Przepustka do nieba

Kategoria: dramat Opublikowano: środa, 10, marzec 2010 Drukuj E-mail


Piotr Müldner-Nieckowski


Osoby:

STARY, osiemdziesięcioletni
SPIKER
ANIA
, czterdziestoletnia
JACEK, czterdziestoletni

{mp3}p_muldner_przepustka_do_nieba_2007_fragm{/mp3}

W mieszkaniu Starego

STARY: (Przez telefon) Z profesor Kalinowską proszę. Dzień dobry, pani Jadwigo. Witam. (Po chwili) Dziękuję, jakoś sobie radzę. Najgorzej z przenoszeniem się do łóżka i z powrotem... (Zmienia temat) Ale ja dzwonię, żeby panią zapytać, czy udało się pani skontaktować z tą kobietą. Pamięta pani... Świetnie. Powiedziała jej pani, że potrzebuję pomocnika? Świetnie. Myśli pani, że to się uda? Muszę zrobić porządki w papierach, a wie pani... Muszę, to konieczne. (Po chwili) Tak. (Po chwili) Nie, dziękuję, wolałbym, żeby to nie był nikt obcy... Mam nadzieję, że się zdecyduje i przyjdzie... (Odkłada słuchawkę. Do siebie) Świetnie.


Na tle muzyki:

SPIKER: Piotr Müldner-Nieckowski: „Przepustka do nieba”


Muzyka cichnie. W mieszkaniu Ani i Jacka

ANIA: (Podniesionym głosem) Taka szansa, a ty nie chcesz? To wyjątkowa okazja, sto złotych za godzinę! No, czemu nic nie mówisz?

JACEK: Mam wątpliwości.

ANIA: Profesor Kalinowska mówiła mi, że to porządny człowiek i że płaci od razu. Może nawet z góry.

JACEK: Problem polega na tym, że ja nie jestem od sprzątania.

ANIA: Jak się nie ma pracy, to się bierze, co wpadnie w ręce.

JACEK: To pewnie ten facet, co nadaje te ogłoszenia. Widzę je w gazecie od roku, a to mi się wydaje podejrzane. Czyżby miał przedsiębiorstwo sortowania listów? Jakieś bzdury. W sobotę też to było. Daj mi sobotnią gazetę.

ANIA: Nie jesteś głodny?

JACEK: Czekaj... Jest. „Młody, sprawny potrzebny do porządkowania korespondencji. Brzozowa piętnaście”. Od roku to samo.

ANIA: Jesteś i młody, i sprawny. Bierz to, póki nie znajdziesz czegoś innego. Za taką stawkę warto.

JACEK: Czekam na decyzję rektora. Nie może tak być, żeby jakiś profesorek tak sobie wyrzucał zdolnego naukowca na zbity pysk, bo mu się nie podobają jego osiągnięcia.

ANIA: Na to nie licz. Nikt się z tobą nie będzie liczył, żebyś nie wiem co odkrył. Rektor dawno podjął decyzję. Taką jak dziekan. I jak profesor. Ty tam już nie wrócisz.

JACEK: Schodzę na psy. Może rzeczywiście z naukowca stanę się śmieciarzem.

ANIA: Na twoim biurku rośnie kupa zapisanych kartek. Makulatura. Ale nikt ci ani słowa nie wydrukuje, bo profesorek ma wpływy.

JACEK: To są projekty badań. Bardzo dobre projekty.

ANIA: Z tego habilitacji nie będzie. Habilitację robi się na uczelni. A ty jesteś w domu.

JACEK: Coś robię.

ANIA: Tak, na koncie mamy już tylko końcówkę. Wystarczy na miesiąc. Ile ja zarabiam, to sam wiesz. Za miesiąc nie będę miała na zapłacenie rachunków. To koniec.

JACEK: (Po chwili) Dobra. Zdecydowałem się. Jaka to ulica? Ale robię to tylko dla ciebie. Jesteś taka namolna, że...

ANIA: Brzozowa piętnaście. Tylko pół godziny drogi.


Zmiana planu. Otwarcie drzwi do domu Starego


JACEK: Dzień dobry, ja z ogłoszenia.

STARY: (Smętnie) Żadnej pracy nie mam. Do widzenia.

