Leon Zdanowicz „Opowiastki opowiadające”, Wydawca: Bogdan Zdanowicz, Kraków 2011, str. 192

Kategoria: port literacki Utworzono: niedziela, 01, lipiec 2012 Opublikowano: niedziela, 01, lipiec 2012 Drukuj E-mail


Późny, ważny debiut
 

Leon Zdanowicz (1938-2009) nie żyje już od ponad trzech lat. Ten zapaleniec kultury i literatury, poeta, obywatel pomorskiego Łobza, był tamże założycielem i redaktorem kwartalnika „Łabuź”, pisma, które – zdawałoby się – nie wyjdzie poza lokalne opłotki, a jednak stało się znane chyba w całej Polsce, ukazywało się przez 16 lat (od roku 1992); drukowało w nim swoje teksty wielu z nas i z czasem przybywało na łamach coraz więcej tzw. dobrych nazwisk. Toteż opłakiwaliśmy Leona z serdecznym bólem i nigdy nie zapomnimy jego wyjątkowej determinacji, charyzmy, osobowości.

 We wrześniu ‘2011 krakowski poeta i krytyk, Bogdan Zdanowicz, brat Leona, doprowadził własnym sumptem do opublikowania części jego spuścizny prozatorskiej, która zachowała się w maszynopisach. Książka nosi tytuł Opowiastki opowiadające, zawiera osiem opowiadań oraz tekst jednoaktówki pt. Podorywka na głównej ulicy. Jest i w książce posłowie Bogdana Twardochleba, z którego dowiadujemy się mało komu znanych szczegółów o Leonie. Tak więc udało się ocalić to, co należało i co najdłużej po Leonie zostanie.
 Współpracowałem z „Łabuziem”, znałem Leona od wielu lat, ale jego tekstów stricte literackich nigdy nie czytałem. Tak więc książkę tę otwierałem z emocjami i wielką ciekawością. Czy było warto?
 Zaskoczenie, zaskoczenie... Chociaż niepotrzebnie przeczytałem najpierw wspomniane posłowie B. Twardochleba – ciekawe, bardzo dobre, bowiem celnie recenzujące walory tej prozy, więc siłą rzeczy moja relacja będzie bliska tamtego tekstu.

 Te opowiadania pochodzą z lat 60. i 70. Wiersze udało się Leonowi wydać w dwóch tomikach, prozy – nie. I ma rację B. Twardochleb, że wtedy, w „swoim czasie”, inaczej by się tę prozę czytało. L. Zdanowicz, który jako „dziecko powojennych migracji” wylądował z kresów wileńskich na Pomorzu, dorastał w Łobzie, brał tamtą rzeczywistość jako realistyczny materiał „do opowiedzenia”. Dziś te zapisy powinno się czytać „diachronicznie”, tzn. z takim zrozumieniem i emocjami, jakbyśmy je czytali wtedy (co, oczywiście, nie wszyscy, a zwłaszcza młodzi, mogą uczynić).

 Wszedłem w ten świat, jak w swój. Też jestem dzieckiem „postkresowym” i też wychowałem się w niedużym mieście „poniemieckim”, i to w cza-sach opisywanych przez Leona. Niniejszym ogłaszam go czułym i bacznym obserwatorem i realistą. Tak to było – ta „przaśna” rzeczywistość, ta bida z nędzą, te klimaty, te typy ludzkie... A to Polska właśnie! Polska B, z okresu gomułkowszczyzny, jeszcze nawet nie pretendująca do gierkowskiego „eldorado”. Klondike zapyziałej prowincji, szarzyzny i beznadziei.
 Ale dla natury pisarskiej kopalnia inspiracji. Zdanowicz cały ten świat czuł wyjątkowo czule; miał w sobie ten sejsmograf, który rejestruje drgania stojącej w miejscu rzeczywistości, ten obiektyw, który wyłapuje w szarzyźnie jej koloryt oraz ten „piąty zmysł”, który węszy folklor ślepych zaułków, gdziekolwiek by nie były.

 O czym są te opowiadania? O małym, biednym miasteczku, o jego knaj-pach, peryferiach jakkolwiek rozumianych, zaroślach, zastojach, traconym czasie, o jego mieszkańcach – obywatelach beznadziejnej prowincji, o menelach i ferajnie – soli tej ziemi, jej dzieciach, jej wychowankach i jej ofiarach. Nic tu się nie dzieje – bumelka, wóda, trywialny seks, zbawienny browar, wieczne „mantykowanie”...
 L. Zdanowicz ma „zmysł fotograficzny”, fantastycznie wsłuchuje się w „poetykę prowincji”, jest wyczulony na jej lichotę obyczajową, na „mentalność knajacką”, na cały ten turpizm peerelowskiego kloszardowania i odrapaną fasadę wlekącej się jak pies z przetrąconą nogą rzeczywistości. Opisuje drobne incydenty i uciechy swoich – pożal się Boże – bohaterów, o których na dobrą sprawę nic budującego powiedzieć nie możemy. Ale to jest proza pisana „z miłością” – bez zbędnego moralizatorstwa, bez dydaktycznych zapędów, bez połajanek. Bowiem Leon dobrze rozumiał, że to nie jego bohaterowie psują świat, tylko świat zepsuł ich. Jedyne, co im dał, to umiejętność elementarnego przetrwania i „uciech znieczulających” ponurą wegetację, zapełniających pusty dzień menelską komitywą i beztroskim szlajaniem się przez życie. Nie znaj-dziemy w tej prozie ani słowa empatii, a jednak ona wisi nad owym widzeniem świata. Zresztą nie pozbawionego swojej aksjologii i kodeksów honorowych, bo cała ta „wódeczność” codzienności jest „charakterna” i jednak ustanawiająca jakiś ład w nieładzie. W ogóle „niepokorność” Leona to osobny walor jego postawy życiowej i pisarskiej.

