Dlaczego klasycy – czyli o korzyściach płynących z pisania sonetu

Kategoria: eseje i szkice Opublikowano: środa, 13, marzec 2013 Drukuj E-mail


Wojciech Czaplewski

Dumając nad tym, co można by napisać, skoro się zaczęło od takiego tytułu, przypomniałem sobie pewien koncert. Ponad ćwierć wieku temu, w Toruniu, w klubie „Od Nowa”, jeszcze tym starym, na Rynku (dwa lata później uciekało się przed ZOMO do tej starej „Od Nowy”). Koncert był egzotyczny, prawdziwe Indie, żadne tam „hare hare”: tabla, czyli dwa gadające bębenki, i coś strunowego, nie pamiętam, ale chyba nie sitar, pamiętam panią i jej pulchną ciemną rękę, palce powoli przebierające po strunach, ciągły, pomału modulujący się dźwięk. Grający na tabli wypowiadał długie i skomplikowane zdania, składające się z wielu sylab, z dominującymi spółgłoskami zwartoszczelinowymi i samogłoską „A”, po czym bębenki powtarzały po nim te same zdania.

Był jeszcze ktoś głoszący polskojęzyczne komentarze, wypełniając interludia napuszonym gadaniem. Zapowiedział ragę, którą się grywa o zmierzchu – tak się sympatycznie złożyło, że akurat zaczynał się wieczór (nie mówiąc już o tym, że ku upadkowi chylił się komunizm, no ale wtedy tego jeszcze nikt nie wiedział). Ten pan powiedział też, że forma tej wieczornej ragi nie zmieniła się od pięciu tysięcy lat. Oczywiście przesadził. Był raczej wyznawcą, niż znawcą kultury Indii. Ale za tym, co powiedział, i za tą jego przesadą – stoi idea.

 Nie ma postępu w muzyce. Doskonałość raz osiągnięta winna być kultywowana przez powtarzanie. Hegemonia Tradycji. Warunkiem osiągnięcia doskonałości przez powtarzanie jest mistrzostwo. Mistrzem zaś jest ten, kto najpierw przez lata był uczniem, potem czeladnikiem – aż osiągnął biegłość poprzednika, nauczyciela. Hegemonia tradycji to wielopokoleniowa sukcesja biegłości: dzisiejszy mistrz powtarza to, co robił mistrz dawny, zamierzchły, legendarny i mityczny. W ten sposób raga nie zmienia się przez pięć tysięcy lat. Nie tylko raga, także sposób malowania nieba na jedwabiu i układ sylab w haiku. Celem takiej kultury jest Doskonałe (classicum). Ale czy w takiej kulturze jest możliwy klasycyzm?

 Tutejsza kultura ma inny przebieg. W tutejszym zwyczaju leży uprawianie związku między uczniem a mistrzem jako relacji polegającej na konflikcie. Raczej elekcja niż sukcesja, a jeśli sukcesja, to sukcesja walki. Anaksymander spiera się z Talesem, Arystoteles zwalcza Platona, a HeideggerHusserla. A skoro już wdepnęliśmy w grunt filozofii, to jeszcze dodam, że Ludwig Wittgenstein atakował nie tylko poglądy swojego mistrza Bertranda Russella, ale także swoje własne sprzed dwudziestu lat. Na tym właśnie być może polega filozofia, która zresztą jest specyficznie tutejszym (rozumiem przez to: zachodnim) wynalazkiem. Bo filozofia to myślenie wiecznie z siebie niezadowolone. To samo dzieje się w sztuce, literaturze, w całej tutejszej kulturze, łącznie niestety z religią. Odmowa zgody. Kwestionowanie sensu. Reformacje i kontrreformacje.

 To jeszcze nie dowód, że istnieje postęp w kulturze, czy, tym bardziej, w sztuce. Za to na pewno istnieje rewolucja (rewolucja nie jest motorem postępu, raczej przeciwnie – idea postępu napędza rewolucję). Z kolei wiadomo, że bez rewolucji nie byłoby konserwatyzmu. Jaki stąd wniosek? Pozwolę sobie wyprowadzić go na skróty: tylko w kulturze tutejszej, opartej na konflikcie i rewolcie, i wiecznej pogoni za nowością, faustycznej (jak by powiedział Oswald Spengler), tylko tu jest możliwy klasycyzm.