JACEK: Ale ja z polecenia pani profesor Jadwigi Kalinowskiej.

STARY: (Ożywiony) A, to co innego. Niech pan wchodzi. Zaraz, zaraz, już robię panu miejsce...

JACEK: Ja popchnę.

STARY: Nie daję sobie rady z tym wózkiem... Dziękuję. Niech pan się rozbierze. Więc trafił pan od razu?

JACEK: Przepraszam, nie przedstawiłem się. Jacek Nagórny.

STARY: Ma pan kilka dni czasu?

JACEK: Mam dużo więcej.

STARY: Bo to jest praca na dobrych parę dni.

JACEK: Mogę do pokoju?

STARY: Od razu do salonu. Co zrobić panu do picia?

JACEK: Nie trzeba. Co to za robota?

STARY: Właśnie. Bardzo odpowiedzialna. Bardzo. Jakie ma pan wykształcenie?

JACEK: Wykształcenie to ja mam. Najgorzej, że nie mam stałej pracy.

STARY: Oj, tak, teraz takie czasy, że młodzi bez przerwy szukają zajęcia.

JACEK: Straszny bałagan.

STARY: Właśnie. Sam go zrobiłem.

JACEK: Pobojowisko.

STARY: Wyrzuciłem wszystko z szaf i szuflad, żeby zrobić z tym porządek. Sam nie wiem, czy to dać na śmietnik, czy posegregować. Sam nie wiem.

JACEK: A co to jest?

STARY: Listy, pisma, zapiski, fiszki z kartoteki, wszystko naraz.

JACEK: Słowem góra makulatury. I co by do mnie należało? Wszystko pan tak wywalił na środek pokoju?

STARY: Jak pan widzi. Nie bardzo mam siłę się schylać.

JACEK: Zrobi się. Tylko niech pan powie, jak się do tego zabrać i o co panu chodzi.

STARY: Nie wiem. Może tak: najpierw listy osobno, pisma urzędowe osobno... Albo nie. Najlepiej datami. Ułożymy je osobno, a potem przejrzymy. A fiszki od razu do pudełek.

JACEK: Ma pan jakieś pudełka?

STARY: Ot, praktyczna osoba! Nie pomyślałem o pudełkach. Skąd tu wziąć takie pudełka?

JACEK: Co jest na tych fiszkach?

STARY: Słownik nauki polskiej. Dzieło mojego życia. Całe w rozsypce.

JACEK: To ja jednak bym się napił jakiejś herbaty. Może pan tego nie wliczać do czasu pracy.

STARY: Jak zechcę. Zapraszam do kuchni.


W kuchni


JACEK: (Z podziwem) Boże! To dopiero jest salon!

STARY: Świetnie. Moja żona była tu królową.

JACEK: A teraz pan jest królem.

STARY: Nie żyje. Dziesięć lat mija ósmego maja.

JACEK: Przepraszam.

STARY: Da pan sobie radę. Ja pojadę do sypialni, bo muszę sobie zrobić zastrzyk z insuliny i trochę się zdrzemnąć.

JACEK: Bardzo proszę. Tylko nie wiem, gdzie jest cukier.

STARY: Nie ma. Ale zaraz... Tam w szafce przy oknie jest słoik miodu.

JACEK: A zapałki?

STARY: Zapałki? Nie wiem.

JACEK: Nie gotuje pan na gazie?

STARY: Od kiedy Magdy nie ma, nie odczuwam potrzeby. Piję wodę z kranu i wystarczy.

JACEK: Okropne.

STARY: W razie czego niech mnie pan zbudzi.

JACEK: Jest dziewiąta piętnaście.

STARY: Datami, najpierw trzeba ułożyć datami.


Po kilku godzinach. Muzyka


STARY: Dobrze, że pan sobie włączył płytę.

JACEK: Już wyłączam.


Muzyka nagle ustaje


STARY: Nie trzeba było. No i jak?

JACEK: Prawie wszystko podzielone na kategorie. Listy osobno, tamto osobno, fiszki osobno. Jak widać.

STARY: To dopiero wstęp początku. Początek wstępu.

JACEK: To znaczy?

STARY: Fiszki trzeba posortować alfabetycznie. I pudełka pan zdobył. Świetnie.

