O postmodernizmie, prawowaniu się z Bogiem i pewnym filozofie ze Słupska

Kategoria: eseje i szkice Opublikowano: wtorek, 29, grudzień 2009 Drukuj E-mail

Wojciech Czaplewski

 

Pojęcie postmodernizmu jakoś ostatnio zbanalizowało się, zużyło i wytarło. Rzekłbym: straciło medialną atrakcyjność. Dla potrzeb niniejszego tekstu spróbuję je jednak odświeżyć, to znaczy na nowo zdefiniować (mimo że jest niedefiniowalne). Narzędziem definicji będzie powieść potrójnie postmodernistyczna, kilkanaście lat temu bardzo modna. Chodzi o „Imię róży” Umberta Eco – książkę, którą wypadało wtedy mieć na półce, ale w której, powiedzmy sobie szczerze, większość czytelników ugrzęzła w okolicach setnej strony (całość liczy sześćset).
Rzecz dzieje się w średniowiecznym opactwie benedyktynów, które nęka plaga tajemniczych i makabrycznych zgonów. Główni bohaterowie – franciszkanin Wilhelm i benedyktyński nowicjusz Adso (będący kalką Sherlocka Holmesa i doktora Watsona) przeprowadzają śledztwo zawiłe i pełne nieoczekiwanych zwrotów. Mamy tu pościgi, ucieczki, halucynacje, płonące stosy, wędrówkę wśród szkieletów i nieco perwersyjną scenę mistyczno-erotyczną. Ostatecznie dzielni detektywi wykrywają sprawcę – okazuje się nim ślepy bibliotekarz Jorge – i motyw zbrodni: jest nim zaginiony drugi tom „Poetyki” Arystotelesa, traktujący o komedii. W kulminacyjnej scenie opactwo trawi ogień, z kwikiem galopują płonące konie i bydło, a Wilhem i Adso prowadzą teologiczną dysputę, z której wynika, że Boga nie ma.
Jeżeli ktoś „Imię róży” zna tylko w wersji filmowej, to informuję, że dzieweczka z książki jednak, niestety, spłonęła na stosie. Ku chwale Hollywood i uciesze Umberta Eco Sherlocka Holmesa zamieniono na Jamesa Bonda, a architekturę biblioteki wzbogacono o skojarzenia z obrazami Wolfganga Eschera.
Książka jest postmodernistyczna po pierwsze dlatego, że składa się właściwie z cytatów. Czarny charakter powieści – Jorge z Burgos – to tak naprawdę Jorge Luis Borges, dwudziestowieczny pisarz argentyński, którego opowiadania kryją w sobie klucze do rozumienia wielu wątków powieści (jeśli nie wierzysz, przeczytaj na przykład „Bibliotekę Babel” oraz „Śmierć i busolę” z tomu „Fikcje”). Wilhelm i Adso, jako się rzekło, Holmes i Watson. Scena erotyczna składa się z cytatów z Pieśni nad pieśniami i katolickich tekstów mistycznych. W swoich detektywistycznych dedukcjach Wilhelm posługuje się cytatami z „Traktatu logicznofilozoficznego” Ludwiga Wittgensteina, jednego z największych dwudziestowiecznych filozofów.
Postmodernizm to świadomość, że wszystko, co da się powiedzieć, zostało już powiedziane i w związku z tym możemy już tylko cytować, powtarzać, parafrazować, parodiować i małpować.