 Z jednej więc strony mamy klasycystów. A z drugiej kogo? Innymi słowy: przeciw komu klasycyści są klasycystami?
 Zależnie od czasu, miejsca i okoliczności nazywa się ich rozmaicie: romantykami, barbarzyńcami, ironistami. Awangardą. Formalistami. Banalistami. Imię ich: legion. Na ogół są szybsi, mniej skrępowani i młodsi od klasycystów. Młode chętniej biega gołe, stare lepiej stoi w zbroi. Tych, przeciw którym zbroja jest wkładana, dla potrzeb niniejszego szkicu (oraz dążąc do terminologicznego remisu) nazwę antyklasycystami, rozumiejąc, że nazwa ta jest myląca, bo, jako się rzekło, to raczej klasycyzm, ten kulturowy konserwatyzm, jest „anty”.
 Na czym więc polega konflikt? Dla Obrońców Oblężonego Miasta to walka trwania z przemijaniem, etosu z banałem, kultury z barbarzyństwem, rozumu z upiorami. Dla Straży Przedniej to spór szablonu z wolnością, stagnacji z rozwojem, zgrzybiałego ze świeżym, epigoństwa z kreatywnością. A dla kogoś, kto z boku patrzy? Jako żywo pojedynek Antyfilidora z Filidorem. Jak pamiętamy, skończyło się to rozpadem świata, obłędem pojedynkowiczów i – jak zawsze u Gombrowicza – podszyciem dzieckiem. Przy czym nieprawdą jest, jakoby klasycyzm był autorytarny, a antyklasycyzm demokratyczny. Wręcz przeciwnie. Bo w klasycyzmie chodzi o rządy prawa, a w antyklasycyzmie o rząd dusz.

 Wiemy więc mniej więcej – o czym sobie powiemy jeszcze nieraz w tym tekście – jaka jest treść pojęcia klasycyzmu. Trudniej natomiast ustalić zakres. Weźmy takiego Hamleta. Teatr o życiu, które jest teatrem. Teatr o teatrze. Jeżeli powiada coś o świecie, to że jest sceną, areną chaosu. Miłość i zemsta – tematy odwieczne, tematy archetypy – tu ulegają żywiołowi przypadku. A jednak gotowiśmy nazywać Szekspira klasykiem.
 W drugim tomie Don Kichota błędny rycerz z Manczy – który, jak wiemy, zwariował, bo naczytał się książek o błędnych rycerzach – spotyka ludzi, którzy czytali pierwszy tom Don Kichota. Zamyka się koło szaleństwa. Więc – skoro dzisiejsi wyznawcy w pudle z napisem „klasyka” trzymają wiersze księdza Baki, Króla-Ducha i Karuzelę z madonnami – klasyka składa się z awangardy, czy może awangarda ma swoich klasyków?
 Klasycyzm, o którym dzieci uczą się w szkole (i tak na cud zakrawa, że w dzisiejszych czasach jeszcze się w szkole czegoś takiego naucza), to naśladowanie Greków-i-Rzymian oraz przestrzeganie Reguł i Norm. Coś, co uprawiało się podczas obiadów czwartkowych. A walka klasycystów zakończyła się ich sromotną klęską w roku 1821, kiedy to oko i szkiełko zmierzyło się z czuciem i wiarą. Tymczasem – właśnie że nie! Kolejne mniej lub bardziej hałaśliwe rundy pojedynku odbywają się średnio raz na dwa pokolenia.

 Kilkanaście lat temu, w łonie pokolenia wtedy jeszcze młodego rozgorzała nowa walka. Głos zabrał Marcin Świetlicki, którego zaczepił Krzysztof Koehler, po ripoście Świetlickiego włączył się Dariusz Pawelec, potem Jarosław Klejnocki, Karol Maliszewski i Wojciech Wencel. Kompozycja całego tego konfliktu nieco przypominała rozróbę w saloonie, podczas której, jak wiemy, tylko nieliczni wiedzą, o co chodzi, więc ci, co są w mniejszości, wcale nie stoją na przegranej pozycji. Piana rosła. Toczącym spór zdawało się, że uczestniczą w czymś ważnym, w każdym razie ważniejszym niż szczekanie na karawanę. Utrwalił się – przedostając się nawet na karty niektórych podręczników szkolnych – podział młodych poetów na „klasycystów” i „barbarzyńców”. Barbarzyńcy to ci od flupów i innych, dużo bardziej brzydkich słów, cyniczni jajcarze, dla których najważniejszym źródłem inspiracji był siódmy numer "Literatury na świecie" z 1986 roku, zawierający prezentację kilku współczesnych poetów ze wschodniego wybrzeża USA. Pamiętam niebieską okładkę i napis na okładce: "Szkoła nowojorska".

