Dwie bez cukru

Kategoria: dramat Opublikowano: piątek, 14, grudzień 2012 Drukuj E-mail


Artur D. Liskowacki



DWIE BEZ CUKRU

Słuchowisko



OSOBY:
A
B

1.
Cichy szum rozmów, śmiechy, typowy gwar kawiarni, szczękanie łyżeczek o filiżanki, muzyka w tle.

A: Przepraszam, czy pani, czy ty... to ty?

B: Też przepraszam. Ale nie rozumiem.

A: Byliśmy umówieni.

B: My? Z kim?

A: Przecież to niemożliwe.

B: Że byliśmy z kimś umówieni?

A: Żebym się pomylił.

B: Możliwe, jak widać.

A: Przepraszam.

B: Bardzo to grzecznie z pana strony. 

A: Przepraszam, ale to naprawdę niemożliwe.

B: Za to męczące.

A: Czy mogę usiąść?

B: Powiedziałam „męczące”, ale nie dlatego, że pan stoi.

A: Więc...

B: Nie zaczyna się zdania od więc.

A: Jesteś nauczycielką?

B: Dlaczego pan usiadł? Zresztą, niech pan siedzi. Kiedy pan stał, to zasłaniał mi pan kelnera.

A: Jeszcze pani nie zamawiała? Przepraszam, to przecież tyle lat, sam nie wiem jak mam się do ciebie zwracać. 

B: Każdym imieniem. Byle nie: Muzo.

A: Wtedy też lubiłaś żartować. Śmiałaś się ze mnie.

B: Byłam przewidująca.

A: Nareszcie.

B: Co: nareszcie?

A: Nareszcie to powiedziałaś.

B: Co powiedziałam?

A: Powiedziałaś: byłam.

B: Bo to prawda.

A: No właśnie.

B: Nic właśnie. Po prostu. Byłam. Już byłam. I tyle. Ten wiek, rozumiesz? A ty się do mnie przysiadasz, do starej baby. Zobacz lepiej tamte dziewczynki, uciekły pewnie z ostatniej lekcji. O, jakie  wesołe. Piwko piją. Z soczkiem. Buziaczki takie, i pupcie. Mógłbyś do nich podejść. Taki wujcio.

A: Dziękuję, że przyszłaś.

B: To ty przyszedłeś. Ja tu siedziałam wcześniej.

A: Często tu przychodzisz?

B: Co mam odpowiedzieć?

A: Jak to, co? Normalnie.

B: A ja myślałam, że to taka gra.

A: Dlaczego?

B: Dla niczego.

A: Normalnie pytam. W końcu ty wybrałaś miejsce. To pytam.
 
B: Dobrze. Przychodzę tu codziennie. Zapalam długiego papierosa. Nie. Wyciągam długiego papierosa z paczki. Długo wyciągam. Aż któryś tam, z tych ze złotym łańcuszkiem na szyi, albo na przegubie, podetknie mi pod nos swoją zapalniczkę.

A: Przecież nie palisz. Przynajmniej teraz.

B: W ogóle nie palę. Właśnie dlatego nie mam zapalniczki.

A: No, ale jeśli nie palisz to...

B: To rzeczywiście. Miałeś trudniej. Tak po prostu podejść do stolika i się przysiąść. Jak ty to powiedziałeś?„Przepraszam, czy to pani?” Nie: „przepraszam, czy pani... to ty?” Ładnie. Tylko trzeba to było powiedzieć po wenezuelsku.

A: Jeśli uważasz, że to niemożliwe...

B: Bo to niemożliwe. Nie ma takiego języka. W Wenezueli mówią po hiszpańsku. Oglądałeś kiedyś telenowelę?

A: Jeśli uważasz, że to nie ma sensu - wstanę i pójdę.

B: Czarująca riposta.

A: Przepraszam, ale...

B: Za często mówisz przepraszam. I siadaj, jeśli już siedzisz. Młodzi się na nas gapią. Byłby wstyd. Swoją drogą, faceci są wyjątkowo uczuleni na tym punkcie.

A: Na jakim?

B: Na swoim.

A: Może. Ale ja po prostu nie chcę się narzucać. Wydawało mi się, że jeśli się już umówiliśmy...

B: To będzie miło?

A: A dlaczego miało by być niemiło?

B: Z powodu pamięci na przykład. Faceci w pewnym wieku stają się komicznie sentymentalni. Dopóki to robią na swój koszt, pół biedy. Gorzej, kiedy w to wciągają nas. Im się wydaje, że to to samo: ich patrzenie na zdjęcia, i nasze patrzenie na zdjęcia. Zaręczam ci, że to coś zupełnie innego.

A: Jesteś feministką?

B: Dlatego, że mówię „faceci”? Nie, nie jestem żadną „istką”. Chociaż... Miałam koleżankę na studiach, która twierdziła, że jestem daltonistką, bo na bluzeczkę, na którą ona mówiła: lila, ja mówiłam: różowa jak budyń.
A: Uciekasz mi. Ale w końcu powinienem się z tym liczyć. To się zresztą już stało. Już wtedy.

B: Niby co takiego?

A: Że mi uciekłaś.

B: Boże! A nie mówiłam ci, żebyś nie mówił do mnie Muzo? I w ogóle zawołaj wreszcie tego tam, kelnera... Czekaj zresztą, chyba nas w końcu zobaczył. Idzie.

A: Do kelnera: O, jest pan. Momencik, dobrze? Do B: To co dla ciebie?

B: Kawę.

A: Do kelnera:  Dla mnie też. Bez cukru. Do B : Dla ciebie też bez? Do kelnera: To dwie bez cukru.

B: Po co mu to mówiłeś? Zawsze przynoszą z cukrem.

A: Wiesz, właściwie to się nic nie zmieniłaś.