 Kończyłem lekturę w zaprzyjaźnieniu z bohaterami L. Zdanowicza, z wmy-ślaniem się w tę straszną przepaść, która co raz pojawiała się w mojej i ich epoce. Ani razu nie poczułem się lepszy, raczej winny – tą zbiorową winą – za manowce i ostępy całego świata. Każdy ma jednak swoje szczęśliwe Macondo i wspaniałe jest to, że Leon umiał dostrzec je w tak zagubionych rewirach.

 Tytuł Opowiadania opowiadające – bardzo celny! L. Zdanowicz snuje „potoczne opowieści”, rzadko kiedy posługuje się nawet dialogiem, ot, opowiadanie swoje toczy „luźnym strumieniem incydentów”, brodząc w naturalistycznym behawiorze. Jest to surowy realizm, pozbawiony komentatorstwa, didaskaliów „odautorskich”, wyjaśnień, wykładni, ozdobników itd. Samo życie, zbierane łopatką pióra z grząskiego przyziemia. Dlatego też osobną sprawą jest narracja tej prozy. Nieufryzowanej w żadną obowiązkową regułę.
 I to kolejna wartość: Leon miał słuch do mowy potocznej i „folklorystycznej”; językiem nie przetwarzał rzeczywistości, tylko ją imitował. A więc można by tę prozę nazwać „naturszczykowską” – i w tym jej kolejna siła. Tu jest „zero literackości” – i chwała Bogu, bo właśnie w tym cały literacki cymes. Na dodatek Leon demonstruje nienachlane, a jednak znakomite poczucie humoru – żadnego ponuractwa, raczej luzik wynikający z tej narracji wcielonej w bałagan i diaboliczny śmiech zwyczajności. W strukturze zdań szaleje cały chaos „zwykłego mówienia”, w którym przegląda się dygotanie tzw. świata przedstawionego.
 Tak mówiło się o prozie Tadeusza Siejaka, gdy wyszła jego debiutancka powieść pt. Oficer – że język tej książki oddaje całe rozedrganie hal fabrycznych Zakładów Cegielskiego... U L. Zdanowicza mamy właśnie do czynienia z dokładnie tym samym, choć w innych „okolicznościach”.

 I ciekawe pytanie stawia B. Twardochleb: co by było, gdyby Leon Zdanowicz „dostał się w ręce” Henryka Berezy i wydał swoje opowiadania w czasach tzw. „rewolucji artystycznej”. Moim zdaniem, jego proza ma korzenie wcześniejsze: u Hłaski, Nowakowskiego, Iredyńskiego, Madeja, Himilsbacha, ba, nawet Grzesiuka. Pomijając istotne różnice, pisarze ci trzymali się „nisko ziemi”, byli – przepraszam za słowo – piewcami swoich folklorów i „antysalonow-cami literackimi”. Innymi słowy – jeśli nawet inna półka, to ten sam regał. Natomiast „szkoła Berezy” wydała wspomnianego Siejaka, ale też Słyka, lansowała zarówno Dżeżdżona, jak i Łuczeńczyka, powołała do życia całą armię „li-noskoczków narratorskich”, których główną zasługą było odejście od „języka literackiego” w stronę „języka potocznego”.
L. Zdanowicz znalazł się pomiędzy tymi oboma pokoleniami, jakby nie „załapał się” ani do jednego, ani do drugiego – to jego pisarskie nieszczęście. Teraz ma swój późny debiut – miejmy nadzieję, że nie za późny. Zasługą brata, Bogdana, jest ta książka. Dla mnie ważna. Dla naszej generacji ważna.

 Drogi Leonie, nie wiedziałem, że jesteś dobrym, nowatorskim pisarzem. Mówię Ci to teraz. Słyszysz?

Leon Zdanowicz „Opowiastki opowiadające”, Wydawca: Bogdan Zdanowicz, Kraków 2011, str. 192

Leszek Żuliński


Przeczytaj też w „porcie literackim” naszego portalu recenzję tomiku poetyckiego Łabuź (2005) Leona Zdanowicza, która ukazała się w LM nr 1/2006, a także omówienie książki wspomnieniowej o L. Zdanowiczu ŁABUŹ Leona. Prowincjonalny Okazjonalnik Literacki – ostatni (czerwiec 2010).