Latarnię Morską wsparli:

SONDA

Jak rozwój mediów elektronicznych i e-książek wpłynie na żywot książek papierowych?
 

MIĘDZY NUMERAMI


TEKSTY, INFORMACJE, KOMUNIKATY

Magdalena Tarasiuk "I nie mów do mnie Dżordżyk", Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2014, str. 180 PDF Drukuj Email
poniedziałek, 02 marca 2015 08:47


Jolanta Szwarc

JAKOŚ LECI W SIECI

Wydawca Edwin Lirski zaczyna w nagabywać Michalinę Nowicką, autorkę jednej publikacji, by napisała powieść o miłości, bo jej debiut spodobał się czytelnikom i pytają o następną książkę. Michalina jest zaskoczona.

- Ciebie nie było nawet na dyżurze. Ktoś musiał odpowiadać na maile.

- I domyślam się, kto. To sam pisz obiecaną książkę o miłości. Ta tematyka jest mi obca. (…)

- A jakbym dał ci pomocnika? Mistrza od wymyślania fabuły? Taką Łepkowską w spodniach i z wąsami? Nazywa się Piwny. Jerzy Piwny.

- Znałam kiedyś jednego Piwnego. Oresta.

I tak początkująca pisarka zaczyna intelektualną przygodę z pisarzem (Orestem) Jerzym Piwnym.

Kiedyś, a było to bardzo dawno temu, poznała go, był kolegą starszego brata, wyjechał z rodzicami na bliżej nieokreśloną placówkę. Gdzieś tam dorastał, ona tu w Warszawie. Teraz los znowu ich przybliżył, bo mieli pracować nad romansikiem, no, powiedzmy nad romansem. Kilkadziesiąt lat starsi, samotni, popchnięci ku sobie przez wydawcę. Nie musieli się spotykać, nieważna była odległość, bo przez komputer i słuchawkę wszystkie słowa prawdziwe i kłamliwe przelecą bez cenzury.

Teraz Miśka i Dżordżyk (Jerzy, Orest) zaczynają grzać komputery i pocić uszy pod słuchawkami. Kto z kim ma się kochać? Imię kobiety nasunęło im się wcześniej niż mężczyzny. Jakaś odwrotność raju. I nie Ewa ale Kalina – symbol seksu z lat ich młodości. Pojawia się problem – jakiego dać jej mężczyznę, przecież nie Stanisława, on jakby spoza obrazu, wyskakuje z ram. Miśka wymyśliła więc Jaromira.

Kalina i Jaromir – to oni mają się pokochać, ale jak to uczucie się zrodzi, jak będzie dojrzewać, kiedy nada się do konsumpcji – a to już zależy od pary wewnętrznych twórców i tej zewnętrznej sprawczyni całego bałaganu.

Mówię o wieku. O dojrzałym, słusznym wieku, kiedy dzieci wychowane i kolejno wylatują z gniazda, by budować swoje, kiedy pojawiają się wnuki. Starszym paniom i panom zaczyna się film zwijać. Jak nastolatki szukają pary. Chcieliby budować związki – wiadomo że bezowocne, bo jak tu z wydmuszek ma się coś wykluć? Jedynie jako imitacje bombek na choince można powiesić, zrobić ozdoby: świętego Mikołaja, aniołka, kominiarza albo baletnicę. Z wydmuszki można każdego na niby wyczarować i na drzewko, w tłum, między inne zabawki, gwiazdki, sreberka i opleść łańcuchem. Stworzyć getto cudaczków, które raz do roku cieszyć będą młodych. Te starsze podniszczone upchnie się gdzieś z tyłu, niech jeszcze będą, później się wyrzuci. Po jakimś czasie drzewko oblatuje, opuszcza gałęzie, traci na urodzie. Trzeba je rozebrać, zabawki do pudełek, koniec podziwiania. Zamknięte, zapomniane tkwią do następnej świętej okazji. Trwają, chyba że pleśń albo wilgoć nadwerężą papierowe ciała. Puste w środku, z wierzchu odarte skończą swój kruchy, wapienny żywot.