JACEK: Wyskoczyłem na chwilę do sklepu.

STARY: Świetnie. Co pan zauważył?

JACEK: Przepraszam?

STARY: Nic pan nie zauważył?

JACEK: Nie, nic takiego. A co się stało?

STARY: Świetnie. Zaraz pojadę do kuchni, nie będę panu przeszkadzał.

JACEK: Mogę panu coś zrobić...

STARY: Aż tak źle ze mną nie jest. Długo spałem i zrobiłem się głodny, ale to może poczekać.
(Zmienia temat) A te fiszki nic panu nie mówią?

JACEK: Fiszki jak fiszki, kartoteka. Czy to będzie jakiś słownik?

STARY: Te kartki trzeba posortować. Najlepiej według alfabetu, chyba że ma pan lepszy pomysł.

JACEK: Mój ojciec pracował nad podobnym słownikiem.

STARY: I powkładać do pudełek tak, żeby się nie pomieszały.

JACEK: Nazywał to „słownikiem skrótów myślowych”.

STARY: Definicji.

JACEK: Nie tylko definicji.

STARY: Tak? A czego jeszcze?

JACEK: Ludzkiej pomysłowości. Nie ma pan pojęcia, jak ludzie potrafią wymyślać dowcipne nazwy. Tym się zajmował mój ojciec. Był bardziej poetą niż naukowcem, a w każdym razie jednym i drugim, chociaż nie napisał ani jednego wiersza.

STARY: Przyglądał się pan tym zapiskom?

JACEK: Nie miałem jeszcze czasu. To jakieś wiersze?

STARY: Niech się pan przyjrzy. Można tak powiedzieć: właściwie wiersze. Właściwie fragmenty. Urywki. Pojedyncze słowa. Ale najważniejsze są opisy.

JACEK: Czyżby słownik metafor? Przenośni?

STARY: Tak właśnie. Dobrze pan to ujął.

JACEK: Niesamowite. Nie wiedziałem, że ktoś jeszcze robi takie rzeczy. Ojciec często mi o tym opowiadał, nieraz widziałem go, jak po nocach wertuje książki i wypisuje wyrazy i wyrażenia z poezji. A zdarzało się, że sam je wymyślał.

STARY: To nie takie łatwe.

JACEK: Potrafił leżeć godzinami na łóżku, patrzeć w sufit, potem nagle się zrywał, biegł do drugiego pokoju i przez parę godzin pisał. Nie jedząc i nie pijąc, tylko palił jednego papierosa za drugim.

STARY: Palenie niszczy w człowieku (z naciskiem) wszystko. Skraca życie. Doprowadza do ruiny. Niech pan spojrzy na mnie. To przez palenie. Straciłem obie nogi.

JACEK: (Po chwili) Wszystko to przesada. (Zmienia temat) Przepraszam, że pytam, i pan też pracował nad czymś podobnym?

STARY: Próbowałem.

JACEK: Wielu ludzi w tym samym czasie wpada na ten sam pomysł.

STARY: Niewielu.

JACEK: Czy pan wie, że kiedy Edison wynalazł żarówkę, to w Japonii żarówki już były?

STARY: Nie, to nieprawda. Historycy mają bujną wyobraźnię.

JACEK: To nie historycy. Tak żartobliwie mawiał mój ojciec i wiecznie kłócił się o to z moją mamą, która mówiła tak jak pan: historycy mają bujną wyobraźnię. Nie przywiązywał wagi do swoich odkryć. Uważał, że pan Bóg przypadkiem przydzielił mu rolę, którą równie dobrze mógł wyznaczyć komu innemu. Z tego był taki wniosek, że wszystko, co człowiek robi, jest dobrem wspólnym, a autorstwo jest tylko – właśnie przypadkowe. Wtedy matka wpadała w pasję, bo jej zdaniem Bóg niczego nie czyni przypadkiem.

STARY: A mama żyje?

JACEK: Oboje nie żyją. Życie ich zabiło.

STARY: A może pan Bóg? (Zmienia temat) Świetnie, to ja pojadę do kuchni, a pan niech się weźmie do sortowania. Tego jest dużo, bardzo dużo.