Książka ta jest postmodernistyczna po drugie dlatego, że rządzi nią zasada labiryntu. Labirynty, nieco sprawę upraszczając, dzielimy na dośrodkowe i chaotyczne. Dośrodkowe mają na celu nieuchronne doprowadzenie wędrowca do centrum, gdzie ukryty jest skarb lub czyha zguba, zaś chaotyczne wikłają podróżnego w splątaną sieć, z której wyjścia nie ma. W „Imieniu róży” labiryntem realnym, architektonicznym (choć wzmocnionym przez lustra i halucynogenne świece) jest biblioteka, labiryntami jawią się też przebieg śledztwa i seria zbrodni. Co ważne, zasadą organizującą wszystkie te trzy labirynty jest Apokalipsa świętego Jana, która stanowi labirynt symboli, a w powieści okazuje się także zasadą organizacji świata, którego (symboliczną) mapą jest biblioteka. Zatem również sam świat okazuje się labiryntem. Nie muszę chyba dodawać, że labirynt „Imienia róży” jest i dośrodkowy, i chaotyczny jednocześnie.
Postmodernizm lubuje się w labiryntach, zwłaszcza typu chaotycznego, zwłaszcza labiryntach z luster. W postmodernistycznej interpretacji drogi myślenia, języka i kultury nie przypominają, jak wcześniej, nanizanych na jedną nitkę kolejnych paciorków postępu. Ich lepszym obrazem jest kłącze – roślinny wzrost polegający na przenoszeniu się w wielu niespodziewanych kierunkach i zakorzenianiu w nieprzewidywalnych miejscach.
Książka jest postmodernistyczna po trzecie dlatego, że ufnego czytelnika wciąga do gry, dezinformując w kwestii reguł. Narrator autorski i narrator-bohater wespół wprowadzają w błąd odbiorcę tekstu, twierdząc że nie niesie ona żadnego przesłania; detektyw odkrywa przestępcę idąc fałszywym tropem; młody Adso przeżywa historię, której nie rozumie, a opowiada ją, kiedy jest już stary i niewiele pamięta. To, co o świecie mówi bohater pozytywny, jest mętne i niepewne, a uderzająco trafne są natomiast wypowiedzi o świecie wygłaszane przez fanatycznego mordercę.
Postmodernizm jest grą w każdym znaczeniu: jest udawaniem na scenie, udziałem w meczu, hazardem i loterią. Ogrzany płomieniami spełniającej się apokalipsy, czytelnik wraz z detektywem Wilhelmem odkrywają, że świat nie składa się z faktów i rzeczy, lecz ze znaków odsyłających do innych znaków, które nie znaczą nic. „Dawna róża trwa w nazwie, nazwy jedynie mamy”. Gdzież prawda? (że zacytuję ponckiego Piłata, który jak się zdaje hołdował metafizyce gry – a więc był jednym z pierwszych postmodernistów w światowej literaturze). Franciszkański detektyw Wilhelm ma na to taką odpowiedź: „Być może zadaniem tego, kto miłuje ludzi, jest wzbudzanie śmiechu z prawdy, w z b u d z a n i e ś m i e c h u p r a w d y*, gdyż jedyną prawdą jest zdobyć wiedzę, jak wyzwalać się z niezdrowej namiętności do prawdy”.