B: Wiesz, co? Zmieniając ton, ze śmiechem: Cały czas czekałam, aż mi to wreszcie powiesz.



2.

Minęło trochę czasu. Piją kawę. Dzwonią łyżeczki.

B: Gorąca.

A: I czarna. Czego można więcej chcieć od kawy?

B: Żeby była dobra.

A: Oddać ci mój cukier?

B: Schowaj na pamiątkę.

Milczą przez chwilę.

B: To jak to w końcu z nami było?

A: Kochałem się w tobie na śmierć.

B: Dlaczego: na śmierć?

A: Na życie też. Ale tak się mówi.

B: Prawda: tak się mówi... A ja się w tobie kochałam?

A: Tak mówiłaś.

B: Nie pamiętam. To było dawno?

A: Trochę dawno.

B: Trochę dawno. To znaczy w ubiegłym roku?

A: Nie wygłupiaj się.

B: Jakoś nie miałam zamiaru.

A: Przepraszam.

B: Mówiłam, żebyś nie przepraszał tak bez przerwy. Co sobie pomyślą koledzy z pracy. Masz kolegów z pracy?

A: Co to ma do rzeczy?

B: Do rzeczy nic. Ale spróbuj z nimi gadać wtrącając wciąż to swoje „przepraszam”. Na takie wtręty są inne słówka, nie? Zresztą, ty pewnie takich słówek nie używasz, co?

A: Dlaczego udajesz?

B: No, jeśli używasz, to się nie krępuj. W końcu to dzisiaj dość powszechne. Jeżeli na chwilę przestalibyśmy gadać, zaraz byś tu usłyszał ze wszystkich stron. Polscy faceci muszą cały czas udawać, że są w erotyczno-militarnym pogotowiu. Szable do boju, lance w dłoń.

A: Dlaczego udajesz, że to było nieważne?

B: Co takiego niby?

A: Tamto.

B: Ach, tamto.

A: My.

B: No, no. My! I nie w ubiegłym roku?

A: Przecież wiesz. Dokładnie trzydzieści lat temu.

B: Nie obrażaj kobiety. Kobieta nie żyje tylu lat.

A: Nie, ja nie mam pretensji, że sobie żartujesz. Jeśli zgodziłaś się ze mną spotkać, to pewnie coś tam jednak dla ciebie znaczy. Choć wcale by nie musiało. Przecież byliśmy wtedy dziećmi właściwie. Ale, wiesz, im dalej jest za nami to wszystko, tym bliższe mi się jakoś wydaje.

B: Ostrzegałam, żebyś nie mówił do mnie Muzo. A jak będziesz się upierał z tą liryką, to ja będę do ciebie mówiła Mistrzu.

A: Tylko że to się inaczej nie da.

B: No, dobrze. Ale to ty zaczniesz. Bo „ja mam pamięć złą, no, trudno, tak już jest”. Chyba Sipińska to śpiewała. O jakiejś zakochanej dziewczynce. Czyli o mnie, tak? No, dobrze. Ale jeśli to już tyle lat, to jak ty mnie w ogóle rozpoznałeś?

A: Mówiłem, że się nie zmieniłaś.

B: Błysk w oczach, i takie inne?

A: Dokładnie.

B: Jednak miałeś wątpliwości.

A: Jak by nie było: trzydzieści lat.

B: Miły jesteś.

A: Nie to miałem na myśli.

B: Ale ja serio mówię, że miły jesteś. Bo to przecież „jak by nie było” trzydzieści lat. A ty dzwonisz, umawiasz się. Skąd właściwie miałeś mój numer? Jak mnie znalazłeś w ogóle?

A: Najpierw napisałem list.

B: List. No, tak: list. Na stary adres, oczywiście?

A: Oczywiście. Zapisałaś mi go na swoim zdjęciu. Robiłem porządki, wypadło. Takie legitymacyjne, pamiętasz? Na brzeżku jest jeszcze pieczątka szkoły. Pomyślałem, że ciebie tam nie ma, ale twoi rodzice. No i zaryzykowałem, bo wszystko się mogło zmienić, twoi mogli już, no, mogli już tam nie mieszkać, ale napisałem, tak a tak, i że proszę o jakiś na ciebie kontakt. Napisałem na służbowej papeterii, żeby sobie niczego nie wyobrażali.

B: Oni nie mają takiej wyobraźni.

A: Ale byli bardzo uprzejmi. Zadzwonili, podali mi twój numer telefonu. I okazało się, że mieszkamy w tym samym mieście.

B: To brzmi jak bajka.

A: Dlaczego? Szczęśliwy traf. Ale prawdopodobieństwo spore. W końcu to duże miasto.

B: Poczekaj, ja tam wolę, żeby to jednak nie był wenezuleski serial. Lepiej będzie, jeśli ci powiem, że przyjechałam tu dopiero niedawno. I dlatego nie mogliśmy się wcześniej, przez te trzydzieści lat, spotkać. Przyjechałam, a wtedy ty dzwonisz, i mówisz: hej, to ja, spotkajmy się!

A: Dobrze, niech ci będzie. Na serio. To ja tu przyjechałem. Bo wcale tu nie mieszkam.

B: Specjalnie do mnie przyjechałeś?

A: Powiedzmy, że służbowo.

B: Naprawdę: pan w delegacji! To są jeszcze panowie w delegacji?

A: Powiedzmy, że mam własną firmę.

B: A powiedzmy, jaką? Taką mieszczącą się w czarnej teczce z kalkulatorkiem w środku?

A: Pamiętasz, jak gadaliśmy o tym, co będziemy robić w przyszłości?

B: Świecił księżyc, a ty mnie trzymałeś za rękę?

A: Nie. Było bardzo gorąco. Siedzieliśmy na pomoście, takim, co był ukryty w trzcinach. Łapaliśmy krasnopiórki. A ty mówiłaś, że to są złote rybki. I wypuściłaś jedną, żeby spełniła twoje życzenie.