JACEK: Przepraszam, ale widzę, że pan się męczy z tym wózkiem, a to po prostu zablokowało się kółko. Momencik... (stęka) Już. Teraz będzie dobrze.

STARY: Pana matka miała rację. Przypadek to jest coś, co wymyślił człowiek, bo nie jest w stanie pojąć, że na świecie wszystko ma swój cel.

JACEK: Niech pan spróbuje, czy teraz lepiej się jedzie.

STARY: Tak, jak wymyślił pojęcie czasu. W rzeczywistości czasu nie ma, ale trzeba go było stworzyć, żeby zrozumieć, dlaczego wszystko się zmienia, dlaczego przemija, jak to się mówi. A przecież wszystko dzieje się jednocześnie.

JACEK: Tak pan sądzi? Aż tak proste to nie jest.

STARY: To jest bardzo proste. To tłumaczy, dlaczego jasnowidz potrafi przewidzieć przyszłość. On po prostu usuwa czynnik czasu i przyszłość widzi teraz, w tej chwili. Więc może o niej opowiadać. A my mówimy, że jasnowidz ma zdolność przewidywania. Nie. On ze swojego myślenia usuwa czynnik czasu, który nam, zwykłym ludziom miesza w głowach i zaciemnia prawdziwy obraz świata.

JACEK: Długo pan dawał ogłoszenia w gazecie. W końcu ja się zgłosiłem.

STARY: Długo.

JACEK: I bardzo dobrze, bo jesteśmy z żoną bez grosza.

STARY: Jest pan trzydziesty pierwszy. Nikt się nie nadawał.

JACEK: A skąd pan wie, że się nadaję?

STARY: Takie rzeczy wie się od pierwszego spojrzenia. Jak zobaczyłem pana w drzwiach, od razu wiedziałem.

JACEK: (Śmieje się) Robię dobre wrażenie.

STARY: Wie pan, człowiek przed śmiercią zbliża się do nieskończoności.

JACEK: (Ironicznie, skandując) I z całą pewnością staje się jasnowidzem!

STARY: (Z przekonaniem) Staje się. Traci poczucie czasu.

JACEK: To można rozumieć dwojako. Traci poczucie czasu, bo już nie wie, co się wokół niego dzieje, to znaczy – głupieje, albo...

STARY: Właśnie – albo. Albo zaczyna rozumieć to, co jest niezrozumiałe. Wierzy pan w Boga?

JACEK: Wierzę.

STARY: No, to jest pan mądry za młodu. Ja w tym wieku nie wierzyłem. (Zmienia temat). Niech pan spojrzy na tę kupę papieru. Na samym wierzchu jest fiszka z hasłem „poczucie czasu”. Widzi pan to?

JACEK: Istotnie.

STARY: A o czym rozmawiamy? O poczuciu czasu. Pan powie, że to przypadek, a ja mówię, że to jest zdarzenie celowe. Co tam napisane?

JACEK: „Orientacja w czasie, spostrzeganie upływu czasu. Hipostaza”.

STARY: (Śmieje się) A, widzi pan! Hipostaza! Hipostaza. Pojęcie wymyślone przez człowieka, bo nie był w stanie zrozumieć, skąd się wzięła historia, skąd się wzięły dzieje, dlaczego nigdy nie można wejść do tej samej rzeki, dlaczego „wszystko płynie”. Panta rhei, jak mawiał Heraklit z Efezu, wszystko jest zmienne. Człowiek swoim ciasnym rozumem nie jest w stanie tego pojąć i mówi, że ma: poczucie czasu, albo że go nie ma. To jest właśnie to! I w takim razie jakiś doskonały poeta powiedział z kpiną: „poczucie czasu”, a wszyscy durnie za nim jak jeden mąż powtarzają tę bzdurę: „poczucie czasu”. Tak będzie do końca świata. Jeden sobie zakpi, powie coś przewrotnego i dowcipnego, a inni wezmą to poważnie. Szkoda, że nie wiemy, kto pierwszy użył tego określenia.

JACEK: Mój ojciec by wiedział. Zajmował się właśnie wadami ludzkiego myślenia.

STARY: A co panu mówi charakter pisma na tej fiszce?

JACEK: Nic.

STARY: Jak to nic?

JACEK: To jest na maszynie do pisania.

