Miłka O. Malzahn „Kosmos w Ritzu”, Wydawnictwo FORMA i Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin 2014, str. 108

Kategoria: port literacki Utworzono: wtorek, 04, listopad 2014 Opublikowano: wtorek, 04, listopad 2014 Drukuj E-mail


Irmina Kosmala

WYRWA W SERCU MIASTA, CZYLI SMUTEK PRZEMIJANIA

Wzruszają nas tylko ci ludzie, którzy chodzą z otwartą raną, którzy wcielają w życie ten tragiczny paradoks: przyjmują świat, choć jest on nie do przyjęcia. Emil Cioran

1. Tajemnice hotelu Ritz

Najnowsza powieść Miłki O. Malzahn zaczyna się niewinnie. Niespiesznie, acz precyzyjnie, autorka osnuwa swą narracyjną nić wokół białostockiego hotelu Ritz, którego lata świetności w rzeczywistości przypadały na czasy międzywojenne. I oto ten sam hotel, niegdysiejsza chluba, wybudowana w centrum miasta pomiędzy pałacem Branickich a pałacykiem gościnnym, niespodziewanie pojawia się na nowo. Początkowo niedowierzamy wszechwiedzącemu narratorowi, przechowując w pamięci fakt, że hotel uległ całkowitemu zniszczeniu już w 1944 roku.

Jednak chwilę potem łapiemy się na tym, że przecież sławetny obiekt musi istnieć, skoro właśnie wkroczyła do niego jedna z głównych postaci opowieści, niezawodny detektyw Fronasz, znany skądinąd z wcześniejszej powieści autorki, którego stał się tytułowym bohaterem.

Fronasz przestąpił próg hotelu Ritz nieprzypadkowo. Zaprosiła go Kwiryna – dziedziczka, której został podarowany ten podupadający obiekt przez kapryśne i skłócone z sobą ciotki. Dar otrzymała w chwili, gdy postanowiła zakończyć swój byt, rozczarowana zarówno marnie wiedzionym życiem, jak i trawiącą ją chorobą. Detektyw miał rozwikłać niepokojącą Kwirynę zagadkę, dotyczącą kilkunastu staruszków nielegalnie przebywających na terenie jej posiadłości. Gdy wraz ze swym współpracownikiem z Martyńcem rozwikłali ów problem i sprawili, że starcy zniknęli z hotelu, Fronasz postanowił zamieszkać w jednym z pokojów Kwiryny. Sielanka obojga trwałaby pewnie do teraz, gdyby nie pojawienie się tajemniczej i wścibskiej Babci Herz – dziwoląga zawieszonego w czasie – i Frei – przybyszki z innej planety…

2. Matrix, czyli zderzenie światów

To właśnie w tym momencie, dokładnie w połowie książki, doświadczymy pewnego rodzaju oszołomienia, w jakie wprawi nas zmyślny narrator, zwracając się do nas bezpośrednio (narracja drugoosobowa) i angażując nas tym samym w akcję opowieści. Z narastającym zdziwieniem zaobserwujemy, jak rzeczywistość popada  w wariactwo. Oto niespodziewanie pojawi się Frea – półkosmitka. W poszukiwaniu schronienia i spokoju przybędzie na Ziemię ze spacyfikowanej planety przez kosmicznych barbarzyńców. Doskonale poznała już wcześniej tę planetę, ponieważ jej matka była Ziemianką, a ojciec kosmitą.

Oszołomienie nasze nie opadnie jeszcze długo, wręcz przeciwnie, stężeje w konsternację, gdy dzięki Frei dowiemy się, że hotel Ritz ma niezwykłą moc przenoszenia czasoprzestrzennego. Stanowi swoisty rodzaj portalu dla uciekinierów obcych cywilizacji: „hotel to tylko jeden z nielegalnych portali, którymi zarządzają cwani urzędnicy Porozumienia, ciągnący z tego zysk w postaci handlu energią”. Dodajmy: ludzką energią. Matrix! A jednak różnica między tym światem a światem matrixu polegać będzie na „humanitarności” pierwszego: dawcy wiedzą, że będzie z nich czerpana energia. Upadek sił fizycznych opłacony mieć będą w postaci nadprzyrodzonych mocy: telepatii, jasnowidzenia czy innych nadludzkich omnipotencji.

3. A może powiastka egzystencjalna?

Tryptyk Miłki O. Malzahn według pierwszej możliwości interpretacyjnej, składa się z dwóch sprzężonych ze sobą opowiadań („Starcy w Ritzu” oraz „Kosmos w Ritzu”) oraz jednego niepowiązanego z poprzednimi „Sezonu na sardynki”. Jednak znacznie ciekawiej robi się wówczas, gdy zwiążemy wszystkie trzy opowiadania jedną nicią przeznaczenia – wówczas dopiero, dzięki ostatniemu, według mnie najważniejszemu opowiadaniu, uzyskamy metaforyczne stężenie tekstualne. Trzy opowiadania układają się bowiem w całkiem sensowną całość (powieść), napisaną w duchu klasycznej postmoderny. Jest tajemnica i zagadka do rozwiązania, jest i labirynt („Sezon na sardynki”), w którym bohaterka błądzi szpitalnymi korytarzami, by za chwilę znaleźć się w operze. Książka nasycona różnymi gatunkami literackimi – od detektywistycznych, science fiction, romans, aż po powiastkę filozoficzną tworzy ciekawy intertekstualny kolaż. Należy zaznaczyć, że dzieło literackie Miłki O. Malzahn nie jest ontologicznie jednorodne, tylko polifoniczne. Godna odnotowania jest ontologia fikcji oparta na interakcji między czytelnikiem a opowieścią bohaterów. Hiperrzeczywiste są bohaterki powieści – stara-młoda Babcia Herz, jak i Frea – jej młodsze i doskonalsze „ja”. Do koszyka postmodernistycznych atrybutów powieści na koniec dorzućmy metafikcję historiograficzną w postaci rzeczywiście istniejącego w XX wieku obiektu – najbardziej reprezentatywnej budowli białostockiego miasta, obecnie przechowywanej w pamięci starych map, pocztówek i niektórych osób.

A może jest to po prostu utopijna opowieść, snująca refleksję na temat lepszego życia na starość, w którym to nie trzeba będzie uzurpować sobie prawa do zapomogi zasiłkowej przez powszechnie „poważaną” instytucję typu ZUS, a tak zorganizować sobie życie, by na starość móc spędzić je godnie, w ciszy tajemniczego hotelowego zakątka?

A może trzy opowiadania Miłki O. Malzahn składają się na powiastkę egzystencjalną, przybliżającą historię ciężko chorej kobiety, której otwarta rana brzucha stanowi głęboką metaforę choroby na życie? To, innymi słowy, otwarta rana (nie)skończoności, dlatego nie zasklepi się nigdy, żyć będzie w ludzkim ciele wiecznie. To opowieść samotnej kobiety, rozmawiającej z duchami przeszłości, wspomnień czasu zagłady, bycia nie-Polką, a zatem kosmitką, snującą odwieczną i równie otwartą jak jej rana refleksję na temat teodycei?

Kto wie…

Miłka O. Malzahn „Kosmos w Ritzu”, Wydawnictwo FORMA i Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin 2014, str. 108

Irmina Kosmala