B: Jakie to było życzenie?

A: Nie wiem. Nie chciałaś mi powiedzieć.

B: Pomyślałam: złota rybko, spraw, żeby przestało być tak gorąco, i żeby spadł deszcz!

A: Nie, to musiało być coś innego. O takim życzeniu, to byś mi powiedziała.

B: Masz rację. Pomyślałam coś zupełnie innego. Ale teraz też ci nie powiem.

A: Bo się jeszcze nie spełniło?

B: Kto wie.

A: A wiesz, co się stało potem, kiedy już zwinęliśmy wędki, żeby wrócić na kamping?

B: To ty miałeś mi wszystko przypominać.

A: Kiedy wróciliśmy na kamping spadła ulewa. Biegliśmy przez łąkę, bo chmury pojawiły się tak nagle i były takie czarne, wielkie. Wędka mi się zaczepiła o krzaki, żyłka się poplątała. Śmiałaś się, że ja będę musiał zostać, wędki pilnować, a ty pobiegniesz po pomoc. Odciąłem splątaną żyłkę scyzorykiem. I na kampingu byliśmy razem z tym deszczem. Ale lunął tak, że nas od razu do suchej nitki zmoczył. Poleciałem do recepcji, gadałem im, że pranie muszę zrobić, tych mokrych ciuchów. Pukali się w czoło, ale dali mi klucz do pryszniców.

B: No, no. Mów dalej.

A: Zamknęliśmy się od środka w jednej kabinie. I na wszelki wypadek puściliśmy prysznic. Lał się nam prosto na głowy. Pamiętam jak pachniały twoje włosy.

B: Całowaliśmy się?

A: Raz. Tylko jeden raz. Tak powiedziałaś: możesz tylko jeden raz.

B: No, tak. Widocznie to było jednak tamto życzenie. Bo przecież się spełniło.

A: Wypowiedziałaś w myślach takie życzenie? Wtedy, do złotej rybki? Żebym cię pocałował?

B: Żeby spadł deszcz.

A: Śmiej się. Ale, co chcesz, fajne byliśmy dzieciaki.

B: To teraz ja powiem jak było. Tam był taki pies, wabił się Miki. Boski był. Ale jak się rozbrykał, to mi pchał nos pod sukienkę. I strasznie się wtedy wkurzałeś: a pójdziesz, i kijem gdzieś w tatarak, że niby aport.

A: Nie. Ten pies się nazywał Maciuś, albo Jacuś. Jakoś tak, jak człowiek. Nie, to w ogóle była suka, Aga. Jak Agatka, wiesz, ta od Jacusia z dobranocki. Płoszyła nam ryby. Szczekała okropnie. No to ją pędziłem.

B: I był barak, taki z blachy, z kajakami. Nad samym jeziorem. I taki grubas, co miał zawsze peta w gębie, mówi do ciebie: kawaler kartę ma? Że niby bez pływackiej karty nie pożyczy. A ty mu podałeś legitymacją szkolną. A on ją wziął, bo razem z nią była dycha na papierosy. Twój stary zawsze dawał ci forsę. A potem pływaliśmy całe popołudnie, ja kiwałam tym kajakiem, no a ty się strasznie wściekałeś, że jestem niepoważna, ale bałeś się zwyczajnie, choć mieliśmy na sobie kapoki.

A: Tam nie było kajaków. Były rowery wodne. Poszedłem z ojcem, a on poręczył za nas, i powiedział, że odpowiada za wszystko. A ty się nabijałaś, że teraz to pewnie tatuś też za mnie popedałuje. Nie odzywałem się do ciebie. Pływaliśmy na tym pedeluksie w milczeniu. Jak po patelni, grzało strasznie. Uparłem się, że będziemy tak pływać, aż mnie przeprosisz. Strasznie sobie wtedy od tego słońca spiekłem ramiona.

B: Przeprosiłam cię. A potem wyprosiłam w stołówce zsiadłe mleko, żeby ci obłożyć te łapy, czerwone jak u raka.

A: I widzisz, że wszystko pamiętasz.

B: A w przeddzień wyjazdu, po kolacji, poszliśmy na ten nasz pomost, za trzcinami. Ale tam siedział jakiś podpity facet i łowił ryby. Jakoś tak się głupio odezwał do nas. Że niby mnie obraził. Powiedziałeś, że go zabijesz. I że swojego ojca też zabijesz, jeśli jeszcze raz uderzy twoją mamę. Albo że się sam zabijesz, jeśli do ciebie nie będę pisała. Dałam ci wtedy to zdjęcie z legitymacji. W fartuszku takie chyba było. Masz je ze sobą?

A: Powiem ci prawdę.

B: Jaką prawdę?

A: Nijaką. Ja to zdjęcie zgubiłem. Już dawno. 

B: To jak mnie znalazłeś?

A: Hokus-pokus. Tajemnica.

B: Faceci to kłamcy.

A: To nie kłamstwo.

B: Kłamstwo. Bo nikogo nie zabiłeś. Ani tamtego na pomoście. Ani swojego ojca. Ani siebie.

A: Parę razy mi odpisałaś.

B: Kiedyś, ale to było parę lat później, byłam już na studiach, znalazłam gdzieś przypadkiem twój adres, i napisałam, ot, tak, na wariata. Miałam wtedy potworną chandrę, bo rzucił mnie chłopak. Napisałam ci wtedy, że jeżeli jeszcze pamiętasz, co mi obiecałeś, to ja też pamiętam.

A: Co ci obiecałem?

B: Że się ze mną ożenisz.

A: Nigdy tego listu nie dostałem.

B: Bo go nie wysłałam. Podarłam. Zjadłam. Popiłam wódką.

Milczą chwilę.