STARY: Niech pan weźmie inną kartkę. Może nie jest na maszynie.

JACEK: Przepraszam, ale czas panu bije.

STARY: Jak to „bije”?

JACEK: No, rachunek za moją pracę.

STARY: Proszę się nie przejmować rachunkiem. Za wszystko płacę od ręki. (Śmieje się) Bez podatku. Niech pan się nie martwi, to czasem nawet tak przyjemnie zrobić coś nielegalnie. No, jak?

JACEK: „Cuchnąć jak cap, jak kozioł”.

STARY: Co dalej?

JACEK: Definicja: bardzo cuchnąć. I znowu dopisek: hipostaza.

STARY: Świetnie. Dlaczego hipostaza? Bo dla tego, kto cuchnie, to całkiem miły zapach. Ci, co cuchną, myślą, że to tak już musi być. Ten, kto cuchnie, cuchnie tylko według kogoś, kto stoi obok i wącha. A tak naprawdę po prostu pachnie.

JACEK: To prawda. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jak to się mówi.

STARY: (Śmieje się) Świetnie.

JACEK: Ale w ten sposób można wszystko przekręcić.

STARY: Można, ale tylko w ten sposób zrozumie pan względność tego, co się panu wydaje. Bo panu się wydaje jedno, a komuś innemu drugie.

JACEK: To nie jest zbyt odkrywcze, ale bez wątpienia mało kto tak analizuje nasze myślenie.

STARY: Skróty myślowe. Te wyrażenia to skróty. Takie pigułki znaczeń. Mówi pan „poczucie czasu” i zdaje się panu, że wszyscy rozumieją, co pan ma na myśli. Bo to jest ogromny skrót. A tymczasem nie wszyscy tak zrozumieją, jak pan chce. Dlatego, że to skrót. Mówimy skrótami i dlatego tyle jest nieporozumień. Niech pan zobaczy, co się dzieje w naszej polityce, nie potrafią się dogadać, bo mówią skrótami... (Zmienia ton) A ta kartka też napisana na maszynie?

JACEK: Nie, zielonym atramentem.

STARY: Moje nazwisko nic panu nie mówi?

JACEK: Nic kompletnie.

STARY: Ani nie rozpoznaje pan tego pisma?

JACEK: Nie.

STARY: To jest właśnie wielkość tego człowieka.

JACEK: Przepraszam – czyja?

STARY: Tego, który zapisał tę karteczkę.

JACEK: Mojego ojca?

STARY: (Milczy)

JACEK: Przepraszam – czy pan ma na myśli mojego ojca, Wiesława Nagórnego?

STARY: Nareszcie. Nareszcie pan zgadł.

JACEK: Nie, nic nie zgadywałem. Domyśliłem się od razu. Grubymi nićmi szyte. Od dłuższego czasu próbuje mnie pan na to naprowadzić, ale ja chciałem się dowiedzieć czegoś więcej, dlatego nie dawałem po sobie poznać, że wiem, czyja to kartoteka. Ale pan mi tego nie powie.

STARY: (Z podziwem) Ta sama przenikliwość, ta sama. Jest pan bardzo do niego podobny. Pod każdym względem. Tylko że on był prawie łysy, a pan... Jakbym miał przed sobą Wiesława Nagórnego. Boże, jak długo czekałem na ten dzień! Panie Jacku... (Zmienia ton) Pan też się maskował.

JACEK: Nie maskowałem się. Naprawdę nie wiem, kim pan jest. I nie pamiętam charakteru pisma ojca. Akurat te szczegóły nie wydają mi się ważne.

STARY: Niesłusznie. Są bardzo ważne.

JACEK: Skąd ma pan te fiszki do słownika?

STARY: Byłem szefem pana ojca, kierownikiem katedry.

JACEK: Ach tak! Rozumiem. (Szurnięcie krzesłem)

STARY: Nie, niech pan siada z powrotem. Nic pan nie rozumie.

JACEK: No, na mnie już czas.

STARY: Ta kartoteka należy do pana. Jest dziełem pana ojca.

JACEK: Domyślałem się. Owszem, należy.

STARY: To niech pan to bierze.

JACEK: Pytanie: czy pan też brał udział w jej pisaniu? Czy pan jest współautorem tego słownika?