 Przypomina mi się podobnie awangardowe pokolenie, które do historii przeszło pod nazwą „pokolenia pryszczatych”. Pryszczaci ogłosili, że najważniejszym składnikiem tradycji, do której nawiązywać ma poezja polska, jest twórczość sowieckiego postfuturysty Włodzimierza Majakowskiego, zwłaszcza jego schodkowe poematy na cześć Lenina. Z drugiej strony wiemy, jaki zwrot ku klasycyzmowi nastąpił, gdy sztuka wpadła w objęcia totalitaryzmu. Futurystyczna awangarda we Włoszech podłączyła się do faszyzmu, by głosić odnowę Imperium Romanum, futuryści sowieccy nawracali się na socrealizm albo kończyli w łagrach. Pompatyczny, monumentalny klasycyzm i ataki na zdegenerowany formalizm. Klasycyzm – egalitarny, przemawiający do mas. Dostarcza środków kultu każdej idei i ideologii. Chętnie wybierany jako naturalny sprzymierzeniec władzy. Totalitarni spece od formy wiedzieli, że wyrazić się w formie klasycznej to uzasadnić się, usprawiedliwić, wyrazić się jako rzecz sensowna.

 Teraz, po kilkunastu latach od wystąpień Świetlickiego, opcja klasycystyczna zdaje się święcić tryumfy. Nikt już nie czyta O’Hary i Ashberry’ego. Sajnóg (ten od flupów) został zamordowany. Marcin Świetlicki wystąpił w Opolu. Klasycyzm jest na wierzchu, i to może nie za sprawą Grochowiaka, Herberta i Rymkiewicza, których wyobraźnia młodego pokolenia lokuje gdzieś między pierwszą a drugą wojną punicką, między Owidiuszem a Szymonem Szymonowicem. Nawet nie za sprawą Koehlera i Wencla. Wencel już nie chce, żeby go nazywać klasycystą, chce być „po prostu poetą”. Niektórzy wyobrażają sobie, że kiedy przestaną być klasycystami, to od razu zaczną być klasykami. Wolnego! Klasycyzm nie jest wittgensteinowską drabiną, po której wszedłszy, można ją odrzucić.
 Klasycyzm zdaje się być na wierzchu za sprawą młodych i nawróconych, za sprawą wierszy na przykład Jacka Dehnela i Tomasza Różyckiego. Za sprawą nominowanej do Wiadomej Nagrody Kry Jacka Podsiadły. Ale nie dajmy się zwieść. Dandyzm nie jest klasycyzmem. Sylabiczne barbarzyństwo, z tego powodu, że jest sylabiczne, nie staje się od razu klasycyzmem. Są rzeczy klasyczne, są klasycystyczne, są i klasycystycznawe. Ludzka sympatia opowiada się zwykle po stronie słabszego (ja też kibicowałem Trynidadowi i Tobago). Simone Weil nazwała sprawiedliwość wieczną uciekinierką z obozu zwycięzców. Więc antyklasycy wzięli się na sposób: walczą z klasycyzmem przywdziewając jego maskę. A ponieważ w obozie przeciwnym też znajdziemy paru Wallenrodów, to walka wkroczyła w etap, na którym nikt nic nie wie, a sprawiedliwość nie ma nic do gadania.
Możliwy jest też klasycyzm podły (jak ten stylizowany na Pana Tadeusza poemat Szenwalda o matce Syberii).