A: Napijesz się jeszcze kawy?

B: A nie masz w zanadrzu jakiejś ciekawszej kwestii?



3.

Gwar, łyżeczki, muzyka. Jej rytm wybijany leciutko palcami po blacie stolika. 

B: Mógłbyś tego nie robić?

A: Czego?

B: Nie stepować paluchami po stole.

Rytm cichnie, ustaje.

A: Przepraszam.

B: Mówiłam, żebyś nie powtarzał ciągle...

A: Wiem.

B: Jakoś przygasłeś. Powinieneś teraz co jakiś czas zerkać na zegarek. A komórka? To jest świetne alibi. Mam nadzieję, że masz włączoną. Na jakiś śliczny kawałek. Znam faceta, któremu dzwoni Bethoveenem. Piątą symfonią. A tobie jak?

A: Ciągle jacyś faceci. O kobietach nie mówisz nic.

B: Kobiety to suki.

A: Dały ci popalić?

B: Od dawania popalić to ja jestem.

A: Żałuję, że o tym nie wiem.

B: Nie bądź głupi. Nie żałuj.

A: Ale mieliśmy szansę.

B: Wtedy byśmy tu ze sobą nie siedzieli. (nuci) „W maleńkiej cichej tej kawiarence...” Znasz to?

A: Jakieś retro.

B: Sam jesteś retro.

A: Kto wie zresztą, czy byśmy tu wtedy nie siedzieli.

B: Oho! Na przykład, po co?

A: Jak wychodzi się z domu, gdzieś razem idzie, to się inaczej rozmawia. Czasami warto spróbować. Czasami trzeba.

B: Widzę, że masz jakieś smętne domowe doświadczenia.

A: Chcę cię o coś prosić.

B: Byle nie przeprosić.

A: Chcę cię prosić, żebyśmy udawali...

B: Przecież cały czas to robimy.

A: ... żebyśmy udawali, że to, co w naszym życiu się stało, potem, już osobno, na własny rachunek każdego z nas, to o tym teraz nie będziemy mówić.

B: To znaczy o naszych domach, naszej pracy?

A: Tak.

B: Ciekawa prośba.

A: Dlaczego? Chyba zwyczajna.

B: Myślałabym raczej, że umówiłeś się ze mną, żeby zobaczyć, jak tam mi to życie szare upłynęło bez szczęścia z tobą.

A: Po co o tym mówić, mamy to na co dzień.

B: A myślisz, że nasz „na co dzień” to byłby jaki?

A: Sądzę, że byłby możliwy, wiesz? Że to mogłoby się zdarzyć. Całkiem serio. Gdybyś wtedy ten list...

B: Poczekaj. Ty chcesz to wymyślić?

A: Nie lubię tego słowa: wymyślić. Powiedziałem: to mogłoby się zdarzyć.

B: Czytałem kiedyś takie opowiadanie chyba. Ona i on, przypadkowi ludzie, zamknięci w windzie, awaria. No to oni gadu-gadu, i całe, wspólne życie im się plecie.

A: Ale my nie jesteśmy zamknięci w windzie.

B: Czyli możemy w każdej chwili wyjść?

A: Zawsze jest tak, że można wyjść.

B: Oho, faceci! Tylko uważaj, żebyś nie przydeptał szabli, co się wlecze na rapciach.

A: Dlaczego?

B: Bo jak już zatrzasnąłeś przyłbicę, to masz kiepskie pole widzenia.

A: Taki facet - w przyłbicy - nie nosił szabli, tylko miecz. To się zawsze wszystkim kobietom myli.

B: No, dobra. To co z tym listem?

A: Wcale go nie podarłaś. Wysłałaś go do mnie. A ja akurat...

B: Też cię ktoś rzucił? Dziewczyna zła? To banalna fabułka.

A: Nie, ja akurat kończyłem studia. Prawo. Nie, te późniejsze problemy z aplikacją. Kończyłem socjologię. Zawsze fascynowało mnie społeczeństwo. To były lata siedemdziesiąte. Wiesz, te problemy transformacji różne. Ze wsi do miast, i cywilizacyjne wyzwania. Miałem w sobie straszną parę, by to jakoś opisać. Chciało mi się żyć po prostu. Miałem plany. Ale dziewczyny akurat nie. Twój list wydał mi się jednak trochę zabawny. Rozumiesz, nie miałem jeszcze dystansu, tamto było za świeże, zdawało się dziecinne. Ale byłem troszkę próżny, jak każdy w tym wieku. Odezwała się dziewczyna, znaczy: jestem ktoś. Pojechałem do ciebie. A jak! Z fantazją! Pierwszym pociągiem jaki był tego wieczoru na rozkładzie jazdy. Zawaliłem przez to jakieś ćwiczenia, miałem potem kłopot z wpisem do indeksu. Ale z samego rana byłem w twoim akademiku, i pukałem do drzwi trzymając w ręku bukiecik konwalii.

B: Nie lubię konwalii. Pachną trupem. To były fiołki. A ja leżałam zarzygana na wyrku. Tak jak mnie zostawiła koleżanka. Z michą na podłodze i mokrą szmatą na łbie.

A: Też nie pachniałaś świeżo.

B: A ty byłeś nie ogolony. Pamiętam to zdziwienie, jak się do mnie przytuliłeś tym kłującym policzkiem. Kiedyś tak nie kłułeś.

A: Zaprowadziłem cię do łazienki. Leciałaś mi przez ręce. A ja ci mówiłem: nie ma takiego chłopaka, dla którego dziewczyna powinna chlać aż tyle.

B: A ja ci na to, że masz rację. Że lepsze są prochy. I wtedy pomyślałeś, że popiłam wódką jakieś leki. Wpadłeś w popłoch.