STARY: Świetnie. Brałem udział. Oczywiście że brałem. Bez wątpienia ten zbiór powstawał pod moim wpływem. W pewnym sensie jestem jej współautorem. Po każdej rozmowie ze mną pana ojciec zapisywał dziesiątki tych kartoników.

JACEK: Tym bardziej nie wiem, jak mam postąpić. Ten słownik jest w takim razie własnością wszystkich. Ani moją, ani pana, ani ojca, któremu i tak już wszystko jedno.

STARY: Patrzy na nas z góry.

JACEK: Tak jest na pewno. Patrzy i śmieje się.

STARY: Nie wiem, czy tak mu do śmiechu. To nie jest zabawne.

JACEK: Ciekawe, że zadał pan sobie tyle trudu, żeby mnie tu zwabić. Nie można było po prostu sięgnąć po telefon? Po co ta cała maskarada?

STARY: To właśnie nie było takie proste.

JACEK: Taka strata czasu!

STARY: Za wszystko płacę.

JACEK: I słusznie, do domu mam wrócić z pieniędzmi. To żona mnie na to namówiła, więc nie mogę jej zawieść. Jestem tu osiem godzin, więc należy mi się osiemset złotych. Proszę o wypłatę i znikam.

STARY: Dobrze, proszę. Raz, dwa, trzy... osiem. Jest osiemset. To jest pana należność.

JACEK: Dziękuję. Może pan jechać do kuchni, bo pan głodny.

STARY: Dostanie pan więcej, jeżeli pan jeszcze zostanie.

JACEK: Nic od pana nie chcę. Ukradł pan mojemu ojcu dzieło życia, a to jest niewybaczalne. Ja wiem, że przed żadnym sądem tego nie udowodnię, w odpowiednim momencie zniszczy pan kartki pisane jego ręką, i tyle. Niech pan to sobie ma.

STARY: Powiedziałem, że to nie takie proste. Nie chodzi o to, że słownik jest w moim ręku i że z niego skorzystam. Ten słownik jest zapisem mojego życia.

JACEK: E, tam. Bzdury. Wiem, kim pan jest. Zadręczał pan najlepszych swoich współpracowników, bo miał pan władzę. Czy nie po to zapisał się pan do partii? Po to. Przybrał pan pozę komunisty, żeby mieć władzę tyraniczną i absolutną. Czy nie dlatego z takim uporem nie dopuszczał pan ludzi do zdobywania tytułów naukowych? Nie dlatego nie pozwalał im pan publikować?...

STARY: Jakich ludzi? Nie żadnych ludzi.

JACEK: Konkretnie Wiesławowi Nagórnemu.

STARY: Pan jednej rzeczy nie rozumie.

JACEK: To po prostu śmieszne! Ogłoszenia w gazetach, szukanie kontaktu ze mną przez swoich dawnych podwładnych, rzekome sprzątanie, wszystko po to, żeby mi powiedzieć, że był pan katem?

STARY: To za duże słowo. Nie, katem nie byłem. Ale...

JACEK: A przez kogo ojciec dostał zawału?

STARY: Za dużo palił.

JACEK: No tak, tu każdy argument będzie dobry.

STARY: Źle się odżywiał. Nie uprawiał sportu. Pracował po nocach. Tygodniami nie wstawał od biurka.

JACEK: Co jeszcze? Tak pan o niego dbał? Jasne, teraz szuka pan usprawiedliwienia dla swoich niecnych czynów. (Parodiuje) „Źle się odżywiał”.  (Normalnie) Ja wiem, co to znaczy dla miernoty – mieć pod bokiem kogoś wybitnego. Być szefem i jednocześnie w cieniu czyjejś wielkości. Mój ojciec był wielki, ale żył niecałe czterdzieści lat, bo go zabili tacy jak pan. A może w ogóle – pan osobiście. A ja miałem wtedy piętnaście.

STARY: Ale...

JACEK: Nie, aż tak daleko się nie posunę. Istotnie nie wyjął pan noża i nie zadźgał go pan w bramie. Ale to, co pan wyczyniał w katedrze i tak było morderstwem. Tamci pozostali mają się świetnie, to są pana wielbiciele. Tylko niech pan wie, że – ze strachu. Nie tak jest? A profesor Kalinowska? Nie idzie na pańskim pasku? Do dzisiaj się pana boi, mimo że jest już na emeryturze. Dlatego zrobi wszystko, co pan zechce. Pan nadal pociąga za sznurki, a marionetki są panu posłuszne. Natomiast jednego nieposłusznego pan załatwił bez pardonu. Do widzenia.