 W poszukiwaniu środków rozróżnienia, cofnijmy się do Herberta, który zdaje się sprawę stawiać najjaśniej. W wierszu "Dlaczego klasycy" przeciwstawia mowę prostą, nazywającą fakty, które ważą, które są doniosłe – naszczekiwaniu i skomleniu, i mamrotaniu błahostek. Ale sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Zbigniew Herbert, deklarujący się jako zwolennik tautologii, mowy najprostszej, w której ptak jest ptakiem / niewola niewolą / nóż jest nożem / śmierć śmiercią, gdzie indziej zauważa, że łańcuchy tautologii to dialektyka oprawców. Artystów nowoczesnych umieszcza w centrum piekła, ale dostrzega, że klasyczne piękno podszyte jest krwią niewolników. Markowi Aureliuszowi ponad ciemność podaje rękę i czyta Liwiusza przeciw Liwiuszowi. Widać więc jakby dwoistość u tego, który uchodzi za najklasyczniejszego spośród naszych powojennych poetów. Dwoistość to jednak pozorna. Tak jak „litera” i „duch” prawa, jest też „litera” i „duch” klasycyzmu – i nie należy jednego z drugim mylić. Klasycyzm to, owszem, jakaś normatywność, jakiś zbiór reguł, ale przede wszystkim to wartość, etos.
Pomylenie jednego z drugim zdarzyło się w XIX wieku podczas sławnej bitwy klasyków z romantykami. Kazimierzowi Brodzińskiemu, który zarzucał romantyzmowi sprzeczność z duchem narodowym, odpowiedział Maurycy Mochnacki, który zauważył, że Brodziński myli się w ocenie ducha, a tak naprawdę denerwuje go lekceważący stosunek romantyków do klasycznych reguł formalnych. Dwa pokolenia później nasi romantycy zostali zaliczeni do grona klasyków.
Zaś co do formy – tak naprawdę chodzi tylko (aż) o to, aby była to, jak powiada Herbert, forma odporna na działanie czasu.

Krótka historia walki klasycyzmu z antyklasycyzmem (coś jak Krótki kurs WKPb), od renesansu do dziś, mogłaby wyglądać tak:
Najpierw klasycyzm był jedynie słuszny, o wszystkim innym, co w kulturze wydarzyło się od upadku Rzymu, lepiej było w ogóle nie mówić. Potem klasycyzm okazał się słuszny i poprawny – bo pojawił się niesłuszny i niepoprawny romantyzm. Dalej. Romantyzm okazał się co prawda niepoprawny, ale za to słuszny, w związku z czym klasycyzm był poprawny ale niesłuszny. Więc romantyzm się skończył, ale przed śmiercią spłodził potomka. Owym pogrobowcem była awangarda, naturalna sojuszniczka rewolucji, jak każdy antyklasycyzm. Awangarda była słuszna, klasycyzm niesłuszny (bo opozycja „słuszne-niesłuszne” okazała się jedynie słuszna w rewolucyjnej ideologii – słuszniejsza zwłaszcza od opozycji „prawda-fałsz”). Kiedy już rewolucja wygrała, okazało się, że to awangarda jest niesłuszna, wręcz zgniła – a klasycyzm jest słuszny. W tym samym mniej więcej okresie rewolucja okrzepła i zaczęła masowo produkować zwłoki.

Dziś dożyliśmy czasów, gdy w ślad za „prawdą i fałszem” odchodzi w przeszłość opozycja „słuszne-niesłuszne”. W to miejsce zaczyna miłościwie nam panować opozycja „poprawne-niepoprawne”. I oto okazuje się, że klasycyści, wraz z etosem, narodem, miłością bliźniego, honorem i klubem kibica znaleźli się po stronie niepoprawnej, podczas gdy antyklasycyści, wraz z asertywnością, tolerancją, społeczeństwem otwartym, sukcesem i klubem biznesmena, zajmują terytorium poprawności.
I na tym właśnie polega paradoks postmodernizmu, że klasycyzm jest niepoprawny.

 Klasycyzm to pełnia, proporcja i blask, i zakorzenienie w ładzie świata. Innymi słowy: tyle klasycyzmu, ile ładu świata.

I nawzajem.

Wojciech Czaplewski



portal LM, marzec 2013

Esej z przygotowywanej do druku książki W. Czaplewskiego Pochwała nierozumienia, która ukaże się nakładem Bałtyckiego Stowarzyszenia "Sieciarnia" (w ramach biblioteki "Latarni Morskiej") w 2013 r.