No, dobrze, już słyszę, że nie wszystkim ogień życia wypalił trzewia (ostatnio często czytam o trzewiach – stały się modne), jeszcze w niektórych co nieco się tli. Wykorzystują to Michalina Nowicka i Jerzy Piwny. Dmuchają, chuchają w iskierki, rozpalają Kalinę i Jaromira. Przy okazji siebie też. Jak aktorzy – lalkarze pociągają za sznurki, mówią tekstami układanej przez siebie bajki-niebajki. Utożsamiają się ze swoimi marionetkami. Tworzy się chaos myśli, które krążą wokół tematu – miłość.

One i Oni – Kalina i Michalina, Jaromir i Jerzy rozmawiają.

Miłość. A co to takiego? Uczucie dobre czy złe?

Jeśli dobre, to życzliwa, jeśli złe, to pożądliwa. Pojawia się natychmiast, od pierwszego wejrzenia, czy rośnie wolno w miarę poznawania, przebywania z wybraną osobą? Co zrobić, jeśli ona rośnie tylko słowem i jego dźwiękiem, jeśli jak dzwoneczek zerwany w lesie i przeniesiony do wazonika szybko więdnie, bo to nie te warunki, nie to otoczenie, po prostu brakuje lasu? Miłość też nie potrafi prawdziwie żyć na kablach, one nie stwarzają dogodnego środowiska. Najlepiej poznać kogoś na kablu i przenieść spotkanie jak najszybciej do realu, żeby dać szansę rozwinięcia się tej znajomości.

Drapieżność młodości przeminęła, w nią weszło już inne pokolenie, jeszcze inne pokolenie żyje myślą, żeby jak najwięcej wsadzić w otwarte dzioby najmłodszych, a pokolenie najstarszych ma to już za sobą. Nie pędzi do przodu, zastyga na pewien czas i powoli zaczyna wchodzić coraz głębiej w przeszłość, wspominać piękne chwile miłości uwieńczonej seksem. Takie – dwa kroki to tyłu, jeden w przód.

Teraz nie ma już czasu na rozpoznanie, zastanowienie się. Nie ma też lęku, bo dzieci z tego nie będzie – „co użyjem, to dla nas, bo za sto lat nie będzie nas”. O, jak pięknie przerzucać się słowami w sieci. Prowadzić gry, gierki, prawić komplementy typu: Michasiu, piękna obserwacja natury i fajny tekst. Ty naprawdę rozumiesz zwierzęcą erotykę. Miśka i Jerzy snują plany spotkania po latach, ale szczególnie Miśka boi się zderzenia z rzeczywistością. Dlatego proponuje: Spotkajmy najpierw naszych bohaterów, co ty na to? – Dobrze. Piszemy każdy (chyba każde) swoją wersję. Miejsce: Warszawa, ale Edwin, jak go znam, zmieni na Kraków!

I tak autorka, powiedzmy, wewnętrzna i jej pomocnik wysyłają Kalinę i Jaromira promem do Szwecji. Spotkanie następuje w jakimś dziwnym rozkopanym miejscu. Że rozkopane na Euro 2012, to dobrze, niech budują, ale dlaczego właśnie tam się spotkali, a potem musieli taksówką razem na prom? Nie mogli umówić się w lepszym punkcie? I tak dużo sobie nie pogadali. Jak zobaczyli w kajucie duże łoże, od razu z niego skorzystali. Potem w sieci dobrze leci, ale Michalina niespodziewanie dla czytelnika urywa, a może tylko przerywa miłosny wątek Kaliny i Jaromira. Zaplanowana podróż do Paryża i Barcelony nie dochodzi do skutku. Jaromir wycofuje się, o czym Kalina dowiaduje się na godzinę przed odlotem. Jerzy, jak zwykle, jest pod wrażeniem. Misiu, świetny tekst. Czyżby zła wróżba dla nas…

Kto wie, kto wie. Książka ukończona. Edwin zabiera Michalinę do Gdańska na zjazd wydawców, nie mówiąc jej o tym, że zaprosił tam również Jerzego. Podobno nie można było w hotelu załatwić dwóch jedynek, dlatego Jerzemu i Miśce przypadł apartament. Poszli się ogarnąć, jeśli to, co robili można nazwać ogarnięciem. Zachowali się tak samo jak ich bohaterowie.