A: Ty nic nie mówiłaś. Ty bełkotałaś. A w łazience leżały pootwierane fiolki, pastylki różne się walały po podłodze. Co sobie o tym mogłem pomyśleć? Chciałem wzywać pogotowie.

B: Rzadko miałeś do czynienia z pijanymi dziewczynami.

A: Twoja koleżanka zajrzała na chwilę, miała okienko między wykładami. Śmiała się z nas. Z mojej paniki. Wzięła jakiś skrypt i poszła sobie. Pomagałem ci się umyć. Ale to nie było łatwe. I wtedy postawiłem cię pod prysznicem.

B: A ja go włączyłam. I staliśmy tak, oboje, w tej strudze wody, jak wtedy, na tych szczenięcych wakacjach. I mówiłam, beczałam: on mnie nazwał suką, suką! A ty pytałeś, czy tak mnie nazwał mój chłopak. I mówiłeś, że go zabijesz. A ja ci powiedziałam, że tak o mnie powiedział ten facet, wtedy, na pomoście nad jeziorem, tego wieczoru, co byliśmy razem ostatni raz, ty mała suczko, wszystkie jesteście suki, tak powiedział, i ryczałam, że tego nie pamiętasz.

A: A ja, pod tym prysznicem, w ubraniu, cały mokry, a cały nagle w gorączce jakiejś, lecz zupełnie chłodny, pewny tego, co mówię, powiedziałem ci, że pamiętam. Że pamiętam o tym, o co mnie pytałaś w liście. Że pamiętam o tym, co ci kiedyś obiecałem.

B: Że się ze mną ożenisz.

A: Że się z tobą ożenię.



4.

B: Przyjeżdżałeś w każdą sobotę wieczorem. Z miną łakomego kota. Kupowałeś czekoladki tej zołzie z recepcji. A koleżanka wyjeżdżała do rodziny na wieś. Mogłeś zostawać na noc.

A: Omal się przez to nie przejechałem na uczelni. Właściwie to się przejechałem. Bo pracę jakoś napisałem, ale mój profesor, u którego miałem zostać, dał mi jasno do zrozumienia, że szuka kogoś, kto ma więcej czasu na naukę. I jeszcze te podpisy. Wywalali akurat jakichś chłopaków, za latający uniwerek, czy coś w tym guście. I chodzili ludzie po uczelni, od grupy do grupy, podpisy zbierali pod protestem. Podpisałem, jak inni, wiele o tym nie myśląc.

B: Po prostu się bałeś, że jak nie podpiszesz to będą z ciebie szydzić, żeś tchórz. Synek tatusia na ideowo słusznej posadce.

A: No, więc dobrze. Nie podpisałem. I wiesz co? Spotkał mnie na korytarzu mój profesor, którego tak wielbiłem, że gotów się byłem do niego modlić, i powiedział mi: proszę pana, odwaga cywilna to jest również to, czego bym wymagał od swojego współpracownika. I minął mnie jak powietrze. Sam odszedł zresztą potem z uczelni. Więc tak czy inaczej - nie miałem szans.

B: Ale miałeś mnie. A ja byłam w ciąży. I do tego jeszcze na filologii rosyjskiej. Była kiedyś impreza w akademiku, z moimi ludźmi; pili, grali na gitarze, śpiewali Wysockiego: „Łutsze gor, mogut byt’ tolka gory, na katorych nikto nie bywał!” Ktoś walił w ścianę: dosyć tych kacapskich pieśni! Chciałeś tam iść, tłumaczyć. Powiedziałam: daj spokój, oni myślą, że to polityka. I śpiewałam z innymi: „skałałazka moja!”. Nie, poczekaj, to głupie. Nie lubię gór. A studiowałam pedagogikę. Lubię dzieci. Lubiłam. Jak przyjechałam do ciebie - zaczęłam pracować w szkole. Uczyłam geografii.

A: Po pedagogice? Zresztą i tak by cię nie przyjęli. W ciąży.

B: Już nie byłam. Mówiłeś, że teraz nie możemy. Po pedagogice też zresztą nie byłam, tylko po tej filologii. Ale na rusycystów nie było zapotrzebowania. Uczyłam geografii. Zawsze lubiłam geografię. Z geografii wynikało, że  z mojego miasta do twojego jest bliżej, niż z twojego do mojego.

A: Miałem dostać dobrą pracę. Mieliśmy się ustawić. Musiałaś się do mnie przenieść.

B: Ustawiliśmy się. Dmuchało w plecy. Twojego taty.

A: Jakoś na to nie narzekałaś. Gazetka była zakładowa, ale okładka lakierowana. Forsa taka sobie, za to mieszkanie z zakładowej puli - już po pół roku. Choć trochę za miastem.

B: Do szkoły miałam tylko dwa przystanki autobusem. Przez las. Raz wysiadłam na pierwszym. Szłam przez ten las, zrywałam maliny, i ryczałam. Nienawidziłam dzieci. A cała szkoła była pełna dzieci. Nie mogłam na nie patrzeć.

A: Z tego lasu przyniosłaś kiedyś kwiaty. A raz zrobiłaś rosół, ale nie odcedziłaś szumowin. Strasznie ten rosół śmierdział. Bardzo nas to bawiło.

B: Czasy były wesołe.

A: Jak zaczęły się strajki to ludzie u nas z początku trochę czekali. Ale ja się poczułem od razu jak nowy. Tak jak kiedyś. Czytałem petycje przez megafon. Chodziłem w delegacji do dyrekcji. Każdy mnie w zakładzie znał, po plecach klepał: ty, magister, to jak będzie? Ty, redaktor, nie damy się, co? I co? W grudniu wzięli moich kumpli, a mnie nie wzięli. A ty się z tego cieszyłaś!