STARY: Do widzenia. (Gwałtownie) Ale jeszcze chwilę.

JACEK: No, co takiego?

STARY: Ma pan dzieci?

JACEK: Mam, co to ma do rzeczy?

STARY: Pan już teraz rozumie to, czego ja nie rozumiałem jeszcze parę lat temu.

JACEK: Nie, wcale nie chcę, żeby szły w moje ślady. Mój wybór był zły. Chciałem kontynuować prace ojca, doprowadzone ledwie do połowy, ale okazało się to niemożliwe. W naszym kraju nie można być kimś. Żeby żyć, trzeba być nikim.

STARY: Nie dlatego o to zapytałem. Jeśli ktoś nie chce mieć dzieci, to znaczy, że jest skrajnym egoistą. Myśli tylko o sobie, bo sobie wyobraża, że jest pełnym człowiekiem. A nie jest. Ja nie chciałem mieć dzieci.

JACEK: Przykro mi bardzo.

STARY: Jak pan się wgłębi w ten, powiedzmy, słownik, w te kartki i karteczki, to pan zrozumie, że jest to nieustanny dialog ze mną. To nie jest żaden słownik. Prawdopodobnie nie nadaje się do druku, chyba że jako powieść napisana pojedynczymi słowami, wyrażeniami. To jest dzieło wielkiego człowieka, który takim sposobem rozmawiał ze mną. Kiedy odchodził z katedry, rzucił mi tymi kartkami w twarz. Fiszki zasypały cały mój gabinet. Zebrałem je i czytałem. Czytałem całe lata. Długo po śmierci pana ojca. Chciałem zrozumieć, dlaczego mnie tak nienawidził. Doszedłem do wniosku, że było odwrotnie. To ja nienawidziłem jego, nie wiem dlaczego. Nie wiem, naprawdę nie wiem, a chciałbym wiedzieć... A jak pan przejrzy listy, które tu leżą na podłodze, to pan się dowie, jakimi metodami walczyliśmy ze sobą. Bo ja je specjalnie pozbierałem i dałem panu do poczytania. Liczyłem na to, że Pan mi pomoże zrozumieć, na czym polegał konflikt między mną, a pana ojcem.

JACEK: Cudzych listów z założenia nie czytam, więc nie zaglądałem.

STARY: Zdarzało się, że ja czytałem. Nawet cudze. To prawda.

JACEK: (Z ironią) Żeby mieć pełną, że tak powiem, wiedzę. (Poważnie) Czy pan się tym chwali? A może to spowiedź?

STARY: Czytałem ze strachu. Przyznam się, że i z podejrzliwości. A miałem podstawy...

JACEK: No, pięknie.

STARY: Tak, bałem się, że stracę to, co osiągnąłem.

JACEK: Co pan osiągnął? Nic poza tym, że został pan profesorem i kierownikiem katedry. Ale że nie napisał pan ani jednej poważnej pracy naukowej, to już...

STARY: (Wpada mu w słowo) Jestem jedną nogą na tamtym świecie. Dzisiaj wiem już o sobie prawie wszystko, nie musi pan nic dodawać.

JACEK: (Z ironią) I co? Na zakończenie załatwia pan sobie: przepustkę do nieba?

STARY: Możliwe, całkiem możliwe. Nie myślałem w ten sposób, ale chyba ma pan rację. Walczyliśmy ze sobą nieczysto. Obaj.

JACEK: Jeszcze teraz pan go oczernia?

STARY: Staram się dociec prawdy. Na początku być może tylko ja go nienawidziłem. Ale potem było to uczucie z wzajemnością.

JACEK: Nie pamiętam, żeby ojciec powiedział o panu coś złego. W jego książkach poetyckich, a tym bardziej w naukowych, ani w rodzinnych legendach nie ma śladu nienawiści mojego ojca do kogokolwiek. To musi pan wiedzieć.