Na początku XX wieku w Słupsku urodził się Odo Marquard. Odo Marquard – zaryzykuję to stwierdzenie – był największym filozofem ze Słupska. Czy Słupsk wie, że ma swojego Filozofa? Na rynku polskim dostępna jest między innymi jego książka o wdzięcznym, jakby z Lema wziętym tytule: „Apologia przypadkowości”. W tomie tym, obok prawdziwie mnie pocieszających uwag o nieodzowności nauk humanistycznych i irytujących pochwał Hegla, znalazłem rozważania na temat teodycei.
Teodycea to temat z pogranicza filozofii i religii, obecny w piśmiennictwie filozoficznym co najmniej od czasów Gottfrieda Leibniza (tego od monad, nie tego od herbatników z 52 ząbkami), który rozprawkę pod tytułem „Teodycea” opublikował w drugiej połowie XVII wieku. Z niezbitą logiką wykazywał w niej, że skoro Bóg jest wszechmogący, to mógł stworzyć wszystkie możliwe światy, a skoro jest miłosierny, to ze wszystkich możliwych światów stworzył najlepszy. Wniosek: żyjemy na najlepszym z możliwych światów.
I tu pojawia się odpowiedź na pytanie „skąd zło?”, które jest centralnym pytaniem teodycei. Zgodnie z rozumowaniem Leibniza zło okazuje się warunkiem możliwości zaistnienia najlepszego z możliwych światów. W ten sposób Bóg zostaje ze zła usprawiedliwiony.
Oczywiście, jak każdy temat filozofowania, teodycea na tym się nie skończyła. Filozofowie kolejnych pokoleń, rozjuszeni przejrzystością Leibnizowskiego rozumowania i jego jawną sprzecznością z ludzkim doświadczeniem, wciąż na nowo atakowali temat teodycei, nie oszczędzając Gotffrieda Leibniza ani Pana Boga.
Teodyceę można opisać jako proces wytoczony Bogu przez człowieka w sprawie zła na świecie. W ten sposób emblematem teodycei może być trójkąt, którego wierzchołkami są Bóg, człowiek i zło. I oto co się stało.
Najpierw nastąpiła detronizacja Boga. Między Oświeceniem a czasami Karola Marksa nastąpił intelektualny i kulturowy proces, w wyniku którego człowiek uznał sam siebie za stwórcę i potencjalnego zbawiciela własnego, ludzkiego świata. Najdalej jak na razie posuniętą praktyczną konsekwencją tego konceptu były dwudziestowieczne totalitaryzmy (i jakieś 150 milionów ofiar). Nieco wcześniej niemiecki filozof Friedrich Nietsche radośnie ogłosił śmierć Boga i przemianę wszystkich wartości (po czym zwariował). I tak zniknął jeden wierzchołek, a z trójkąta zrobił się odcinek.
Potem, w szalonych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, dwaj filozofowie postmodernistyczni: Michel Foucault i Jacques Derrida, każdy na swój sposób, ogłosili śmierć człowieka. Na przykład u Foucaulta oznacza to rezygnację z przedmiotu na rzecz bezosobowych struktur rządzących myśleniem, jaką dostrzega w kulturze współczesnej. I w ten sposób zniknął jeden koniec, i z odcinka zrobił się punkt.
I tego punktu – to znaczy zła – nijak z myślenia nie da się wyrugować. Z pierwotnej formuły teodycei, przypomnę: „proces wytoczony Bogu przez człowieka w sprawie zła”, zostało: „proces w sprawie zła”.
Filozof ze Słupska Odo Marquard twierdzi, że teodycea jest znakiem nowożytności, czymś w rodzaju dowodu tożsamości naszej epoki. Czyli nowożytność zaczynałaby się od publikacji „Teodycei” przez Leibniza. A kończy się – po śmierci oskarżonego i oskarżyciela – w punkcie znaczonym przez zło, wobec którego jesteśmy, jak się zdaje, bezradni. Taki byłby koniec nowożytności i początek po-nowożytności, post-modernizmu.
Czy jednak wobec zła jesteśmy faktycznie bezradni? „Apologię przypadkowości” Marquarda kończy wywiad z filozofem, zawierający znamienną myśl: „śmiech jest naszą teodyceą”. Lekarstwem więc, sposobem radzenia sobie ze złem świata byłaby czysto ludzka broń – śmiech, którego nie znają ni Bóg, ni zwierzęta.
Tylko z c z e g o mamy się śmiać? Ze zła, tak jak ten bohater opowiadania Tadeusza Borowskiego, który idzie przez Auschwitz, z rękami w kieszeniach, gwiżdżąc „tango zwane krematoryjnym”?
Czy z prawdy, tak jak tego chce Eco?

PS. Szkic powyższy wiele zawdzięcza tekstom innych autorów. Do wymienionych w tekście dodać trzeba jeszcze znakomitą książkę Cezarego Wodzińskiego „Światłocienie zła”.

-------------------------------
*podkreślenie Umberta Eco, j e d y n e w powieści

Latarnia Morska nr 3/2006