B: Bałam się. Nie o ciebie. O siebie się bałam. Że jak by tak po ciebie przyjechali, to już byś nie wrócił. To znaczy wróciłbyś, tyle, że nie do mnie. Bo już byś się na śmierć w tej Wolności zakochał.  A ja bym ci nosiła ulotki w kosmetyczce. Albo nie, ty byś nosił ulotki, a ja bym nam robiła zupy z paczki, a sobie trwałą i maseczkę z ogórków. I gadałabym przez balkon z sąsiadkami, na tym naszym zakładowym osiedlu, że muszę coś wystać u rzeźnika, bo jak cię wypuszczą, to będziesz chciał zjeść schabowego. Zresztą to wcale nie było tak. Znów zaszłam w ciążę i czekaliśmy na mieszkanie jak na zmiłowanie. Nie mogłam się doczekać. Dziecka i domu. Liczyłeś na ojca. Ale z nim się już teraz nikt nie liczył. Siedzieliśmy na stancji, gotowałam wodę w pokoju, na maszynce, a ten łysiejąjący babsztyl jeszcze mi i to wymawiał, że światło kosztuje! A ty opowiadałeś o obietnicach dyrektora, ale że inni też czekają. A potem, nic nie mówiąc, poszedłeś do zakładowego sekretarza i powiedziałeś, że się chcesz zapisać do partii.

A: A on mi na to, że do partii się nie zapisuje, lecz wstępuje. I że nie każdy wstąpić może, bo nie każdego partia zechce. No, ale on mnie zna i ceni, więc poprze wniosek.

B: I dostaliśmy to mieszkanie.

A: I nie dostaliśmy tego mieszkania. Bo właśnie wtedy zaczęły się strajki. Ale ja się tym mieszkaniem nie martwiłem, bo składając wniosek miałem nadzieję na coś więcej. Chciałem coś robić, działać. Myślałem: tacy jak ja są potrzebni, tam, w środku, by patrzeć na ręce tym kacykom. Bo oni szanują tylko swoich. Ale jak się zaczęły strajki to chciałem być z ludźmi z zakładu. Nawet mnie popierali. Wtedy się mniej liczyło: partyjny czy nie. Ale przyszedł taki jeden i zaczął gadać, by mnie nie dopuszczali do spraw związkowych, bo byłem kablem na uczelni i donosiłem na tych, co zbierali podpisy. Kiedyś, później, spotkałem go przypadkiem w komitecie. To był ubowiec. Uśmiechał się, że się znamy, zapraszał na wódkę.

B: I dostaliśmy to mieszkanie.

A: Nie. Bo jak ogłosili wojnę, rzuciłem partyjną legitymację.

B: Ale podniosłeś. Byłam w siódmym miesiącu. Miałam bóle. Lekarze mówili, że nie donoszę. Że muszę leżeć pod obserwacją. A w szpitalu nie było miejsc, nie chcieli mnie przyjąć.

A: Pobiegłem do POP. Mówię: szczuli na mnie, że partyjna gnida jestem, a teraz żony mi do szpitala przyjąć nie chcą. To rzucam legitymację. A sekretarz: dobry jesteś towarzysz, ale chłop durny. Podnieś. Podniosłem. Przyjęli cię do szpitala. I dostaliśmy to mieszkanie. I musiałem przejść do komitetu, na trochę, bo zakładowe gazetki zamykali akurat. Potem je odwieszali. To powiedziałem, że chcę wrócić. Jest sporo do zrobienia, do wytłumaczenia ludziom. A oni, że mam słuszność i że się przydam w prasie: mam kulturę, wykształcenie humanistyczne i chcę służyć innym. A w urzędzie kontroli prasy nie da się posadzić byle zupaka, bo wszystko spieprzy. Powiedziałem, że pomyślę. I wtedy ty urodziłaś syna.

B: Urodziłam córkę. Powiedziałeś, że jesteś szczęśliwy. Już nigdy później nie powtórzyłeś tego słowa. Powiedziałeś, że jesteś szczęśliwy i wyjechałeś, na cały tydzień. Mówiłeś, że to było szkolenie. Kiedy wróciłeś byłam już z dzieckiem w domu. Miałeś szminkę na mankiecie koszuli. Zapytałam, czy teraz partyjnych facetów całuje się po rękach?
A: Nigdy nie nosiłem białych koszul, ani czerwonych krawatów.  Nie było żadnych śladów szminki. Przyjechałem z tego szkolenia i nie odzywałem się przez cały dzień. A wieczorem oparłem głowę na twoich kolanach i płakałem. Myślałaś, że się puściłem z jakąś tam, a ja po prostu nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Mała się obudziła i też zaczęła płakać. Odsunęłaś mnie. I wzięłaś ją na ręce.

B: Przestała płakać. Ale przepłakała cały żłobek i przedszkole.

A: Było mi teraz lepiej. Nam się lepiej zrobiło. Mieliśmy więcej czasu dla siebie.

B: Ja dla siebie i ty dla siebie. Znowu uczyłam geografii. Zasady były podobne. Tylko trochę się zmieniły. Z twojej krainy do mojej jechało się bardzo długo. Może rok, może kilka lat. Ale z mojej do twojej - tak samo.

A: Odszedłem z cenzury. Nie ułatwiali. Ale dali mi wrócić do zawodu, bo stałem się za liberalny. W kraju coś się ruszało, miałem nadzieję, że będę mógł samemu o czymś pisać. Nawet jeśli tylko w zakładowym miesięczniku.

B: Nie odszedłeś. Wylali cię. Piłeś więcej niż wypadało. Kiedyś portier znalazł cię w kiblu. Spałeś, miałeś zasikane spodnie. A raz, nocą otworzyłeś okno w naszym nowym mieszkaniu na nowym osiedlu i rzucałeś przez nie kartki jakiegoś maszynopisu, wykrzykując: Precz ze Związkiem Radzieckim na czele i na tyle!

A: Sąsiedzi mi potem gratulowali.

