje, tworząc na przykład scenki z podawaniem cegieł. Tak jakby było wiadomo, że język rodzi się z podawania cegieł, a nie na przykład z wycia do księżyca.

Wyrażenie “przeżycie metafizyczne” powinno mieć się do przeżycia metafizycznego tak mniej więcej, jak mówienie “boli mnie” do bólu albo powiedzenie: “podaj mi tamten czerwony przedmiot” do sytuacji, gdy mówię to komuś, od kogo chcę, by podał mi tamten czerwony przedmiot. Czy wypowiedziawszy poprzednie zdanie dowiedzieliśmy się czegoś o przeżyciu metafizycznym? Otóż nie, bo nie znamy tej gry.

5.

Punkt wyjścia ma podwójną naturę. Bo najpierw jest domem, źródłem, glebą, kolebką, łonem, a potem – z chwilą wyjścia właśnie, otwarcia drzwi i oderwania stopy od progu – tajemnicą, horyzontem, rajem, miejscem niemożliwego powrotu, coraz głuchszej tęsknoty. Miejsce, gdzie jestem teraz, zawsze (za każdym “teraz”) jest punktem dojścia. Punkt wyjścia staje się jawny (jawi się) jako punkt wyjścia dopiero po wyjściu. Tu procedura “stawania się” przebiega, o dziwo, od teraźniejszości do przeszłości, tak jakby stawanie się w jakimś trudno uchwytnym, choć istotnym sensie było tak naprawdę znikaniem.

W ten sposób punkt wyjścia więźnie w skrytości. I jest jak wzrok na stałe wbity w moje plecy: jak bym się szybko nie odwrócił, będzie z tyłu, nieuchwytny, niepostrzegalny, raczej przeczuwany niż czuty. W powieści Ericha Marii Remarque’a Czarny obelisk jest taka wariatka, która mówi, że jeśli obrócisz się dostatecznie szybko, możesz to przyłapać na gorącym uczynku, zobaczyć, jak rzeczy wskakują na swoje miejsca. Ale to tylko wariatka.

Ptakiem, którego ogon wymyka nam się z rąk, jest nic. Każda filozofia pierwsza jest zmaganiem się z tą skrytością, tym paradoksem, tą nieszczerą kapitulacją, samoabdykacją języka. Poznanie tej tajemnicy jest, zdaje się, możliwe tylko na drodze kontemplacji. Bo kontemplacja to niedyskursywne wejście w tajemnicę; doświadczasz wtedy, całą powierzchnią nagle nadwrażliwej skóry, miłosnego zjednoczenia z tajemnicą jako tajemnicą właśnie.

Więc filozofia powrotu to zniecierpliwienie kontemplacji. Wychodzenie na rynek zamiast wejścia w siebie. Hałaśliwa próba werbalizowania tajemnicy. Kontemplacja to “mowa niewerbalna”, a filozofia to mowa, która przeczy, od-mowa, grzech, może (wypada się żywić cnotą nadziei) grzech błogosławiony, felix culpa.

6.

Kiedy powrót albo punkt wyjścia staje się marzeniem albo tęsknotą, to miejscem tego powrotu jest Eden, ten ogród, od którego zaczęła się historia człowieka. Nie, nie zaczęła się. Historia zaczęła się dopiero za bramą Edenu, ustanowiona przez płomienisty miecz archanioła, od drogi na wschód, gdzie Adam i Ewa spłodzili swych przeklętych synów. W Edenie nie było historii – czas stał, podobny do wieczności, nie było żadnych dychotomii, żadnych napięć inicjujących ruch. Dobro miało wyłączność na tę rzeczywistość czystej afirmacji, czystego “tak”. Dobro, które nie jest składnikiem opozycji, elementem różnicy, składową dychotomii, przeciwieństwem zła – to dobro jako byt. W tej rzeczywistości – rzeczywistości Edenu – jaki język jest możliwy? Z pewnością nie język zdolny do dyskursu i negacji. W świecie czystej afirmacji, w rajskim ogrodzie język zdolny może być tylko (aż?) do adoracji i wezwania, i dotykania rzeczy, w akcie miłości lub w akcie stwarzania (co na jedno wychodzi, bo tyle bycia, ile miłości).