Książkę kończą trzy zdania wypowiedziane przez Jerzego Misiu, będę za parę godzin. Czekaj na mnie. To chwila. – i jedno Michaliny Ale już nie wyjedziesz, prawda?

Wyczuwa się w nim lęk, niepewność, czy aby Jerzy zechce dalej kontynuować związek. Wchodzenie w tak bliskie relacje zawsze jest ryzykowne, tym bardziej im ludzie są starsi i mniej skłonni do zreformowania, przemeblowania swojego życia. A może właśnie im będzie łatwiej, bo są bardziej tolerancyjni od swoich dzieci i wnuków.

Niewątpliwie książka Magdaleny Tarasiuk jest lekturą ciekawą ze względu na jej konstrukcję, ale także na zawarte w niej przemyślenia Kaliny-Michaliny i Jerzego-Jaromira. Jerzy, pisząc fragment książki, w którym dochodzi do tragicznego wypadku samochodowego, tak wczuł się w rolę Jaromira, że nie może z niej wyjść i powrócić do rzeczywistości. Magdalena Tarasiuk stwarza chaos i próbuje go ugłaskać. Stawia na spontaniczność i szczerość wypowiedzi bohaterów. Schowanie się za kablami pozwala Michalinie przyznać się do wstydliwej dolegliwości spowodowanej hemoroidami, czy też dywagować na temat siwienia.

Ta oznaka starzenia się organizmu szczególnie dotkliwa jest dla wielu kobiet. Farbować, ukryć, by nie powiedzieli – jak ta Nowicka się postarzała, jest całkiem siwa. Nie chcemy tego usłyszeć, jakby tylko siwizna świadczyła o człowieku. Niby proste słowa, a kryją ważne sprawy. Nie możemy żyć bez liczenia się ze zdaniem – „co inni na to powiedzą”. Liczy się zewnętrzność, opakowanie. Mnóstwo nieszczerości. Dlatego ciągle uprawiane są jakieś gry. Autorka próbuje sięgnąć po arystotelesowskie katharsis i wpłynąć oczyszczająco zarówno na piszących, jak i odbierających słowo. Coraz częściej słychać dzisiaj o biblioterapii, literaturoterapii i węziej – prozoterapii, a w końcu poezjoterapii.

Myślę, że na książkę I nie mów do mnie Dżordżyk można spojrzeć z wielu stron. Płynąca z tekstów witalność, zdrowe poczucie humoru staje się wsparciem dla starzejącego się – mimo wszystko ładnie – społeczeństwa. Starsze pokolenie długo jest kumate, zaczyna to postrzegać i powoli brać starość w swoje ręce. Próbuje sensownie ją wypełnić. Poświęcić nowym wyzwaniom to, co najcenniejsze – czas. Okazuje się, że prawie na wszystko nie jest za późno; jeśli się chce, można z dużym sukcesem realizować siebie, rzucić się w wir działań, na które wcześniej z różnych przyczyn nie można było sobie pozwolić.

Może książka Magdaleny Tarasiuk będzie kroplą słowa drążącą problemy dojrzałego mocno pokolenia. Obudzi w nim ducha działania i myślenie nie tylko o tym, kto pierwszy zejdzie z tego świata jak w bajce J.I. Kraszewskiego o dziadzie i babie (bo to nie Puszkina). Czytajmy, cieszmy się pisaniem o pisaniu i miłości ludzi, kucyków, piesków. Wspominajmy jak było i projektujmy przyszłość. Gładźmy przyjazną dłonią siwe włosy, pomarszczoną twarz, kochajmy siebie i się. Chciejmy chcieć.

Magdalena Tarasiuk „I nie mów do mnie Dżordżyk”, Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2014, str. 180

Jolanta Szwarc

 

 

Przeczytaj też w tym dziale niżej omówienie książki M. Tarasiuk Tara (2011) autorstwa Wandy Skalskiej, a także opowiadania w dziale „proza”