B: Nie wiedzieli o niczym. Nikt cię nie słyszał. Sąsiedzi oglądali akurat mecz. Albo serial. Zresztą wcale nie krzyczałeś przez okno. Tylko przez sen, czasem. I nie pracowałeś w żadnej cenzurze. Starałeś się, ale nikt cię tam nie chciał. Byłeś personalnym w zakładach odzieżowych. Nie, w mięsnych. Zawsze przyniosłeś do domu trochę kiełbasy. A ja patrzyłam, jak siedzisz przed telewizorem i gryziesz ją tak, jakby to była twoja ręka. Wstydziłam się sama przed sobą przyznać, że sprawia mi to radość. Że tak się gryziesz. Mówiłeś, że cię przenoszą do zrzeszenia. Na jakiegoś wice. I że to awans.

A: Tego dnia spotkałem kolegę z liceum. Siedział trochę. Może tylko był internowany. Teraz jego nazwisko zaczęło się pojawiać w prasie, z uszanowaniem, jakieś wywiady, czułości. Dał mi swój numer telefonu. Uśmiechał się uprzejmie. Patrzył przeze mnie jak przez szybę. Bo spieszył się. A za mną były drzwi. 

B: Pewnie te same, co były przede mną. Wiesz ile razy chciałam tam wejść? Chodził za mną taki młody. Delikatny, czuły. Chodził jak pies. Kiedyś ci o tym powiedziałam, chciałam, żebyś coś zrobił: wściekł się, albo mnie uderzył. Cokolwiek. Powiedziałeś: chodzi za tobą jak pies, za suką. Potem powiedziałeś, że to żart. Nawet powiedziałeś przepraszam. Przepraszanie to była zawsze twoja specjalność. I wziąłeś mnie wtedy sobie do łóżka. Jakby cię to podnieciło. Myślałam, że zwymiotuję. A nie zrobiłam nic, bo sądziłam, że to jest właśnie kara dla mnie.

A: Chciałem cię odzyskać. Wszystko wtedy chciałem odzyskać. Mieć na nowo.

B: Udało cię. Kupiłeś nowy samochód. To chyba był ostatni taki przydział talonów. Dali ci na pożegnanie. Kupiłeś poloneza. Powiedziałeś, że to polonez Pożegnanie z Ojczyzną. Ludową.

A: I odbiłem się od dna?

B: Odbiłeś się ode mnie. Jak zawsze. Zresztą wcale nie byłeś na dnie. Tylko tak udawałeś, żeby cię szanowali. I lubili. U nas zawsze się lubi tych, co przegrali. A jak już nie musiałeś udawać, to się zakręciłeś w nowej rzeczywistości. Wasz dawny zakładowy sekretarz, teraz biznesmen, wszedł w jakiś układ i powiedział, że się przydasz. W marketingu.

A: A potem żyliśmy długo i szczęśliwie?

B: Od początku żyliśmy długo i szczęśliwie. I zupełnie inaczej niż w tej historii.

A: Naprawdę?

B: Twoja wiedza znalazła dla siebie jakieś zastosowanie. Opublikowałeś coś nawet na temat transformacji społeczeństwa. A ja zrobiłam państwowy egzamin z angielskiego. Było zapotrzebowanie na angielski. Żyliśmy sobie. Jak ludzie. Ani wielkie smutki, ani wielkie wódki.

A: I żadnej polityki?

B: Tyle, co u każdego.

A: Ani nie dźwigałem kajdan, ani nie wpychałem innym knebla?

B: Sami dźwigali i sami sobie wpychali.

A: A ja?

B: Zapominasz o mnie.

A: Przepraszam. A my?

B: A my sobie żyliśmy rok po roku.

A: Zupełnie po prostu?

B: Zupełnie.

A: Zawsze razem?

B: Zawsze.

A: Wygodnie?

B: Nie od razu.

A: A syn?

B: A córka uczyła się dobrze.

A: Aż któregoś dnia.

B: Aż któregoś dnia wyjechała z grupą przyjaciół na wakacje, pod namiot.

A: Pozwoliłaś jej na to?

B: Pozwoliliśmy jej na to, bo bardzo chcieliśmy pobyć razem.

A: Ale chyba ją ostrzegłaś, jako kobieta?

B: Chyba ją ostrzegłam. Chyba się ze mnie śmiała.

A: Odwiozłem ją na dworzec.

B: Żeby jej koleżankom zaimponować nowym samochodem.

A: Mówi się: furą.

B: Ale jeździ się samochodem.

A: Nie chciałem nikomu imponować. Samochód kupiłem, żeby mieć trochę radości z tego wszystkiego.

B: Zasłużyłeś na trochę radości.

A: Przyjechałem do domu, a tam była taka cisza.

B: Nareszcie sami.

A: Nie oglądałaś nawet telewizji.

B: Wyniosłam telewizor do piwnicy.

A: Przesadzasz.

B: Fakt. Ja tylko schowałam pilota do szuflady w kredensie. I zamknęłam ją na klucz. A klucz połknęłam i popiłam ginem.

A: Powiedziałem: co tu tak cicho?

B: Powiedziałeś: znowu chlejesz, znowu będziesz rzygać.

A: Nic nie mówiłem.

B: Za to ja powiedziałam: żałuję, że wysłałam tamten list.

A: Jaki list?

B: Tak właśnie zapytałeś: jaki list?

A: A ty odpowiedziałaś, że tamten.

B: A ty na to, że to i tak nie miało żadnego znaczenia.

A: A ty odstawiłaś szklankę, aż pękło szkło na stoliku, i zapytałaś, dlaczego nie miało?

B: A ty wzruszyłeś ramionami, i powiedziałeś, że zawsze byłoby tak samo. Tobie ze mną, czy mnie z kimś innym.