Bóg mówił: “światłość”, i stawała się światłość. Mówił: “niech się stanie”, i stawało się. Potem przyprowadził Adamowi zwierzęta, aby je ponazywał. A Adam nie powtarzał po Bogu. Mówił, więc współstwarzał. Mowa Adama to i ustanowienie, i poznanie, i uczestnictwo. Stał się świat, stał się Ogród, stało się wszystko. I było dobre! A przecież nawet to dobre (Eden) jest złe, złe z braku, złe z braku Boga. Miejsce tego braku jest malutkim “nie” w krainie “tak”, w krainie afirmacji. O tyle stwarzanie jest złe, o ile nie jest Stwórcą. Więc w tym, co dobre (w Edenie) musi być jakaś dziura, jakiś otwór, którym złe wchodzi czy się staje. Jakaś pokusa. Ziarno negacji kiełkuje w fatalne drzewo. Innego punktu wyjścia być nie mogło: zawsze być to musiał ruch od czystej afirmacji.

Drzewo Poznania Dobra i Zła – nie będziesz spożywał jego owoców. Drzewo różnicy aksjologicznej. Na nim pojawia się ten, który przeczy – wąż – pierwszy filozof. Tym, do czego kusi wąż, jest owoc poznania dobra i zła. Owoc poznania dobra i zła, jak każdy owoc, zawiera nasiona. Zanim średniowiecze nadało mu postać jabłka, tradycja wcześniejsza przedstawiała go jako owoc granatu, który składa się z samych pestek, z nasion, które kiełkują w człowieku i wydają owoc swój, poznanie dobra i zła, negację i dychotomię, i dyskurs, i wieczne szukanie, i zabłąkanie, i śmierć. Nasiona kiełkują, wydają owoc według rodzaju swego, pełen nasion, i rozsiewają się dalej, rozprzestrzeniają pośród świata i historii, pośród ludzi. Jakie i czyje jest to poznanie? Gdzie rośnie to drzewo?

7.

W Apokalipsie czytamy, że na końcu, u kresu wszystkich rzeczy, zstąpi z nieba Miasto, niebiańska Jeruzalem, pośrodku którego będzie rosło Drzewo Życia. Będzie rosło pośrodku Miasta, tak jak wtedy rosło pośrodku Ogrodu.

Aby ustanowić miasto (które nazywało się Henoch), na to była potrzebna zbrodnia Kaina. Rolnik zamordował pasterza, aby życie osiadłe zastąpiło wędrówkę, aby miasto stało się możliwe.

Historia to opowieść o człowieku poza nawiasem Edenu, człowieku, który buduje miasto, to znaczy zakłada cywilizację. Mit założycielski cywilizacji opowiada o ufundowaniu jej na krwi. Na krwi Abla. Na krwi Remusa, zabitego przez Romulusa, założyciela Rzymu. Na krwi synów smoka, konających w bratobójczej walce budowniczych Teb – grodu Kadmosa, brata Europy. Historia to opowieść o złowieszczym, człowieczym mieście, doświadczającym człowieka rosnącym bólem, stosem nieszczęść: wojen, rewolucji, tyranii, pandemii chorób ciała i ducha.

Drzewo Wygnania, do którego zaprosił nas anioł pod postacią wymownego węża i kazał nam zjeść jego owoc. Gdzie jest Drzewo Powrotu? Czy anioł, który go strzeże, nie każe nam raczej zwymiotować niż zjeść? Owocem Drzewa Powrotu jest ciało i krew Boga, pokarm życia, pełnia bez granic. Miasto ustanowione przez człowieka ma się do Miasta u kresu wszystkich rzeczy tak, jak Adam ma się do Jezusa. Czy to silenie się na analogię?

Punkt wyjścia ustanowiony dla Adama to Ogród. Dalej – ciemność, którą nazywamy historią. Która na to jest, byśmy wrócili – do Miasta. Ludzie, którzy pragną się znaleźć na drodze powrotu, powinni poznać swój własny i wszystkich rzeczy Pierwszy Początek, bo w nim znajduje się również ich ostateczny kres. Drzewem Powrotu jest krzyż.

Wojciech Czaplewski

 

 

Tekst pochodzi z tomu esejów literacko-filozoficznych Pochwała niezrozumiałości Wojciecha Czaplewskiego, opublikowanych przez Wydawnictwo KAMERA w ramach biblioteki "Latarni Morskiej" kilka miesięcy temu. Obecnie książka dostępna jest za pośrednictwem naszego portalu.