STARY: Właśnie. Prawdopodobnie mylę się co do niego. Być może nawet bardzo się mylę. A w takim razie dziękuję panu za pomoc.

JACEK: (Z ironią) Ależ nie ma za co, kochany panie. Mylić się jest rzeczą ludzką.

STARY: Mimo że wegetuję w domu, władzę na uczelni mam nadal. Wiem, jaka jest pana sytuacja. Kierownikiem katedry, w której pan pracował, jest mój uczeń.

JACEK: Tak, oczywiście, to zrozumiałem natychmiast. Zemsta do trzeciego pokolenia. Moich synów też nie oszczędzicie.

STARY: Jedno słowo i kariera otworzy się przed panem na nowo. Zacznie pan publikować, zrobi habilitację, profesurę, będzie sławny i bogaty. Chcę to zrobić dla Wieśka. To był wielki umysł, wspaniały człowiek.

JACEK: Do widzenia.

STARY: Nie wiem, co pan zadecyduje, ale powiem panu z ostatniej chwili. Rektor podjął decyzję o przywróceniu pana na uczelnię.

JACEK: I mówi mi pan po to, żebym wiedział, czyja to zasługa. Wystarczy tego, wielce szanowny panie.

STARY: Kartoteka jest pańska, w każdej chwili może pan po nią wrócić. Kiedy tylko pan zechce.


Trzaśnięcie drzwiami. Mieszkanie Jacka i Ani


ANIA: (Podniesionym głosem) Taka szansa, a ty nie chcesz? To wyjątkowa okazja. Chcesz zrezygnować z powrotu do pracy na swoim ukochanym uniwersytecie, bo mierzi cię jakiś człowieczek? Co powiesz studentom? Czy ty wiesz, kim dla nich jesteś? Jesteś ich ojcem duchowym. A za dwa lata pójdą sobie w siną dal i zapomną o tobie.

JACEK: I tu właśnie chodzi o studentów. Jak ja im spojrzę w oczy? Wiesz, jak będę się czuł, mając cały czas świadomość, że taki bydlak załatwił mi etat? To nie ja, kochana. Tyle lat ze sobą żyjemy i jeszcze mnie nie znasz?

ANIA: Zrozum. Za rok sam zapomnisz. A jest to kwestia nie tylko naszej sytuacji finansowej, ale jeszcze przyszłości tej sterty papieru, która się wala po twoim biurku. (Z pogardą) Uczony - dla żony! Tego chcesz?

JACEK: Nie zapomnę. (Po chwili) Nie wszystko wiem. Nie znam całej prawdy. Przeczytałem ledwie fragmencik tego, powiedzmy, słownika, a to jest powieść o ich życiu. Tych ludzi. Nie mam o nich pojęcia. Nie znałem ojca od tej strony.

ANIA: Wiesz, co sobie pomyślałam? Jeżeli on jest taki skruszony, jak mówisz... Zresztą powiem bez owijania w bawełnę... Ten facet ma taki duży dom, a my co? Pokój z kuchnią. Po co mu ten pałac?

JACEK: Muszę poznać tę kartotekę.

ANIA: Jacek, my naprawdę nie mamy gdzie mieszkać. Chłopcy powinni mieć osobne pokoje. Ty powinieneś mieć gabinet do pracy. Nie mówiąc już o mnie.

JACEK: Aniu, nawet nie mów takich rzeczy.

ANIA: Mówię, co myślę.

JACEK: (Po chwili) Kochanie, poczekaj, niech po tym wszystkim ochłonę. Czy tu jest nam źle? Przytul się i uspokój. Zamknij drzwi. Zamknij na klucz od środka.


Trzaśnięcie drzwiami.


---------------------------------------------------


Premiera słuchowiska: Polskie Radio Szczecin, 21 maja 2006 r., godz. 19.05. Reżyseria: Waldemar Modestowicz. Realizacja akustyczna: Anna Waraczewska. Obsada: Ewa Sobczak, Jacek Polaczek, Grzegorz Damięcki.

Fragment nagrania słuchowiska przedstawiamy za zgodą właścicieli praw autorskich: Piotra Müldnera-Nieckowskiego oraz Polskiego Radia Szczecin. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody powyższych zabronione.


Latarnia Morska 3/2006