A: Wtedy ty się roześmiałaś, i powiedziałaś, że ze mną nigdy nie było ci tak, jak z takim jednym.

B: Powiedziałam, że z jednym?

A: Z takim jednym.

B: Chciałam, żebyś się wściekł.

A: I wściekłem się. Powiedziałem, że kiedyś cię zabiję. Albo siebie.

B: A ja ci powiedziałam, że teraz już mogę ci to powiedzieć. Mogę powiedzieć, że jeśli mówisz, że zabijesz kogoś, albo siebie,  to nie tylko znaczy, że nikogo nie zabijesz. To znaczy, że nie obronisz mnie przed nikim, ani przed niczym. I siebie też nie. I że gdy tak mówisz, to sam dobrze o tym wiesz. I dlatego jest tak, jak jest.

A: A wtedy ja zapytałem, czy się przebierzemy jakoś, czy zostaniemy tak, jak jesteśmy.

B: A ja się zdziwiłam, o co ty pytasz.

A: A ja ci powiedziałem, że udajesz zdziwioną. A będzie lepiej jak się  szybko przebierzemy. I jeśli zamówię taksówkę, a samochód zostawię w garażu, żeby móc swobodnie wypić jakiś kieliszek.

B: Zapytałam, gdzie niby mamy jechać, i po co?

A: Jak to gdzie i po co? Do jakiejś sympatycznej knajpy. Trzeba się przecież umieć rozstać. Jak ludzie. Elegancko.



5.

B: Przestań. Wystarczy. Wystarczy, że tak ładnie to skończyłeś.

A: Wtedy?

B: Teraz. Nawet się wzruszyłam trochę.

A: Jakoś nie widzę.

B: Bo ja mam zawsze takie suche oczy. Ale coś ci muszę powiedzieć jeszcze.

A: Jeszcze jedna kawa?

B: Nie. Wystarczy. Po prostu: wystarczy. Zwłaszcza, że to była pomyłka. To znaczy, to jest pomyłka. Właściwie powinnam to od razu powiedzieć, nie pozwolić ci. Ale tobie taki zależało, tak się upierałeś. Pan się tak upierał.

A: Chcesz mi powiedzieć, że ty nie jesteś...

B: Nie jestem i nie byłam. Tamtą dziewczynką znad jeziora.

A: Przecież wszystko pamiętałaś.

B: To ty pamiętałeś. Zresztą to wszystko jest takie podobne: te jeziora, te wakacje, te dziewczynki i chłopcy. I to, jak potem rosną.

A: Siedziałaś tu sama, czekałaś.

B: Minęłam w drzwiach jakąś inną. Może właśnie twoją dziewczynkę znad jeziora? Patrzyła na zegarek. Chyba się spóźniłeś. A może ona zrozumiała w porę, że powinna wyjść, zanim ty wejdziesz? A ja tu weszłam przypadkiem. A może zawsze tu przychodzę. Albo czekałam na kogoś innego. Kto nie przyszedł, bo coś tam w porę zrozumiał. A może po prostu wpadłam na kawę. I wtedy ty się uparłeś, że ona to ja.

A: Bawiło cię to?

B: Nawet. Trochę.

A: Dobrze. Dobrze, że cię trochę bawiło. Bo teraz ja ci coś muszę powiedzieć. Powiedzieć coś pani. Z nikim się tu nie umawiałem. Z żadną dziewczynką znad jeziora. Przechodziłem tędy. Zajrzałem, przypadkiem. Może zresztą często tu przychodzę. A może po prostu miałem ochotę na kawę. Zobaczyłem cię, byłaś sama. Ja wiem, jak wygląda taka, która udaje, że na kogoś czeka. Nie obraź się. Ale wiem, kiedy mogę podejść. I wiem, wobec kogo mogę zastosować tę metodę. Na dziewczynkę z wakacji. Stosuję ją naprawdę rzadko. Tylko z inteligentnymi. Zresztą niczym nie ryzykuję. Bo jezioro zawsze można zmienić na morze, albo las. A w najgorszym razie to one pocieszają mnie, że moja dziewczynka się nie zjawiła. Ale ty, ale pani była lepsza od nich wszystkich. Pani mi to dała przeżyć naprawdę. Tylko, że mi wcale nie o to chodziło.

B: To znaczy, że... trzeba zawołać kelnera?

A: Nie trzeba. Zostawię pieniądze na stoliku.

B: A cukier?

A: Co: cukier?

B: Nic. Może weźmiesz. Ja mam tego pełną torebkę. To głupie, ale nie potrafię się powstrzymać. Zresztą. Jest wliczony w cenę.



6.

B: Nie wstajesz. Nie idziesz.

A: Tak. Powinniśmy już iść.

B: Dokąd?

A: Do domu.

B: Do domu. To my mamy dom?

A: Zgadnij.

B: Poczekaj. Spróbuję zgadnąć.

Cichy szum rozmów, śmiechy, typowy gwar kawiarni, szczękanie łyżeczek o filiżanki, muzyka w tle.

                                                                                 Artur D. Liskowacki      

 

Od redakcji:
Słuchowisko
Dwie bez cukru otrzymało II nagrodę V edycji ogólnopolskiego konkursu „Nad Odrą i Bałtykiem" PR Szczecin w 2000 roku. Radiowa premiera miała miejsce rok później. Reżyserował Waldemar Modestowicz, zagrali: Danuta Stenka i Wojciech Wysocki.


portal LM, grudzień 2012


Przeczytaj też na naszym portalu opowiadania A.D. Liskowackiego (dział "proza"), a także recenzje jego zbiorów poetyckich
To wszystko (2006) i Po sobie (2010), jak również książek prozatorskich: Mariasz (2007), Eine kleine (wyd. II - 2009), Capcarap (2008), Scerco (2011), Murzynek B. (2011), Kronika powrotu (2012)